Uwaga! Książka prof. Marii Anny Jarochowskiej "Poza gniazdem. Wizerunki emigrantki polskiej w Kanadzie w XX wieku" jest już do nabycia w Bibliotece Polskiej w Montrealu oraz Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa w Warszawie; można ją także zamówić ONLINE. Dostępne są również krótka ulotka informacyjna oraz spis treści.





Spis rzeczy






































Maria Anna Jarochowska


Przedmowa
Urodzona  na Śląsku w  1924. Studia  ukończyła na  Uniwersytecie A. Mickiewicza w  Poznaniu (M.A.  ekonomii politycznej  1950  i  Ph.D. filozofii ze specjalizacją w dziedzinie nauk  przyrodniczych -  geograficznych 1962); na  Uniwersytecie Jagiellońskim  (bibliotekarstwo  dyplom  1957). Pracowała w Polsce w  latach  1946 - 1950 w  różnych  placówkach (bankowość, planowanie gospodarcze) a  od  1950 - 1965 w  Bibiliotece  Wyższej  Szkoły Ekonomicznej  w Poznaniu.  Za   publikację  książki  pt. "Kanada,  Kraj i Ludzie" w 1961 r  otrzymała jednoroczny  post  doctorate  fellowship  z Canada  Council.  Po  4-letnich  i  bezpłodnych staraniach  o  otrzymanie paszportu  wyjechała "w  odwiedziny do krewnych w  Stanach  Zjednoczonych" i  do   Kanady,  aby poznać  kraj  o  którym  napisała książkę.  Po otrzymaniu,  w  czasie  podróży przez  Kanadę,  propozycji  pracy  na University of  Manitoba w  Winnipegu zaczęła tam  pracować w 1966 r.,  jako wykładowca a   następnie  asst. professor. Trudny  klimat i  samotność skłoniły  ją do  przeniesienia się w 1970 roku  do  Montrealu  na Universite du  Quebec a  Montreal,  gdzie  pozostała aż do  przejścia na emeryturę  w r.  1999. Od 1984 roku w związku  z nowym profilem  specjalizacji wiele podróżowała (6  razy  do  Indii, 3 razy do  Tajlandii,  3 razy do  Meksyku, ponadto do Birmy (Myanmar), do Indonezji,  na  Filipiny).  W latach  1991- 1996 współpracowała z  Department of Anthropology,  College  William  & Mary, Williamsburg Virginia. Napisała i opublikowała  3 książki,  oraz kilkadziesiąt  artykułów   w  czasopismach  geograficznych, 5  podręczników dla studentów  UQAM. Była dwukrotnie  guest editor  w  Studies in  Third World  Societies ("Organizacje  pozarządowe w  Indiach " oraz   "Kobiety w  Indiach").  Od 1986  studiuje problematykę  emigracji i  asymilacji w różnych  krajach.



Uwagi i sugestie dotyczące poniższej pracy prosimy przesyłać na adres: jarkosa@shaw.ca

Problemy techniczne związane z witryną proszę zgłaszać bezpośrednio do webmastera

Obejrzyj statystykę strony.






White Rock, Kolumbia Brytyjska

Wstęp

Część pierwsza: Etapy  imigracji 

Rozdział I
O emigracji  polskiej w  Kanadzie w ogóle
Tożsamość imigrancka
Źródła
Etapy masowej emigracji polskiej  w Kanadzie

Część  druga:  W pojedynkę

Rozdział  II 
Etap  pierwszy  (1900-1940) 
Być  gospodynią na własnej  farmie 
Dwa światy kobiet  w  kraju pionierów 
Imigrantki w miastach 

Rozdział  III 
Etap  drugi  (1940-1957) 
Przeżyć wojnę w  Kanadzie i wrócić do Polski 
Polki  masowej emigracji politycznej 
Imigrantów  przybywa, Kanada się zmienia 
"Białe  kołnierzyki"  dla imigrantek 

Rozdział IV
Etap  trzeci  (1957-1979)
Stara i Nowa  Polonia
Wykształcenie i sztuka  przede  wszystkim
Na  wybiegu  kanadyjskim

Rozdział V
Etap  czwarty  (1979-2000)
Wartości  stare i  nowe
Życie domowe
Co to znaczy  emigrować?
A co pozostało po Starym Kraju?

Część  trzecia: W organizacji

Rozdział VI
Kobiety  Federacji Polek w Kanadzie 
Ogniwo  nr  9  - Montreal
Ogniwo  nr 1 - Toronto i  południowe Ontario
Ogniwo  nr 8 - Ottawa
Ogniwo  nr 7 - Winnipeg 
Ogniwo  nr 3 - Edmonton
Ogniwo  nr 4 - Vancouver

Zamiast  zakończenia

Aneks  -   Lista  kobiet  zasłużonych
Bibliografia
Przypisy






PRZEDMOWA

                         
                            "Wizerunki..." są pisane z punktu widzenia imigrantki,  dwukulturowej, dobrze zasymilowanej,  która uważa Kanadę za swój dom  i  kraj, ale nadal pozostaje  związana uczuciowo  z Polską,  jej  historią i kulturą.  Ma więc  dwie ojczyzny i podobnie jak ogromna większość innych emigrantów  musiała pogodzić ze sobą sprzeczności wynikające z  tego faktu.

                             Opracowanie   ma   charakter   szkicu, opartego  na  różnych  źródłach.  Pierwszym  z  nich są wypowiedzi własne Polek i rzadziej   Polaków,    którzy w różnych  czasach  przybywali do Kanady,  aby tu stworzyć sobie i rodzinie nowe  życie.  Siłą  rzeczy  wypowiedzi te -  cytaty,  pochodzą z  biografii, life-writings  i  dlatego  są wyrwane  ze swoich kontekstów,  stąd potrzeba  im  tła odpowiadającego  najogólniejszym  warunkom czasu i miejsca  dramatów rozgrywających się  na naszych oczach. Drugim  źródłem  są  notatki i  obserwacje  zebrane przez  autorkę  podczas  jej  pobytu  w  Kanadzie.  Trzecim  jest  anonimowa   mini-ankieta  z  lat 1998/99  oraz rozmaite publikacje  polonijne  powstałe z okazji  rocznic  i ich obchodów oraz inne informatory  o  życiu  poszczególnych grup związanych organizacyjnie,   a ostatnim  publikacje  omawiające  polityke  imigracyjną  oraz  różne aspekty  imigracji  do  Kanady. 

                              W części  pierwszej, w   miarę rozwijania się  narracji,  uwaga przesuwa się  ze spraw  dotyczących  czysto  fizycznego  przeżycia w Nowym Kraju, w którym dosłownie trzeba   było  wszystko  zaczynać od  zera, ku  sprawom  związanym  ze stanami  uczuciowymi imigrantów  próbujących znaleźć  w  Kanadzie swoje miejsce do  życia,  a jednocześnie godzić ze sobą dwie różne kultury. W  części  drugiej opracowania wśród  detali  życia imigranckiego  wypływają   problemy związane z  przewartościowywaniem  przywiezionych norm oraz   uczucia i  sposoby wypełniania  obowiązków wobec  przynależności do  dwu  różnych kulturowo  narodowości. 

                               Przez  tekst  przesuwają   się postacie  Polek  własnymi słowami opowiadających   o  swoich  problemach  życia w Kanadzie. Najpierw były to  żony i  córki pierwszych   osadników  w  Preriach, albo służące na  farmach lub  po miastach.  Następnie żony  generalicji i  dyplomatów-  uciekinierki z  czasów  II wojny światowej.  Po nich   przybyły do  Kanady   żony   i  córki  zdemilitaryzowanych  na Zachodzie  żołnierzy,  żołnierki  i DiPiski  często  samotne,  które wybrały  emigrację zamiast  wrócić do Polski,   później   dołączają  emigrantki z Polski Ludowej,  a wreszcie  pod koniec  stulecia, w  czasach rozpadania się komunizmu w  Polsce oraz  niepokojów  związanych ze zmianą ustroju i z powstaniem  niepodległej  III Rzeczpospolitej,  opowiadają o swojej  emigracji   młode  kobiety,  dla których   życie w  Polsce straciło  swój  sens,  albo,  których emigracja  miała charakter polityczny.

                               Asymilacja tych wszystkich kobiet  do kultury  kanadyjskiej za każdym  razem  przebiegała inaczej, inne były  ich  priorytety  i inne reakcje na różnice pomiędzy  kulturami  polską i kanadyjską.  W  poszukiwaniu  równowagi  pomiędzy  obu kulturami  pomocna stała się praca społeczna, z jednej  strony wspierająca rodaków na obczyźnie a z drugiej  pamiętająca o społeczeństwie w  Starym  Kraju.

                               Emocjonalne  i podświadome przywiązanie  do kultury  Starego   Kraju działało  często  jako  hamulec  na drodze do  przyswajania sobie  elementów nowej kultury, jednocześnie życie wymagało  przyswojenia sobie  elementów  właśnie  tej nowej. W  rezultacie powstawała swoista  mieszanka. Pod wpływem  nacisków  dnia codziennego,  pracy zarobkowej, kontaktów z  sąsiadami, urzędami,  własnymi  dziećmi,  które  łatwiej  przyswajały sobie rzeczywistość  Nowego Kraju,  Polki  automatycznie, a czasami  świadomie  przystosowywały  się do  otaczającego je społeczeństwa.  Bywała to jednak  asymilacja "nieciągła",  pełna dziur,  przez  które  przeświecały  fragmenty  kultury  dnia codziennego wyniesione z  dzieciństwa spędzonego w Starym Kraju. Skale  wartości, normy  społeczne,  określające  stosunki  wewnątrz  rodziny, formy  przyjaźni,  stosunek do  religii i do  hierarchii  kościelnej,  zasada kategoryczności w osądzaniu  bliźnich, pojęcia  zasady  przyzwoitości,  szacunku  dla prywatnej  własności  i tym  podobne pojęcia,  nagle w  otoczeniu nowej kultury  nabierały  innej  barwy.  W nowym  świetle  jawiły  się czasami  staromodne, lecz  trudne do odrzucenia  odruchy,  święte  zasady,  albo  twarde  kategorie  osądu,  na którym  budowany  był, a może  jeszcze  jest nowy  prywatny  świat imigrancki.  Stąd  częste wśród imigrantów   dylematy  wewnętrzne,  miotania się w  nieprzystających  do siebie sieciach  kulturowych,  próby  zrozumienia własnych spontanicznych  reakcji,  zawsze  wysiłek emocjonalny, którego  nie znają  ci, co  żyją w swojej kulturze od zawsze.  A  wszystko  to najczęściej okraszone wiernym  towarzyszem  emigracji: swoistą  imigrancką  samotnością

                              Te wewnętrzne burze, to  jak określił Benedykt  Heydenkorn,  sam emigrant  z  czasów wojny,   jest  to  "uczenie   się Kanady",  uczenie, z  którego większość  wyszła zwycięsko, ale niektórzy nie mogli się pozbierać.  Stąd subiektywność  reakcji  poszczególnych imigrantek  na nowe otoczenie  jest zawsze bardzo różna.  Ich skargi  lub  opinie czasami  wydają się  błahe, a nawet  śmieszne,  kiedy indziej są  przejmujące w swej  bezsilności  albo  choć  rzadziej wręcz odrażające w swym  egoiźmie   Bo  wśród  tej masy  kobiet,  które wypełniały podania o  przyjęcie do Kanady  na stałe są  żony i  matki, których celem życia jest dom i  wychowanie dzieci,  wielkie patriotki i  społecznice,  są służące  szukające w  Kanadzie mężów,  oddane nauce profesorki   szkolne i  uniwersyteckie,  kobiety  kariery  zawodowej,  ale są  także  kobiety  niedbałe,  wyrachowane i  wykorzystujące  swoich  najbliższych, lub zgoła  wrogie  swoim współrodakom  i  współrodaczkom,  lub nawet społeczeństwu  kanadyjskiemu.  Są  kobiety  szczęśliwe  dobrze układające sobie nowe  życie i  głęboko  sfrustrowane, gorzkie,  ponieważ  wyrwane  z  dawnego  rodzinnego  środowiska. Emigracja,  jak  probież,  w każdym  oddzielnym  wypadku  zrzucała  z  nich   ochrony  konwenansów i odsłaniała prawdziwego  człowieka,  który  krył się pod  nimi.

                               Jednym  ze wspólnych źródeł dla bardzo wielu wewnętrznych  szarpań  jest  niewiedza  co to jest  emigracja i jaki  jest  Nowy  Kraj,  a nie  fantazje  o  nim. Mało  kto do  dziś zdaje sobie sprawę,  że  decyzja  emigrowania jest  początkiem  długiego łańcucha  zmian,  koniecznych, aby  życie w  Nowym  Kraju mogło się ułożyć.  Przez większą  część  XX wieku  imigrantki  jechały do Kanady wiedząc o tym kraju  i jego  społeczeństwie bardzo mało  lub zgoła  nic. Nawet  w ostatnich   dziesięcioleciach  ub.  stulecia  bardzo wiele polskich  kobiet  szło na emigrację,  nie myśląc  co je czeka, ale od czego  chcą  uciec. Wiele z  nich  nie nadawało się na emigrację i może  lepiej by  było, aby jej nie próbowały.  Inne,  były  może lepiej  poinformowane o  rzeczywistości kraju i  ludzi, do których  im było spieszno,  może   miały  mniejsze opory w  przyswajaniu  sobie nowych  obyczajów  życia i  te  przeważnie łatwiej  przechodziły pierwsze lata adaptowania się do Nowego  Kraju.  Niektóre  imigrantki  nieświadomie, a nawet  czasem wbrew sobie,  rozwinęły się i  rozkwitły na skalę o jakiej w  Starym  Kraju nie mogły nawet  marzyć.

                                  Po latach pobytu w Nowym Kraju   nachodzą   nas  czasami  pytania  o sens emigracji.  Co pozostało po  Starym Kraju?   Jakie korzenie wyrosły w  Nowym?  Co  się stało  ze moim  życiem w Nowym Kraju  i  kim  teraz  jestem?  Odpowiedzi  na nie  są  tak  zróżnicowane jak charaktery  dumających nad  nimi.

               

 

WSTĘP

 

Zapytała mnie kiedyś jedna z  Polek,   imigrantek w  Kanadzie,  co to właściwie oznacza  być  imigrantem.  Dlaczego niektórzy ludzie mieszkając  całe życie poza  swoim  krajem  macierzystym nigdy  nie są  imigrantami,  a  inni stają się nimi  natychmiast po opuszczeniu granic  kraju urodzenia.  Czy  więc jest to  stan umysłu,  postawa wewnętrzna człowieka,  czy  też warunki  od niego  niezależne, które czynią z  niego imigranta.  Dlaczego o  Polakach  mieszkających  za granicą  mówi się, że są  imigrantami, a nie mówi   się tak  o  Francuzach lub Brytyjczykach?


                        Ci  ostatni  przybywali  na  przykład   do  Indii jako  administratorzy lub  wojskowi i  będąc w tej  roli ani  przez  chwilę nie przestawali  być  Brytyjczykami,  przebywającymi poza granicami  W.  Brytanii.  Ich  pobyt w  Indiach  służył celom  Brytyjskiego  Imperium ,  byli  zwierzchnikami  ludności  miejscowej,  która  z kolei nie była uważana za im  równą.  Dlatego  np.  ogromna większość  Brytyjczyków  unikała   przyswajania sobie miejscowych  kultur  Indii,  a małżeństwa mieszane były wręcz  zakazywane lub bardzo utrudniane. Po  1947 roku, kiedy  India  uzyskała  niepodległość,  pewna część  członków administracji brytyjskiej  zdecydowala  się pozostać  w  kraju, w  którym  nieraz  przeżyła większość  życia i w  którym  członkowie jej  mieli więcej osobistych kontaktów, aniżeli  w kraju  macierzystym. Decydując się wówczas pozostać w  Indii zmienili  swój status społeczny i stali się expatriots  czyli  ludźmi, którzy  żyją w obcym kraju zachowując swój paszport i więzy kulturalne z krajem  macierzystym, ale podlegają lokalnym  prawom  na równi ze wszystkimi jego mieszkańcami.  Expatriotami  byli  także  młodsi  synowie bogatych angielskich rodzin,  którzy w końcu  XIX-go  i w   początkach  XX-go wieku  byli przez  rodziny wysyłani do kolonii,  ponieważ zgodnie z  angielską tradycją  nie mieli  praw do tytułów i spadków, a  nie byli  przygotowani  do pracy  zarobkowej  lub jej nie chcieli.  W  Kanadzie nazywano ich   remittance men[1] gdyż  otrzymywali  z W. Brytanii stałą pomoc finansową.  Nigdy nie stali się oni  kanadyjskimi  imigrantami i nigdy  nie próbowali włączyć się w lokalną ludność,  która  zresztą w najlepszym  razie ich  tylko  tolerowała.  Z  chwilą wybuchu  I-szej  wojny  światowej prawie wszyscy natychmiast wrócili do  Wielkiej  Brytanii.

Natomiast ubodzy  Europejczycy z  południa i  środkowego   wschodu  kontynentu, w tym  także  Polacy,  którzy w  początkach  XX-go  wieku byli masowo  sprowadzani do Kanady, uważali się za emigrtantów już od  chwili opuszczenia swojej  wsi  i  gotowi  byli  się szybko asymilować do społeczeństwa  i kultury   Nowego  Kraju.  Jednak  po przybyciu  do  Kanady ogromna większość z  nich była traktowana przez Kanadyjczyków jako ubodzy  i  niemile widziani  petenci, wpuszczeni do Kanady po to, aby  wykonywać najcięższe prace   nie zawadzając  przy tym Kanadyjczykom.  O stosunku ludności miejscowej do polskich  imigrantów tak pisze  H. Radecki i  Benedykt  Heydenkorn  : "Pierwsi ,  którzy  przybyli, prekursorzy masowej imigracji polskiej z lat 1896 - 1914  byli  przyjęci z ciekawością i w najlepszym razie zainteresowaniem ludźmi, którzy  byli  śmiesznie ubrani, mówili  niezrozumiałym językiem i  zachowywali  dziwaczne obyczaje. W ciągu kilku lat wzrastająca liczba  przybyszów spowodowała,  że ciekawość  zamieniła się w  niepokój,  a następnie w alarm. Nowo przybywający byli  zbyt  dziwaczni!  Analfabetyzm i  zacofanie  ich - mogą   opóźnić  postęp kanadyjskiego  społeczeństwa. Ich obyczaje i  tradycje czyniły ich nieodpowiednimi.... do przyjęcia kanadyjskiego obywatelstwa..." Dalej  ci sami  autorzy  piszą  Polacy ( i inni  Słowianie) byli uważani  za ignorantów, okrutnych, brudnych,  niecywilizowanych ludzi  często wybuchających nieusprawiedliwioną złością,  co dla agencji /w  domyśle - rządowych/ było w najwyższym stopniu denerwujące. Zwyczaje i tradycje, z których oni  byli dumni  były  uważane za obrażające,  pogardzano nimi.  Było  ogólnym  przekonaniem, że ci ludzie nadają się jedynie do prymitywnej pracy  fizycznej w rolnictwie,  przy budowie dróg, wydobyciu węgla i w podobnych pracach wykonywanych pod kontrolą i kierownictwem Kanadyjczyków. "[2]  Oni  sami natomiast  gotowi  byli  ciężko pracować  aby  ziścić sny, z  którymi  płynęli  do Kanady. Kanada  jednak nie zamierzała im  pomóc w tych marzeniach. Zostali  przecież  przyjęci jako siła robocza  potrzebna do realizacji  wielkich planów rozwoju  kraju, albo  jako  pionierzy-osadnicy  na bezludnych  kanadyjskich  preriach,  właśnie otwartych, ale to nie oznaczało, że mają mieć te same prawa  co lokalna ludność.  Wielu  bowiem  uważało,  że  Galicians   nie są  odpowiednim  materiałem  na obywateli  kanadyjskich.

 Obietnice agentów imigracyjnych  werbujących w  Europie z reguły były  przesadzone.  Na naiwnych  wieśniakach "z Galicji" lub  innych części    Polski   pod rozbiorami   zaczynano  żerować  od momentu opuszczenia rodzinnej  wsi. Roiło się od austro-węgierskich i niemieckich urzędników, którzy wymagali łapówek na wydanie zgody  na wyjazd, na podróż  koleją . Agenci  podróży, lekarze sprawdzający ich stan zdrowia, obsługa jadłodajni, w których  emigranci stołowali się podczas podróży, aż po załogi statków, którymi  odpływali  z Europy  wykorzystywali   naiwność wieśniaków pierwszy  raz  udających się  "za  morze".  Tak  samo  zresztą  postępowali  cwaniacy w miastach  Kanady  wyciągając emigrantom  ostatnie grosze z  kieszeni.[3]

Prace do których byli  zakontraktowani,   jak  cięcie drzew w lasach,  budowa dróg i   linii kolejowych,  lub wydobycie  węgla  były zazwyczaj  sezonowe,  poprzedzielane okresami  bezrobocia i nawet bezdomności  i   naogół  kończyły się  poszukiwaniem  działki osadniczej.  Te   ostatnie  dostępne europejskim emigrantom  były  zazwyczaj oddalone  od   miasteczek  z  połączeniami kolejowymi, w których nowi osadnicy musieli  się zaopatrywać w żywność i sprzęt rolniczy. Bez pieniędzy,  w buszu, musieli  zdobywać się na heroiczne wysiłki,  aby  przeżyć.  To  też czterech osadników z  każdej  dziesiątki nie  zdołało przetrwać na swych "farmach" więcej niż  trzy lata.  A jeśli zapragnęli  wrócić do Startego Kraju  to  zwykle  okazywało się, że  nie stać ich na bilet  okrętowy,  więc, aby  żyć  musieli nadal  pracować w  Kanadzie bez względu na dyskryminację i  trudności,   i ...  powoli  przyzwyczajali  się do Nowego   Kraju.  Dirk  Hoerder [4]  podaje,   że gorzkie  doświadczenia życia ogromnej  większości imigrantów z pierwszej połowy  XX-go wieku  najlepiej  wyrażają się w  przysłowiu popularnym  wśród ówczesnej rosyjskiej i  niemieckiej emigracji w  Kanadzie Zachodniej  :  death to the  first generation, need to the second,  bread to  the third  (pierwszemu  pokoleniu  śmierć,  drugiemu  nędza a  chleb dopiero  dla trzeciego)[5].  Dodatkową udręką  ogromnie  utrudniającą życie imigrantów na wsi i w miastach  Kanady    Zachodniej  były coroczne plagi  komarów.  Osadnicy  dla ochrony  przed komarami przy pracy w buszu nosili  na plecach  kubły z dymiącym  drewnem . Ponieważ większość nowoprzybyłych  żyła w najbardziej  prymitywnych warunkach,  tak na wsi, jak i  w miastach, bez  bieżącej  wody,  bez  żadnych urządzeń sanitarnych, w  byle jak zbudowanych chatach lub mieszkaniach,  więc  chmary  komarów żyjących  wokół  wiejskich  osad i miejskich  przeludnionych  mieszkań  przenosiły także  choroby .  Stąd śmiertelność,  szczególnie niemowląt i małych  dzieci, była bardzo wysoka.  Pierre  Berton  podaje jako  przykład,  że w 1913 roku, reporterka gazety w  Winnipegu,  odwiedzająca owe "slumsy" spotkala imigrantkę,  która  urodziła  dziesięcioro  dzieci, ale zdołała wychować tylko troje.[6]  Epidemie  biegunki,  tuberkuł  i  innych chorób  powtarzały się  nader często   w środowiskach  imigranckich i  ówczesna medycyna  nie umiała znaleźć na nie odpowiedzi.

Surowe przepisy  imigracyjne  rządu  federalnego wymagające dowodów na  przyzwyczajenie do  ciężkiej  pracy  fizycznej wynikały  w dużej mierze z  pierwszych doświadczeń  Kanady  z   początku  XX-go  wieku.  Dwa  z tych doświadczeń  były dla  rządu  kanadyjskiego  szczególnie  kłopotliwe. Pierwsze  związane było  z  osadzeniem  Dukoborów  w  Saskatchewanie w  okolicach  Battleford,  a  drugim  sprowadzenie kilku  tysięcy angielskich  rodzin  jako  kandydatów  na  osadników  preriowych.  W  pierwszym  przypadku  duża  grupa  Dukoborów,   zwących się  swobodnikami  w  jakiś  czas po  osadzeniu  postanowiła  poszukać Jezusa i  raju na  ziemi i w  czasie zimy 1903 roku   opuściła  swoje  wioski,  aby wędrować  po  preriach,  żywiąc się  surowymi  kartoflami i  mielonym  owsem,    dopóki  kilkaset  mil  dalej na południe Królewska Konna Policja  nie zaaresztowała  ich i nie  odstawila do ich  osiedli.  Krótko  po  tym   z  powodu  sporu  z  rządem  federalnym  większość Dukoborów  porzuciła   już  zagospodarowane przez  siebie  tereny  w  Saskatchewanie , które  otrzymała  za darmo  od rządu  kanadyjskiego  i  przeniosła się  do  wnętrza  Brytyjskiej  Kolumbii  idąc  za  swoim  duchowym  przywódcą  Viereginem.

W  drugim  przypadku   pastor -misjonarz  w  ferworze  misyjnym  sprowadził  na prerie  kilka tysięcy  Anglików z rodzinami obiecując im  nieprawdopodobnie wygodne  życie  w nowej  kolonii  Britannia  w  północnym  Saskatchewanie.  Przyszli  osadnicy,  w ogromnej większości angielska  drobna  burżuazja   i  biedota  miejska  nie mieli pojęcia o  trudnościach  życia w  prymitywie pionierów na preriach,  natomiast  przynieśli  ze sobą  swoje angielskie  snobizmy i  przesądy . W  konsekwencji  rząd  kanadyjski  poniósł  ogromne wydatki  a  zyskał  niewielu  osadników,  ponieważ  znaczna część  Anglików  powróciła  do  Anglii.  Odtąd też   przestano  wierzyć  w  osadnictwo  Anglików  na  preriach,  a  wszystkich  kandydatów na imigrantów  poddawano  nawet  ścisłej   kontroli  jak np. sławne  oględziny  rąk  -  spracowane  ręce pozwalały  przypuszczać,  że kandydat da sobie radę  w  preriach,  natomiast  delikatne  powodowały odmowę wpuszczenia  kandydata  do  Kanady

 Do lat  czterdziestych  ub  wieku  kandydat na emigranta z  poza W.  Brytanii, który miał wyższe  wykształcenie poprostu  nie był  przez  Kanadę akceptowany, ponieważ rząd kanadyjski obawiał się,  że  imigracja inteligencji innej  niż  brytyjska,  mogłaby  negatywnie  oddziałać na anglosaski charakter jej  społeczeństwa.[7]  Trzeba  było dopiero  II  wojny  światowej, aby  pod  naciskiem  konieczności dostarczania  zaopatrzenia wojskowego Wielkiej Brytanii,  rząd federalny  zgodził się na przyjecie wysokiej  klasy  specjalistów-uciekinierów  z krajów europejskich okupowanych przez  Hitlera, w tym  także  dużej grupy  inżynierów  i  techników  polskich. Zadaniem tych  wszystkich  specjalistów  było  uzupełnienie  kadr   potrzebnych  do   szybkiego   rozwoju  strategicznych  przemysłów  wojennych  oraz   do   kontynuacji  dalszego   rozwoju  gospodarczego   Kanady  po  zakończeniu  wojny.

 Ten  przełom w dotychczasowej kanadyjskiej polityce  imigracyjnej   został  wymuszony naciskami W.  Brytanii i Stanów  Zjednoczonych  oraz sytuacją  rozwijającej  się II  wojny  światowej.

  W  ciągu  dziesięcioleci   powojennych  dzięki nowej polityce imigracyjnej, Kanada  otworzyła drzwi  setkom  tysięcy zdemobilizowanych  na  Zachodzie  żołnierzy różnych krajów europejskich oraz  DP  ( Displaced Persons)  w popularnym  skrócie  DiPisom,  czyli  cywilom, którzy  nie  mogli,  lub  nie chcieli powrócić do swoich krajów. Dzięki nim Kanada     zrealizowała swój ogromny  skok   gospodarczy i kulturalny lat powojennych.

II  wojna światowa spowodowała nie tylko  szybki  wzrost zamożności społeczeństwa kanadyjskiego,  ale także, zdarzyła się w czasie kiedy jak  pisze  Robert  Collins[8],  pod wpływem  własnych  ciężkich  doświadczeń  wielkiego  kryzysu  lat 30-tych Kanadyjczycy  próbowali  znaleźć  dla siebie nową  formułę społeczeństwa.   Zaczęte wówczas przemiany w  ich  mentalności  dokończyły  świadectwa  okropności   II wojny  światowej  widziane z pozycji  żołnierzy wyzwalających  wygłodniałe miasta i  wsie północno  wschodniej  Francji,   Holandii  i   terenów   nad  reńskich.  Obrazy   z  wyzwalanych  niemieckich obozów koncentracyjnych   na długo  zapadły w  pamięć  kanadyjskich  żołnierzy. Wreszcie był  to  także    czas,  kiedy dzieci i  wnuki pierwszych imigrantów z  kontynentu  europejskiego,  już  kompletnie  zasymilowane i wykształcone w szkołach  kanadyjskich  zaczęły sięgać po studia, a następnie po możliwości włączenia  się w życie  publiczne i polityczne swego kraju. Kanadyjczykiem  polskiego pochodzenia jest  mówiący  po polsku syn  polskich  emigrantów,  dr  Stanley  Haidasz,  lekarz z Toronto i  długoletni poseł  do kanadyjskiego parlamentu. Posłami do parlamentu  byli także  Jesse  Flis i Tadeusz (Ted)  Glista,  również  potomkowie pierwszych emigrantów polskich. Wiele dzieci  i wnuków polskich emigrantów weszło  także  do administracji  Kraju i  uważając się  poprostu za Kanadyjczyków  zaczęło brać  aktywny  udział w  życiu publicznym, w tym także  określać  jaką  Kanadę widzą dla siebie i  swoich  rodzin.[9]

Tak  zwana   revolution  tranquille w  prowincji Quebec  w  latach  50-tych rozpoczęła ostatni  etap  przekształcania się  Kanady  brytyjskiej w  kraj  wielokulturowy.  Spór o supremację  francuską  w  Quebecu, który w   następnych dziesięcioleciach  rozrósł się  aż do  prób uzyskania suwerenności  Quebecu  miał  między  innymi oczywiste  konsekwencje w  polityce imigracyjnej  Kanady. Kiedy  w  latach  80-tych   Partia  Quebecka (PQ) postawiła  na język  francuski  i  korzenie ludności  de  vielle souche (francusko- języcznych  Quebecczyków od wielu pokoleń) ,  rząd  federalny i  razem z  nim anglo-języczna część ludności  postawiły na spójność  całego  terytorium kanadyjskiego.  Stało się wówczas  oczywiste,  że   les  allophones (różno języczni) w  Quebecu są   języczkiem u  wagi,  w  minimalnym  procencie  wygrywając  dla Kanady  dwa  referenda. Rząd  federalny, który  już wcześniej  zaczął zmieniać swoją  politykę imigracyjną  zdobył jeszcze  jeden dowód ,  że postawa  les  allophones  w sporze o  Quebec zadecydowała o  całości terytorium  kanadyjskiego i  dowiodła brytyjskiej  i  anglojęzycznej części   Kanadyjczyków znaczenia i ważności protegowania kultur wszystkich grup  etnicznych Kanady,  a co  za tym  idzie, potwierdziła,  że tolerancja w wielokulturowym  państwie jest spoiwem  społecznym.

Około lat  sześćdziesiątych  zaczęły się zmieniać przepisy  imigracyjne.  Imigranci z cenzusami posiadający  zaproszenia do pracy  w  kanadyjskich przedsiębiorstwach  lub  instytucjach stali się mile widziani w  urzędach  imigracyjnych i  ich wykształcenie  było uznawane za   czynnik  pozytywny.  Ich  udział procentowy  w całości liczby  imigrantów zaczął szybko  rosnąć.  Kanada jednak jako  kraj  jeszcze ciągle  nie była całkowicie  przygotowana   do  wchłonięcia  powojennej  masy imigrantów  i  zapewnienia im  natychmiastowego  zatrudnienia.  Stąd długo po  wojnie bardzo się  przydawał stary  system  obowiązkowych  kontraktów dla wszystkich, których sponsorował    rząd  kanadyjski. Tysiące zdemobilizowanych  żołnierzy  i  DiPisów  niezależnie od poziomu  wykształcenia i  zawodu  zaczynało wtedy  swoje życie w  Kanadzie  od  pracy  fizycznej na farmach lub w obozach  drwali. Dla kobiet  rezerwowano  nadal stanowiska sprzątaczek,  lub służących na farmach albo po  miastach,  to jest w  zawodach w  których  istniał  chroniczny brak siły  roboczej.  Obowiązani  byli  do niej  imigranci nawet  o  najwyższych  kwalifikacjach,  do  których  często  się  nie przyznawali  przy  składaniu  podań  o  kanadyjską  wizę.

W atmosferze coraz  bardziej opartej na współczuciu dla uciekających  spod reżymów komunistycznych i  dyktatorskich, a także w dobrze  zrozumianym  interesie własnym, rząd  kanadyjski  wprowadził wreszcie w 1971 roku  prawo o  wielo-etnicznosci  Kraju.  Zasada  ta zastąpiła dawne prawo  anglo-saskiej  dominacji. Położono  nacisk na procesy  adaptacyjne  imigrantów. Urzędy  imigracyjne zwiększyły swą  troskę o  świeżo  przybyłych,   o  ułatwienie im  pierwszych  kroków  w  nowej  ojczyźnie.  .  Rząd  rozumiał,  że  początkowa  pomoc nowo-przybyłym opłaca się szybszą i lepszą asymilacją i  większą  produkcyjnością  ich  pracy.

Wielu  imigrantów, którzy  przybyli w różnych okresach  drugiej połowy  XX-go  wieku  do  Kanady z trudem jednak  dawało sobie radę z asymilowaniem się do  Nowego Kraju. Oczywiście im   dalsza  od  kanadyjskiej  była  ich  rodzima kultura,  tym  trudniejszy  był  proces asymilacji .  Wielu  uciekinierów  albo  imigrantów  "mimo woli"  wcale  nie było mentalnie przygotowanych do  przyjęcia kultury  dnia codziennego    Kanady. Stąd  konfrontacja ze statusem imigranta była szokiem psychicznym.  Jak  pisze  Morton  Beiser,  profesor  Uniwersytetu  Brytyjskiej  Kolumbii w  Vancouverze[10]  o  imigrantach  ostatnich  dziesięcioleci  minionego stulecia:  w  Kanadzie  znalazło  się  wielu  imigrantów  szczególnie z  krajów  Azji, którzy  z  wielkim  trudem latami  przystosowywali  się do nowej kultury i nie zawsze osiągali  w tym  sukces.  Zdarzało  się to i Polakom, że   po  latach pobytu  w  Nowym  Kraju  pod  byle pretekstem  zaczynali  odstawać od  zaakceptowanej kultury i  nawracać do swojej  dawnej,  co  w  konsekwencji  prowadziło  do ich wewnętrznej  izolacji.  Zdarzały się nawet  wypadki  samobójczej  śmierci.  Inni  dziwaczeli,  szczególnie  niechetnie patrząc na swoich współrodaków,  którzy  proces asymilacji przeszli  bez większego  trudu.  Z   takimi trudnościami asymilacji  wiąże się  dość wyraźnie sprawa nieznajomości  społeczeństwa  Nowego  Kraju  wykazywana  przez kandydatów na  imigrantów.

Można  się założyć,  że  około  90 %  Polaków i Polek, którzy  wybierali  się na emigrację do Kanady  wiedziało albo  bardzo niewiele o tym  kraju  albo poprostu  nic i  w zastępstwie prawdziwej  wiedzy posługiwało  się własną, lub  cudzą  imaginacją.  Przyczyniały się także do  tego  reportaże z  podróży  Polaków  odwiedzających  Kanadę.  Taka  publikacja jak  "Kanada  pachnąca  żywicą"  Arkadego  Fiedlera, przedstawiała  Kanadę  widzianą  okiem  turysty  zachwyconego  pięknem  jej  borów i jezior,  rozległością terytorium  oraz  bohaterskimi,  jak z  kina  Hollywood  wziętymi,   traperami lub osadnikami.  To  były  barwne i  ciekawe opisy  wspaniałego  kraju, nie mające nic wspólnego z  szarą  rzeczywistością  przeciętnego   imigranta z  Polski,  zmagającego  się z obcością   kultury  dnia codziennego oraz  powszechną dyskryminacją  trwającą więcej niż  pół wieku.  Ale na  takich właśnie reportażach   przyszli  emigranci  budowali  swoją wiedzę o Kanadzie.  Książka  Melchiora Wańkowicza  "Tworzywo"  poruszała wprawdzie  trudności  życia pierwszych  osadników  polskich w  preriach, w początkowych latach ich pobytu, ale i on  nie ustrzegł  się od  hollywoodzkiego  zabarwienia  jej  polską   bohaterszczyzną

  do  lat   powojennych  Kanadyjczycy byli  społeczeństwem imigrantów nielubiących  imigrantów [11].  Przewojenni  chłopi i  robotnicy  wyjeżdżający za chlebem  wiedzę swoją o  Kanadzie albo opierali  na obietnicach werbujących  ich agentów w  kanadyjskich  biurach  w  Europie,  albo  na  informacjach pochodzących z listów krewnych  lub  przyjaciół  już  mieszkających w  Kanadzie.  Agenci   imigracyjni,  a nawet  członkowie  owczesnego   rządu  federalnego  świadomie  przesadzali   dobre strony  rozwijającego się  kraju.[12]   Agenci zresztą często  sami  wiedzieli  bardzo niewiele  o  trudnościach jakie  w Kanadzie zachodniej  mieli  napotkać ubodzy emigranci   z  Europy  centralnej, wschodniej  i  południowej.  O powszechnej  wówczas  dyskryminacji  "innych"  czyli  imigrantów nie pochodzących z wysp  brytyjskich  oczywiście  wogóle się  nie mówiło, a to  przecież była jedna z  najcięższych  przeszkód w  życiu  jeszcze  nie zadomowionych imigrantów. Z listów krewnych i  przyjaciół też  niewiele można się  było  dowiedzieć o  dyskryminowaniu i  przerażających trudnościach  życia  w pionierskich  preriach.

Powojenni  emigranci natomiast  wyrabiali  sobie fałszywe  wyobrażenie o Kanadzie na jeszcze innej  podstawie.  W  wygłodzonej  Europie czasów wojny i lat powojennych Kanada  była symbolem obfitości podstawowego  pożywienia takiego jak  masło, mleko,mięso, jaja,  a spontaniczna  życzliwość  kanadyjskich  żołnierzy wkraczających do wygłodzonej   Europy   dawała  pozór  społeczeństwa z  kraju  błogostanu.  Jak mogły pasować do niego przeżycia pierwszych  lat imigracji na pracach kontraktowych,  u  przedsiębiorców,  jakże  często bezwzględnych  i  wykorzystujących każdą odrobinę siły  emigranta?   Dyskryminacja  imigrantów  europejskich,  szczególnie  Słowian,  była  powszechna.  Obraźliwe przezwiska  "Bohunk"  i  "Pollack" były   na porządku  dziennym   Dopiero po latach gorzkich doświadczeń,  upokorzeń i  bardzo powolnej poprawy  losu powojenni  imigranci  polscy zaczynali  się  "urządzać".  Przenosili  się do miast,  kupowali  domki, aby  oszczędzić  na rosnącym  czynszu za mieszkanie lub  uniknąć  dyskryminujących gospodarzy domów  czynszowych. I  przeważnie   wówczas  okazywało się,  że  sąsiedzi,  Kanadyjczycy  patrzą  na nowo  przybyłych z  życzliwością  i nawet  akceptują ich  obcy  akcent   Wrastanie w społeczeństwo odbywało się bardzo powoli  i  w dużej  mierze   było nieświadomie.  Trzeba  było przede  wszystkim  zarobić na życie codzienne,  na naukę  dzieci,  później  myślano o  emeryturze,  więc poza  nielicznymi  wyjątkami chwytano się  prac dostępnych w danym  miejscu,  bez  oglądania się na wyniesione z Polski  wykształcenie  i  doświadczenie. Robienie  "kariery"  było  przywilejem   niedostępnym  większości  imigrantów  wojennych  i powojennych.

Tak, jak ich poprzednicy,  ludzie z  PRL-u  przybywali  w  większości nie znając ani kraju ani  stosunków międzyludzkich w nim  panujących.  Dla nich słowo  Kanada  oznaczało wszystko  co najlepsze, więc i  tego spodziewali  się po  społeczeństwie do którego  ich  urzędy  imigracyjne wpuszczały.  Mieli  jednak pewną  przewagę  nad swoimi  poprzednikami .  Kanadyjczycy  już  wtedy wiedzieli,  że potrzebują ludzi  wykształconych i, że w  wyścigu  ze Stanami  Zjednoczonymi, Australią i Południową Afryką  w  przechwytywaniu   fachowych  imigrantów,    muszą  kandydatom ofiarować lepsze warunki  startu od tych,  jakie  otrzymywali  przybysze z poprzedniej  epoki.

 Pierwsi  przybysze z  PRL-u byli naogół onieśmieleni bogactwem  Kanady rzucającym  się w  oczy i  doceniali  każdy  przywilej (np.  bezpłatne lekcje angielskiego,  bezpłatne mieszkanie, opiekę lekarską,  które im  Kanada  ofiarowała) Ale i  oni w większości  nie byli  przygotowani na trzy stałe atrybuty imigracji: wykorzenienie,  izolację kulturalną i samotność. Kanada  jednak oczekiwała od nich pracy w wyuczonych zawodach i  tylko od nich zależalo jak daleko się w nich posuną.  Dyskryminacja oficjalnie zakazana od początku od lat powojennych  przestawała być problemem bo społeczeństwo było już dobrze poinformowane o  przydatnej  roli imigrantów w rozwoju  gospodarczym  kraju. Ofiarowywane emigrantom  wówczas  przywileje były normalną  częścią składową startu  kanadyjskiego i perspektywy kariery  migotały  przed  prawie  wszystkimi. Wreszcie  zmienili  się także  imigranci,  z potulnych i  wdzięcznych "bezpaństwowców"  formalnych,  lub  rzeczywistych  stali się  pewniejszymi siebie i swoich praw kandydatami  na robienie kariery w wielkim  świecie,  ludźmi,  którzy wyjeżdżali  ze  swego   kraju, jaki  by  on  nie byl, ale  istniejącego i  oficjalnie uznawanego  przez  rządy innych państw.

Jeszcze w  końcu  XIX-go wieku ( nieliczne)  i następnie w ciągu  XX-go wieku znacznie liczniejsze powstawały w rejonach wiejskich  ugrupowiania takie jak  np. Little Italy, albo  Little  Swiss,  w  których współrodacy -  emigranci  mieszkali  stosunkowo niedaleko i utrzymywali stałe osobiste  kontakty na wzór dawnych  wspólnot społecznych (  np.  wiosek) w Starym  Kraju.  Po  drugiej  wojnie światowej zjawisko  to  było przez administrację federalną  życzliwie   oceniane  ale  polskich  imigrantów już wtedy  nie dotyczyło.

W  dziejach  emigracji polskiej do Kanady, powstanie pierwszej  wspólnoty, odbyło się jeszcze w  XIX-tym  wieku w  Ontario. Kaszubi,  którzy pracowali  przy  budowie dróg  w  Ontario   (Opeongo  Road)    mogli następnie wybrać sobie działki rolnicze w nowo otwieranych częściach  tej  Prowincji,  i  wybrali sobie okolice obecnego miasta  Barry's  Bay,  ponieważ tamtejsze  pagórkowate tereny  przypominały im  ich rodzinne strony.  Okolice te,  chociaż  malownicze nie miały  jednak  dobrej  gleby i nowi osadnicy z trudnością na nich gospodarowali. Dopiero po  II  wojnie światowej ,  polscy  imigranci z  Ottawy odkryli turystyczne wartości tych okolic, poważnie przyczyniając się do ich rozwoju gospodarczego i kulturalnego.  Zaskoczył ich  przy tym  fakt, że  ontaryjscy Kaszubi  nadal posługiwali się językiem polskim, pomimo,  że  od  przybycia pierwszych osadników minęło już okolo  100 lat. Dynamika  powojennej emigracji spowodowała,  że osadnictwo polskie w  ontaryjskich  Kaszubach stało  się wkrótce przedmiotem szeregu  publikacji w  języku polskim i  angielskim a następnie powstał Polish Heritage Institute - Kaszuby,  dwujęzyczna  instytucja propagująca turystyczne zalety okolicy, ale i  dokumentująca zabytki  kulturalne  Kaszubów zachowane do  dziś..[13]

Na  zachodzie Kanady  niektóre  wiejskie parafie polskie w  preriach organizowane  przez  pierwszych polskich  księży  Oblatów, a szczególnie  trzech braci oo. Kulawych i  o. Scella  zbliżały  się charakterem do takich właśnie etnicznych wspólnot wiejskich, ale nigdy nie były dostatecznie zwarte, aby  zasłużyć na nazwę Małej Polski.

Kanada,  która według  M. Beisera  jest obecnie w  czołówce 7  krajów uważanych za najbardziej humanitarne zainicjowała na przełomie lat 70-tych i  80-tych kilka kierunków studiów nad skomplikowaną naturą asymilacji w Nowym  Kraju. Trzy z tych  badań związane z  pracą  M. Beisera  koncentrują się na analizie odporności epidemiologicznej  imigrantów i na badaniu  zdrowia  psychicznego uczestników Refugee Re-settlement Project (projektu osiedlenia uchodźców)[14],  który jednak  odnosi się do imigrantów  azjatyckich.  Liczne są   natomiast  tematy  badań   znacznie wcześniejszych,  bo sięgających  nawet lat  przedwojennych  i  50-tych  ub. stulecia.  Dotyczą  one  wielokulturowości oraz analiz tematycznych z dziedzin  zatrudnienia emigrantów.  Niektóre z  badań  uniwersyteckich zajmowały się nawet sprawami nostalgii  za Starym  Krajem. Są  one oparte na starannie zebranej obfitej  dokumentacji.  Do  dziś dnia nia ma jednak pełnej analizy przebiegu adaptacji  do Nowego  Kraju. Ciekawostką  jest,  że większość  tych  studiów  była  prowadzona albo z  punktu  widzenia imigrantów jako  takich  bez  rozróżniania ich  płci, albo najczęściej z  punktu widzenia imigrantów  mężczyzn. Dopiero  ostatnie lata  kończącego się  XX-go  wieku  przyniosły  studia o kobietach imigrantkach .

Do  bardzo niedawna w  imigracji  liczyli  się  przede wszystkim  mężczyźni.  Oni  byli odpowiedzialni  za  otwieranie nowych  terenów, za  pionierskie  osadnictwo i  tworzenie zrębów nowego  społeczeństwa. To  oni  budowali  domy, uprawiali pola, siali i  zbierali  żniwa, to oni  byli  właścicielami  farm, sklepów,  przedsiębiorstw i oni  zbierali  słowa  uznania za  ciężko  przepracowane życie i  za zasiedlony  kraj.  Było jednak  wiadomo  od dawna,  że mężczyźni emigranci bez  kobiet są  mniej  stateczni,  łatwiej  ulegają nałogom,  są skłonni  do  włóczęgi  i tak naprawdę to dopiero obecność  kobiet cywilizuje męski  świat mocy i  przemocy i  przekształca przypadkową  zbieraninę  emigrantów w grupy  społeczne. Kobiety  emigrantki rzadko  kiedy  były  widoczne spoza szerokich męskich  pleców ,  a napewno nie było  badań  związanych z adaptacją emigrantek polskich do  Nowej  Ojczyzny.

W  naszym  szkicu będziemy często przeciwstawiali  sobie obie płci. Wynika to z faktu, że świat taki  jaki  był w  XX-tym  wieku i jaki jeszcze jest  dzisiaj,  zarówno  Polska jak i  Kanada,  to  świat w którym o  porządku społecznym i  gospodarczym decydują  mężczyźni.  Prawa imigracyjne  były więc  ustalane  przede wszystkim  pod kątem praw i obowiązków imigrantów-mężczyzn. Nawet  dziś, kiedy  Kanadyjki  uzyskały już wiele  równouprawnień,  podstawy polityki imigracyjnej i jej  analizy odnoszą się głównie do imigrantów rodzaju  męskiego.  Stąd  i my  będziemy się  często  odwoływać do  przykładów z  życia mężczyzn,  jak  i  ich  udziału w  ogólnej sytuacji  imigrantów.

Drugą  przyczyną dla której w opracowaniu dotyczącym  kobiet często jest mowa  o  mężczyznach jest oczywiste powiązanie  obu płci.  Tak  jak w  życiu  mężczyznom potrzebne są kobiety, tak samo w  życiu kobiet ogromną rolę  odgrywają meżczyźni i nie ma powodu do eliminowania ich  udziału w  kształtowaniu wizerunków imigrantek  polskich.  Nie sposób  także  mówić  o  kobietach  imigrantkach,  dla których takie zjawiska jak izolacja, wykorzenienie, asymilacja są elementami  rzeczywistości,  w której rozgrywa się ich  życie i odbijają  się stosunki  międzyludzkie jeśli  pomija się mężczyzn pojawiających się w  ich  życiu.

Na koniec należy dodać, że opracowanie  niniejsze  jest  próbą uporządkowania (ale nie inwentarzem), pod  względem  czasowym i merytorycznym zebranych wypowiedzi własnych polskich imigrantek  na temat ich życia,  przedstawioną  na szerszym  tle ówczesnej polityki i  rzeczywistości kanadyjskich  i polonijnych.  Jest wysoce subiektywne,  nacechowane  goryczą bieżących  konfrontacji dwu kultur,  czesto związane z  entuzjazmem planów na nowe życie.  Mówi o  trudnościach i  osiągnięciach Polek, które znalazły  się na emigracji w  Kanadzie  w momentach  stosowania różnych zasad polityki  imigracyjnej i  rozwoju gospodarczego  Kraju. Takie  uporządkowanie czasowe nie zmierza do podkreślania większego lub  mniejszego  cierpiętnictwa poszczególnej  fali  imigracyjnej,  ale do pogłębienia obrazu  ewolucji  naszych  kobiet i ich  reakcji  na bądź co  bądź ,  niesłychanie ważną decyzję życiową. Nie mogłam więc pominąć krótkich  szkiców postaci wybitnych imigrantek, ktore swoim  życiem w  Kanadzie przyczyniły się do  budowy Polonii, społeczeństwa kanadyjskiego  oraz  tworzenia,  przekształcania i  wzbogacania   wizerunków  imigrantki  polskiej. Opisując procesy przemian w Polonii  posługiwałam się informacjami  zaczerpniętymi przede wszystkim z  informatorów polonijnych,  wspomnień  opublikowanych,  lub  nieraz tylko opowiadanych o  znanych   przedstawicielkach imigracji.  Wreszcie  sięgnęłam  także do  wiadomości nazbieranych dzięki  życzliwej pomocy współrodaczek i współrodaków zainteresowanych  niniejszym opracowaniem. Jest oczywiste,  że  nie wymieniłam wszystkich zasłużonych  kobiet pracujących w  Kanadzie na niwie tak  szerokiej jak  wielka   jest rozpiętość zainteresowań, możliwości i  dziedzin  życia  społecznego, kulturalnego, politycznego i  ekonomicznego w tym ogromnym  kraju. Napewno nie zdołałam wymienić i  naszkicować wszystkich  wybitnych  przedstawicielek imigracji polskiej w  Kanadzie.  Nie zrobiłam  tego, ani  z  niechęci, ani z lenistwa, ani z  faworytyzmu.  Jednak  ograniczona własnymi  możliwościami,  częstą  nieufnością kobiet,  do których się zwracałam i   licznymi odmowami  wypełnienia ankiety  rozesłanej w  1998/99 roku,  musiałam dokonywać wyboru na podstawie dostępnych mi publikacji oraz  faktów  publicznie znanych.  Tylko w tym ostatnim przypadku  pozwoliłam sobie na zastosowanie mojej  subiektywnej  oceny  wielkości wkładu  poszczególnej  imigrantki  w całość  życia polonijnego,  pozycji  Polaków w Kanadzie i  jej udziału w  pomocy, lub  pracy na rzecz społeczeństwa polskiego lub jego  części w  PRL-u  oraz w  III Rzeczpospolitej.

Z tej  racji unikałam używania suchych danych statystycznych,  dając  przede wszystkim głos samym  imigrantkom.  Jest także oczywiste, że w  gromadzie tych  kobiet znajduję się i ja, imigrantka od  prawie 40  lat.  Jako  taka  pozwolilam sobie włączyć do naszego  opracowania moje osobiste spostrzeżenia, zapamiętane  uwagi oraz  wnioski, które w ciągu długich   lat nazbierałam nie tylko  na podstawie własnych doświadczeń, ale także i  tych,  które  przekazane mi  zostały  przez  innych jako ostrzeżenia,  wyjaśnienia, lub poprostu  obserwacje  różnic  kulturowych pomiędzy Polską i  Kanadą.

 Nazwiska imigrantek  i  imigrantów wymienione  w naszym opracowaniu  zebrałam,  jako powszechnie znane  dzięki  ich  działalności społecznej , albo znalazłam je w  dokumentach opublikowanych. Natomiast  cytowane w tekście ustne uwagi  osób, z  którymi   rozmawiałam w różnych okresach podczas  mego pobytu w  Kanadzie pozostawiam  anonimowe, ponieważ nie mam możliwości ich  autoryzowania. Z  przyczyn ode  mnie niezależnych nie dotarłam głębiej do dokumentacji dotyczącej  szczegółów  działalności organizacyjnej  wielu  polskich  imigrantek,  nie wymieniłam również nazwisk  wszystkich wolontariuszek poświęcających  setki  tysięcy godzin  pracy  społecznej na rzecz  Polonii i Polski,  ponieważ było ich za dużo, a dotarłam tylko do  niewielkiej ich  części.

Z  uwagi na zupełną wyjątkowość wyników działalności Wandy  Stachiewiczowej w  Kanadzie  poświęciłam  jej  więcej  miejsca w  mym opracowaniu aniżeli  innym  wybitnym  imigrantkom.  Załuję,  że  bogatego  wkładu  innych  imigrantek polskich do dorobku  Polonii i  społeczeństwa  kanadyjskiego nie mogłam  omówić równie szczegółowo.   Z  uwagi na  swoje  bogactwo,  temat ten mógłby się stać osobnym długo falowym projektem. 

Ograniczenie się  przede wszystkim  do  szczegółów  wydobytych z  biografii  oraz  wypowiedzi pojedyńczych imigrantek odpowiadających na anonimową mini-ankietę z roku  1998/99  wymagało uzupełnień w postaci opisu ogólnych sytuacji, w których znajdowała się  imigracja polska w  Kanadzie w  różnych  epokach rozwoju  tego  Kraju. Tło powstawało z  uogólnień  opartych   albo na doświadczeniach  indywidualnych wielokrotnie  powtarzanych,  albo  na sytuacjach, które grupowo tworzyły podobne losy : etapy  adaptacji, klęski i sukcesu  życiowego  itd.  Było ono  także  budowane  przez  politykę imigracyjną w  różny  sposób stosowaną nie tylko w  czasie ale  i w  miejscu  i  wreszcie  przez  reakcje  społeczeństwa   kanadyjskiego na napływ  imigrantów.

Poruszając temat  prostytucji w  Kanadzie Zachodniej w  latach  1900-1939  posłużyłam  się  informacjami  opublikowanymi  na ten  temat, próbując oddać specjalny  społeczno-moralny  klimat Kanady  Zachodniej z tamtych  czasów.

W  żadnym  wypadku zebranej  informacji nie traktowałam jako  pełnej  i kategorycznej,  która by  wykluczała odmienne warianty  życiowe.  Jest jasne, że los  poszczególnej imigrantki  zawiera  elementy związane  wyłącznie z jej  osobą.  Tym  ważniejsze jest jednak  poszukiwanie uogólnień tła na tyle otwartych, że obejmują one elementy typowe w  życiu  licznych  imigrantów i  dzięki temu dają  pełniejszy obraz  sytuacji w danym  miejscu  i w danym  czasie.

Pozostają  jeszcze do omówienia używane przeze  mnie określenia emigrantki-imigrantki.  Wprawdzie oba te słowa  odnoszą  się do tego  samego  zjawiska, ale  nie są  to  słowa  zamienne,  ponieważ każde z  nich  dotyczy innego  punktu  widzenia.  Emigrantka oznacza  kobietę, która  opuszcza lub  opuściła swój  kraj  rodzinny,  czyli  wychodzi lub wyszła z  kręgu kulturowego  społeczeństwa  Starego  Kraju. Natomiast imigrantka - to kobieta,  która urządza lub już  urządziła nowe  życie sobie i  swojej  rodzinie  w Nowym  Kraju,  czyli podjęła  kroki odpowiednie do  związania się ze społeczeństwem Nowego  Kraju . W  kolejności  czasowej z  punktu  widzenia  Nowego  Kraju  emigrantki  przekształcają  się w imigrantki w  chwili zmian w ich statusie  formalnym w Nowym  Kraju,  to znaczy przez  nabycie  prawa stałego  pobytu, a następnie obywatelstwa.   Ponadto członkowie  Polonii,  którzy dla Polski są emigrantami, dla Kanady  są imigrantami a  następnie Neo-Kanadyjczykami  lub  Kanadyjczykami (po otrzymaniu obywatelstwa kanadyjskiego).

Rozróżnienie to  odzwierciedla także zmiany w legalnych uprawnieniach jakimi Kanada  obdarzała   emigrantów w  ub. stuleciu.  Na koniec warto  dodać,  że wielu  zasymilowanych  Kanadyjczyków  polskiego  pochodzenia  jest bardzo czułych  na przymiotnik  "polonijny", ponieważ w niektórych wypadkach,  szczególnie w kontekście mowy o  kulturze, może on  oznaczać coś, co nie jest polskie, bo nie powstało nad  Wisłą lub  Wartą, ale w Toronto, Montrealu lub zgoła  na preriach kanadyjskich lub nad  Pacyfikiem.  Takie stawianie sprawy jest dla członków Polonii  kanadyjskiej  bolesne,  bo  odmawia uznania ich  przywiązania do polskości, a nawet jak w niektórych przypadkach  bardzo jaskrawych (to Polonus, a nie Polak),  przerywa  ciągłość  historyczną, kulturalną i  emocjonalną, którą  tak  wielu członków  Polonii  kanadyjskiej,  zarówno  mężczyzn jak i  kobiet budowało z zaparciem się siebie i  ze stratą własnych korzyści.  świadoma tego,  używam  przymiotnika  polonijna/y  tylko w znaczeniu pochodząca/y lub  przynależna/y do Polonii jako  całej  grupy polskiej w  Kanadzie,  grupy  przywiązanej i  przechowującej polską  kulturę i polski  język.


 
CZĘŚĆ  PIERWSZA :  Etapy  imigracji                    
 
ROZDZIAŁ  I  

 

 

            O  emigracji polskiej  w  Kanadzie  wogóle                         

 

Dla zrozumienia   polskiej  emigracji  do  Kanady w wieku  XX-tym wydaje się  ważne  podkreślenie  dziwaczności  jej  korzeni.   Ta dziwaczność   wynikała   ze   sprzeczności pomiędzy decyzją polityczną  rządu dominialnego, a dokładnie Ministra  Spraw  Wewnętrznych   Clifforda Siftona dotyczącą  otwarcia prerii  kanadyjskich  dla  biednych  Europejczyków i  zasadą zachowywania "czystości anglosaskiej  rasy" głoszoną zarówno przez  rząd  jak i  w pełni  akceptowaną  przez  ówczesne społeczeństwo  Dominium. Przez  pierwsze połowę ub. wieku społeczeństwo kanadyjskie wcale nie chciało przyjmować  Polaków  i innych  Słowian jako emigrantów,  pogardzało nimi,  uważając  że nie nadają się na obywateli  kanadyjskich.  Zostali  mu oni  narzuceni  przez   Clifforda Siftona,  ministra Spraw Wewnętrznych  Kanady na  przełomie  XIXgo i  XXgo wieku   i  jego  linię  polityczną   dążącą do  szybkiego  zaludnienia  powstających  trzech  prowincji  preriowych. Zbieżne  z  tym   były też  interesy transkontynentalnej  kompanii kolejowej  Canadian  Pacific  Railway   (CPR ),  która   dążyła  do szybkiego   wzrostu  zaludnienia  Kanady  zachodniej , aby zapewnić sobie   zyskowność  przez  przewozy  pszenicy  produkowanej  na preriach.[15]

Clifford  Sifton istotnie doprowadził do szybkiego   zaludnienia   prerii, przyjmując do  Kanady osadników z  całej Europy,  ale  społeczeństwo  kanadyjskie  zareagowało  niechęcią  na masowy napływ  imigrantów  z centralnej, wschodniej i południowej  Europy. Dyskryminacja ich  stała sie  ich  chlebem powszednim  przez następne  dziesiątki lat.

Potem  przyszła II wojna światowa i  naciski  Wielkiej  Brytanii przyczyniły się do  narzucenia  Kanadzie imigrantów,   których  Dominium  Kanadyjskie  do  czasu wojny  nie chciało,  nie wpuszczało i  nadal nie miało  zamiaru wpuszczać. Tym  razem  chodziło o wykształconych fachowców  pochodzenia  nie brytyjskiego. W.  Brytania także wymogła na   Kanadzie przyjęcie  europejskich  uciekinierek wojennych  pochodzących z wyższych klas społecznych ich krajów, ponieważ  brytyjskie zapasy  żywnościowe  podczas  hitlerowskiej  blokady   prędko się kurczyły, więc Anglia   pozbywała  się  z  wyspy  kogo tylko  było można.

 Obie grupy  wojennych  przybyszów  spełnily  bardzo ważne  role dla Polonii  i  Kanady.  Stworzyły  bowiem  nowe  role-models   dla  Polaków na emigracji w  Kanadzie (powielane później masowo) i   w społeczeństwie kanadyjskim wypracowały miejsce dla polskiej  kultury, równocześnie zachowując swój udział  w  zmienianiu  rolniczego   Dominium  w kraj o  zaawansowanej  gospodarce  przemysłowej . Ten  udział  wojennej emigracji  w prawie błyskawicznym  przekształcaniu prowincjonalnego, a  przy tym  bardzo słabo  zaludnionego państwa   w kraj,  należący do pierwszej  dziesiątki najbardziej  rozwiniętych  krajów na świecie był  niezwykłym  dowodem  elastyczności  jego  społeczeństwa,  ale także  wprowadził  do niego  ferment, który  spowodował  głębokie  przemiany  w  tymże   społeczeństwie,  paręnaście lat  później  stawianym już  jako  wzór humanitarnego traktowania przybywających emigrantów.  Wszystkiego tego  dokonało  społeczeństwo kanadyjskie  nasycone  tysiącami   imigrantów, w tym  Polaków,   mężczyzn  i kobiet  tęskniących  za Polską, obolałych  psychicznie konsekwencjami  traktatu jałtańskiego, a równocześnie  zmagających   się   ze zwykłymi  trudnościami ubiegłowiecznego  życia emigranckiego. 

 


                   Tożsamość  imigrancka 

 

 

                   Asymilacja do Nowego  Kraju wiąże się ściśle z tożsamością imigrancką. Im  większe są różnice  pomiędzy kulturami obu krajów (Starego i Nowego) tym wyraźniejsze i  bardziej  widoczne stają się   przemiany  zachodzące w  tożsamości przybysza  asymilującego się do Nowego Kraju.  Asymilacja jest długim  procesem,  czasami trwającym przez  całe  życie i  przeważnie  nie odbywa się łatwo.  Jej pierwszym elementem jest  nauka nowego  języka i swoboda posługiwania się nim. Elementem  równie ważnym jest zrozumienie, później  przyswajanie sobie nowych sposobów  bycia,  typowych dla Nowego Kraju,  przejmowanie sposobów życia i  świętowania istniejących w Nowym Kraju, akceptowanie przekonań, którymi  posługuje się na codzień jego społeczeństwo, udział  w  kształtowaniu  się tego  społeczeństwa,  rozumienie jego  norm, nakazów i  zakazów, według których  toczy się życie i układają się  wszystkie  elementy  stosunków  międzyludzkich.

                    Tożsamością  imigrantów polskich w  Ameryce  zajmowano  się  w  Ameryce  od  czasów  I  wojny światowej . Jednym z  najbardziej  znanych   pośród   socjologów był  Florian  Znaniecki, który  wspólnie z  Williamem Thomasem  opublikował dwa  grube tomy  Pamiętników  Chłopów  Polskich w  Europie i  Ameryce. Autorzy   omawiali  zebrane przez  siebie życiorysy imigrantów polskich przede wszystkim  z  końca   XIX-go wieku. Zdaniem obu autorów  asymilacja jest  wynikiem rozwoju  grup emigranckich, a nie jednostek .  Polsko-Amerykańskie  społeczeństwo owego  czasu -  według nich -  ewoluowało  powoli jako całość  od polonizmów do amerykanizmów. Dowodzi tego  fakt,  że członkowie jego,  szczególnie druga  generacja,  nabywali  coraz  więcej postaw amerykańskich i  byli  pod coraz  większym  wpływem amerykańskiej  cywilizacji.  Według  obu  autorów ta  "asymilacja  jest na tyle zjawiskiem  grupowym,  że można ją porównać z takimi  procesami  jak  germanizacja  społeczeństwa   czeskiego, trwająca od stu lat, albo jak  przyjmowanie w ciągu  XVIII  wieku  kultury  francuskiej przez  polską, rosyjską i niemiecką  arystokrację"[16]. Dla naszego opracowania  dwa punkty są tu  ważne.  Pierwszy,  że proces asymilacji , tak  jak pojmowali  go Thomas i Znaniecki  jest długi i powolny.  Rozciąga się najczęściej na drugą generację imigrantów.  Drugim  ważnym   punktem jest opinia autorów,  że asymilacja  może się odbywać tylko  grupowo, poparta jakimś centrum, które musiało  wcześniej wykrystalizować najważniejsze  dla siebie  elementy  polskości na obczyźnie, a dopiero potem  narzucało je wprost albo  pośrednio jednostkom które  skupiły się wokoło niego. Obaj autorzy są świadomi,  że badane przez  nich  grupy polsko-amerykańskie miały jednorodne pochodzenie chłopskie lub  chłopsko robotnicze i  że ten  fakt ułatwiał tworzenie się lokalnych polsko-amerykańskich centrów  przyciągania.

W  badanych  przez  nas  etapach emigracji  polskiej do Kanady w  XX-tym  wieku, a więc,  w  czasie późniejszym od okresu  opisywanego przez Thomasa i  Znanieckiego uderza  brak podobieństw do sposobów asymilacji arystokracji polskiej,  rosyjskiej i niemieckiej   XVIII-go  wieku do kultury  francuskiej. Wynika to zapewne zarówno z odmiennego charakteru etapów imigracji  polskiej do Kanady  jak i  z odmienności  jej  przyczyn. Oprócz  tego  naszym  zdaniem  liczni  imigranci polscy   pozostawali długi czas   w rozproszeniu,  np  polskie służące na  kanadyjskich  farmach, lub w  miastach   często asymilowały się poza    ośrodkami  krystalizującymi  i  dlatego  ten   proces  nie wszędzie  przechodził  w taki sam sposób. Nie mówiąc o tym,  że  o  asymilowaniu  się do kultury  francuskiej decydowała moda, a o  asymilacji w nowym kraju -  życiowa konieczność.

W okresie miedzy wojennym  pamiętnikami   Polaków w  Kanadzie zajmował się Instytut  Gospodarstwa Społecznego w  Warszawie.  W  roku  1936-tym ogłosił on  konkurs  z nagrodami na życiorysy członków wychodźctwa polskiego planując publikacje tych pamiętników jeszcze w roku 1939-tym[17]. Prace  zostały  przerwane  wojną,  a ocalałe oryginały pamiętników  oraz  ocalała odbitka drukarska przygotowanego do druku tomu  pamiętników z Kanady pozwoliły Instytutowi  Gospodarstwa  Wiejskiego w  Warszawie w roku  1971 na publikację  p.t.  Pamiętniki  emigrantów. Kanada. Nr. 1-16. To opracowanie Instytutu Gospodarstwa  Wiejskiego nie pretenduje  jednak  do analizy  procesów asymilacyjnych.[18]

Za czasów  PRL-u  próbowano kontynuować zbieranie pamiętników emigrantów, ale dla nas nie przedstawiają  one żadnej  wartości ze względu  na swój  bardzo  propagandowy,  a mało  prawdziwy charakter.

Po  drugiej  wojnie światowej tożsamością  imigrantów polskich w  Stanach Zjednoczonych zajmowała się socjolog i  imigrantka dr.  Danuta  Mostwin, również  zamieszkała w  Stanach  Zjednoczonych. Jej opracowanie  Trzecia wartość[19]  poświęcone  jest dyskusji  na temat stanu i  rozwoju tożsamości emigranckiej  Polaków w  US.  Uwzględniając  powolne przeistaczanie się indywidualnego Polaka w  Amerykanina. Mostwin  zastanawia się nad pytaniem czy  asymilujący   się w  Stanach  Zjednoczonych  imigranci przestawali  być Polakami. W tym celu  wprowadza pojęcie   trzeciej wartości [20]  i  następnie opiera na nim  klasyfikację stopni  asymilacji równorzędnej do zachowywania lub tracenia poczucia polskości.  W  ten  sposób otrzymuje 5 kategorii opartych na wyrażaniu stopnia polskiej lub amerykańskiej  tożsamości.

1  -       tożsamość  polska

2  -       tożsamość polska zmierzająca ku  tożsamości dwukierunkowej

3  -       tożsamość  dwukierunkowa

4  -       tożsamość  amerykańska

5  -       sprzeczności w obrębie tożsamości etnicznej.  Tej ostatniej  kategorii  używa  Mostwin w  szerszym  niż  poprzednie  znaczeniu.

Imigranci 1-szej  kategorii  uważają się za Polaków i  są tak samo  oceniani  przez   Amerykanów.  W  drugiej i  trzeciej,  procesy odchodzenia od polskości i adaptacja do  amerykańskości    już w  toku.

                  Osoby  drugiej kategorii  uważają się za Polaków, lecz  wiedzą, że  Polacy w  Polsce mówią o nich jako o  Amerykanach, podczas gdy oni  sami czują się w nowym  środowisku  przybyszami  dostatecznie różnymi, aby Amerykanie traktowali ich  jako  Polaków. Jak  uważa Mostwin  przyczyną  tego  odizolowania subiektywnie odczuwanego,  jest brak  pełnego udziału w  życiu jednej i drugiej  narodowości.

Osoby  trzeciej  kategorii  uważają się za Polaków, lecz  wiedzą,  że są  uważani  za Amerykanów zarówno przez  Polaków jak i  Amerykanów. Ich  tożsamość  jest  bezpieczna i  chłonna,  ponieważ,  pisze D. Mostwin, mają nieprzerwaną więź z kulturowymi  wartościami dawnego i nowego  środowiska i  wpływami ich wzorców  wychowawczych.  "Tożsamość  dwukierunkowa jest nieszkodliwa dla równowagi  psychicznej i dla członka grupy  etnicznej jest tożsamością  - idealną..".[21].

Kategoria  czwarta obejmuje osoby, które Polacy nazywają zazwyczaj  Amerykanami polskiego pochodzenia.  Ich tożsamość jest wyłącznie amerykańska. Wprowadzając tę klasyfikacje  Danuta  Mostwin  zakłada,  że tożsamość  amerykańska  powoli  wypycha  ze świadomości  imigranta  jego  tożsamość  polską  i  że dopiero po  zakończeniu  tego  procesu następuje  pełna asymilacja.

 W dalszym  ciągu  rozważań  D.  Mostwin  zastanawia się nad   zachowaniem i  przekazywaniem  wartości  kultury polskiej poza  krajem[22]  Przy tej okazji  próbuje ustalić  teoretyczny  układ  dziesięciu wartości kulturowych polskich, jak  twierdzi  zależnych  jedna od drugiej, ułożonych  hierarchicznie,  a następnie  omawia tożsamość etniczną  podkreślając,  że ...  etniczność  nie równa się zakresowi pojęcia kultura...  Równa się natomiast układowi polskich wartości kulturalnych przeniesionych w  klimat kultury niepolskiej.  Dynamika  interakcji pomiędzy tymi dwoma kulturami wytwarza  elementy nowe...  prowadzi do  wytworzenia etniczności. [23]   Stąd  D.  Mostwin  rozróżnia odcienie etniczności odpowiadające  krajom,  w których  polska diaspora  znajduje się  i wymienia  3  typy  etniczności : kulturalną, religijną i narodową.  Dla  naszych rozważań nad wizerunkami  imigrantki polskiej  propozycje  dr. Mostwin  nie są konieczne,  ponieważ nam  zależy  przede wszyskim  na  skutkach asymilacji,  czyli  na  reakcjach   imigrantek i  imigrantów  na  Nowy  Kraj. Mniej  interesuje nas natomiast   teoretyczne budowanie  modeli  tożsamości   imigranckiej 

Interesujące  jest  jednak  kiedy  Mostwin   porównuje   swoje kategorie tożsamości z satysfakcją  zawodową  i  przynależnością do  amerykańskich organizacji  społecznych i  przytacza przy tym   urywki  wypowiedzi niektórych  respondentów  na rozesłaną  przez   nią ankietę.  Dla nas może najciekawszą  jest wypowiedź respondenta, który  liczbę  lat potrzebnych do tego, aby móc się uważać za Amerykanina  uzależnia  od :" 1)  rodzaju  wspomnień (szczęśliwych lub  nie)  jakie zachowujemy z  życia w dawnej  Ojczyźnie;  2) liczby lat  przeżytych w Starym  Kraju;  3) postawy ludzi tutejszych jak i  od postawy ludzi z autorytetem. Te postawy uważam  za bardzo pozytywne, tzn  przyspieszające proces asymilacji..."[24]  Z  punktu widzenia niniejszego  opracowania  wydaje  się, że o stosunku  imigranta  do jego nowej  ojczyzny decyduje  jednak  więcej  czynników. Ważne są pytania czy imigrant dobrowolnie opuścił  starą  ojczyznę,  czy też  pod   przymusem? Ile  lat   liczył  w  chwili  przybycia do  Nowego  Kraju   Czy  jego kulturalne uwarunkowanie było  zgodne z  planami  ponownego  rozpoczynania  życia na nowej  ziemi?  Jakie plany  albo oczekiwania  poprawy/ pogorszenia  losu ,  kariery  wiązał z emigracją i  czy  te plany  miały możliwości  spełnienia się,  czy  wyjazd  miał  charakter emocjonalnie negatywny, to znaczy czy  dominowała chęć  opuszczenia Starego  Kraju za wszelką  cenę,  czy  też pozytywny -  budowania nowego  życia dla siebie i  rodziny?  Jak  znosił  początkowy okres  wyobcowania i  samotności  i  co  w nim  z tego okresu pozostało?  Czy  w Starym  Kraju,  tak jak w  Polsce po roku  1989,  zaszły  ważne zmiany?  I  wreszcie  czy  decyzja wyjazdu była  jego  własna czy też  nie?  Dla  kobiet imigrantek  wszystkie te pytania są bardzo ważne,  a  szczególnie ostatnie pytanie ma dużą wagę, ponieważ bardzo wiele    emigrantek  przybyło do Kanady jako  towarzyszki swoich  mężów.  Ich  priorytetem często bywało zatem  uniknięcie  rozłąki  rodzinnej,  a  opuszczenie kraju  i  wyjście z  polskiego  kręgu  kulturowego  znajdowało  sie na drugim albo  trzecim  miejscu. W  ciągu  dwudziestego  wieku nie wszystkie imigrantki naprawdę chciały opuścić swoje rodziny i  grupy  przyjaciół w  Polsce.  Niektóre uległy namowom narzeczonych,  lub  mężów, inne myślały, że   ich pobyt za granicą będzie chwilowy,  jeszcze inne przed  wyjazdem  budowały sobie obraz  Kanady na wzór  Polski.  Wreszcie spora ich  część  opuściła  Polskę podczas wojny i po  1945 roku  obawiała się powrotu  do  Polski  pod reżymem  komunistycznym.  Stąd nawet  pobieżna znajomość  Nowego  Kraju zastępowana była  często  wyobrażeniami, które  mogły  mieć charakter  marzeń nie wiele mających wspólnego  z  krajem i jego społeczeństwem.  Ten  rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami  i  rzeczywistością mógł następnie zamienić się w  nieusprawiedliwioną  pretensję, którą  jedna z  moich  znajomych   zamknęła w  retorycznym  pytaniu  dlaczego Kanada jest tak  bardzo inna?  Tak  jakby  to  było  winą  Kanady,  że  jest inna niż Polska.  W  miarę upływu  czasu  rozdźwięk  pomiędzy początkowymi  marzeniami i  rzeczywistością na ogół zanikał,  ale czasami wraz ze świadomością, że to już  jest stały  pobyt w tym nowym obcym kraju -  przeradzał się w  gorycz, która  hamowała możliwości  głębszej asymilacji.  Przykładem są tu  ostre słowa jednej z respondentek na mini-ankietę z roku 1998/99. Na pytanie czy  uważa się za osobę o podwójnej  kulturze : polskiej i  kanadyjskiej,  respondentka oznaczona symbolem ZC odpowiedziała :  tylko polskiej, bo nie cierpię quebeckiej kultury.[25]  (Respondentka  mieszka  w  prowincji  Quebec).  Jakże gorzka jest wypowiedż  autorki  ukrytej  pod pseudonimem Malwa. W  życiorysie  zatytułowanym  To  nie jest Kraj moich marzeń  pisze  ona :...Jestem coraz  więcej podenerwowana, ogarnia mnie coraz  większa  niechęć do tego kraju.  Sama wybrałam moją drogę, zdecydowałam się  przyjechać tutaj,  więc  nie mogę i nie powinnam się skarżyć,  zresztą komu .

W  Polsce pracowałam w swoim  zawodzie, miałam rodzinę, przyjaciół, ludzi bliskich i kochanych a wybrałam niepewność,  obcość /autorka przybyła do Kanady,  aby wyjść zamąż za człowieka, którego  wcześniej poznała -  mój  przypisek/ . Zastanawiam  się teraz  dlaczego myślałam że Kanada  jest czymś lepszym od Polski, dlaczego oczekiwałam czegoś dobrego od tych obcych ludzi? Dlaczego nie pomyślałam wcześniej o  wyobcowaniu i samotności jaka  musiała mnie tu spotkać...   [26]

Dalsza  różnica  pomiędzy założeniami D.Mostwin i naszymi polega na rozumieniu  słowa polskość i kultura  polska dnia codziennego.  Mostwim nie definiuje swojego  pojęcia polskości.  Wydaje się jednak,  że dla niej polskość oznacza  przede wszystkim  stosunek emocjonalnej  przynależności imigranta do Starego Kraju,  jego losów, historii,  tradycji i kultury pisanej wielką literą. Kultura dnia codziennego, która obejmuje postawy jakimi   reaguje się na drobne codzienne wydarzenia i preferencje w wyborze norm społecznych,  jest dla Mostwin  zamknięta w  dziesięciu  wybranych  przez  nią wartościach,  które ułożyła według pewnej  hierarchii. Mają one tworzyć  harmonijną całość i  zbiorowo odpowiadającą na pytanie jak  należy  postępować[27] . Ma to więc być  wzorzec postępowania emigranta a nie jego  postępowanie. Natomiast dla nas ważna jest  przede wszystkim  kultura dnia   codziennego, ten automatyczny, niekontrolowany sposób  reagowania na środowisko, na sposób wychowywania dzieci,  na rozładowywanie napięć w rodzinie,  na ocenianie  postępowania ludzi spotkanych na ulicy, lub w sklepie  według standartów Starego lub Nowego Kraju, a nawet na układanie sobie  tych   bajek, które każda i każdy z nas  opowiada sobie codziennie o sobie i które decydują o naszym poczuciu wartości.  świetnie  ilustruje to  Marie A. Jabłońska w swoim  życiorysie ... Co  zamierzam  tu opisać to serię kulturalnych szoków jakie przeciętny  Europejczyk ze średniej  klasy doświadcza po swoim  przybyciu  do Północnej Ameryki  jako ubogi  imigrant. Zanim  zacznę to opisywać...chcę dodać,  że dziś jestem  doskonale zaadaptowana do życia tutaj i nie zamierzam  wrócić do  Europy.  Po wtóre nie chcę być źle zrozumiana. Moim celem nie jest  krytykowanie albo wyśmiewanie czegokolwiek  w  Kanadzie. Poprostu chcę  podkreślić różnice w postawach i zachowaniach tak jak je widziałam wtedy, kiedy się tu znalazłam. I wierzcie mi,  byłam  nieustannie zdziwiona, zaszokowana i często  bardzo krytyczna.  Nic w tym  nie było  dziwnego, ponieważ  przywiozłam ze sobą cały bagaż europejskiego snobstwa  i  przesądów.[28]  W ciągu lat pobytu na obczyźnie ten bagaż kulturalny codziennego użytku modyfikuje się pod wpływem  wieku, stanu zdrowia, ale także pod uderzeniami codziennej rzeczywistości Nowego Kraju.  Asymilujący się imigranci prędzej czy później  zastępują w nim  dawne postawy sposobami nabytymi od lokalnych ludzi, w  czasie interakcji z instytucjami, urzędami  itd.  Zaobserwowane i może nawet nieświadome przyswajanie sobie  nowych form i nawyków  jest poszukiwaną przez nas podstawą odbywającej się asymilacji  imigranta. Drugie pokolenie wyrosłe   już na nowej ziemi ma znacznie mniejszy  zasób bagażu  kulturalnego  ze Starego  Kraju, ponieważ od młodości  chłonie zwyczaje i postawy kolegów  szkolnych i środowiska, w którym wzrasta przy  jednoczesnej coraz słabszej znajomości zwyczajów i postaw Starego Kraju.

Nawet  jednak  te i  ci imigranci,  którzy  świadomie lub  nieświadomie  bronią się przed  asymilacją  wprowadzają zmiany w  przywiezionym  ze sobą bagażu polskiej kultury  dnia codziennego.  Czasami  w  rezultacie tych zmian  następuje  automatyczne odrzucanie wszystkiego  co pochodzi  z  Nowego  Kraju,  kiedy  indziej  swoista i  spontaniczna  selekcja   przestarzałych  odruchów  przetwarza   przywiezioną kulturę dnia codziennego w  wyidealizowany  obraz, który  jednocześnie pozwala na pozorną adaptację  do  kultury życia codziennego Nowego  Kraju.  Wygląda  to wówczas  tak, jakgdyby imigrant lub   imigrantka  mówili  sobie  "wszyscy zachowujemy  się tak,  jak tego  wymagają normy Nowego  Kraju, ale tak  naprawdę wiemy,  że tylko nasze dawne postępowanie jest wyrazem  prawdziwej kultury".  To  też  jest sposób na rozładowywanie swoich   kompleksów  niższości wynikających z  poczucia  izolacji w Nowym  Kraju. Większość wytwarza sobie swoją osobistą  mieszankę kulturową, którą  posługuje się na codzień, powoli  zwiększając w niej  swój  wkład kanadyjski,  aż do punktu kiedy  kultura dnia  codziennego Polski jest  używana  tylko  przy spotkaniach z  rodakami  i to nie  ze wszystkimi.

Wśród imigrantów Kanady  zachodniej z  pierwszej  połowy  XX-go  wieku istniał  szczególny  rozziew pomiędzy  nagromadzeniem  doświadczenia kanadyjskiego  przez  mężczyzn, którzy zwykle przybywali pierwsi i przez  przybywające później  kobiety.  Ponieważ w  praktyce uzbieranie kwoty  pieniędzy potrzebnej na sprowadzenie rodziny często  zajmowało sporo lat,  więc w  chwili kiedy rodzina wreszcie przybywała, mężczyzna był już  "doświadczonym  Kanadyjczykiem", podczas  gdy  jego  żona i  dzieci zaczynały się  dopiero oswajać z  nową  rzeczywistością.Ta różnica  dawała  mężczyznom dodatkową  przewagę w  rodzinie. Stąd  polski ludowy  patriarchalizm i  hierarchiczna forma struktury rodzinnej  wyniesione ze wsi  Starego Kraju bywały w  Kanadzie wzmacniane przez  nabytą  przez  ojca znajomość Nowego Kraju i jego praw.  W  początkowych  latach   imigracji dla rodziny,  czyli  kobiet i dorastających  dzieci,  decyzje  ojca były więc w wielu rodzinach  absolutnie niepodważalne  W tamtych latach  dzieci nie mogły się  nie zgodzić z decyzją  rodziców, musiały słuchać[29]  Agata  Puzianowski autorka powyższej  uwagi nie odważyła się wprost odmówić swemu ojcu wyboru męża dla niej, ale broniąc się przed  narzuconym  narzeczonym za namową  swojej  kanadyjskiej  znajomej poprostu uciekła z  domu. Czyli  milcząco  przyjmując wybór  dokonany przez  ojca  zachowała  się  jak  Polka,  ale uciekając z domu przed narzuconym narzeczonym postąpiła  już  jak  dziewczyna kanadyjska.

W Kanadzie wschodniej,  gdzie emigranci polscy z  XIX-go wieku i z  pierwszej połowy  XX-go  osiedlali  się  przede  wszystkim w  miastach, patriarchalizm rodzin polskich  mógł [30]  nie występować w tak jaskrawych formach jak na zachodzie Kanady,  dlatego  że zarówno  większa  gęstość  zaludnienia, jak i ciągłe kontakty z różnorodnymi  kulturami etnicznymi mogły  działać  łagodząco na polskie wiejskie tradycje.  Ponadto, w  miastach łatwiej było się wyłamywać spod kontroli  ojca, ponieważ było znacznie więcej okazji do usamodzielnienia się.  Z  większymi możliwościami  zarobkowymi córek, łączyła się większa możliwość  wyprowadzenia się z  domu.  Wreszcie w  ośrodkach  miejskich  Kanady wschodniej osiedlały się także  emigrantki z Polski,  przybyłe samotnie. W  środowisku  polskiej  imigracji były  one  traktowane jako potencjalne żony, które mogły sobie wybierać mężów według swojej woli. Z  tych co jechali doKanady było parę rodzin  rusińskich, kilkanaście dziewcząt, które jechały jako służące albo do narzeczonych, a reszta to  żony z  dziećmi .  Był to  rok  1930.[31]

Aż do  przełomu lat 50-tych i 60-tych ub  wieku  emigrantka w  mieście miała bardzo niewielki  wybór zawodów. Najczęściej zatrudniana  była jako  służąca, nianka, ewentualnie opiekunka małych dzieci.  Rzadziej, dopóki  II  wojna światowa nie wywołała boomu produkcyjnego w miastach  Kanady  wschodniej ,  znajdowała  miejsce pracy w  różnych mniejszych lub większych  fabrykach rozwijających się w takich ośrodkach jak Montreal  lub Toronto,  ponieważ  brak znajomości języka zwykle uniemożliwial jej pracę w środowisku  fabrycznym,  z  wyjątkiem  pracy  w   sweatshops  bardzo popularnych w  czasie Wielkiego  Kryzysu.

Po  zakończeniu wojny i powrocie kanadyjskich żołnierzy do  domów  Kanadyjki  masowo  rzucały pracę zawodową i wracały do domów, aby  zakładać rodziny i  rodzić  dzieci.[32] ,  stąd  nieznaczny  procent imigrantek biegłych w języku  angielskim i znających  maszynopisanie oraz  inne prace  biurowe mógł teoretycznie już  wówczas  szukać prac sekretarek,  recepcjonistek, telefonistek itp.  Nieco później po wojnie wielkie magazyny i duże sklepy  zaczęły także  przyjmować imigrantki jako  sprzedawczynie, lub  kasjerki, a  małe  przedsiębiorstwa   usługowe, powstające  licznie w  latach  powojennych,  chętnie zatrudniały osoby znające różne europejskie języki, ponieważ ich klientela często tylko  takimi władała.  Imigrantki z  krajów Europy  wschodniej były także chętnie widziane w  urzędach  rządu  federalnego,  gdzie znajomość  różnych języków była potrzebna w  pracy.  W    sklepach  nikt się nie zastanawiał, czy nowo  przyjęta sprzedawczyni  jest zamężna czy nie, ponieważ  wiadomo  było,  że  imigrantki mężatki są tak samo  gotowe pracować jak kobiety niezamężne [33] Prace  zarobkowe podejmowane  przez  nie często pozwalały mężowi,  jeszcze  niepracującemu, na znalezienie lepiej płatnej  pracy, albo  zrobienie kursu językowego  lub  zawodowego, który z  kolei mógł mu zapewnić lepsze zarobki i  wyższy dochód w  rodzinie.  Stąd  zarobkowanie mężatek w  większości traktowane było wśród Polaków jako  chwilowe i  mąż  nadal  był uważany za głównego żywiciela rodziny. Mimo  tej  idee generale  dominującej wśród Polonii z  lat wojennych i powojennych praca zawodowa  imigrantek przeważnie wydłużała się w czasie, bo w miarę powstawania nowych  planów  życia  powstawały nowe potrzeby, jak np  studia dla dzieci, lub kupno nowego  domu. Zachęcała kobiety  do pracy zawodowej także i   ogólna  atmosfera  kraju,  gdzie wzrost potrzeb imigrantów był pochwalany jako normalny element asymilacji, a samodzielność była jednym ze  świętych  przykazań społeczeństwa kanadyjskiego.  Polskie imigrantki na ogół  chętnie  podejmowały pracę zarobkową.  Czasami  szczególnie atrakcyjna była  ona dla młodych  mężatek, które w pracy  zawodowej widziały dla siebie furtkę uwalniającą je od roli  housewife,  skoncentrowanej  wyłącznie na prowadzeniu  domu i wychowywaniu dzieci i  z  którą  "mąż  nigdy nie rozmawiał o swojej pracy zawodowej, a nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że o sprawach publicznych i zawodowych  można by  rozmawiać z  kobietą"[34]  Bunt  przeciwko tej  patriarchalnej postawie  męża znalazł się w odpowiedzi  jednej z respondentek na mini-ankietę,  imigrantki po  wyższych studiach przybyłej do Kanady  10 lat po  drugiej  wojnie.  Pisze  ona że pierwszą swoją pracę zawodową " podjęła wbrew woli męża. Mąż pogodził  się z moją decyzją, ale na jego warunkach. Gdy nie kolidowało to z  planami  jego i  dzieci." W dalszym ciągu ta sama respondentka tłumaczy dlaczego nie lubiła swojej pierwszej  pracy : " Pracowałam tam  gdzie miałam środek transportu, lub możność  dojścia w  czasie wolnym  od obowiązków  domowych. Z powodu  częstej  przeprowadzki z miasta do miasta ( awanse męża w pracy)  musiałam brać prace  bez dłuższego zobowiązania."[35]

Ta  "chwilowość"  zatrudnienia kobiety powodowała, że etapy jej asymilacji opierały się  przede wszystkim na osobistej zdolności adaptacji imigrantki do otaczającego ją środowiska od którego uczyła się języka, postaw i manier w kontaktach z ludźmi oraz  noszenia się po kanadyjsku. Etapy  tej adaptacji  przebiegały w różnych częściach Kanady w różny sposób. Także czas  przybycia imigrantki, jej status społeczny w Starym Kraju oraz jej wiek odgrywały poważną rolę w procesie asymilacji do kultury  kanadyjskiej. To  też inaczej przechodziły proces asymilacji Polki  które przybyły do Kanady podczas wojny, albo  zaraz po niej, a inaczej te, które później  uciekały z komunistycznej Polski, lub  przybyły na fali "solidarnościowej" emigracji.

Wydaje się, że po  wojnie w zetknięciach z Polonią zadomowioną już w Kanadzie, nowo  przybyłe  kobiety odczuwały potrzebę publicznego podkreślania swoich więzów ze Starym  Krajem. Imigrantki z okresu  wojennego i powojennego  często niejako  z obowiązku  partiotycznego czuły potrzebę publicznego wyrażania swego  przywiązania do Polski, swojej  dumy z polskiego pochodzenia,  tak jakby w ten  sposób chciały zbalansować odczuwane w  Kanadzie izolację i wykorzenienie.[36] W  miarę przedłużania się pobytu  na obczyźnie ten stan  emocjonalnej  egzaltacji mijał i sprawy ongiś w Polsce uważane za ważne większości respondentek obojętniały,  chociaż dla wielu z nich ich stosunek do Starego Kraju i jego kultury  się nie zmienił[37]

Niewątpliwie  kobiety, które  przybyły do Kanady przed  1939-tym rokiem zaczynały swą adaptację do Kanady  przez  najniżej kwalifikowaną pracę  zarobkową  podobnie jak ich mężowie lub ojcowie.  One wiedziały,  że wyjazd ze Starego Kraju miał oznaczać wypracowanie sobie lepszego losu i uzyskanie tego celu było zależne od szybkości ich adaptacji i od ilości zebranych przez  nie pieniędzy. "Czas  płynął. Zaczęłam lubić moją pracę  (autorka smażyła hamburgery)  Dolary stale napływały. Co tydzień odnosiłam do banku $ 3,  kupując sobie coś do mojej wyprawy. Po  ośmiu czy  dziewięciu miesiącach miałam  odłożone   180  dolarów, wyreperowane zęby i wszystkie ubrania jakie mogłam nosić. Dobrze mi się powodziło."[38]  A skoro poprawa losu  oznaczała adaptację do zwyczajów i sposobów  życia w Nowym Kraju,  to jak  najszybciej należało  dostosować się do lokalnej społeczności,  ponieważ wtedy można było łatwiej i lepiej  zarobić.  Czasami  jednak  przywiązanie do postaw wyniesionych ze  Startego Kraju bywało silniejsze aniżeli  chęć  zarobku. Taki  przykład  podaje  D. Hoerder  cytując Annę Polkę, która uciekła do" Indian" ze służby  u  "bogatego państwa", w domyśle, ponieważ nie traktowali  jej tak jak ona  by sobie życzyła[39]

Emigrantki  czasu  II wojny  światowej i pierwszych lat  powojennych, osiadłe przede wszystkim w  miastach Kanady  wschodniej  znajdowały w swoich pracach zarobkowych  znacznie mniej zachęty do asymilacji. Otwarte dla nich zawody  sprzątaczki, służącej, lub nianki  byly i nadal są w  pojęciu ogromnej większości Polek imigrantek poniżeniem  społecznym, którego należalo  unikać. Nieco  lepiej było być robotnicą w fabryce lub sprzedawczynią w sklepie, chociaż i to było wyrazem deklasacji  społecznej, a i zarobki w większości oznaczały raczej  przeżycie aniżeli perspektywy poprawy losu. Jednak już  10 lat po wojnie, kiedy  Kanadyjki nadal licznie zakładały  rodziny[40]  zaczęły się pojawiać wolne miejsca w zawodach  biurowych. Imigrantki  znające wystarczająco angielski lub francuski mogły więc, przy odrobinie szczęścia przejść  od pracy fizycznej do pracy  biurowej.  Bardzo powoli zaczęto także brać pod uwagę możliwości  zatrudnienia imigrantek odpowiednio do ich  wykształcenia, co do  czasów  wojny światowej było poprostu nie do  pomyślenia. Powojenne braki na rynku pracy przy  jednoczesnej  kontynuacji rozwoju  gospodarczego Kanady  powoli wymuszły więc  lepsze prace także i dla kobiet.

Ta  nowa pozycja polskiej  imigrantki  na rynku  pracy zaskoczyła do pewnego stopnia niektórych  członków Polonii.  Fakt,  że  dawała ona kobietom więcej  samodzielności  i  lepsze  pensje nie zawsze spotykał się z aprobatą ich  mężów.  Niektórzy z  nich byli  zadowoleni, że w ten sposób  rodzina miała więcej  pieniędzy,  inni  jednak reagowali na nową samodzielność ich  kobiet  niezadowoleniem i  poczuciem  zagrożenia  własnej pozycji żywiciela i pana domu. Z  drugiej  strony samodzielność  finansowa  mężatki potrafiła czasami  bardzo zmienić na gorsze  jej stosunek do męża.  Drobne rodzinne nieporozumienia zaczynały w takich rodzinach urastać do poważnych  problemów.  Niekiedy trwało  to miesiącami,  kiedy  indziej  latami, aż dodatkowe presje związane z  pracą i  trudnościami  adaptacji  w  Nowym  Kraju  jednej lub  drugiej  strony  doprowadzały  do  rozłamu w rodzinach.  Wiele małżeństw poprostu nie wytrzymywało takiej  próby.[41]  Kasia,  autorka  życiorysu  "Wolna i niezależna"  pisze  następująco ..." Bardzo dużo miejsca poświęciłam w niniejszym opracowaniu  mojemu  małżeństwu.  Były  ku  temu  dwa  powody.  Po pierwsze zdarzenia te były przedmiotem  największej mojej  troski w tym  okresie.  Po  drugie zdarzenia te w sposób pośredni ilustrowały moje przejście z jednej kultury w drugą. W  Polsce tragiczna sytuacja polityczna i ekonomiczna nie sprzyjała dojrzewaniu  psychicznemu młodych  ludzi. Nie kształtuje  się w  nich w sposób  naturalny  odpowiedzialności  za własne życie. Dlatego też przez  lata na wysiłki mego męża  zmierzające ku  uzależnieniu mnie, reagowałam  po  przez   próby  albo  zgody na jego  warunki, albo przez  wypracowanie sobie większej  wolności.  Trochę  jak  nastolatek  starający się albo  być  grzeczny, albo wywalczyć sobie większą wolność ze strony  rodziców,  gdybym  była  dojrzałą kobietą  taka sytuacja nigdy  nie zaistniała  by.  Odpowiedzialność za własne postępowanie i za własne decyzje  brałabym jako pewnik.  Byłabym  przeświadczona o swoim prawie do samostanowienia, a jakiekolwiek  próby uzależnienia mnie  trafiałyby w  próżnię.  Ponieważ nigdy  przed  ślubem takiej  dojrzałości nie osiągnęłam to i prawo do samostanowienia nie było czymś naturalnym dla mnie."[42]  Jeden  ze znajomych  polskich lekarzy, u którego leczy się  wiele rodzin  polskich imigrantów, uważa że do  dziś  częściej  mężowie  aniżeli  żony nie wytrzymują stresów związanych z imigracją.

Od  czasu  II  wojny  światowej w takich miastach   jak Montreal lub Toronto rozwój  społeczności  polonijnej następował bardzo szybko. Duży napływ imigrantów z rodzinami po  zdemobilizowaniu  wojska polskiego na Zachodzie  oraz  DiPisów z różnych obozów rozsianych po  różnych kontynentach sprzyjał powstawaniu dość zwartych grup polskich  kontynuujących  tradycje i zwyczaje  Starego Kraju, według  których kobieta  uważana  była za strażniczkę ogniska domowego  i do jej obowiązków należalo przechowywanie kultury i  tradycji narodowych.  Żołnierze  armii polskiej na Zachodzie,  którzy ściągali  swoje narzeczone z  Polski, albo  szukali Polek na  żony także  oczekiwali od swoich wybranek, że stworzą im  domy na modłę  polską, kontynuując polskie katolickie wartości kultury i  tradycji i przekazując te wartości ich  dzieciom. W tych  oczekiwaniach  brała często udział  miejscowa Polonia  pielęgnując atmosferę tradycyjnej roli  Polki  urządzającej  święta  według polskich tradycji,  biorącej udział w  imprezach  polonijnych, włączającej  się  w działalności społeczne : polskie szkółki  sobotnie  lub  niedzielne,  zespoły tańców polskich, udział w organizowaniu  kas samopomocowych,  witanie  nowo  przybyłych,  przygotowywanie kursów języka angielskiego, a także  organizowanie różnych  związków  lub komitetów pomocy imigrantom oraz  społeczeństwu polskiemu.

W pojęciu społeczności  polonijnej natomiast asymilacja kobiet do Kanady była sprawą drugorzędną,  prywatną każdej nowo-przybyłej  emigrantki i jako  taka nie była w planach  zainteresowań społeczności  polonijnej.  Nie było na przykład polonijnych kursów językowych  dla kobiet,  chociaż  Polonia organizowała kursy  zawodowe i językowe dla mężczyzn. Stąd  dla wielu  imigrantek mężatek  drugiego i  trzeciego  etapu (1940-1979) najczęstsza droga do  asymilacji  prowadziła  albo  przez  pracę  zarobkową  albo  przez bezpośredni kontakt ze społeczeństwem kanadyjskim, na przykład  podczas  cotygodniowych  zakupów  żywnościowych  w wielkich  magazynach żywnościowych, w których wystarczała nawet  minimalna znajomość  języka. O  tym  jak  bardzo kulawa   bywała taka  asymilacja świadczy montrealska anegdota ze środowiska kanadyjskich  sędziów  przepytujących  kandydatów na obywateli  kanadyjskich. Otóż na standartowe pytanie jednego z nich co kandydatka  robi w Kanadzie, pewna polska starsza  pani  odpowiedziała  szczerze  Me,  go to Steinberg, then push, push my  cart.  Na szczęscie w latach  powojennych sędziowie  kanadyjscy  przejęci zasadą łączenia  rodzin  przyjęli to kulawe zdanie jako  wystarczającą  znajomość wymaganego języka angielskiego  i  dali jej  obywatelstwo  kanadyjskie[43].  W  nieco lepszej  sytuacji  asymilacyjnej  znajdowały  się imigrantki matki  mające dzieci w wieku  szkolnym. Obowiązek uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców,  współpraca  z  nauczycielami,  udział w organizowaniu różnych  szkolnych imprez  oraz wszystkie inne kontakty ze szkołą  zmuszały polską matkę do rozszerzania swego minimum językowego,   a także zapoznawały ją z  różnymi  kanadyjskimi  instytucjami  życia społecznego. W rezultacie przy dobrej woli  imigrantki asymilacja osiągnięta   dzięki  tym kontaktom bywała  nieraz o wiele  głębsza aniżeli można było  przypuszczać.

 

 
            Źródła

 

Opracowanie niniejsze jest  próbą uporządkowania  informacji zaczerpniętych przede  wszystkim z wypowiedzi indywidualnych emigrantek, ich  autobiografii,  biografii,  wspomnień i  biogramów  publikowanych w  mało  licznej  dokumentacji  dotyczącej polskiej imigracji  kobiecej w Kanadzie.

Ponadto  opiera  się na anonimowej  mini-ankiecie  przeprowadzonej  przeze  mnie w latach  1998-1999,  której celem było uzyskanie dodatkowych  informacji o tym jak polskie imigrantki w  Kanadzie z drugiej połowy XX-go wieku patrzą na  siebie  i swoje życie na obczyźnie.  Otrzymałam  odpowiedzi 30-tu  respondentek, co stanowi około 10 %  rozesłanych ankiet.  Posługując się   przyjętym  podziałem  na  cztery etapy  imigracji otrzymałam  5 odpowiedzi od imigrantek  z drugiego etapu   (1940-1956 ),  11 odpowiedzi nadeszło od imigrantek z  trzeciego etapu (lata 1957-1979)  i  14  odpowiedzi z  czwartego etapu  (1980-2000).

Oba    źródła mają charakter osobistych  wypowiedzi i wskutek tego zawsze są  subiektywne w ocenie sytucji,  w której  znajdowały się kolejne fale  polskiej emigracji.  Dlatego  trzeba  było je uzupełnić informacjami zaczerpniętymi z  publikacji  omawiających ogólną sytuację imigrantów w  poszczególnych okresach  czasu, w tym  także,  ewolucję  kanadyjskiej  polityki   imigracyjnej w minionym stuleciu oraz ewolucję Polonii kanadyjskiej.

Ponadto  sięgnęłam do kilku  publikacji   polskich  imigrantów   oraz  kilku  reportaży  Polaków, którzy w ciągu  drugiej połowy  XX-go  wieku odwiedzali Kanadę. Z  uwagi na małą  prawdziwość  romantycznych  książek  Melchiora  Wańkowicza,  dotyczących imigracji  polskiej w Kanadzie nie uznałam ich  za wartościowe  źródła, podobnie  pominęłam  publikacje  Arkadego  Fiedlera, którego reportaże  nie mają żadnej  wartości poznawczej dla naszego  tematu  kobiet  polskich  w  Kanadzie.

Sporo informacji  dostarczyły mi   wydawnictwa  polonijne jak  słowniki  biograficzne, publikacje  omawiające dorobek kulturalny Polonii,  pamiętniki ,życiorysy, wspomnienia  oraz  biuletyny,  informatory,  księgi pamiątkowe itp  publikacje różnych organizacji  polonijnych. 

Wreszcie opierałam  się także na własnych spostrzeżeniach, notatkach  i obserwacjach uzbieranych  podczas prawie  czterdziestoletniego pobytu w  Kanadzie.

We wszystkich tych  źródłach  szukałam elementów odnoszących się do wizerunków polskich emigrantek, ale ponieważ są one najczęściej  ściśle związane z doświadczeniami emigracyjnymi ich  mężczyzn,  więc  opisując  imigrantki   polskie nie sposób  było nie  mówić o  ich partnerach,  mężach, ojcach, braciach  oraz o  ogólnej  roli  mężczyzn uznawanych do  dziś przez  znaczną  część Polonii  za głównych bohaterów  imigracji.

Notatki,  wspomnienia, biografie samych  emigrantek  cechują się  charakterystyczną stronniczością  informacji.  Historycznie    zróżnicowane  ilościowo i jakościowo. Biografie  i  wspomnienia pierwszego (1900-1940),  trzeciego  (1957-1979)  i  czwartego (1980-2000)  etapu  napisane są  przeważnie w odpowiedzi na apele instytucji  polskich lub  polsko-kanadyjskich.  Znalazłam  także  dwie krótkie biografie napisane przez kobiety z  drugiego (1940-1957)  etapu.  Wszystkie były  publikowane w trzech  instytutach  badawczych.

Przed  II  wojną  światową w roku  1936  Instytut  Gospodarstwa  Społecznego w  Warszawie zorganizował konkurs z  nagrodami pieniężnymi na pamiętniki emigrantów polskich  na świecie, w tym   także i  w  Kanadzie. W  roku  1957  tygodnik  "7  dni"  w  PRL-u  ogłosił  następny konkurs na pamiętniki emigrantów. Cele tego ostatniego zamierzenia były  jednak wyłącznie  propagandowe.

Po  wojnie Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy przy  Kongresie Polonii  Kanadyjskiej  w  Toronto  rozpoczęł  zbieranie  pamiętników  i  biografii emigrantów w  Kanadzie .

Pamiętniki  emigrantów  wydane  przez  Instytut  Gospodarstwa  Społecznego  w  Warszawie przedstawiające  pierwszą falę  imigracyjną  noszą  na sobie znak  czasu. Są  one   opublikowane  "w stanie  surowym",  to  znaczy bez  dokonywania  selekcji pod kątem przydatności  do  badań  socjologicznych, albo  stawianych  hipotez i  dzięki  temu  są bardzo wiarygodne. Także  co  bardzo  charakterystyczne,    wszystkie poza  jednym pisane przez  mężczyzn.  Jedyny pamiętnik napisany  przez  kobietę,  żonę robotnika w  fabryce pończoszniczej odnosi  się do życia jej i jej  męża  w   prowincji  Quebec. Przedstawia on ciągły  proces  porównywania  życia w  Polsce i  w  Kanadzie i podkreśla walory  życia w  Nowym  Kraju, mimo  dyskryminacji i  samotności   tej  rodziny. 

Wspomnienia,  biogramy i  życiorysy  publikowane w Kanadzie są  często opracowywane,  skracane,  tłumaczone z  polskiego na  angielski  lub  odwrotnie,  a czasami redagowane przez ekipę  badawczą i  redakcję  publikacji (por. Polacy w  Albercie pod redakcją  J. Matejko).  Część  ich  przedstawia  wspomnienia rodzinne, w których  dzieci lub  wnuki opisują  poświęcenie,  pracowitość  i pomysłowość  matek i ojców na tle ogólnych  warunków  życia rodziny.  We wspomnieniach  pisanych  przez  kobiety uderza  programowy optymizm ;  było  ciężko, - ale  daliśmy  sobie radę,  było dużo  roboty i  było samotnie, - ale przybyło więcej  osadników i teraz  jest  lepiej,  spotykamy  się z sąsiadami i urządzamy wspólne śpiewy i zabawy  taneczne  itd.  To  dzieci i  wnuki,  a czasami  mężowie piszą jak  było  ciężko i ubogo i jak praca  ponad siły oraz  częste porody  wyczerpywały zdrowie imigrantek,  które  przybyły do Kanady młode i  zdrowe, aby zrealizować swój  sen o  dobrobycie na kanadyjskiej  farmie.

W prawie  wszystkich  przypadkach są to wspomnienia kobiet, które  mówią o  sukcesie ich życia i z  jednej strony są dumne z siebie,  że tyle  osiągnęly,  a z  drugiej uważają ten sukces  za wynik  zachowania wartości,  w których zostały wychowane,  szczególnie owej  back  breaking work,  która w  ich pojęciu jest należną  ceną za  późniejszy  sukces. Pojęcie sukcesu  jest  przy tym subiektywne,  czasami  oznacza tylko  długość  drogi  przebytej pomiędzy startem w warunkach największego  prymitywu,  a skromnym zabezpieczeniem na starość w postaci  niewielkiej rodzinnej  farmy,  innym  razem jest to  prawdziwy  sukces na wielkiej i  bogatej  farmie,  albo  w  przedsiębiorstwie miejskim.  Prawie  zawsze   przebija  duma ze  spełnienia obowiązku  rodzicielskiego i  zapewnienia dzieciom możliwości wykształcenia i awansu  społecznego.

Pamiętniki  kobiet z  lat  powojennych są  nieliczne. Kobiety z  grupy  uchodźców politycznych były   niechętne pisaniu własnych wspomnień  uważając niesłusznie: "że   pamiętniki powinny pisać osoby  wybitne, mężowie stanu, żołnierze,  którzy spełniali  heroiczne  czyny,  wielcy  artyści, albo ludzie, którzy mają naprawdę wielkie   osiągnięcia. A co może  napisać zwykła  emigrantka "?   Stąd  niechęć do  spisywania własnych dziejów tak  charakterystyczna w  grupie,  wychowanej w  przedwojennym   przekonaniu,  że  życie  kobiety  toczy się  małą  scieżką obok  życia jej  mężczyzny i  wogóle  jest  mniej  ważne niż  życie   mężczyzn.

Zmianę stosunku  do pisania pamiętników widać  dopiero wśród  powojennych emigrantek z  pokolenia urodzonego i  wychowanego w  Polsce  Ludowej.  W  tej  grupie imigrantki nie wahają się opisywać swoich i  rodzinnych sukcesów, niepowodzeń,  trudności napotykanych z  powodu  bezdusznej biurokracji albo nawet dyskryminacji. Podkreślają  swój  udział  lub swoją  rolę  w rodzinie pisząc  "ja  zdecydowałam...",  "ja  byłam  czujna"..., "moja  wrażliwość"...,  podczas gdy   poprzednie pokolenia imigrantek  używały  określeń  "mąż  zdecydował"...  lub  "zdecydowaliśmy"..., " Opisują swoje problemy osobiste,  często  wspominają o swoim  wpływie na mężów i o  roli mężów i dzieci w adaptowaniu się do Nowego  Kraju, o  tęsknocie za  Polską i  urządzaniu  się w  Kanadzie.  Robią uwagi ogólne porównywujące  życie w  Kanadzie i w Polsce,  wyjaśniają  powody,  dla których  wyjechały z Polski,  tęsknią, cieszą się i  złoszczą  na nieprzewidziane sytuacje,  chętnie dzieląc się z  czytelnikami własnym  poczuciem  ważności. 

Osobiste  wspomnienia, autobiografie i  biogramy są także obciążone kryteriami wyboru do  publikacji nadsyłanych wspomnień. Są  to  bowiem  odpowiedzi na apel  zbierania życiorysów.

 Polki, których wspomnienia i  autobiografie  zostały  opublikowane w  Polacy w Albercie. Wspomnienia i życiorysy    oraz w  Pamiętnikach  emigrantów [44] nie były wybrankami  losu,  znakomitościami o których  wszyscy wiedzieli, albo osobami  szczególnie ważnymi.  Wręcz   przeciwnie.  Ich  świadectwo było jednostkowym  opisem warunków życia emigranckiego nie wiele odbijającego od  losów życia przeciętnych  emigrantek z  różnych etnicznych grup ( poza  Brytyjczykami)  żyjących w Prowincjach  preriowych w XX-tym  wieku.

Nasuwają się  przy tym  dwie uwagi.  Pierwsza to,  że  dokumentacja  dotycząca  kobiet, które nie stały się przypadkami  sukcesu  jest  bardzo  nikła.  Druga  uwaga  wymaga,  że dla  obiektywnej oceny  osiągnięć polskich emigrantek  konieczne jest tło,  w którym  ich  życie się rozgrywało.  Pustki dotyczącej  przypadków przegranych marzeń i  nie udanego  życia nie udało mi się wypełnić analogicznymi przykładami  z życia kobiet z  innych  grup  etnicznych, ale charakterystyka ogólnych  warunków życia w danym  okresie czasu i  miejscu Kanady  wschodniej i zachodniej  przynajmniej  pozwoliła na nazwanie najważniejszych   przyczyn ciężkiego  życia. Stąd także wywodzą  się  konieczne  uzupełnienia dotyczące ogólnych  warunków  społecznych, ekonomicznych i polityczno prawnych w  poszczególnych  prowincjach i w całej  Kanadzie. One  to  bowiem  określały rezultaty imigranckich wysiłków i osiągnięć, a więc   także i polskiej  emigracji.  Konieczne było także  wzięcie  pod  uwagę ważnych  przemian  społecznych i  gospodarczych dokonywujących się w  Kanadzie nie tylko pod wpływem  masowej  imigracji  z  pierwszej  połowy  XX  wieku i wynikających  z  niej  przemian, ale także  rozwijających się pod wpływem sytuacji  światowej, a  przed  wszystkim Wielkiego  Kryzysu i   II  wojny  swiatowej,  jej skutków lokujących  nagle Kanadę wśród najbardziej  liczących się krajów świata.  Głębokość  przemian ekonomicznych i politycznych wywołanych tym  nowym  stanowiskiem zaważyła na mentalności  społeczeństwa  kanadyjskiego  do  tego  stopnia, że w ciągu paru  dziesięcioleci jego skala norm i  wartości uległa całkowitej zmianie.

Jak w tych    przemianach  partycypowały emigrantki polskie jest jednym z  pytań  na które w niniejszym opracowaniu  poszukujemy  odpowiedzi.  Faktem jest, że  polskie imigrantki w  Kanadzie mają  znaczną kartę w  budowie nowoczesnego społeczeństwa kanadyjskiego, nie tylko dlatego,  że  uczestniczyły we wszystkich etapach  przemian, ale także  ponieważ swoją pracą,  inicjatywą oraz  uporem w   utrzymywaniu własnego bagażu kulturowego  przyniesionego z  Polski  przyczyniły się do  rozwoju  Polonii  kanadyjskiej, aktywnej we wszystkich  dziedzinach  życia społecznego  oraz w zachowaniu kultury polskiej na obczyżnie.

 

                  Etapy  masowej emigracji  do Kanady

 

 

 Podziały  czasowe emigracji  polskiej w  Kanadzie bywają  różnie wyznaczane.  Naogół wszyscy są zgodni, że  emigrację polską   do  Kanady  można  podzielić na kilka okresów, które różnią się między sobą liczebnością  i  warunkami w Nowym Kraju. Bogdan Czaykowski, profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii w  Vancouverze [45]  dzieli prawie całe stulecie (1901-1988)  na 3 fale. Pierwsza (1901-1940)  przedwojenna objęła między 150  a 170 tysięcy  Polaków.  W  drugiej  fali  w  której wydziela 3 podokresy : wojenny  (1940-1945),  powojenny pierwszy  (1945-1957) i powojenny  drugi  (1957-1981)  liczba ogólna polskich imigrantów wyniosła około  100 tysięcy osób.  Trzecia fala, która wg. B. Czaykowskiego  stanowi  emigrację  "solidarnościową", która  zaczęła  się w  roku  1981 i  trwała do końca  wieku.  Aż do  roku  1984  objęła  około  20  tysięcy Polaków[46].

 Z racji charakteru naszego studium podział  czasowy emigracji  wprowadzony przez  prof.  Czaykowskiego musiałam nieco zmodyfikować, ponieważ trzeba  było uwzględnić  różnice występujące pomiędzy poszczególnymi grupami kobiet, a związane ze zmieniającą się sytuacją w Polsce oraz  ze zmianami odbywającymi się w Kanadzie. Z tej  racji minione stulecie polskiej   emigracji  w  Kanadzie podzieliłam na następujące cztery historycznie umotywowane etapy.:

I.      (1900-1940)  obejmował  czas, w którym  cała emigracja ( poza brytyjską)  do Kanady  była dobierana według zapotrzebowania na  niekwalifikowaną  siłę roboczą;

II.      (1940-1957)  opierał sie na nowych planach osiedleńczych Kanady wymuszonych wojną i składał się przede wszystkim ze zdemobilizowanych żołnierzy oraz  DiPisów. Kobiety imigrantki tego okresu to   war refugees,  żołnierki i DiPiski, do których Kanada początkowo odnosiła się bardzo niechętnie;

III.      (1957-1979) obejmował lata w których większość polskich emigrantów wyjeżdżała z Polski Ludowej,  pół- legalnie, nielegalnie i najrzadziej legalnie.Po gorzkich doświadczeniach okresu  stalinowskiego, frustracjach  rządów  Gomułki,  po niepokojach  społecznych za  Gierka  imigranci chcieli  przede wszystkim wybrać wolność. Imigrantki z tego okresu były naznaczone złymi doświadczeniami w  Polsce i  ich decyzja opuszczenia Polski była  tego  wynikiem.  Kanada natomiast  coraz  wyrażniej poszukiwała już wówczas  wykształconych  kandydatów na imigrantów.

IV.      (1979-2000)  obejmuje zarówno okres rosnącego fermentu  społecznego  przygotowującego  rozpad  komunistycznej władzy w Polsce jak i  pierwszą dekadę  niepodległości  III-ciej  Rzeczpospolitej.  Emigranci polscy tego okresu są obarczeni  frustracją przeżytą w Polsce, ale różnią się od  swoich  poprzedników  postawą osobistych oczekiwań wobec własnej  emigracji, a także tym,  że urodzili się i  wychowali w  PRL-u

Podział  wprowadzony przez  nas uwzględnia więc z  jednej  strony  przyczyny, dla których  Polacy emigrowali do Kanady , a z  drugiej zasady wyboru dokonywanego  przez  Kanadyjczyków w  masie potencjalnych kandydatów na emigrantów dobijających się do  drzwi tego  Kraju.

Pierwszy  etap  emigracji  (od około roku  1900 do  roku  1940) , miał  charakter  wyłącznie ekonomiczny i  cechował się jednorodnością społeczną przybyszów,  ponieważ  kanadyjskie kryterium  przyjmowania emigrantów z  kontynentu  europejskiego wpuszczało do Kanady  tylko  ludzi nawykłych do  ciężkiej pracy  fizycznej.  Mieli to  być robotnicy potrzebni  przy  budowach dróg, transkontynentalnych  kolei,  w  przemyśle górniczym,  przy eksploatacji  lasów, nieco  rzemieślników,  a wreszcie osadnicy rolni  kolonizujący puste, bo  zaledwie otwarte dla  osiedlania partie trzech  prowincji preriowych.  Podobnie bezludna, a może  nawet jeszcze bardziej,  była  Brytyjska Kolumbia,  gdzie parę dziesiątek lat wcześniej skończyła się właśnie gorączka złota i masy  odpływających  poszukiwaczy złota  pozostawiły  po sobie setki pustych obozów, osiedli i  ghost  towns ( pustych  miast.)

Spekulacja  ziemią oraz słabo  rozwinięta  infrastruktura administracyjna we wszystkich czterech  terytoriach, a następnie prowincjach   zachodnich  sprzyjały powstawaniu różnego rodzaju   form osadniczych.  Obok  ogromnych farm bydła wypasanego okrągły rok na pustych  przestrzeniach  południowo zachodniej  prerii i we  wnętrzu Kolumbii Brytyjskiej,   linia kolejowa  CPR[47] posiadała  miliony akrów  ziemi   podzielone na  townships -  dystrykty  wielkości  6  mil  kwadratowych. Te  z kolei  podzielone  na   30 sections  - kwadratów   po  4   działki o powierzchni 160 akrów  każda,  przeznaczone  do  osadnictwa. Wszystkie dystykty  były ponumerowane. Zasadniczo  osadnik  otrzymywał  1  ćwiartkę   sekcji (160  akrów) za  symboliczną  opłatę  i miał ją  zagospodarować.  Sprytniejsi, lub  bogatsi  korzystając z  informacji  dotyczących lokalizacji  stacji kolejowych wybierali  sobie  najlepsze  działki  lub poprostu  kupowali  całe sekcje  podstawiając  członków rodziny  jako  potencjalnych  osadników.   Następnie  w miarę  jak  cena ziemi  szła w  górę  sprzedawali ją  po kawałku, dobrze  na tym    zarabiając.  Inni  starali się odkupywać działki  już  przygotowane pod uprawy   od   osadników,   których z  braku  kredytów  nie stać było na  dalszą uprawę,  lub których  w rozmaity sposób  można było przekonać, że  się  na nich  nie utrzymają  ani  nie wyżywią  rodziny.  Spekulacja ziemią  w  Kanadzie Zachodniej od  dawna  miała  swoje  rozliczne rozgałęzienia   wśród   lokalnych notabli ,  tworząc  często  niekorzystne  dla  ubogich  imigrantów   warunki  osadnicze. Tereny   pozostawiane  dla   nich  bywały  więc  oddalone od   istniejących już miast, znajdowały się  w gęstym   buszu, lub,  jak w Peace River  Region  położone   była  daleko na północ od bardziej  zaludnionych części Alberty i  Brytyjskiej  Kolumbii.

Na   początku  XX-go wieku  parę  tysięcy  brytyjskich   imigrantów   znęconych  zupełnie fałszywymi  ogłoszeniami  o  wspaniałej okazji  osadniczej w  zachodniej  Kanadzie przybyło do  Saskatchewan   z  zamiarem  skolonizowania   okolic  miasteczka   Battleford[48]  Brytyjczycy, którzy dali się na  te  ogłoszenia nabrać  nie mieli pojęcia  jak  pusty i  dziki  był wówczas Saskatchewan poza tym  większość z nich  nie  znała   rolnictwa  ani   pracy na roli  a co  najważniejsze  nie miała  żadnych  funduszy, które pozwoliły  by  im  na  budowę  własnych   farm.  Toteż  jeszcze  w drodze do swoich miejsc osadzenia,  w  mieście  Saskatoon, w dopiero co powstałej w roku  1905  Prowincji  Saskatchewan w którym  było  wówczas więcej namiotów aniżeli budynków,  zniechęceni  Anglicy  stali się  ciężarem  rządu federalnego, który musiał  im  zapewnić   dach nad  głową  i zorganizować wyżywienie  dla  bezradnych   przybyszy   z Wielkiej  Brytanii. W  rezultacie   wielu  z nich wróciło do  kraju  macierzystego  i   tylko jedna  niewielka  kolonia   brytyjska   powstała  wokoło  miasteczka  Lloydminster.

 W końcu  XIX-go  i początkach  XX-go  wieku  powstawały  także     gentelmen  farms   czyli   farmy    czasami  mające  być  także szkołami hodowli lub rolnictwa,   organizowane dla synów bogatych brytyjskich rodzin,  tzw   remittance  men[49]. Byli  to  przeważnie młodsi  synowie bogatej   klasy  mieszczańskiej, również  nie mający pojęcia o  rolnictwie   wogóle, a tym  bardziej o  szczególnych trudnościach rolniczych Kanady  zachodniej.  Dla bardzo wielu z  nich  celem pobytu w  Kanadzie  było stworzenie angielskich enklaw imitujących życie   gentelmen  farmers,  takich jacy  wówczas  istnieli w  W. Brytanii. Na ich farmach bywały więc częstsze  zabawy i  polowania  uzupełniane dużą ilością alkoholu,  aniżeli  praca w  polu.  W  sąsiedztwie takich    gentelmen farmers    nierzadko   rozwijała się pomiędzy  kanadyjskimi  hodowcami  bydła i  osadnikami   rolnymi  ostra,  czasem krwawa rywalizacja o  wodę  i  ziemię.  Remittance  men  zwykle jej  nie zauważali,  zajęci reprodukowaniem angielskich wzorów  farm   opartych  na najemnej sile roboczej w słabo  zaludnionych regionach, w których stałej lokalnej  najemnej  siły roboczej praktycznie było bardzo  niewiele.  Niewątpliwie takie właśnie  doświadczenia z  naborem  brytyjskich  imigrantów  leżały u podstaw   dążeń  Partii Liberałów  do  zasiedlenia  prerii  przez  sheepskin  men  i  ich rodziny.

Polacy, podobnie jak i inni  europejscy imigranci, którzy  przybywali na prerie kanadyjskie przed  I-szą wojną światową  zazwyczaj  wybierali   tereny zalesione. Trzeby było  najpierw  je  wykarczować,  a dopiero potym osadnik   mógł  zacząć  uprawiać ziemię. To  wymagało  ogromnej  pracy w  bardzo prymitywnych warunkach i  często  bez podstawowych narzędzi,  dlatego  jako ubodzy  imigranci zaczynali  od pracy najemnej  u  innych  farmerów, lub  zimą  w obozach drwali  , aby  uzbierać sumę  potrzebną na zakup sprzętu ułatwiającego  karczowanie buszu,  orkę oczyszczonych  pól  no i  zakup  ziarna potrzebnego  do siewu na częściowo   uprawianych   polach.

Drugi  etap  imigracji  polskiej do Kanady został spowodowany  II  wojną światową.  Zaczął się w roku  1940-tym i  sięgał aż  po mniej więcej 1957 rok. W  tej  fazie  dominowało uchodźctwo polityczne z dużą domieszką polskich wyższych klas społecznych   oraz  zdemilitaryzowanych  wojskowych.  Uchodźcy ci  byli  zróżnicowani pod względem wykształcenia i wieku.  Wszyscy cechowali się  wyrażnie i otwarcie manifestowanym  patriotyzmem  i  większość z nich   starała się  przenieść do miast natychmiast po  zakończeniu  prac  kontraktowych  w rolnictwie.

Po roku  1957  zaczęli  do Kanady  napływać Polacy, którzy  uciekali z Polski spod reżymu komunistycznego.  W  fazie tej  polityka kanadyjska świadomie poszukiwała wśród uciekinierów zza Żelaznej  Kurtyny  ludzi posiadających  albo  wyższe wykształcenie albo dobre  kwalifikacje zawodowe.  Z drugiej strony w okresie tym Polacy w  Polsce postrzegali Kanadę  jako  kraj niemal  idealny, do  tego stopnia,  że  samo  słowo  Kanada  używane  było jako  oznacznik  najwyższej jakości lub wyjątkowego  szczęścia[50]. Polacy  opuszczający  Kraj  legalnie lub  nielegalnie znajdywali w tym  czasie w  Kanadzie już  niegołosłownie  życzliwe  przyjęcie.

Ostatni etap zaczął się kiedy  wielu młodych Polaków, sfrustrowanych sytuacją w Kraju w latach  80-tych  ruszyło zagranicę, ponieważ  "w Polsce już nie dało się żyć".  W kilka  lat później  dołączyli do tej  grupy aktywiści z  "Solidaności"  często wybierający  emigrację jako   alternatywę  więzienia.  Wreszcie w pierwszych latach  niepodległej  III  Rzeczpospolitej wyjechało z Polski wielu  młodych   którym  transformacje ustrojowo-gospodarcze wydawały się o  wiele trudniejsze aniżeli zaczynanie życia od początku  w Nowym Kraju.

Podział    na 4 etapy jest oparty  z jednej strony na konkretnej  polityce imigracyjnej rządu  kanadyjskiego, a z drugiej na różnicach  charakteryzujących polskie  imigrantki. Jest to   o tyle ważne,  że na ogół emigrację traktuje się jako jednostronną  decyzję osób gotowych opuścić swój  kraj,  rzadko zdając sobie sprawę, że w  procesie imigracyjnym rola kraju  przyjmującego  jest decydująca w wyborze potencjalnych obywateli. Zmieniając jej kryteria  można  manipulować charakterem  imigracji,  odpowiednio  do  zmian polityki  wewnętrznej. Jak  kiedyś powiedziała  mi  Lilian, moja   zmarła  przyjaciółka,  imigrantka z  Irlandii "w twoim Starym  Kraju myślą, że to ty  wybrałaś sobie miejsce i  rodzaj pracy, a nie wiedzą  że to od ciebie nie zależało".

 

 

 

CZĘŚĆ  DRUGA:  W  pojedynkę                                                 

 

ROZDZIAŁ   II

 

 

 

Etap  pierwszy  ( 1900  -1940 )

W pierwszej  połowie  ub.wieku   Polki emigrowały  do Kanady przeważnie jako  żony  lub  narzeczone  wcześniej  przybyłych  imigrantów, ewentualnie  jako dorastające  córki. Łączenie rodzin następowało zwykle  po  kilku, lub nawet  kilkunastu  latach oczekiwania, podczas  których  mężczyzna zbierał  pieniądze potrzebne do sponsorowania  i sprowadzenia  rodziny,  a także odpracowywał swoje zobowiązania podpisane  przy podaniu o  imigrację do Kanady. Wielkie  prace budowania kolei, łączących  powstające miasta,  popierane przez  rządy  prowincjalne  albo nawet  przez  rząd  federalny  wymagały  robotników , których  łatwo można było przenosić  z  miejsca na miejsce  w  miarę postępu  robót. Stąd w  pierwszych  dekadach  XX wieku świeżo  przybyły  Galician,  być  może  polski  ubogi   imigrant,   najpierw wędrował  po  różnych  obozach  drwali , po  obozach  przy  budowie linii kolejowych,  pracował w  kopalniach  węgla  lub różnych  metali i  znów  wracał do obozów drwali. Zycie miał monotonne  i  prymitywne :  praca, posiłki i  sen. W  dnie wolne od  pracy  jeździł do najbliższego miasteczka ;  tam  mógł wydać  zarobione pieniądze na wódkę i prostytutki.  Jeśli  miasteczko było  daleko  lokalne  prostytutki  zakładały w  pobliżu drwali  swoje przenośne  pomieszczenia z salą do tańca i  barem z  alkoholami.  Niektórzy  mieszkańcy   oburzali się  na niemoralność,  ale przeważnie zajęci  byli  swoimi  własnymi  sprawami, a dopływ  pieniądza zawsze się w  miasteczku  przydawał.  Mieszkańcy jego, z własnego doświadczenia wiedzieli,  że młodzi,  samotni  mężczyźni potrzebowali odprężenia.  Było powszechnie  wiadomo,  że wielkie kompanie potrzebują  robotników, których  można bez trudności   przenosić z miejsca na miejsce i nowi  imigranci świetnie tę rolę spełniali.

 Dziewiętnastowieczny  eksperyment z emigracją całej parafii z  Kaszub w Polsce, prowadzonej  przez polskiego  księdza, który  wyjechał z  Kraju   razem z emigrującymi  rodzinami zakończył się wprawdzie sukcesesm  i zbudowaniem osiedla  Wilno koło  Barry's  Bay,  w  Ontario, ale więcej  razy  nie został  powtórzony, a od  końca  XIX-go  wieku  Kanada  kładła nacisk  na młodych samotnych   mężczyzn, którzy  mogli  być  przerzucani z  miejsca na miejsce do pracy   gdziekolwiek  by  ona  była[51].  W  konsekwencji w  owym  czasie przez  Kanadę  przesuwały się  masy  samotnych  mężczyzn,  pracujących lub  poszukujących pracy   albo  stałego  miejsca  zamieszkania.  Oprócz  Chinczyków  i  Japończyków byli to  popularnie nazywani "brudno  biali"  czyli  emigranci z  Grecji, Włoch, Portugalii  oraz  Europy wschodniej i  centralnej,  w tym  także  i Polacy.  Po  zakończeniu kontraktów na pracę  europejscy imigranci pozostawieni  sami sobie,  zaczynali wędrować  po  preriach w  poszukiwaniu  dla siebie  i swoich rodzin własnego miejsca w Nowym Kraju.  Na stałe osiadali, kiedy  przybywały ich rodziny.

Koncepcja  ruchomej  siły  roboczej imigranckiej,  często nie mającej  prawa sprowadzenia rodziny ( jak np  Chinczycy i Japończycy)   okazała  się  jednak sprzeczna z  potrzebą  planowanego  zasiedlenia Kanady  zachodniej.  Idea,  że  osadnicy z  Europy z  żonami i  dziećmi są w  preriach potrzebni została wyrażona publicznie już   w  XIX-tym wieku  przez  Clifforda  Siftona, ministra  Spraw Wewnętrzynych   rządu  federalnego  . "Myślę, że silny i  zdrowy  wieśniak w owczym  kożuchu, rolnik z dziada  pradziada, z tęgą, zdrową  żoną i pół tuzinem  dzieci jest tym  czego nam potrzeba" [52].  Przemowa  ta  otworzyła nowy okres w  polityce imigracyjnej,  chociaż trzymała się zasady, że ludność  Kanady ma zachować  swój  brytyjski  charakter. Clifford   Sifton  zrozumiał  jednak,  że  angielscy  farmerzy  nie  są zainteresowani   emigracją  do  Kanady,  a amerykańscy farmerzy,  którzy  zaczęli  się licznie przesiedlać  do Kanady - szczególnie do Alberty-  mogliby  zanadto  prerie  zamerykanizować ,  więc  aby  zapewnić Kanadzie   dostateczny  napływ  osadników i  powiedział  po  raz  pierwszy w  historii , że narodowość ubogich Europejczyków   (sheepskin  men) jest  znacznie mniej ważna aniżeli liczba  ich   dzieci. Z jego punktu widzenia liczyło się bowiem dopiero  drugie pokolenie osadników,  urodzone na ziemi kanadyjskiej i wychowane w miejscowych szkołach, w  założeniu już zasymilowane i ono  dawało rękojmię,  ze  tereny preriowe zostaną trwale zasiedlone. Stąd na  początku  XX -go wieku zasada łączenia rodzin imigrantów europejskich obok  sprowadzania rodzin  stała się pierwszą  podstawą oficjalnej linii politycznej rządu  kanadyjskiego. Od tego  czasu imigracja kobiet europejskich do Kanady  zaczęła się odbywać na dużą skalę.

 Samotni imigranci zabiegali o żony w rozmaity  sposób.  Najczęściej  pisali  listy do  dziewcząt znanych im  jeszcze w Starym Kraju proponując sponsorowanie ich  przyjazdów  i  małżeństwo.  Tak  powstało znane w ówczesnej  Kanadzie i  Europie określenie mail  order bride (  narzeczona z  przesyłki pocztowej), która   często mało, a nawet wcale nie znając swego narzeczonego natychmiast  po  przybyciu  do Kanady  brała z  nim  ślub i wyruszała  na jego "farmę". Ile było nieporozumień, ile niedobranych małżeństw i zawiedzionych nadziei wynikających z tej formuły  małżeńskiej, nikt nie dociekał. Podobnie jak nikt nie pytał kobiety,  świeżo  przybyłej z polskiej  wsi, stającej przed  dugout (ziemianką), która odtąd miała być jej domem;  czy w tym  prymitywie poradzi sobie z  życiem i wychowaniem  dzieci. Wiadomo jednak, że niektóre kobiety  nigdy nie potrafiły się otrząsnąć z pierwszego szoku i  razem z  mężem pracować nad wspólną przyszłością. Związane z obcym sobie mężczyzną, w  obcym  i przerażająco prymitywnym buszu ,  miesiącami  zupełnie samotne w swoich lepiankach   czasami uciekały same nie wiedząc dokąd, czasami  poprostu marły z  głodu i wycieńczenia.

Przedmiotem łowów  małżeńskich była  każda dziewczyna, które  pokazała się w preriach. Wielu mężczyzn uważało, że córki osadników  preriowych były lepszym  materiałem na żony, ponieważ znały już pionierskie dugouts,  sodhouses, shacks,  shanties  i  bunkers  i potrafiły sobie radzić z  niejedną robotą nieznaną a  nawet niewyobrażalną w  Polsce.

Znamienne, że  poza nielicznymi wyjątkami przeważająca większość imigrantek polskich z tego  pierwszego okresu jest dziś bezimienna. Nikła  jest bowiem  dokumentacja ich  życia.  Często  analfabetki z Polski pod zaborami, a robotnice rolne lub służące w  Kanadzie nigdy  nie zdobyły łatwości wysławiania się w starym i  nowym języku, a już napewno w pisaniu. Ich angielski był uproszczony, pozwalając na pracę i życie w różno -  etnicznych  środowiskach  prerii, ale płynność języka i łatwość wyrażania się w  nim należały do wyjątków.

Dopiero po powstaniu niepodległego  państwa polskiego w 1918  roku i po  wprowadzeniu w niepodległej Polsce powszechnego obowiązku szkolnego  zaczęły  przybywać do Kanady  imigrantki, które umiały  czytać i pisać i które wobec  tego, jeśli  chciały mogły opisać historie swego  życia.  Dzięki  temu w  latach dwudziestych  wśród  zbiorów życiorysów polskich imigrantów  pojawiają się także życiorysy pisane przez  kobiety.  Jest  ich  jednak  niewiele, a  jeszcze mniej,  wspomnień i  życiorysów jest  opublikowanych.  Charakterystyczne  w tych wspomnieniach lub  life-writings   jest zawsze podkreślenie,  że  lata ciężkiej  pracy nie zostały  zmarnowane,  bo  autorki  doceniają to  do  czego  doszły one same i  ich rodziny.

Oprócz  żon  przybywających do  mężów  przeważnie do pionierskiej Kanady,  do miast  płynęły na kontrakty służących,  rzadziej robotnic  fabrycznych, młode niezamężne dziewczęta z  Polski.  Podobnie jak  mężczyźni   musiały one podpisywać kontrakty, które  obejmowały dwa lub trzy lata  pracy w  domu,   który uprzednio  zgłosił  zapotrzebowanie na służącą.  Zakładano,  że po tym okresie znajdą sobie   męża  i ich  dzieci powiększą liczbę  mieszkańców  Kanady. Ich  pracodawcy  byli  w zasadzie zobowiązani do odpowiedzialności za moralne prowadzenie się zatrudnionej  dziewczyny,  ale troską pani domu w tym  zakresie było zwykle tylko  uczestnictwo służącej w obrządku religijnym w  niedzielę, a i to bywało nieraz  utrudniane, ponieważ  pracy domowej zawsze było sporo, a poza tym  po małych  miastach lub wsiach większości prowincji  kościoły  rzymsko-katolickie (poza  prowincją  Quebec) były  nie częste.  Zwykle było to jedyne wychodne, na które pracodawcy się godzili. Poza  tym  jeśli młodej  dziewczynie  " zdarzyła się wpadka" i  zaszła w ciążę,  była  bezpardonowo i natychmiast wyrzucana z  pracy.  System  rządowych kontrolerów wobec  służących  imigrantek nie był stosowany, i  o  godzinach pracy w domu  decydowała pani  domu.  To  też z  reguły  wysokość zarobków   bywała bardzo różnorodna, a godziny  odpoczynku  służącej rzadkie.  Mała  była także kontrola dotrzymywania kontraktu ze strony  imigrantki, która,  jeśli  jej  się warunki  u pracodawców nie podobały, a nauczyła się już  jak  sobie dawać radę w  Kanadzie, to poprostu mogła zniknąć i szukać pracy  gdzieindziej  (pod warunkiem, że nic nie ukradła), ale wybór  innej  pracy  miała niewielki.  

Jak  pisali  H. Radecki i  B. Heydenkorn rynek  pracy  dla służących był jednak ograniczony i wielu  ludzi uważało że Kanada  nie potrzebuje tego typu  imigracji.[53]  Stąd większość polskich emigrantek z tego okresu odrazu kierowana była na zachód -  uważano bowiem, że jeśli  tam nie pójdą  na służbę to zostaną żonami  osadników.  Zdarzało się,  jak  to opisała emigrantka z lat  20-tych,  że  zakontraktowane dziewczyny próbowały uciec z  pociągu, który  je wiózł na zachód i znależć pracę w miastach  Kanady  wschodniej : ...Przybyłyśmy do Halifaxu pijane morską podróżą,  blade i zmęczone. Julia miała jakichś krewnych w Toronto. Planowała dostać się do nich.  Chodziły plotki, że  Zachodnia Kanada lodowata tak jak Syberia i  pełna śniegu,  dlatego  wiele emigrantek postanowiło zostać w  Ontario. Wiele z nas  zdecydowało zostawić walizki w  pociągu, a samym  wysiąść gdzieś  w  Ontario. Ubrałyśmy się w nasze najlepsze rzeczy, wzięłyśmy co która  mogła i jak pociąg stanął pobiegłyśmy do ubikacji,  aby tam  przeczekać jego odjazd. Miałyśmy nadzieję, że jak pociąg odjedzie wyjdziemy na miasto i poszukamy w nim roboty. Nie podejrzewałyśmy , ze  byłyśmy obserwowane i policzone. Jak tylko upchałyśmy się w ubikacji  policja zaraz  zastukała do drzwi. Starałyśmy się siedzieć cicho. Policjant otworzył drzwi i za ramię wyciągnął mnie podczas kiedy inna policjantka wyciągała  Julię.  Zaprowadzili  nas do pociągu, zabrali  nasze dokumenty i adresy i oddzielili od reszty pasażerów. Pamiętam sposoby jakich używali niektórzy imigranci, którzy znikali na małych stacjach i nigdy do pociągu  nie wracali.  My,  Julia i ja dojechałyśmy do  Winnipegu  cichutkie jak myszy, bojąc  się wysiąść nawet jak pociąg stał już na stacji. W  Winnipegu polski ksiądz powiedział nam, żebyśmy były ostrożne, nie uciekały jadąc do miejsca  przeznaczenia i starały się nauczyć angielskiego  tak  szybko jak to możliwe, a wszystko będzie dobrze.[54]

                   Być  gospodynia na własnej  farmie

 

Zdawać by się  mogło,  że teza stawiana w polityce imigracyjnej Kanady,  o potrzebie  szybkiego zaludnienia  prowincji preriowych między innymi  ze względu na rosnące niebezpieczeństwo amerykanizacji zachodniej  części   Kanady przez dynamicznie  rozwijające się Stany  Zjednoczone [55] powinna by  przekładać się  na tworzenie łatwiejszych warunków  życia  dla osadników w  preriach.  Jednak  w rzeczywistości ani  Kanada nie miała odpowiednich  możliwości, ani  założenia polityki imigracyjnej nie wymagały organizowania pomocy  nowym  przybyszom.  Toteż z  chwilą  przybycia na miejsce docelowe, nowi imigranci,   byli pozostawiani samym sobie. Do nich należało organizowanie sobie życia - dachu nad głową  i strawy w garnku na dzień  pierwszy i  wszystkie następne po nim.  Dla kobiet także nie było taryfy ulgowej. Po  podróży statkiem  przez  ocean,  przybywały  one  pociągiem do Winnipegu.  Podróż pociągiem dla wielu  była  przerażająca . "... Jechaliśmy dwa dni (w nocy  przynajmniej niczego  nie było widać), a tu cały  czas  same skały zarośnięte  lichym świerkiem, na lewo i prawo, od czasu do czasu szałas stoi  przy  torze kolejowym, nigdzie żadnej drogi, ani ludzi i  żadnego życia nie widać. Na twarzach emigrantów było przerażenie, strach ,  załamanie się, a nawet zrezygnowanie. Kobiety płakały.

Pół  wieku nie mogę  zapomnąć jednej baby, która z płaczem, przeklinając Kanadę lamentowała  -   Boże, o  Boże,  gdzież  on mnie tu wiezie " ..."[56]

 W  Winnipegu niezamężne dziewczęta  były kierowane  do kontraktorów, z  którymi podpisały umowy, a mężatki  miały  czekać, aż  przybędzie mąż, a jeśli się spóźnił, albo nie mógł dojechać to w hali dworcowej, pełnej  ludzi mówiących wszystkimi  językami świata, zakurzonej i przegrzanej zawsze można było  znaleźć kawałek podłogi, aby  doczekać przybycia męża lub jego wysłannika.  Laura Salverson w swoim life-writing opisuje spotkanie na dworcu w  Winnipegu : "..W  mojej  egzaltowanej fantazji ci ludzie wygądali jak jakieś monstra gotujące się we własnym smrodzie, jak zwierzęta w cyrku. Spieszyłam się  żeby przeskoczyć przez nich w pośpiechu i własnie wtedy  potknęłam się i rozciągnęłam jak długa na ogromnym chłopie , który leżał na ziemi. Z ręki wypadła mi  moja wiązanka kwiatów i jeżeli nie krzyczałam, to dlatego że przeraziło mnie kiedy ten wielki kłąb odzieży i tłomoków skoczył na równe nogi a jego wielka brodata twarz  rozciągnęła się w uśmiechu. Co więcej, ten zdumiewający  stwór podniósł z ziemi  moją wiązankę kwiatów... wtedy nagle kobieta leżąca obok niego wyrwała mu ją z ręki i zanurzyła w niej  swoją zmiętą twarz.."[57]  Niepiękny to musiał być widok tłumu na podłodze winnipegowskiego dworca.

Potem była droga do DOMU,  czasem  lokalną kolejką,  czasem  pieszo, czasem na wozie  ciągnionym  przez  woły, czasem tylko  kilka godzin, ale bywało i parę dni  zanim nareszcie kobieta z rodziną dotarła do tego co przez następne lata nazywała swoim domem.  A  "domy" bywały różne.

 Do najczęstszych  na terenach lesistych należały shacks   albo loghouses,  czyli  maleńkie jednoizbowe chałupy, lub kabiny sklecone z pni  drzewnych w których wycinano niewielkie otwory na okno i  drzwi.  Przypominały one bardziej jednoizbowy bunkier z klepiskiem zamiast podłogi aniżeli dom  mieszkalny. W  ścianach pnie często nie przystawały do siebie i przez  szpary  wpadał wiatr, deszcz i śnieg  dopóki  dom nie został ogacony gliną pomieszaną z trawą lub sieczką.  Często   to  była pierwsza praca kobiety i od jej umiejętności zależało czy wypełnienie szpar było trwałe. Mężczyźni naogół nie mogli  sobie dać rady z  ogaceniem lub  nie dbali  o  przekształcenie  zbudowanego bunkra w rodzaj domostwa. Z licznych  life-writings  wyłania się zawsze ten sam obraz chwili przybycia do "domu"- ..."przerażone spojrzenie kobiety, która natychmiast zabierała się do roboty, aby choć  odrobinę  ocieplić jej nowe domostwo" [58]  Wokoło bunkra znajdował się pas ziemi  oczyszczony z  krzaków i drzew buszu, który w  przyszłości mógł  zostać ogródkiem na ziemniaki i niektóre warzywa, a w międzyczasie mógł służyć jako teren zabaw dla  dzieci.  Jeśli  gospodarz  był   na tyle zasobny że miał konia lub wołu, obok  bunkra stała szopa dla nich, a nawet może i dla krowy. Zwykle dopiero po latach, gdy farmer się zasiedział i  wzbogacił  zaczynał myśleć o  ulepszeniu   starego domu  a lata później o wybudowaniu prawdziwego domu, w którym  były podłogi, kuchnia, a nawet pokój dla dzieci, później na starość - dla gości.  Często jednak zanim  do tego doszło niejeden osadnik sprzedawał swoją farmę, ponieważ karczowanie buszu okazywało się zbyt ciężkie lub zbyt kosztowne, albo poprostu nie miał już sił lub nie mógł już on i jego  rodzina dłużej  wytrzymać samotności w buszu.  Z  uwagi na podział  całych  prerii na  kwadraty  dystryktów  dom osadnika stał  zawsze  samotnie na  jego  działce, daleko  od sąsiadów. Dlatego  na preriach  nie było  wsi,  a często  nawet  nie było widać  swiatła w domu  sąsiada.

W  części  prerii gdzie nie było  drzew,  pierwszymi domami zwykle bywały ziemianki, sod houses pokryte darnią. Niewielkie samotne  pół-domostwa składały się z dużej  piwnicy wykopanej w  połowie jakiegoś wzgórka  falistej  bezleśnej  prerii,  nad tą piwnicą układano skośne oszalowanie  dachu z grubych dość  gęsto położonych kijów. Na to kładziono  siano  na wysokość  mniej więcej  stopy, przykryte  następnie dużymi kawałami  twardej darni.W  ten  sposób  powstał "pokój"  wsparty na kilku słupach.  Miał  on  klepisko jako podłogę, maleńkie okienko i  drzwi.  Im  grubsza  była  warstwa darni na dachu,  tym cieplejszy  był  "dom" .  Pośrodku stał żelazny piecyk, który jednocześnie ogrzewał  pomieszczenie i służył do  gotowania posiłków. Taki dom  czasami elegancko zwany darniowym był ciemny, ciasny i pełen dymu. W  zimie w  mrozy dach  przemarzał i  wewnątrz   z jego mokrej  powały  zwisały sople lodowe, na wiosnę zaś, kiedy  ziemia rozmarzała ciekło z niego jak z sita.  Fotografie z ta mtych czasów pokazują przed takim samotnym  sod-house  rodziny  złożone z rodziców i kilkorga dzieci.  Dla emigrantki nawet z najbiedniejszej polskiej  wsi musiał to być potężny szok  zamieszkać w  sod house, ale ponieważ nie było odwrotu,  więc  od jej pomysłowości, pracy i siły zależało ile dzieci  wyżyło i wyrosło i czy gospodarstwo domowe funkcjonowało. Kiedy  dzieci  trzeba  było ubrać, kobieta  szyła im ubrania z worków po mące, lub rzadziej po cukrze. (Wielu  osadników nie kupowało cukru, bo ich na to nie było stać). Jeśli kobieta  umiała, to ze skór zwierzyny ubitej przez męża szyła rodzinie kapce na okresy mrozów, ale poza tym często  chodzono  boso.

W  części prerii gdzie były  większe  wzgórza wykopywano w zboczach inne ziemianki zwane  dugout . Były to pomieszczenia bez okiem, wsparte na ściętych przez osadnika pniach, , czasem podzielone na tak zwane pokoje i kuchnię, z której wystawała na zewnątrz rura od pieca  kuchennego. Z reguły we wszystkich tych domach spało się albo  na sianie albo  dla większego  komfortu na wypchanych trawą siennikach i jadło z misek drewnianych,  często  blaszanych , wyklepanych z puszek po konserwach., wyjątkowo  na naczyniach  przywiezionych przez kobietę ze Starego  Kraju.

 Tuż za progiem ubogiego  domostwa czekało wiele niebezpieczeństw, które przerażały niejedną początkującą  imigrantkę.  Ksiądz  Scella ( czasami  Szylla,  Scylla lub  Schylla),  misjonarz  OMI , który  służył potrzebom duchowym osadników  polskich w  Albercie w pierwszych dekadach  XX-go wieku, tak opisywał ówczesne warunki życia w okolicy  Edmonton : " Prawdziwą plagą dla ludzi i  zwierząt były komary. Na głowy koni i wołów trzeba było nakładać worki, aby uchronić ich  oczy i  uszy. Dla ochrony zaś siebie w podróżach i w pracy osadnicy nosili ze sobą w kubłach dymiące ogarki.

Często ku  przerażeniu kobiet i dzieci,  niedźwiedzie rozbijały drzwi i  płoty niszczyły naczynia i meble, włamując się do domów w poszukiwaniu pokarmu. Niejednokrotnie bowiem kobiety musiały na dłuższy czas pozostawać same na swych życiodajnych, choć tak jeszcze mizernych działkach, gdy mężczyźni szli na zarobek do  sąsiadów, albo  pracowali  przy budowie kolei, lub przy wyrębie drzewa."[59]

W  odkrywkowych kopalniach węgla w południowym   Saskatchewanie  górnicy  zazwyczaj  mieszkali  w  domostwach  należących do  kompanii  w której  byli  zatrudnieni.  To  jednak  nie oznaczało  że ich  pomieszczenia były  lepsze od opisanych powyżej  domów. W    bezleśnej,  półpustynnej   okolicy  miasteczka  Estevan  były to pół-szałasy i pół-schroniska   z  papy i  desek  (... tar-paper  shasks that  companies  constructed...) . . Zimą  do  takich domostw  wiatr przez szpary  wwiewał śnieg,  a podczas  burz  dach  przeciekał.  Mebli w  nich bywało bardzo niewiele,  ponieważ  kompanie  nie dostarczały   podstawowego  umeblowania. Również   przy takiej  osadzie tylko   wyjątkowo  bywały  zorganizowane łaśnie i  pomieszczenia sanitarne.   Nie  mniej  latami  mieszkały w  nich  całe rodziny. Jeszcze  inne pomieszczenia  miały  3 ściany  zrobione ze skrzyń po dynamicie,  za czwartą  mając  stok wzgórza . Mieszkaly  w  nich  zazwyczaj rodziny  robotników   nie mających  jeszcze  obywatelstwa  kanadyjskiego,  albo  tak  zwani  transients, czyli  robotnicy bez  stałego miejsca zamieszkania. [60] 

Katastrofy  takie jak powodzie lub pożary buszu,  same w sobie bardzo przerażające, łatwo niszczyły życie i dorobek farmerów. Pożary  buszu  lub  lasu bywały tak strasznym  przeżyciem, że wiele kobiet po latach  jeszcze wspominało je jako koszmary. Niektóre traciły z tego powodu rozum, uciekały z domów wędrując bez celu po preriach.

      Nieoczekiwane przymrozki, susze, plagi szarańczy potrafiły także doszczętnie zniszczyć dorobek kilku, a nawet  kilkunastu lat pracy. Wyniszczenie pracą nad   siły, samotnością w buszu i nieleczonymi  chorobami zmuszały wielu  gospodarzy do opuszczenia, lub sprzedaży  farmy i przeprowadzki do miasta. Sporo  było kobiet " opętanych  buszem", albo cierpiących  na "szaleństwo  preriowe"  (prerie  madness), ktore po prostu nie wytrzymywały mentalnie izolacji i pracy nad siły. Niektóre z nich uciekały z własnych domów i włóczyły się bez celu po prowincji, umierając z wycieńczenia, lub  bywały zabite przez niedźwiedzia, pumy itp.

Życie osadników  kręciło się wokół pracy i posiłków i  obowiązkiem  kobiety było nakarmienie rodziny.  W ogromnej większości pieniądz  był rzadkim  gościem u nowych osadników. Mąkę i zboże często nabywano za uzbierane w lesie jagody.  Bogatsi farmerzy  sprzedawali   mleko, jaja, i co tylko mogli wyprodukować. Dlatego od pomysłowości i pracowitości kobiety zależało nie tylko jakie posiłki  będą  jadali  ale i co zdoła wyprodukować w swoim warzywnym  ogrodzie, jak  zatroszczy się o krowy i kury i  czy  nazbiera dziko  rosnących  jagód. Kiedy farma zaczynała przynosić dochód  i  gospodarz  mogł sobie pozwolić na kupno dodatkowych narzędzi rolniczych, wołów, albo krów praca żony przyczyniała się do zaczynającego się dobrobytu. Evangeline  Yagos tak opisuje  zajęcia swojej matki  Teresy  Jakubiec, żony  zamożnego  farmera :"  Teresa pomagała Mike'owi w prawie wszystkich pracach. Doiła  krowy, i sprzedawała masło, jaja, ser, który robiła ze świeżego mleka.  Kupujących było zawsze więcej aniżeli  zdołała wyprodukować. Teresa zawsze miała duży ogród,  wyrabiała swój własny syrop, dżemy i  galaretki z saskatoons i  chuckberries.  Zaprawiała na zimę mięso, drób i tłuszcz, robiła własne kiełbasy (  kiszki), głowiznę i kiełbasy wieprzowe.  Przepisy  kuchenne wymieniała z sąsiadkami i przyjaciółmi.  Była bardzo zręczna w szyciu i przy pomocy  maszyny do  szycia  szyła dziecięce ubrania i  rzeczy  potrzebne w gospodarstwie.  Córki   swoje uczyła szyć, robić na drutach i na kółkach ( crochet), tkać i robić chodniki (  rugs) tak jak to robiła w  Polsce. Robienie chodników było jej  zimowym hobby,  sama wymyślała wzory."[61]  Aby wykonać wszystkie te prace Teresa  Jakubiec musiała dysponować nieprzeciętną witalnością, wytrzymałością fizyczną oraz nadzwyczajnym  zdrowiem.

W regionach lesistych Manitoby, Alberty i Brytyjskiej  Kolumbii obficie rosną dzikie jeżyny i one stanowiły mile  widziany dodatek do wielu posiłków. W Saskatchewan, Albercie i Kolumbii Brytyjskiej rośnie do dziś   saskatoon  berry,  krzak ze słodkimi  owocami powszechnie jadanymi przez osadników. Już  Indianie używali saskatoon  berries   do produkcji  pemmican,  czyli suszonego mięsa bizonów sproszkowanego i zmieszanego z   saskatoons.  Dla bardzo wielu osadników, których nie stać było na cukier, którzy  często niedojadali lub zgoła chodzili  głodni, te dziko  rosnące jagody były jedynymi przysmakami, a jednocześnie źródłem potrzebnych witamin. Jak pisze Amerykanka  Leslie Pietrzyk w swojej pół-autobiograficznej powieści  Pears on a Willow Tree  : " ...  nie  miałam wyboru  Helenko -  powiedziała  moja babka. Jeśli nie ugotowałam to nie jedliśmy.  W  ten sposób  życie było  proste. Były dwie możliwości gotować i jeść, albo nie gotować i  być  głodnym... A jak myślę  o tamtych  dniach, kiedy każdy posiłek to była ciężka walka. Ja pracowałam przy sporządzaniu każdego posiłku...  Dziękowałam  Bogu  za każdy ziemniak, za każdy strzęp  kapusty, każdą  kroplę zupy czy  okruszek chleba."[62]

Żona osadnika bardzo wiele czasu spędzała samotnie, bo mąż często wynajmował się u innych  już  zagospodarowanych farmerów, a  w   zimie szedł do obozów  drwali ciąć  drzewo.  Do porodów czasami  miała pomoc sąsiadek mieszkających niedaleko, świadomych potrzeb  rodzącej matki, ale często rodziła samotnie.  Mimo  dużej  życzliwości osadników gotowych pomóc nowo  przybyłym w potrzebie, odległości dzielące ich, ograniczały pomoc sąsiedzką do najgroźniejszych wypadków.  Doświadczone  sąsiadki czasami  odwiedzały nowo  przybyłą, zawsze przynosząc ze sobą  jakiś niewielki, ale pożyteczny  dar i  dawały rady (o  ile mówiły tym samym  językiem)  przy  chorobach  dzieci, bo lekarze  mieszkali daleko po miastach a i pieniędzy na nich  przeważnie nie było. Taki lekarz, aby odwiedzić chorych musiał często pokonywać konno lub łódką duże   odległości [63]  i  zdarzało się  że  przybywał za późno.  Na rozpacz po stracie dziecka też nie było wiele czasu.  Trzeba było  zaraz  wracać do codziennej  pracy,  ugotować uprać, uszyć nazbierać suszu na opał, nazbierać jagód, jeśli były w  okolicy, wody  nanosić, chleb  upiec, zadbać o resztę dzieci. Dnie mijały szybko i następne dziecko  przychodziło na świat. Zycie mijało i jak w  przypadku Marii Andreyczuk,  kiedy umarła, to syn nawet nie miał pieniędzy na trumnę, więc  pochował  matkę w zbitej przez siebie skrzyni.[64]

Ale nie tylko matki musiały się oswajać z samotnością.  Kiedy dzieci podrastały ojciec oddawał  je na służbę do znajomych farmerów. Bywało,  że do tego momentu nie miały kontaktu z językiem angielskim. Stąd kiedy 16-letnia dziewczyna  musiała iść na służbę  do wybranego  przez  ojca farmera, przeważnie mało  znała jeszcze angielski. Musiała się więc  zmagać nie tylko  z ciężką  pracą od świtu do nocy, ale i z samotnością i izolacją wynikającą z braku angielskiego   Jeśli  farmer i jego  żona nie czuli pod jakim  naciskiem ich nowa robotnica żyje, to, to wyobcowanie było czasami nie do zniesienia, a ucieczka do  domu  była tylko  chwilową ulgą, bo wkrótce i tak ojciec ponownie odwoził ją na służbę,  wracając  tylko   po odbiór zarobionych przez  nią pieniędzy.  Agatha  Puzianowski w swojej  biografii pisze, że jako  szesnastolatkę  ojciec oddał ją na  służbę do  sąsiada dość odległego od ich gospodarstwa. Nie znając zupełnie języka czuła się tam tak   bardzo nieszczęśliwa, że pewnego dnia postanowiła się powiesić na drzewie wybranym w  buszu. Już sobie zakładała sznur na szyję, kiedy pasące się  niedaleko  cielęta,  przez  nią na farmie obrządzane,  wystraszywszy  się psów przybiegły do niej po  ochronę. Fakt,  że jednak jest komuś, a tym wypadku  cielętom,  jest potrzebna odwócił jej myśli  od popełnienia  samobójstwa,  więc  razem ze swoim stadkiem wróciła na farmę.[65]

Zazwyczaj początki nauki  języka przełamywały poczucie kompletnej  izolacji i  braku własnej wartości, a  kiedy  dziewczyna nabierała wprawy w angielskim rosły także jej szanse na prędkie zamążpójście.  Warto dodać, że zarobione przez dziecko pieniądze z reguły zabierał ojciec na potrzeby jego farmy i rodziny.

Swoista  wzajemna pomoc osadników  była zrozumiałą zasadą  pionierskiego  życia w  preriach. Niedawni  imigranci świadomi trudności swoich pierwszych lat w  nowym  kraju przeważnie, choć  nie zawsze,   byli sobie życzliwi.  Było w  zwyczaju niesienie pomocy w  przypadkach  pożarów, poszukiwania zaginionych w drodze  itp.,  drzwi  domostw nigdy  nie były  zamykane na klucz -  bo i  po  co - i  każdy  wędrowiec, który  przechodził w  pobliżu był  witany o każdej porze  dnia i nocy.  Było to  szczególnie ważne, ponieważ w tamtych  czasach imigranci  zwykli pieszo pokonywać odległości, które  dziś wydają się nieprawdopodobne.  Do  miasteczka  po  mąkę,  sól albo inne produkty  pierwszej  potrzeby bywało, że  szło się dwa lub  trzy dni i  droga  powrotna z  workami na plecach wydawała się jeszcze dłuższa.  Zamożniejsi  farmerzy  wiedli   jednak  bardziej  urozmaicone  życie towarzyskie. Do  sąsiadów chodzili  na chrzciny, albo śluby, na pogrzeby  a  nawet na  tańce organizowane z racji ukończenia  zbiorów,  albo  kanadyjskiego  święta.  Wówczas często i nocami spieszono do  domu. Oczywiście kto mógł zabierał się furmanką sąsiadów.

Wielkim  wydarzeniem  były wizyty  księży  katolickich.  Zdarzały się rzadko, ponieważ oblaci  OMI,  którzy jeszcze w  XIX-tym  wieku przejęli opiekę nad polskimi  imigrantami w Kanadzie  ,  nie byli  liczni  a na dodatek wszędzie chodzili pieszo, bo nie było ich stać na wóz i konia.  Dopiero, kiedy  zbudowano kościół i powstawała parafia, księża  nabywali swoje zaprzęgi i  wozy,  którymi  wizytowali parafian.  Zanim to jednako  nastąpiło   niestrudzenie   pieszo odwiedzali jednego osadnika po drugim,  przemierzając wielkie połacie prerii,  czasami nocując u odwiedzanych,  innym  razem  w lesie, albo na preriach,  zawsze chętnie witani  przez  osadników[66].  Przy  na prędce zorganizowanych  ołtarzach  spowiadali, komunikowali ,  dawali  śluby, często jednocześnie  chrzcąc dzieci nowożeńców, odprawiali modły za chorych i  zmarłych, pouczali o  życiu  w wierze  i moralności. Ale też  przynosili wiele ważnych  wiadomości z " wielkiego  świata". Mówili  o powstawaniu  parafii, o  zbiorach, o nowych  przepisach i prawach osadników,  o  tym co się wydarzyło nowego w  Kanadzie a nawet w Polsce,  pytali o nowych sąsiadów i  o drogę do nich. Byli szczególnie witani  przez  kobiety, które na równi   spragnione były rozmowy w  języku polskim jak i kontaktu z  autorytetem znanym  im  jeszcze ze Starego Kraju.  Dla znacznej większości polskich  imigrantek z  pierwszej połowy  XX-go  wieku ojciec  misjonarz, a  później kiedy  już zbudowany  został kościół,  ksiądz  proboszcz stanowili główny  kontakt  z  obyczajami i kulturą polską, a więc z  młodością spędzoną w Starym  Kraju,  ale  także byli ludźmi,  którzy  dobrze  orientowali się w zagadnieniach życia publicznego prerii[67].  Odwiedziny  księdza nie tylko  przerywały  nieustającą  samotność, ale wiązały domostwa nowo-przybyłych  pomiędzy  sobą  i  światem osadników. Czasami ksiądz  dał święty obrazek, jakąś książeczkę z modlitwami, wysłuchał długo tajonych  żalów,  czasem poradził, a zawsze był autorytetem,  do którego można się było odwołać. On  też  kształtował światopogląd polskich osadników i zwolna budował wspólnoty, z których następnie  w  prowincjach  preriowych  wyrastały  polskie parafie. To on przynosił także wiadomośći o  wydarzeniach z  za  oceanu, on  organizował   polskie święta narodowe, składki  na wojennych uchodźców w latach 40-tych, a  w  latach  80tych zachęcał do sponsorowania  Polaków z obozów  przejściowych. Jego  wizyta była wydarzeniem , o którym się długo pamiętało. To  też nie do  przecenienia jest  rola  ojców Oblatów w tworzeniu społeczności polsko-kanadyjskich w  preriach, w   utrzymywaniu polskości wśród osadników, i  w  budowaniu  nowego  porządku w ich małych lokalnych światach twardej i bezlitosnej  wtedy  Kanady.

W pierwszych dziesięcioleciach  XX-go wieku dzieci osadników w dystryktach już zasiedlonych chodziły do  obowiązkowych   szkół ,  zlokalizowanych  zawsze  na  centralnej  sekcji  jednej  ćwiartki  dystryktu i zwykle dopiero  tam zaczynały się uczyć angielskiego.  Ale  dzieci   osadników,  których farmy były w jeszcze nie zasiedlonych  sekcjach miały daleką drogę  do  funkcjonującej  szkoły. Jeśli  osadnicy  nie mieli środków   transportu, aby dzieci mogły bezpiecznie przebyć tę odległość ,  to  szły do szkoły dopiero  wtedy,  gdy  zostala ona  otwarta  bliżej, albo dopiero wtedy   kiedy  były na tyle dorosłe,  że rodzice nie obawiali  się już ich wędrówek po  buszu i przepraw przez  rzeki.

Ze względu na chroniczny brak rąk roboczych na farmach  młode i  silne  dziewczęta były  chętnie przyjmowane do pracy  jako   farm  hand  (  robotnice na farmach),  gdyż według zwyczaju zarobki ich  były niższe  od  parobczanych,  a właściwie wykonywały prawie wszystkie prace parobków na farmie.  W  razie zaś kiedy właśnie zabrakło  prac rolnych zawsze  mogły  pomagać  zapracowanej gospodyni domu[68]. Dla wielu  dziewcząt to  była  najlepsza ,  choć  ciężka   okazja  do wyrwania się spod twardej ręki ojca, który  rodzinę swą trzymał ciągle w  tradycji  patriarchalnej i  nierzadko  rozciągał swą  władzę nawet na dorosłe dzieci.[69]

Polki,  z natury  rzeczy  chętne do socjalizacji starały się na ogół dobrze  żyć z sąsiadami i  brać udział w lokalnych wydarzeniach. Biletem  wstępu i polem do popisu była zdolność gotowania. W  miarę polepszania się warunków  bytowych osadników umiejętność gotowania stawała  się dumą gospodyni i atutem w najmowaniu sezonowych robotników , którzych ze względu na krótki okres  żniw   zawsze było za mało. W  okresach zbiorów, z  uwagi na klimat  przeważnie odbywających się w  pośpiechu,  robotnicy sezonowi  wyraśnie wybierali sobie farmy z dobrą kuchnią[70].  Dlatego żona, znana w  okolicy  z tego że  smacznie gotuje,  ułatwiała swemu  mężowi najem  robotników sezonowych, a tym samym przyczyniała się do ukończenia żniw  na czas. Inną okazją  do  wykazania się swą sztuką kulinarną były  uroczystości religijne i obchody świąt  nieraz  gromadzące różne grupy  etniczne. Gotowanie  nie było  bezmyślną pracą usługową,  wymagało inwencji, gdyż  łączono lokalne produkty i potrawy ze znanymi  sobie przepisami  kuchennymi ze  Starego  Kraju.  Szczególnie obfite w Manitobie,  Albercie,  Saskatchewanie  i Bryt. Kolumbii czarne jagody i jeżyny oraz  saskatoons  i  salmon  berries   były używane do produkcji  różnych   pies  (ciasto z owocami). W miarę jak  początkowa  nędza ustępowała  i adaptacja do Nowego  Kraju  posuwała się naprzód,  rozwijała się także i  socjalizacja.  Zgodnie z lokalnymi zwyczajami,  jeśli  to nie był  czas robót rolnych  od czasu do  czasu  w soboty odbywały się tańce,  często  połączone  z  konkursami  kulinarnymi, a  przy  okazji świąt lub obchodów narodowych  szykowano  wspólne biesiady, albo zgoła lokalne festyny. Dla niezamężnych   dziewcząt były to ważne,  czasami jedyne okazje poznania młodych  mężczyzn z  Polski, lub innego językowo i kulturalnie pokrewnego narodu.  Dla mężatek,  jeszcze jeden sposób do nawiązywania znajomości, a nawet może przyjaśni, poznawania sąsiadek,  posłuchania ploteczek i powolnego zdobywania sobie miejsca w nowo powstającym wieloetnicznym społeczeństwie preriowym.

Bagaż  kulturalny   polskich emigrantek z lat  1900-1939,  zawierał przede wszystkim  dwa podstawowe czynniki , to jest chłopski  konserwatyzm i patriarchalne zrozumienie własnej  roli w rodzinie i  społeczeństwie.  Zetknięcie się z  rzeczywistością kanadyjskich prerii z  pierwszej połowy XX-go wieku było  więc dla nich niewątpliwym  szokiem.  Rozmaitość  kultur,  brak podziałów   klasowych,  swoista rubaszność mężczyzn, których maniery bywały     za bardzo  "pionierskie",  płynność  takich pojęć jak moralność,  posłuszeństwo dzieci,  prawa i obowiązki kobiety i mężczyzny,  spoistość  rodziny,  bezwzględność i  tolerancyjność praw, wszystko  to  testowane w codziennym  doświadczeniu, lub obserwacji dla  niejednej polskiej  matki na emigracji było trudnością  ponad siły. Co  wybrać,  co odrzucić,  czy zgodzić sie na asymilację  czyli  przyjęcie  preriowego  sposobu  życia  z jego lekceważeniem  autorytetów, swobodą  własnych decyzji,  tolerancją  wobec  różnic  religijnych i społecznych,  czy  też zamknąć się wewnętrznie i  trwać w kategoriach wartości  wchłoniętych w  młodości w Polsce i  te  same wartości  wbijać dzieciom  do  głów?  Nie ulega  wątpliwości,  że wsród tego zamętu skal  wartości  Kościół i jego  proboszcz  odgrywali  wśród osadników wielką rolę . Ludowa  obrzędowość parafii polskich w  Kanadzie była niejednokrotnie  katharsis   dla  skołowanej duszy  naszych  emigrantek.  Własne wspomnienia z  dzieciństwa w  Starym  Kraju i  religijno-narodowa atmosfera w polskich parafiach w  Kanadzie zlewały się w  pojęcie nowej,  kanadyjskiej polskości  w  której  katolicyzm stawal  sie synonimem  Polski  zamrożonej na poziomie folkloru,  recytacji patriotycznych wierszy   i odpływających  coraz  dalej  wspomnień pomieszanych z  otaczającą  je  kanadyzacją dnia codziennego  Powstałe  parafie polskie oraz  inne struktury społeczne stopniowo rozbudowywane wokoło  parafii  jak  związki regionalne,  kasy  zapomogowo-pożyczkowe, niedzielne szkółki polskie itp doskonale pasują do  teorii  W.  Thomasa i  F  Znanieckiego  :" uderzającym  zjawiskiem,  przedmiotem centralnym  naszego  badania  jest tworzenie się zwartych  grup  z elementów  chaotycznych,  powstawanie  społeczności, w  której  zarówno struktura jak i  przeważające postawy nie są ani polskie ani  amerykańskie , ale są  produktem, który  czerpał swoje źródła częściowo z polskich tradycji a częściowo z  warunków w których imigranci  żyją."[71]  W tych powstałych strukturach  polsko-kanadyjskich kobiety  miały od początku role wyraźnie określone.  Były organizatorkami  festiwali, nauczycielkami, sekretarkami kas zapomogowo-pożyczkowych, ale nigdy, aż do  czasów  drugiej  wojny światowej nie zajmowały  w nich stanowisk decyzyjnych.  Pozycje prezesów i  dyrektorów zawsze przypadały  mężczyznom.

Powolne krzepnięcie tej swoistej asymilacji polsko-kanadyjskiej w preriach znalazło dwukrotnie dość niespodziewane  ujście.  Pierwszy raz w  czasie II wojny  światowej, a drugi   podczas  "rewolucji  solidarnościowej" w Polsce,  kiedy  kilka ubogich  parafii z  Kanady zachodniej  zdobyło się na wysiłek sponsorowania grupy imigrantów z Polski.  W  obu  wypadkach te szlachetne gesty ze strony,  jak by  nie było osadników przeważnie o  ograniczonych  środkach  materialnych,  zakończyły się kompletnym nieporozumieniem i obopólnym zgrzytem.  W  pierwszym  przypadku  uciekinierki  z czasów wojny  nie przyjęły wyciągniętej  ręki, a w drugim nowo  przybyli Polacy nie zgodzili się na pracę fizyczną na farmach ich sponsorów stawianą im  jako  warunek pomocy. "Nasz  sponsor   ze Starej  Emigracji  był tłumaczem,  niektóre rzeczy z rozmowy rozumiałam, ale nie dokładnie. Stosunek naszego sponsora do  nas jest jak do intruzów.  Jest niesympatyczny. Kiedy  zapytaliśmy go gdzie moglibyśmy  przetłumaczyć dyplomy, odpowiedział:  po co wam  to ?  Ci  którzy  przybyli wcześniej przed nami, twierdzą że chce zrobić  nas   parobkami na swojej  farmie za talerz  kapusty,  bo inaczej podobno nie płaci.  Każdy  tam był i pracował  kilka dni, potem wszyscy się wykręcali, bo wiedzieli, że nie chce płacić" [72]

Przywiązanie do dawnych zwyczajów szło w  parafiach polskich w parze z niechęcią wobec wszelkich "nowinek",  czy to były  przemiany  dokonujące się w  Starym  Kraju,  czy  też  przechodzenie kanadyjskiego  społeczeństwa na  stronę tolerancji wobec ludzi o innych poglądach  lub wyglądzie. Trzeba  przyznać,  że postawa ta wywołana była często reakcją na akcje komunistów kanadyjskich,  którzy podczas kryzysu lat 30tych  i  w czasie II  wojny światowej wykorzystywali  nieludzko  ciężkie warunki  życia  ubogich i  organizowali  werbunek na członków partii wśród biednych i  często skołowanych imigrantów.  Kanada, pełna pół-zasymilowanych  lub słabo zasymilowanych imigrantów, bardzo biednych i  dyskryminowanych  była wdzięcznym polem szerzenia  komunistycznej  ideologii na którą  dawali się nabrać ubodzy   wszystkich nacji.  Niektórzy polscy imigranci z  pierwszej  połowy  XX wieku , także   ulegali   czarowi propagandy komunistycznej.  Były  przez  pewien  czas polsko-języczne gazety wychwalające Związek Radziecki  i  jego ideologię,  a ostro  krytykujące  "zgniły kapitalizm".  Bańki złudzeń co do prawdziwych intencji  ZSRR  pękały  po kolei.  Pierwszą z  nich zniszczyli "inżynierowie polscy" w  Toronto już w  czasie II wojny  światowej. Następne pękały pod wpływem  wydarzeń Zimnej Wojny, ale jeszcze w  latach  60-tych i  70-tych  komunistyczna partia kanadyjska liczyła w swoich  szeregach polskich  imigrantów.

Z  upływem lat,  powolna  adaptacja do nowego  środowiska,  zapewniała coraz  pewniejsze osadzenie w nowej  rzeczywistości i pewniejsze zrozumienie zasad wychowywania dzieci po kanadyjsku.  Ostrożne imigrantki-matki z  konserwatywnych stawały się pragmatycznymi i  godziły  się na coraz  szerszy  zakres  tolertancji i wolności  dzieci. Ograniczały się do wpajania dzieciom zasady  szacunku dla rodziców,  poczucia silnej więzi rodzinnej,  przynależności  do kościoła  rzymsko-katolickiego i  szacunku  dla ciężkiej  pracy, która  pozwoliła rodzicom na powolne podnoszenie standartu życia całej  rodziny. Podkreślały też wyraźny podział  ról.  Chłopców zachęcano  do kończenia szkół,  a nawet do studiów w  szkołach  położonych w  innych prowincjach,  dziewczęta  natomiast uczyły się obowiązków przyszłych żon i  matek. Ten schemat ról społecznych dość  wcześnie jednak  był zmieniany przez  wpływy  kanadyjskiej  szkoły i system jej stypendiów.  Dzieci raczej  wcześnie opuszczały dom  rodzinny, aby pracować zarobkowo  dla siebie, a następnie samodzielnie budować własne życie.

Przedstawiony szkic  postaci i  życia polskiej imigrantki w  Kanadzie zachodniej  jest jednak  niepełny  z  dwu powodów.  Po pierwsze opiera się na życiorysach,  które pisali tylko  ci i  te, którym  się powiodło i po latach pracy osiągnęli  pewną stabilność finansową, a jednocześnie ich związki  z  dziećmi  a może nawet z  wnukami pozwoliły im  patrzeć na przeżyte w  Kanadzie  lata jako  na dobrze  zapracowany  sukces.  Po  drugie wiemy, że wśród Polek tak samo  jak i  wśród kobiet innych  grup etnicznych pewien procent nie wytrzymywał nadzwyczaj ciężkich warunków życia  w pionierskich preriach Kanady,  zbyt  mrożnej  zimy, za gorącego lata, nieustannej walki z  komarami....,  samotności,  za ciężkiej  pracy..  Wiele z  nich  umierało po krótkim pobycie na emigracji, ponieważ nie wytrzymywały  trudnych warunków życia, przy porodach, z wycieńczenia, inne ginęły w  buszu  lub  w trudach podrózy  jak owa młoda matka, która wypadłszy z sań znaleziona została dopiero zmarznięta  martwa.[73]  Jeszcze inne nie wytrzymywały  samotności i  dzikości kraju i  uciekały do miast,  gdzie przepadały bez wieści.  Na inne spadały nieszczęścia w postaci  choroby lub śmierci męża - żywiciela.  Nie wszystkie były tak silne,  żeby sobie samej poradzić.  Jeszcze  inne zostały przez swoich partnerów  opuszczone z  dziećmi lub  bez i  nie miały siły pozbierać się.  Wreszcie niektóre były poprostu za słabe na trudne pionierskie warunki  zarówno w buszu jak  i w osiedlach czy nawet miastach.  Niedobrym lekarstwem na te  wszystkie nieszczęścia był alkohol,  łatwo dostępny, bo cichaczem pędzony na przedmieściach  miast  lub w  buszu.  W opinii  lokalnego społeczeństwa  ..." polscy imigranci należeli do pijących chętnie i często,  szczególnie w  chwilach niepowodzeń lub klęsk."[74] Nikt nie wie ile polskich imigrantek z pierwszej połowy  XX -go  wieku zniknęło w piekle pijaństwa. Nikt również nie wie ile imigrantek z tego samego okresu zeszło na drogę prostytucji.

 

           

 

     Dwa  światy  kobiet   w  kraju pionierów


      Kanadyjski  kraj pionierów, do którego  płynęła większość  polskich  żon i  narzeczonych   w  początkach  XX wieku  był przede  wszystkim krajem  mężczyzn. To  oni  stanowili  dominującą  większość mieszkańców  nowo  zakładanych  miast i miasteczek,  oni w  pojedynkę lub grupami  przybywali  z  Kanady wschodniej i  ze  Stanów  Zjednoczonych,  aby robić  biznes,  zakładać  przedsiębiorstwa, organizować  administrację miejską,  otwierać  nowe tereny pod osadnictwo,  pracować  w  kopalniach,  w transporcie,  w obozach drwali...Oni  nadawali  styl  pracy, ogólną atmosferę podniecenia  możliwościami  zrobienia dużych pieniędzy  w  krótkim  czasie,  oni  otwierali  nowe  tereny  i   budowali  koleje.  Oni  też nadawali  charakter   rozrywce  istniejącej wówczas  w   Kanadzie zachodniej.  .  Dla  nich  powstawały saloons, pubs  i  bars  jak  grzyby po  deszczu  gdzie  wyszynk,  legalnego i nielegalnego  alkoholu i burdy  pijackie należyły do  zwykłych widoków,  a  spotkanie  pijanych   na ulicach  nie było rzadkością.  Poza  pracą  pito  często i  dużo i  to  było najczęstszą rozrywką  po miastach i  osiedlach.W  saloons i  barach  było  także sporo  kobiet  lekkiego prowadzenia,  kwitła  specyficzna  prostytucja,  typowa  dla  pionierskich obszarów  Ameryki  północnej.  Sam  fakt, że  było znacznie  więcej mężczyzn niż  kobiet  i  że tysiące samotnych młodych  mężczyzn nieustannie wędrowało  po kraju, w  którym ciężka praca  fizyczna przeplatała się z okresami  wolnego  czasu, świąt,  lub  bezrobocia sprzyjał rozwojowi  prostytucji. Kanada  na  zachod od  Winnipegu  długo  była jeszcze  tak  dzika  i pionierska,  że wielu   mężczyzn  miesiącami,  a nawet zdarzało się - latami nie widziało białych kobiet  w  miejskim  stroju.  Nagłe  pojawienie się  sylwetki  kobiecej    w  miejskim  stroju,  obowiązkowym  kapeluszu  i  w rękawiczkach , potrafiło  wywoływać  wtedy  w     pionierskich obozach   lub  osiedlach  zamieszanie  trudne  dziś do  zrozumienia.   Bo  sylwetka kobieca taka jaką  znamy   z  ówczesnej  Kanady wschodniej   i  Stanów  Zjednoczonych  lub  Anglii   była w  Kanadzie  zachodniej  zjawiskiem zupełnie niepasującym  do pionierskiej rzeczywistości  z  początków  XXgo  wieku.

 Przybywające   imigrantki  nie liczyły się. Nie tylko  były  biedne i  natychmiast  zabierane przez  mężów do  przygotowanych domów, niezależnie od tego  czy to  były istotnie domy  czy też  ziemianki.  Nie znały  języka ,  były niepewne siebie ,  dziwacznie,  nie po  kanadyjsku  ubrane i  nie znały lokalnego  savoir  vivre.

 Poza  nimi  jednak  tylko bardzo   niewielki  procent samotnych  kobiet  odważał  się  na opuszczenie  rodzinnego  domu na wschodzie  Kanady lub w  Europie   i  zaangażowanie się w   pionierską  przygodę. W większości  były to młode kobiety  lub  dziewczyny   poszukujące  męża, które  jednak  często  nie znajdywały   lokalnych   kandydatów  ponieważ  ci  oceniali  je   bardzo krytycznie, uważając, że   nie  nadają się  na żony pionierów.  To  też  wiele  z  nich , a szczególnie  te które  przybywały z  Anglii, gdzie  mit  kanadyjskich prerii długo  był w modzie decydowało się na powrót  do  W.  Brytanii, ale   nie mając pieniędzy na powrót do  rodzinnych domów   musiały  zarobić  na  bilet  powrotny.  Na preriach najbardziej   poszukiwane  były  służące  do  bogatszych farm,  więc po powrocie  do  domów  wiele z nich mogło się pochwalić tym  doświadczeniem.  Tu  jednak  rzeczywistość nie była tak piękna jak  mit.,  bo  praca  służącej  na farmie  była  bardzo ciężka.. Kandydatki  na  służące najczęściej  nie  były    przygotowane ani  na ilość pracy, którą  musiały wykonać  ani  na szybkość   nadchodzących bez  przerwy  żądań. Zony farmerów same  ciężko  i  nieustannie  pracując  oczekiwały tego  samego od  swoich pomocnic.. Pierre  Berton  cytuje  jako  przykład  rozmowę  między zamożną i  wykształconą  Angielką Ellą   Constance  Sykes[75],wystarczająco  ekscentryczną,  aby   z  ciekawości próbować   przekonać się  jak  się naprawdę  żyje kobietom  na preriach  kanadyjskich. Już  podczas podróży    statkiem  do  Kanady  Ella Sykes dowiadywała  się  o  trudnościach  ich  życia.   Jedna  z bogatych  farmerek powracających z wizyty w  Starym  Kraju,   opowiedziała jej swoją  historię :  Pamiętam, że pytałam go o kolor tapety w  naszej sypialni, ponieważ chciałam dobrać odpowiedni  zestaw  w łazience. On  to pytanie wtedy  zbył, ale nigdy nie zapomnę moich uczuć,  kiedy zobaczyłam,  że nasz dom  to poprostu jednoizbowa  drewniana chałupa  kurtyną  podzielona na dwie części i oczywiście  bez   żadnej  tapety. To  był straszny  szok dla mnie.

Ale teraz, kiedy jesteście bogaci,  twoje życie  jest znacznie łatwiejsze - zapytała panna Sykes. Odpowiedź zdumiała ją.  Miałam mniej  roboty kiedy zaczynałam moje  małżeńskie zycie jako  biedna kobieta aniżeli  mam teraz. Mówi się  że pasją  farmera jest ciągłe dokupowanie ziemi : Oni  są temu   gotowi wszystko poświęcić i  dom i  jego komfort nic dla nich  nie znaczą.  Mój mąż kupuje każdy akr który może dostać i oczywiście zatrudnia najętych robotników do pracy na   roli. A im  więcej jest robotników,  tym  więcej  roboty   ma  kobieta...[76].

                Kiedy następnie  Ella Sykes dała ogłoszenie, że poszukuje pracy jako  pomoc  domowa na farmie, zgłoszenia pojawiły się natychmiast.  Pracowała  w pięciu  rozmaitych  domach. Między  innymi  pracowała przez  2 tygodnie u    Mr.  Brown , bogatego  farmera,  który miał żonę i troje dzieci.  Wybredna panna Sykes początkowo była zdumiona, że  mięso, kartofle,  jarzyny i  desery  jadało się  na tych samych talerzach. Prędko jednak  zrozumiała że dzięki  temu  ma o  dziewięć talerzy mniej  do  mycia. Trójka dzieci była jej  zdaniem  hałaśliwa,  pozbawiona  manier  i  nieposłuszna...tak  jak  to bywa, kiedy rodzice poprostu są  zbyt  zająci od świtu do nocy, aby  zwracać uwagę na zachowanie dzieci.  Pani  Brown stosunkowo  młoda kobieta na swoje lata   wyglądała staro, zużyta   nieustanną  ciążką   pracą... Ona   nie mogła  odpoczyć ani  chwili,  ani  zwolnić tempa swoich robót ... Nie mam  ani jednego  słowa pochwały dla prerii, powiedziała i kiedy tam jestem   zaczynam  nienawidzieć każdego mężczyznę. Dlaczego? Ponieważ mężczyzna oznacza  przygotowywanie posiłku.. [77]  Ogromna większość żon  farmerów  pracowała  zbyt ciężko, aby   mieć  ochotę i  czas  i  zadbać o  siebie.  W  dalszym  ciągu  cytując  pannę  Sykes,  Pierre  Berton  pisze :  Czy  nie ma kobiet które  kochają   życie   w preriach? zapytała /Miss Sykes/ " W  Anglii  zew  prerii jest  bardzo znany - . Być może są takie kobiety, ale ja nigdy ich nie spotkałam / powiedziała pani  Brown/.  Wszystkie moje przyjaciołki nienawidzą tej samotności,  braku rozrywki i  tej samej rutyny dzień  za dniem.  ... czy wiesz  że jeśli  usiądę i  zacznę pisać albo  szyć  moja Kitty (córka) pyta mnie czy to niedziela,  bo w dnie powszednie jestem  ciągle na nogach.[78]

Przeciążanie żon  farmerów   pracami  domowymi  było  rezultatem ogólnej  atmosfery  entuzjazmu ludzi, którzy  wokół  siebie widzieli ciągle nowe możliwości   bogacenia  się.  Farmerzy, którzy  przybyli  na  prerie  z  większymi  funduszami , lub  dorobili  się ich ,   natychmiast   próbowali  wykorzystać  wyjątkową okazję  do  dalszego bogacenia się  i  pośpiesznie   rozwijali  swoje  farmy. Wiedzieli także, że napływ nowych imigrantów zapewniał im  najemnych robotników,  których oczywiście, zwyczajem  krajowym,  jego  żona musiała  karmić  i  opierać niezależnie od tego  że i  tak już była   zajęta  rodzeniem    dzieci  i  własnym  gospodarstwem  domowym. Kiedy byli  biedni  musiała wszystko robić sama, bo  nie było pieniędzy  na pomoc dla niej, ale kiedy się wzbogacili  ogólny brak kobiet na preriach powodował   trudności  ze znalezieniem pomocy  dla  niej .  Dziewczyn  gotowych  objąć posady  służących  na  farmę  było  niewiele, ponieważ było  wiadomo,  że   praca  służącej  nisko  płatna,  nieustanna  i  jak to na farmie od świtu do nocy,  zniechęcała wiele kandydatek  Pozostawały tylko córki  nowo  przybyłych  imigrantów,  te jednak  jak  tylko  mogły wychodziły za mąż  -  na swoje.  Dziś  można powiedzieć,  że w  zaludnieniu i  rozwoju   trzech  prowincji  preriowych  w pierszych  dekadach  XX wieku  wielką  choć  niezauważaną  zasługę  miały  żony i  córki  farmerów,  owa  bezpłatna  siła robocza,  która  między  1900 i  1929  rokiem  zapewniała rozwój  rolnictwa  preriowego.  A  jak  dalece  była niezauważalna,  świadczy  fakt,  że dopiero w  latch  70-tych  ub.  wieku  podczas jednego z  procesów   rozwodowych   pary  farmerskiej,  sąd  po  raz  pierwszy  w historii  prerii kanadyjskich  uznał  prawa  żony  do  części  majątku, zbudowanego   pracą  obojga  i  przyznał  jej  odpowiednie  odszkodowanie.

Także i  w  miastach  Kanady  zachodniej  brakowało  służących.  W Brytyjskiej  Kolumbii mimo  szybko  rosnącej liczby ludności ciągle było  za mało  służących. W  Victorii i  Vancouverze zamożne  mieszczki  zastępowały  nieistniejące służące  Chinczykami, którzy  godzili się na niskie  płace,  byle  pracować  w  Ameryce Północnej.

                 Niekiedy  na  prerie  przybywały  samotne kobiety, ktore   pociągnęła   egzotyka  pionierstwa  i  nieznajomość  Kanady  zachodniej, tak   jak   bogatą i  wykształconą   Ellę  Konstancję  Sykes. Inne  przybywały jako nauczycielki bo  one   w  Kanadzie  zachodniej, a szczególnie w  Brytyjskiej Kolumbii  były  lepiej płatne niż w  Kanadzie wschodniej. Przybywały też  lekarki i   misjonarki, kucharki szukające pracy w nowo powstających  miastach i  hotelarki  otwierające   swoje przedsiębiorstwa  tam  gdzie  budowa  prawdziwych hoteli dopiero  ruszała. Wreszcie przyjeżdżały  na występy  także   dziewczyny  zarabiajające  na życie tańcem,  dancing  girls,[79]   ale  żadna z  nich  nie  chciała  zamieszkać  na farmie  jako  służąca.

              Najczęściej  jednak  przybywały   prostytutki.

              Do  lat  dwudziestych  ub.  wieku w miastach i miasteczkach  zachodniej  Kanady  zorganizowana legalna rozrywka  ograniczona  była do  wyszynku alkoholi  i  okazyjnych  zawodów  pokazujących   siłę fizyczną i  sprawność  młodych mężczyn.  W  zasiedziałych  już   miejscowościach  gdzie  mieszkały   rodziny  z dziećmi  urządzano od czasu do  czasu  lokalne festiwale z  tańcami,  Od 1915 roku  w  Calgary   odbywały się  corocznie  Stampedes   czyli  wyścigi  wozów  pionierskich,  chwytanie  bydła na lasso,  ujeżdżanie  młodych  koni,  jazdy na  bykach  itp,  męskie,  pionierskie rozrywki  mocno  podlane  spożyciem alkoholi,  strzelaniem  z broni  krótszej lub dłuższej   do  celu  lub w  powietrze.

                 Czasami   do  miast   i  miasteczek położonych   przy  szlakach  kolejowych  ze wschodu na zachód  sprowadzano   objazdowe trupy artystów -  show people,   poetów recytujących swoje wiersze[80],  iluzjonistów, ludzi imitujących ptaki, drugorzędnych skrzypków  i  spiewaków  i  także  "tańczące dziewczyny"  przywożone  z  wielkiego  świata przez  swoich impresarios na parę występów. Dziewczyny  tańczyły na scenie w naprędce zorganizowanych salach wnosząc wesołość, lekkość  i powiew wielkiego świata,  poczem szybko znikały, już w drodze do następnej  miejscowości,  pozostawiając za sobą frustracje niespełnionych  nadziei.  Na miejscu pozostawały  prostytutki.  Przez  pionierów były one  postrzegane jako  normalny fakt  życia w  świecie, w którym    było  za mało  kobiet.  Były tolerowane, a czasami  nawet  podziwiane  za swoją zdolność przeżycia,  za odwagę z jaką wędrowały po niezmierzonych  przestrzeniach prerii albo  buszu tylko po  to,  aby  w sąsiedztwie jakiegoś obozu  budowy  jeszcze jednej linii kolejowej,  drwali w  lasach  lub  kopalni  węgla zainstalować  prymitywne  budy,  gdzie można było potańczyć i zapomnieć o ponurej  codzienności.  Jak pisze  Hoerder za  Edwinem Alm ..." niektóre z  tych  kobiet otwierały swoje biznesy w pobliżu obozów robotniczych...Wystarczyła  byle  jaka  podłoga nawet bez  położonych porządnie desek,  dachy nad  namiotami, ktoś grający na pianinie, kontuar gdzie sprzedawano parę gatunków wódek.  Wokoło stały namioty każdej z   dziewczyn. Wizyta  u nich  kosztowała 3 -  5 $,  a nawet w "dobrym" roku  1910 aż  8$. Co  parę miesięcy, a czasem tygodni,  kiedy obóz robotniczy przenosił się dalej,  dziewczyny zwijały swoje " budy",  pakowały namioty i ruszały za  robotnikami..." [81]   ich zdolność adaptacji do trudnych warunków połączona z elementami wyszukania i elegancji ( choć  często fałszywej) niejednokrotnie osładzała jednostajność życia i  ciężkiej pracy. Czasami  wieczorom  weekend'ów  nadawała elementy odświętności i  oczekiwania.  Ceniono także  umiejętność   fizycznego  przeżycia i  odporność  psychiczną  tych kobiet pracujących najczęściej w warunkach  kompletnego  prymitywu,  przeważnie traktowanych  szorstko, lub nawet gwałtownie  przez  odreagowywujących się na nich  mężczyznach. " W  Regina, /stolicy  prowincji  Saskatchewan/, w tzw. Germantown czyli  dzielnicy imigrantów było 5 hoteli połączonych z  "saloons",  7  pool halls i tylko  3 sale taneczne. Te ostatnie zatłoczone,  hałaśliwe pełne prostytutek i pijanych rozrabiaczy dla niejednego   samotnego imigranta stanowiły jedyną odmianę w jego nędznym życiu..."[82]  Właściciele lub   właścicielki  domów publicznych bywali  bogaci jeśli  pracujące u nich dziewczęta  umiały  przyciągać  klientów. Z powodu  braku kobiet z którymi drwale, górnicy,  robotnicy  rolni i przemysłowi mogliby się ożenić[83] w niektórych latach przed  I  wojną światową prostytutki  w  Kanadzie zachodniej  były tak liczne, że zakaz wpuszczania do Kanady  "bezwstydnych kobiet "/of moral  turpitude/ z roku 1906 cztery lata później został ponowiony z dodatkowym podkreśleniem że dotyczy  kobiet  "przybywających  w celach niemoralnych".  Tymczasem ani prostytutki, ani  ich klienci nie uważali, aby w ich postępowaniu było coś  niemoralnego. Natomiast prostytutki skarżyły się często na brutalność mężczyzn w stosunkach z nimi. [84]

Były dwa typy prostytutek:  przyjezdne i lokalne. Pierwsze były bardziej doświadczone, sprytniejsze,  czasami więcej utalentowane, śpiewały, tańczyły,  a  przed  wszystkim umiały natychmiast wyłowić   bogatszych  mężczyzn  i  przyciągnąć  ich do siebie.  Były wśród nich kobiety, które przekładały samodzielne życie prostytutki ponad społeczną nieskazitelność    kobiety  zamężnej,   legalnie podległej mężowi.  Wiele podróżowało  pomiędzy  Kanadą i  Stanami  Zjednoczonymi.  Niektóre przybywały znęcone plotkami o bogactwie pionierów  czasami przesadzonymi i po krótkim okresie sprawdzania znikały. Jeszcze inne widziały w prostytucji   drogę do stosunkowo uregulowanego życia samotnej kobiety w   miastach  prerii  lub   Kolumbii Brytyjskiej,  często obarczonej utrzymaniem  dzieci.  Celem  wielu prostytutek  było uzbieranie takiej ilości  gotówki, aby mogły kupić sobie nieruchomość i otworzyć dom publiczny w mieście, lub trwałej osadzie, ponieważ dopiero wówczas ich biznes stawał się naprawdę opłacalny. Ponadto posiadanie własnej nieruchomości  stawialo  je w znacznie lepszej pozycji społecznej wobec władz osiedla,  czy miasteczka,  a  nawet  policji. Wówczas bowiem,   dzięki  posiadanej  własności ziemskiej   stawały się one  obywatelkami  miasteczka .W  razie potrzeby np pożaru, albo powodzi w  miasteczku,  chętnie wspomagały groszem poszkodowanych,  wiedząc, że w ten sposób kupują sobie przychylność ojców miasta, albo lokalnej policji RCMP,  mężczyzn, których często  przecież znały jako swoich klientów.[85]

 Czasami  trudno   było zgadnąć kto najwięcej  zarabiał na prostytucji. Kiedy przed  II wojną  światową  w  Winnipegu szef policji chciał usunąć domy publiczne  sprzed oczu szanownych obywateli, zwrócił się o pomoc do podejrzanego handlarza  nieruchomościami. "Ten  w ciągu roku sprzedał lokalnym  burdel-mamom 20 nowych posesji z dala od "respectable population"  za niesłychanie wyśrubowane ceny zarabiając na tym $ 70,000,  po czym zniknął.  Prawie napewno był podstawiony  przez  szefa policji, jego przyjaciół,  lub lokalnych polityków." [86]  Nie wiadomo  więc  było w czyim interesie działał.

Dobre  stosunki w miasteczkach lub osadach bywały bardzo pomocne w licznych  sprawach sądowych, które  nieuchronnie spadały na prostytutki[87]. W  wielu   pionierskich osiedlach  i miastach  domy  publiczne spełniały rolę ośrodków odpoczynku i  zabawy.  Zawsze  pełne muzyki,  hałasu  i  alkoholu  pozwalały klientom na chwile relaksu.

Czasami zdarzało  się ze  niektórym  mężczyznom w  pionierskim miasteczku   tak obrzydła  wieloletnia samotność (kobiet ciągle było mniej niż mężczyzn),  że  próbowali przekupić swoje ulubione prostytutki i namówić  je, aby wyszły za  nich zamąż. Oczywiście takie propozycje musiały  być  poparte dowodami  zamożności, a i to nie wszystkie prostytutki  decydowały się zamienić swoją wolność na  klatkę ówczesnego  małżeństwa,  choćby nawet  złotą.

Drugą grupę  prostytutek, znacznie liczniejszą tworzyły młode kobiety, lokalne mieszkanki  lub  imigrantki, które uciekły z domu lub zostały opuszczone przez  męża albo kochanka,  czasami wdowy, dla których prostytucja była  jedynym sposobem na przeżycie  własne i  dzieci.  To  były  kobiety  pracujące w  ubogich,  bardzo prymitywnych "ruchomych" domach publicznych,  przy obozach  drwali,  gdzieś  na końcu świeżo założonych dróg,  albo prostytutki miejskie niskiej klasy, których pełno było w  barach i piwiarniach. Te ostatnie miały zwykle "opiekunów", zabierających  im sporą część zarobków, ale za  to  stanowiących  pewną protekcję kiedy klienci stawali się zbyt brutalni.  Często  także kobiety musiały się opłacać właścicielom  wyszynków za prawo szukania kientów w ciepłym lokalu.  Ponieważ były to czasy prohibicji w  Stanach  Zjednoczonych,  więc wielu  średnio  zamożnych Amerykanów przekraczało  granicę kanadyjską, aby  użyć alkoholu "until  they  show a profit" i  przy okazji poznać nowe  girls.

W  miarę upływu  czasu i  zaludniania się  Kanady  Zachodniej żonaci osadnicy  coraz  liczniej wypełniali miasta, pustkę  prerii i  puszczy. Budowano  domy, krzepły struktury społeczne, a życie stabilizowało się i  dostosowywało  do osiadłego społeczeństwa. Domy publiczne  brały udział  w  tych  przemianach.  Nierzadko  umieszczone  przy  najlepszych ulicach zaczynały  irytować  swoją obecnością  wpływowych sąsiadów  szczególnie, że wielu klientów  mniej lub więcej  podchmielonych  myląc adresy,  dobijało  się do domów prywatnych .  Stąd ojcowie miasta i  zwierzchnicy policji  starali się  "oczyścić " ważne ulice  z  niemoralności." Odbywało się to prawie zawsze przez przenosiny z  centralnych ulic  na bardziej peryferyjne a więc  mniej  rzucające się  w  oczy.

                    Pastorzy protestanccy,  księża katoliccy  i  prawosławni naciskali na budowę  kościołów i powstawanie parafii. Organizowano grupy cywilne głoszące życie według wartości chrześcijańskich  i  przywódcy tych grup publicznie potępiali rozpustę i pijaństwo  biedoty miejskiej. Jak zawsze pierwsze poparcie znajdywali wśród zamężnych kobiet i matek rodzin, które  nadawały  ton  miastu.  Tworzyła się klasowość etniczna,  rozwijał się rasizm  i podwójna moralność  poparta pracą  ojców miast  pastorów,  księży i  policji.

  Prawie równocześnie ze zmianą akceptacji społecznej standartów moralnych pojawiły się w  Kanadzie zachodniej objazdowe kina,  zaczęto organizować  parki  i  tereny  gier sportowych. Domy publiczne, jeden po drugim  przestawały być głównymi atrakcjami miejskimi,  więc ojcowie  miast starali się  wypchnąć je na  przedmieścia,  gdzie mieszkali przeważnie imigranci i  uboga ludność  miejscowa.   Pojawiały się nowe zawody  dla kobiet,  wzrastało zapotrzebowanie na służące i niańki z rekomendacjami oraz  na  robotnice w  fabrykach. Prostytutek  jednak  nadal było bardzo   dużo.  Ale prostytucja  widziana  przez   pionierów jako  fakt oczywisty  przewagi  ilościowej  mężczyzn  nad    kobietami   przestawała być  uważana  za jeden ze sposobów  na  przeżycie  kobiety bez  męża.  Została  zepchnięta do  kategorii  społecznych wyrzutków. Żywot, który prowadziła  większość  prostytutek przypominał nadal  życie ważek- efemeryd;  kobieta wykonywała swój fach tak  długo, jak zdrowie i młodość  jej pozwalały, a potem znikała nie pozostawiając po sobie żadnych śladów.

Czy  wśród polskich emigrantek były także prostytutki ?  Nikt dzisiaj  nie dojdzie.  Zapewne przy braku  pracy dla kobiet zarówno w  pierwszej połowie XX-go wieku jak i  po drugiej  wojnie światowej niejedna młoda  imigrantka nie wahałaby się w ten sposób uzupełnić swego budżetu [88],  ale napewno ograniczenia  związane z różnicami etnicznymi bardzo jej  utrudniały podjęcie tego  fachu.

Podobnie jak we wszystkich innych grupach etnicznych tak i  w polskiej  przywiązanie  do tradycji  wyniesionych jeszcze z wiejskiej Polski  narzucało  imigrantkom  silne hamulce moralne. Ponadto  pragmatyzm polskich imigrantek wyrażał się koncentracją na jednym  tylko celu, a mianowicie na założeniu  rodziny i wychowaniu  dzieci. Jeśli  któraś emigrantka w  czasie podróży do Kanady miała ciekawość świata i związane z tym aspiracje, to pierwsze lata nadzwyczajnie ciężkiej  pracy, prymitywnych warunków i licznych upokorzeń, prędko pozbawiały ją złudzeń. W kraju, w którym kultura pokrywania  milczeniem  swoich porażek była podstawą stosunków  międzyludzkich  i , w którym skarga na los spotykała się z  pogardą lub kpinami, uboga polska emigrantka dawniej w Polsce  zawsze  otoczona grupą gotową  ją moralnie wesprzeć,  w nowej ojczyżnie czuła się obco i niepewnie. Dla takiej bezdomnej emigrantki  mąż i dach nad głową były konkretami i głównym celem. Aby zastąpić poddasze, komorę na strychu lub w   bejzmencie  u pracodawcy w mieście lub na farmie warto było ciężko pracować nawet po  14-16 godzin dziennie, każdy grosz przybliżał bowiem realizację najświętszego marzenia -  własnego  domu.

Bo  dom,  to nie tylko zakładanie rodziny i wielki postęp na szczeblach awansu społecznego, ale także ochrona byłej najemnej pracownicy przed  upokorzeniami i niepewnością  jutra.  A nawet   jeszcze coś znacznie więcej,  bo  razem z poczuciem własności  domu  znikała świadomość  bezdomnej emigrantki, a zastępowała ją świadomość gospodyni na swoim z  poczuciem przynależności do tego Nowego Kraju, w którym dzieci się  rodziły i  uczyły dla nowej, lepszej  przyszłości i  gdzie starzejący się rodzice w  spokoju   mieli  dożywać swoich  dni[89] .  Tradycyjna rola żony i matki  skoncentrowanej wyłacznie na rodzinie i pracy nabierała w tym kontekście   podstawowego znaczenia, bo  dzięki niej  rodzina zdołała przeżyć i następne pokolenie mogło się zacząć piąć po szczeblach społecznego znaczenia i  dobrobytu.  Pragmatyczna, pracowita, odpowiedzialna za rodzinę, ale niechętna nowinkom  społecznym, a nawet wroga "wymyślnym  fantazjom  kobiet ,co  zapomniały o ich miejscu w społeczeństwie",   bezimienna  emigrantka polska z  okresu 1900-1940  była najważniejszą  podstawą istnienia i rozwoju  Polonii tego okresu, a  jednocześnie miała znaczny  udział w  budowaniu kanadyjskiego  Zachodu .  Do  dziś  nie ma dokumentacji jak wiele zależało  od tych  kobiet,  które na codzień pracowały w domu i na farmie, rodziły i  chowały dzieci , a od święta  na festiwalach polonijnych i obchodach  parafialnych piekły, gotowały, ozdabiały  i sprzątały sale, organizowały występy  lokalnych chórów i zespołów tanecznych, a następnie niemal  automatycznie wycofywały się za plecy swoich  mężów i swego proboszcza, pozostawiając im  honor reprezentowania środowiska polskiego.

 

 

Imigrantki  w  miastach


            Urbanizacja  Kanady naprawdę  nabrała rozpędu  dopiero od końca II  wojny  światowej.  W  okresie poprzedzającym ją istniały  w  Kanadzie tylko dwa duże miasta : Montreal i  Toronto,  kilka pomniejszych  jak Halifax w Nowej  Szkocji,  Winnipeg w  Manitobie,  Calgary i  Edmonton w  Albercie  i  Vancouver  nad  Pacyfikiem. Poza tym  były  osiedla  często  zasługujące raczej na nazwę miejscowości, osad lub  wsi  aniżeli miast.  Ogromna większość  miast  prerii  rosła  niezwykle  szybko, ale ponieważ  startowały od   budynku  stacji kolejowej  jako  jedynej budowli w "mieście" ,  więc  długo  nie mogły  dorównać miastom  Kanady wschodniej.  Po  za tym ich rozwój  widoczny w  stawianiu  imponujących gmachów i  błyszczących  bogactwem  pałaców  nuworyszów  nie szedł w parze z  tworzeniem  się tkanki  społecznej  opartej na szerokiej   bazie  obywateli miejskich  Po  pierwsze  obywatelami  miasta  byli  tylko  ludzie, którzy posiadali  w tym  mieście  nieruchomość  ziemską,  wszyscy  inni  nie  mieli  prawa  głosu  nawet w   najbłahszych sprawach  municypialnych.  Po  drugie  w  miastach  prerii  przed   I  wojną  światową  najlepszym   biznesem  był  obrót  ziemią.  Ponieważ  spekulacja  wybuchała co  chwila w coraz to innym   miejscu  prerii, przez  które akurat wtedy  budowano  kolej  więc  ludzie, posiadający  odpowiednie  informacje  zarabiali  fantastycznie  na  handlu  działkami ziemskimi, w  zasadzie przeznaczonymi  dla osadników. W ten  sposób  w  powstających  miastach  od pierwszego momentu  realna  władza   pozostawała w rękach  przeważnie  tych samych członków, albo  krewnych i  przyjaciół  grupy  zbierającej  śmietankę  z  otwierania  prerii. Dominowali w niej  Anglo-Sasi  i  byli  Amerykanie  tworząc warstwę uprzywilejowaną i  nadającą  ton  zarówno  przez  swoje wpływy polityczne  jak i  przez   bogactwo.Warstwy  niższe były natomiast   wieloetniczne.   Ich  członkowie nie tylko  nie  byli  uprawnione do  glosowania - bo nie posiadali  nieruchomości  miejskich,  ale także  jako  robotnicy najemni,  byli   uzależnieni od pracy  u bogatych przedsiębiorców.  Rozwój  miast preriowych  był  więc  z jednej strony  bardzo  dynamiczny ale z drugiej   chaotyczny,  nie sprzyjający  powstaniu   klasy średniej.   Istniał  antagonizm  między  oby  grupami.  Wynikał  on z  eksploatacji  i  dyskryminacji    siły roboczej  w różnych miastach prerii  i przybierał słabsze lub  ostrzejsze  formy, ale zawsze  przeszkadzał w   powstawaniu  tkanki  społecznej danego miasta. Jednym  z  miast w którym istniała  ostra eksploatacja  i  dyskryminacja  imigrantów i  robotników   był   Winnipeg , ówczesne   centrem  przemysłowe  prerii.  W jego   fabrykach  odzieżowych pracowało bardzo wiele imigrantek.  Ich  warunki  pracy często urągały   regułom  zdrowia i  hygieny,  a  ponieważ   kobiety  tam  zatrudnione,  pracowały  na akord,  więc najmniejsze przerwy w pracy   oznaczały  obniżenie i  tak  bardzo  niskich zarobków. Ponieważ  inspektorów pracy nie było  więc ta sytuacja  nikogo nie interesowała. W 1911 roku,   na społecznej  scenie Winnipegu pojawiła się  Nellie  McClung,  członek  Local Council of  Women  - Lokalnej  Rady Kobiet , która  za cel  postawiła sobie  między innymi poprawę losu robotnic fabrycznych. Dzięki swojej  zawziętości  i  uporowi Nellie  McClung  szybko  zdobyła  popularność wśród uboższej ludności miasta,   a następnie  pozyskała sobie  polityczną opozycję  rządu  Manitoby. Kiedy   po kilku latach walki  z  Liberałami   konserwatywny premier  Manitoby  przegrał  wybory  i  do władzy doszli  Liberałowie, najgorsze  przekroczenia  przeciwko  hygienie pracy w fabrykach zostały ujawnione,  a w 1916 tym roku  rząd Manitoby  dał kobietom  prawo  głosu.  W ten sposób w  emancypacji  kobiet  Manitoba  wyprzedziła  wszystkie  inne prowincje Kanady.

Na wschodzie  Kanady  w tym czasie   urbanizacja  rozwijała  się   w  sposób bardziej  uporządkowany.  Tam miasta i miasteczka dawno wytworzyły  warstwę  średnią wraz z  jej lokalnymi  odmianami   kulturowymi,  rozbudowały struktury  i  instytucje miejskie,  rozwinęły  dominującą życie mieszkańców lokalną opinię  społeczną, opartą na zasadach,  przesądach i odmianach  ksenofobii, albo  tolerancji zgodnej z głównymi  zrębami dominującego  wyznania   i  zależnej od stopnia odosobnienia lub kontaktów ze  światem zewnętrznym.

 Duże  miasta z większymi  grupami  różnych etnicznie imigrantów cechowały się  większą tolerancyjnością  i  do nich  to ciągnęły  przede  wszystkim polskie imigrantki. Wiadomo,  że  niektóre  z nich  próbowały ucieczką z  pociągu do  Winnipegu uwolnić  się od podpisanego kontraktu  - jak  to opisywała  Carolina Dziurzyński -  i  znaleźć  pracę na  wschodzie Kanady. Rzadko zdarzało się  jednak, że po odpracowaniu kontraktu  zobowiązującego  dziewczynę do  pracy  służącej na  zachodzie Kanady,  imigrantka ruszała na wschód szukać lepszych  warunków w  Toronto  lub innym  mieście  Prowincji  Ontario,  najczęściej prędko  wychodziła zamąż za lokalnego mieszkańca. (Dlatego  niektóre  dziewczęta  pouczone listami  krewnych lub  przyjaciół  odrazu  wybierały   pracodawców  we  wschodniej  Kanadzie.) A  jeśli żona  osadnika - imigranta   owdowiała lub  została opuszczona  na  farmie,  to  zwykle, aby  przeżyć,  musiała farmę  sprzedać  i  przenieść  się do pobliskiego  miasta.  Za  pieniądze uzyskane ze sprzedaży farmy  mogła  wtedy kupić  na spłaty,   stary i możliwie duży dom, w którym odnajmowała pokoje   przejezdnym  robotnikom  imigrantom.  Ten  bardzo  skromny  dochód  uzupełniała   zwykle praniem  dla  swoich  lokatorów lub  okolicznych  mieszkańców.  Wiele imigrantek  nie wiedziało, że w   latach dwudziestych  były już  w  miastach  Kanady   agencje  miejskie   wspomagające  finansowo  samotne  matki z  dziećmi.  Podczas  wielkiego  kryzysu  lat  30-tych   agencje  te,  z  uwagi  na  niewielkie  własne  zasoby zostały  zmuszone  do ograniczenia swojej pomocy   tylko  do określonych  kategorii dawnych  mieszkanek  danego miasta.  W roku 1932,  w Vancouverze  inspekcja przeprowadzona   przez  Charlotte  Whitton, specjalnego  wysłannika  ówczesnego Premiera  Kanady   R.B.  Bennett'a, uznała  na przykład,   że kobiety  w średnim  wieku,  które nigdy  przed  kryzysem nie pracowały (bo  zgodnie z panującym   zwyczajem,  żony  nie powinny  były pracować)  nie mają prawa do  zasiłków związanych z  kryzysem, ponieważ  ich potrzeby  nie  wynikały  bezpośrednio  z  kryzysu. One przedstawiają  problem istniejący w każdym  czasie i który powinien  przede wszystkim dotyczyć   lokalnych  funduszy. Opuszczone żony i samotne dziewczyny  powinny być uczone pracy domowej. Kobiety na  zasiłkach macierzyńskich  nie są  obciążeniem  usprawiedliwionym  "form a justifiable charge"[90]  W  ten sposób  opuszczone żony  lub wdowy  wpadały w  przegródkę administracyjną, według  której  ich nędza  nie była  wynikiem  kryzysu,  więc pomoc im się  nie  należała .

Kiedy  zaczęła  sie  imigracja  Polek  do Kanady wschodniej  nie wiadomo. Dokumentacja dotycząca polskich  imigrantek na wschodzie Kanady jest bardzo uboga .Dla okresu 1900 -  1940 poza  jednym pamiętnikiem[91]   nie znalazłam żadnej  biografii, ani  wspomnień autorstwa kobiety polskiej.  Wiadomo jednak, że  jeszcze w  XIX-tym  wieku w  Montrealu i Toronto, a także w kilku  innych  miastach  Ontario byli polscy  rzemieślnicy,  drobni kupcy,  przewoźnicy, najemni pracownicy większych  przedsiębiorstw kanadyjskich.  Niektórzy  przybywali  z  Europy, inni napływali z  niedalekiego  Detroit, lub  z  odleglejszego  New  York.  Większość ciągnęła  do Toronto,  chociaż i w Montrealu rozwinęła się w  początkach  XX-go wieku grupka polskich  imigrantów.  Wielu z  nich  pożeniło się z miejscowymi  dziewczynami, inni uporczywie  pisali  o  żony do Polski.  Jak pisze żona pończosznika mieszkającego  w  jednym z  quebeckich  miast,   wracając  z wizyty w  Polsce   w roku 1930-tym  spotkała   grupę  kilkunastu dziewcząt  płynących do swoich  narzeczonych w  Kanadzie albo  na  kontrakty  służących.[92]

Jakie to  były  dziewczęta, skąd  pochodziły i  co umiały,  trudno  dziś dociec. Nie mówią o  tym  rejestry parafialne ani inne pisane żródła. Niechętne wspomnieniom swoich początków jako  służące  były także i  same kobiety.  Te spośród nich, do których się los  uśmiechnął  wolały nie wspominać doświadczeń  pierwszych lat ubóstwa w Nowym Kraju.  Mniej szczęśliwe podobnie jak w  Kanadzie zachodniej znikały bez słowa lub wspomnienia.

Można jednak oprzeć się na  kilku  założeniach, które  pozwalają nam określić typ  kobiety przybywającej  z  Polski   gotowej startować samodzielnie w swoim nowym  życiu w  Kanadzie.  Przede  wszystkim taka imigrantka musiała mieć  inicjatywę i upór w dążeniu do swoich celów.  Następnie musiała być zdolna do zrozumienia różnic  pomiędzy  marzeniem polskich bezrolnych chłopów o  posiadaniu  gospodarstwa rolnego, a jej własnymi  możliwościami w  Nowym  Kraju.  Jeśli  pochodziła z  miasta to już  siłą  rzeczy wolała i w  Nowym Kraju  urządzać się w  mieście.  Musiała być  samodzielna, aby  chcieć decydować o sobie, a nie czekać na decyzje  rodziców, lub ewentualnie męża.  Wreszcie musiała rozumieć co to znaczy pracować w  Kanadzie jako służąca, pomocnica kucharki, niańka do dzieci, albo wyjątkowo jako robotnica w   małej fabryce.  Prawdopodobnie z  listów od  krewnych lub  przyjaciół dawniej  przybyłych do Kanady potrafiła sobie  wyrobić opinię, że zdoła się utrzymać przy życiu i może dobrze wyjdzie zamąż.  Musiała się prędko  nauczyć  podstawoweych informacji o warunkach miejskich w  Kanadzie ze znacznie wyższymi wymaganiami  hygieny[93],  punktualności  oraz  ogólnego sposobu poruszania się wśród obcych, od których  była zależna. Musiała  też  zapomnieć o wielu  przesądach polskich, ponieważ przesądy w Kanadzie były inne i te polskie spod zaborów rosyjskiego, niemieckiego lub austriackiego były pogardzane i wyśmiewane.

W pierwszych  jej krokach było  konieczne oswojenie się z samotnością, z  której można było uciec tylko na kilka sposobów.  Przede wszystkim przez  odnalezienie polskiej  parafii, lub  jakiegoś polsko-kanadyjskiego związku czy stowarzyszenia, których we wschodniej Kanadzie było więcej  niż  na  zachodzie, następnie  przez  nawiązanie przyjaśni z  niektórymi  koleżankami po  fachu, imigrantkami  bardziej doświadczonymi ,  choć  często innej  narodowości i wreszcie przez  znalezienie  mężczyzny, który  by  w  przyszłości mógł  zostać  jej  mężem.

Zaden z tych celów nie był łatwy ponieważ samotna imigrantka naogół bardzo niewiele  wiedziała o społeczności polonijnej i jej organizacji w  mieście,  do którego skierował ją podpisany  kontrakt. W  większych  miastach  było  jednak powszechnie wiadomo gdzie znajdują się dzielnice imigrantów i jak się do nich dostać. Już więc  na  początku  swego pobytu mogła zdobyć wiadomości gdzie mieszkają i pracują polscy imigranci,  to też   poczucie  jej  samotności wśród społeczeństwa  o odmiennych  obyczajach i innej kulturze dnia codziennego było o  wiele  mniejsze  aniżeli  samotność żony  osadnika w  preriach  pozostawianej samej  sobie na wiele  miesięcy w  mizernej ziemiance lub chałupce.

Pozostawała jednak  następna warstwa  samotności z  braku  kogoś  bliskiego z  którym możnaby porozmawiać, pośmiać się, a nawet  robić plany wspólnej   przyszłości.  Jednak i ten  rodzaj  samotności mógł dość szybko  zniknąć.  Z  uwagi  na  coroczny   napływ  imigrantów, Kanada była krajem, w  którym kobiet było ciągle mniej niż  mężczyzn.  Tym ostatnim samotność  doskwierała równie mocno  jak  nowo  przybyłym kobietom.  To  też  każde stowarzyszenie, nie mówiąc o parafii zawsze  miało na agendzie życie towarzyskie swoich członków. W  soboty  urządzano  tańce, organizowano miejscowe  chóry, grupy  muzyczne,  festiwale związane ze świętami  kościelnymi  lub narodowymi,  podawano  sobie informacje o nowo  przybyłych i szukano sposobów, żeby ich włączyć do istniejących już  organizacji,  zakładano kasy pożyczkowe,  później zaczęły być  organizowane szkółki parafialne języka polskiego.

  Jedną z przedwojennych  działaczek  polonijnych  była  Krystyna  Idziak,  żona polskiego  sklepikarza w  Toronto, która posiadała   duży  zmysł organizacyjny.  Jej  to zawdzięczała Polonia torontońska organizację zespołów śpiewu i tańca,  tak dobrze rozwijających się pod jej kierownictwem,  że w  eliminacjach doszły  do występów na festiwalach etnicznych całej Kanady.

Parafie z reguły były ośrodkiem życia społecznego i kulturalnego lokalnej Polonii.  Wywieszały tablice, na których poszczególni członkowie wymieniali informacje dotyczące  dnia codziennego np.przyjmowanie  lokatorów na pokoje,  udzielanie  porad  prawnych ,  poszukiwanie znajomych,  przyjaciół, nawet członków rodzin  itp. Równocześnie życie w  mieście wywierało  wielki nacisk na uczenie się języka i młoda  służąca z  Polski od pierwszego  dnia musiała go używać.

Służba w prywatnych domach zmuszała do stałego poszerzania znajomości kultury angielskiej lub  francuskiej.  Obyczaje "państwa" odnoszące się do codziennego porządku, posiłków jadanych w  domu,  przyjmowania gości,  chorowania, kłótni domowych i tych wszystkich detali,  w których  służąca lub niańka automatycznie uczestniczyła, kształtowały jej własne maniery  i  sposób  oceniania świata.

Na ogół służące i  niańki  należały do  zawodów nisko płatnych i pozbawionych wyraźnych  godzin wolnych od pracy. Pani  domu ustalała ilość  wykonywanej  pracy i  czas  jej długości. Od niej  zależało  czy  służąca była wykorzystywana przez  rodzinę  "państwa", dyskryminowana z powodu  śmiesznego akcentu, " przesadnej" religijności,  braku  znajomości  "Canadian  way of life" i  błędów, które robiła próbując przetlumaczyć sobie niezrozumiałe słowa i reakcje kanadyjskiego społeczeństwa.  Zdarzały się wypadki,  że służące zmęczone nieustanną dyskryminacją poprostu odchodziły z  pracy  bez  wypowiedzenia, a nawet odebrania ostatniej wypłaty.  O  takiej "służącej  Annie Polce"   w  Winnipegu  krótko wspomina D. Hoerder, podając że  poprostu  uciekła do Indian[94]. Nie wiemy  co  spowodowało jej ucieczkę,  czy to było zniszczenie jakiegoś sprzętu,  zbicie porcelany,  lub szkła, które służąca  Anna powinna była zapłacić z własnej pensji.  Nie wiemy czy przed  ucieczką odebrała swoją cotygodniową  wypłatę. A może  slużąca  Anna spała na zimnym  strychu lub w  wilgotnym i ponurym  "bejzmencie".  Może ta  "ucieczka" spowodowana była  uszczypliwymi  uwagami pod jej  adresem. W  tamtych  czasach ludność  anglosaska patrzała  na Polaków z góry i z niechęcią.[95]  Uważano, że Polacy są  kłótliwi, łatwo  unoszą  się  honorem i wtedy szukają zaczepki albo znikają.  A może to "dziwaczna" religijność  oparta na chłopskiej  obrzędowości przeszkadzała bogatym Anglosasom i  Anna wolała ubóstwo  " Indian"  aniżeli  służbę u "państwa."  Może wreszcie zaszła w ciążę i  zgodnie z  obowiązującą moralnością groziło jej wydalenie z  awanturą.  Nie wiadomo  także, co  właściwie oznacza określenie , że  "uciekła do Indian". W  ówczesnej  gwarze  Indianie uważani  byli za najniższą z niskich i najuboższą z grup ludnościowych. Czasami  więc  pójść do Indian było zwrotem  figuratywnym oznaczającym zupełne zniknięcie ze społeczeństwa,  dzięki gotowości przyjęcia najgorszych warunków życiowych, takich jakie były udziałem Indian. Nie wiadomo nawet  w jakim  czasie incydent z  Anną Polką  miał  miejsce.

Z  pewnością przyjąć  można, że gdyby owa służąca  Anna pracowała w mieście Kanady wschodniej,  jej  ucieczka nie musiałaby się kończyć "u  Indian".  Po pierwsze dlatego ponieważ w miastach   Kanady  wschodniej dyskryminacja imigrantów była  bardziej  ograniczona warunkami  ekonomicznymi, a  po  wtóre ponieważ w  obu  największych  miastach  Montrealu i Toronto miałaby  pomoc grup polskich istniejących tam już od początku XX-go wieku.  Obrotna i zaradna dziewczyna, niezadowolona z  kontraktu służącej, dającego  jej prawo  wstępu do Kanady mogła sobie znależć inne miejsce służby  lub zatrudnienia wśród różnych małych i niewielkich fabryk,  przedsiębiorstw handlowo- usługowych, które w tych miastach funkcjonowały.

 Praca robotnicy nie  miała   przewagi nad  pracą  służącej.  Warunki  pracy w  fabrykach  bywały  bardzo różne od urągających  hygienie i  zdrowiu aż po  znośne. Godziny pracy były długie (  czasami z  bardzo krótką  przerwą na obiad  sięgały 12-14 godzin), ale  do  czasu  wielkiego  kryzysu  bywały określone,  płaca była  niska,  lecz wypłacana dość regularnie co  tydzień,  czego nie zawsze  można  było powiedzieć o wynagrodzeniu  służącej, zależnej od  kaprysów  "pani".  Zdarzało się  że  właściciele  fabryk uzurpowali sobie prawo  fizycznego karania robotnic,  ale  służące również nieraz   otrzymywały razy od  poirytowanych   pracodawców. Wreszcie czas wolny  po pracy w  fabryce nie był kontrolowany przez  pracodawcę, ponieważ  robotnice  nie mieszkały u niego.

  Sytuacja  pracy w fabrykach  mocno  bardzo  się pogorszyła  w okresie kryzysu  lat  30-tych. Przede  wszystkim  godziny  pracy  bywały  wydłużane  bezlitośnie, a  zarobki  były znacznie  obniżane i  często  nie wypłacane  na  czas.

  Oprócz prac w  fabryce polska imigrantka mogła znaleźć zatrudnienie w  małych  przedsiębiorstwach usługowych.  Restauracje i  jadłodajnie potrzebowały kobiet w  kuchni, do smażenia hamburgerów,  kelnerek do obsługi  gości,  zawsze szukano odpowiedzialnych kasjerek.  Drobne sklepiki obsługujące przede wszystkim grupy etniczne chętnie przyjmowały do pracy uczciwe i  rzetelne imigrantki. Tam też  młode kobiety  łatwo  spotykały samotnych mężczyzn poszukujących życiowych partnerek.

Dziewczęta  z  którymi  płynęła  w roku  1930-tym  do  Kanady   żona  pończosznika z  małego  quebeckiego miasta,  nie wiedziały  jeszcze wtedy,  że Kraj, do którego płyną jest bardziej  dotknięty   kryzysem  aniżeli  Europa i  że  "wielka depresja"  jak  zjawisko  to nazywano,  będzie  trwała w  Kanadzie całe 10 lat.  Specyficzna struktura  gospodarki  kanadyjskiej opartej na   eksporcie,  siedem lat   suszy w  prowincjach preriowych, dwa lata  klęski  szarańczy i epidemia  chorób  pszenicy zniszczyły  właściwie w latach  30-tych prawie całą  gospodarkę Kanady, a w  zachodniej  części  wyludniły  trzy  prowincje preriowe. Nieudolne   rządy  w  Ottawie  obu  głównych partii -  konserwatystów i liberałów,  ich  próby ratowania  gospodarki  przez  organizowanie akcji bardziej  zmierzających do skłócenia społeczeństwa aniżeli tworzenia  nowych miejsc pracy  pogłębiały jeszcze więcej  nędzę  i   głód  nękające  zarówno  wieś jak i miasta.  Wprowadzone  mizerne zasiłki   dla najbardziej poszkodowanych  uderzały przede wszyskim  w  imigrantów, którzy  mogli  zacząć  je otrzymywać dopiero po otrzymaniu  obywatelstwa  kanadyjskiego. Oskarżenia  że  imigranci  odbierają pracę  Kanadyjczykom  zamykały  ponadto  i  tak  już niewielkie  możliwości  znalezienia pracy,  a  najbłahsze  podejrzenia  o  komunizm  lub  radykalizm  kończyły się deportacją  

W  ciągu  pięciu lat,  od 1930 - 1935  deportowano  z  Kanady ponad  28  000 mężczyzn i kobiet  ponieważ  uznano ich  za  "radykałów"  albo  poprostu  dlatego  że  jako  imigranci złożyli podanie o  zasiłek [96] Odmawiano  także zezwoleń  na sprowadzanie  narzeczonych lub  żon,  nawet  jeśli  składający podania imigranci  mieli dobrą  pracę  lub prosperującą  farmę.

  Zmieniły się  także  na gorsze  wymagania  pracodawców. Wielu wielkich   pracodawców  wykorzystywało  istniejące  bezrobocie  dla  obniżania zarobków i  przedłużania godzin  pracy. W  przemyśle  odzieżowym,  gdzie pracowały  w większości  kobiety,  wielkie magazyny jak np Eaton,  Simpson , Woolworth i   Kresge  prowadziły   między sobą  wojny cen i  w tym celu  stosowały  politykę  obniżania zarobków  oraz  wydłużania czasu  pracy swoich pracowników  do ponad  60  albo nawet więcej  godzin  tygodniowo,  uzyskując dzięki  temu  towar, który  następnie  sprzedawano  poniżej  cen  konkurencji.  Dopiero opublikowany przez  Komitet do Badania  Warunków Pracy  raport o  sposobie zatrudnienia w  przemyśle i  handlu  w  Kanadzie  w  roku  1934  wykrył  ten  niesłychany wyzysk  [97]  i  wymusił  stopniową   poprawę  warunków pracy  robotników i robotnic  oraz  zwiększenie  ich  zarobków.  Jak  w   tych  czasach dawały sobie radę młode samotne  Polki, które właśnie przybyły, aby  podjąć pracę  służących? Jeśli,  przed deportacją  zdążyły  wysiąść w  Halifaksie  lub  Montrealu i  zgłosić się na służbę,  a  przy odrobinie  szczęścia  pracodawcy je przyjęli  to  prawie napewno  otrzymywały   obniżone    pensje  przy  przedłużonych  godzinach  pracy.  Paradoksalnie, ci z  pracodawców, którzy    nie zostali dotknięci  kryzysem  zachowali  swój  standart  życia i swoją służbę, a   ogólna deflacja  powodowała,  że  wartość   realna  każdej  pensji była wyższa  aniżeli przed  kryzysem [98]  Były to jednak rzadkie  wyjątki pomiędzy  powszechną i  wzrastającą  z roku na rok  nędzą większości  społeczeństwa  kanadyjskiego.

  Nagminne  bankructwa  małych i  średnich  przemysłowców i  handlowców  wiązały się  ściśle  z  znacznym  zmniejszeniem się  zapotrzebowania na służące  i  niańki.  Służące zwalniane przez  zbankrutowanych pracodawców  miały wówczas  bardzo nikłą  szansę na znalezienie innej  pracy,  z drugiej  strony, jeśli  prosiły  o  zasiłek,  to były deportowane z  Kanady.  W  tej  sytuacji  polskie imigrantki w miastach  nie mając  innego wyboru  najczęściej  chwytały się   najniżej płatnych  prac  akordowych szycia odzieży  dla  wielkich  magazynów.  Przeważnie zatrudniano  je na akord  według wzoru  chałupniczego  lub u   subkontraktorów,  którzy  przez  restrykcje  i  wysokie  wymagania wyciskali  ostatnie krople  potu  z  zatrudnionych robotnic. Jednocześnie jednak   nikogo  tam nie obchodziło  czy  znają  język  angielski  czy  nie.

                  Dla polskich imigrantek z  Kanady  wschodniej podobnie jak  dla ich sióstr z Zachodu  małżeństwo  było najważniejszym i ostatecznym celem  kobiety i  dla tego celu gotowe  były poświęcić bardzo wiele ze swojej  samodzielności.  Rozumiały  one  doskonale,  że tylko przez  małżeństwo mogły dojść do statusu społecznego cieszącego się pełnym  szacunkiem społecznym i co  ważniejsze -  mogły dojść do posiadania własnego domu.  Żadna z nich także nie zamierzała zrezygnować z  dzieci, które przecież miały  być ukoronowaniem  ich  życia.  Mężów poznawały  w  parafiach, podczas festiwali  etnicznych,  czasami w  pracy.  Przed  ślubem  omawiano plany  życiowe i kobiety  chętnie popierały  przedsiębiorczość  swoich wybrańców. To też już w latach dwudziestych ub. stulecia w Montrealu i Toronto pojawiały się małe rodzinne polskie sklepiki albo  przedsiębiorstwa obsługujące lokalne dzielnice, a  przy tym i klientelę etniczną.  Rześnicy, piekarze,  przedsiębiorstwa remontowe i  warsztaty (shops) w których reperowano co popadło,  budowniczowie, malarze, blacharze, hydraulicy i wiele innych fachów opartych na współpracy małżonków rozwijało  się  aż do  czasu  Wielkiego  Kryzysu lat  30-tych. Ten  ostatni zmiótł z  powierzchni  Kanady  bardzo wiele ze  zdobyczy poprzedniego,  długiego -  bo 35  lat   trwającego - okresu  pomyślności  i  drobnych  przedsiębiorców  w dużej mierze  zredukował do  roli  nędzarzy często  bezdomnych.  Już  w 1932 roku  jedna  trzecia całej ludności Kanady  żyła  na rządowych,  bardzo mizernych   zasiłkach  żywnościowych oraz  innej pomocy charytatywnej  zwykle związanej z  denominacją  religijną oraz  długością pobytu  petenta w  danym  mieście. Nowym  imigratom  podobnie jak  i  przesiedleńcom  z  innego miasta lub wsi  pomocy  rządowej nie wypłacano.   Podobnie działo  się   w  preriach,  ale tam  do kryzysu z początków lat  30-tych doszło następnie  siedem  lat  wielkiej  suszy, głodem wyganiających  farmerów i ich rodziny  z zagospodarowanych   farm w południowych zachodnich  częściach Manitoby i południowych  częściach  Saskatchewanu i  Alberty.

Początkowe lata  kryzysu były dla imigrantów   szczególnie    straszne ponieważ widziano w  nich "obcych" którzy odbierali  pracę  miejscowej ludności  więc też odpowiednio wrogo  się  do nich odnoszono.  Dopiero nieprzemijająca nędza i bezrobocie końcowych  lat tej dekady spowodowały,  że  zubożeli  Kanadyjczycy  zaczęli  w  nich  widzieć  podobnych sobie  biednych i   bezrobotnych,  a  nie wrogów. 

Niektórzy imigranci z lat dwudziestych jeszcze przed  II wojną światową organizowali  swoje polonijne stowarzyszenia, związki, koła itp. Miały one  służyć obronie  dyskryminowanych polskich imigrantów  oraz  dawać namiastkę  dumy narodowej jak np.  Towarzystwo  Białego Orła  w  Montrealu  druga najstarsza organizacja polonijna w  Kanadzie [99]  lub  Stowarzyszenie Weteranów   Polskich w Toronto  grupujące byłych  żołnierzy polskich (z  I  wojny  światowej), którzy w latach 20-tych wyemigrowali  do Kanady.  Były to jednak  organizacje męskie. Były też  organizacje  pomocy  jak Polska Liga Katolicka w  Montrealu, która została zorganizowana w latach  30-tych przez   wspomnianą już  działaczkę społeczną  pierwszego okresu  imigracji  -  Krystynę Idziak.  Ona także była  prezeską kółka amatorskiego  "Zorza",  skupiającego osoby starsze,  którym w  czasie kryzysu żyło się szczególnie trudno. Krystyna  Idziak była  także jedną z  założycielek Polskiej  Szkoły  Tańców  Ludowych , związanej z Tow. Wzajemnej Pomocy  w  Montrealu  Działała   również w  polskiej  sekcji  Kanadyjskiego  Czerwonego  Krzyża.  Tuż  przed II  wojną światową  kierowała  stuosobowym  zespołem  tanecznym, który w roku 1940 nie tylko  zdobył pierwszą nagrodę na Festiwalu  Grup Etnicznych Kanady,  ale także współpracował z Polskim  Chórem filharmonicznym w  Montrealu,  bardzo popularnym  wśród  Montrealczyków.  Krystyna Idziak razem z mężem Stefanem  zdołali   przetrwać  wielki  kryzys i   po przeprowadzce do Montrealu  w poczatkach  wojny   prowadzili tam  sklep  żywnościowy chętnie i  często odwiedzany przez  Starą i  następnie, Nową Polonię. Gościnność, życzliwość Idziaków i pomoc udzielana każdemu kto jej potrzebował wypływała z  głębokiego poczucia solidarności z Polską i daleko  wykraczała poza  granice dzielące dwie Polonie. Kiedy  w roku  1953  Zofia  Romer założyła wraz z grupą kobiet z  uchodźctwa wojennego  Komitet Pomocy  Dzieciom  Polskim,  a chodziło o sieroty lub zagubione dzieci polskie powracające  po wojnie z  Niemiec do Polski,  Krystyna  Idziak natychmiast w tę pracę włączyła się mimo  mnóstwa  zajęć w swoim  sklepie i innych pracach społecznych.

Drobni  przedsiębiorcy  polscy, to przeważnie rodzinne sklepy,  warsztaty naprawcze lub usługowe itp., w których  żona była ważnym, a często jedynym  pracownikiem. Do  jej obowiązków należała  zazwyczaj  kasa i księgowość. Ona sprzedawała w sklepie, nadzorowała w warsztacie, odbierała telefony i  przyjmowała zamówienia.  Wiele z tych niewielkich przedsiębiorstw nie przeżyło  kryzysu lat  30-tych, inne powstały na początku  II wojny  światowej    i  wreszcie spora  grupa  takich   drobnych  polskich  businessmen'ów  skorzystała z szybko  rosnącego w  latach  wojny ekonomicznego  dobrobytu  Kanady i po  wojnie znalazła się  już wśród poważnych często  bogatych przedsiębiorców.  Zwykle wiązała się z tym ewolucja w obowiązkach  żony,  która w miarę jak  przedsiębiorstwo się rozwijało wycofywała się z aktywnego udziału w jego  prowadzeniu. Mąż  przejmował  nadzór,  omawiał zamówienia i  dostawy, księgowość  przechodziła w ręce  fachowego specjalisty, w sklepie pracowały zatrudnione sprzedawczynie,  co w  konsekwencji  dawało  żonie więcej  czasu na zajmowanie się domem i  dziećmi i  ewentualną pracą społeczną.  Ta ewolucja powrotu  przedwojennej imigrantki i  żony  polskiego przedsiębiorcy w miastach  Kanady wschodniej do  domu  zgodna była z  linią rozwoju społeczeństwa  kanadyjskiego, które nadal w latach wojny i  zaraz  po jej  zakończeniu przestrzegało zasady pozostawiania żon w  domu.  Była ona także zgodna  z  wiejskim  patriarchalizmem polskich imigrantów, nawet po  wielu latach powielających  stereotyp  rodziny  hierarchicznej opartej na podziale ról męża i żony. Wielu polskich imigrantów, stosunkowo młodych  jeszcze mężczyzn tego okresu zdołało nabrać przekonania o ograniczeniach  umysłowych  kobiet wynikających poprostu  z  faktu  ich kobiecości  i dlatego jak tylko mogli sobie na to pozwolić ze względów  finansowych,  to poprostu automatycznie odsuwali swoje żony od udziału w życiu  zawodowym lub  publicznym.  Dziś można powiedzieć, że ta  patriarchalna tendencja była związana z asymilacją polskich imigrantów do obyczajów  kanadyjskich.

Jednak w  latach   powojennych dynamika zmian społecznych i  gospodarczych Kanady  poszła w  innym  kierunku, a  była tak silna, że  w  ciągu jednego pokolenia zasady dawniej  święcie przestrzegane zostały zupełnie zmienione. Na zmiany  te zareagowały także dzieci polskich imigrantów Starej Polonii.  Nie tylko sięgnęły po wykształcenie, ale i po stanowiska o których ich rodzice nawet nie zamarzyli. Pierwsze kroki  robili oczywiście synowie, to oni  ruszli w  Kanadę studiowali na uniwersytetach i następnie znajdowali  pracę i karierę daleko poza domem rodzinnym. Następnie dołączyły do nich i córki lub wnuczki polskich imigrantów.  Dzięki  temu około lat  60-tych  pojawiają  się  wśród Starej Polonii  dyrektorki i prezeski kierujące  odziedziczonymi  przedsiębiorstwami. Niektóre z  nich na dodatek przekroczyły  barierę oddzielającą od siebie Starą i Nową Polonię, wychodząc za mąż za Polaków przybyłych do Kanady po  II wojnie światowej.

W  przekazie słownym polskiej imigracji z czasów  po II wojnie światowej  istniało w Kanadzie wschodniej kilka  przykładów spełnienia się bajki o  Kopciuszku, co  to  zaletami  osobistymi  zdobyła  "księcia" dla siebie. W jednej  z tych  historii młoda uboga polska imigrantka,  która w  latach  przedwojennych  przybyła w  poszukiwaniu  pracy,  znalazła  Kanadyjczyka, który nie tylko  docenił  jej zalety jako  pracownicy, ale także jako kobiety i  ożenił się z nią,  a że był zamożny, więc wprowadził ją  w świat dobrobytu.  Kopciuszek prędko zasymilowała się i  wsiąkła  w środowisko  kanadyjskie.  Po II wojnie światowej, już  po śmierci męża i po  podziale spadku,  owdowiały  Kopciuszek była nadal  zamożna i mieszkała w pięknym  zabytkowym  domu   w śródmieściu  Montrealu, a  przypomniawszy sobie swoje polskie korzenie odnalazła wśród emigrantów swoich krewnych i sprowadziła ich do Montrealu.  Wśród  powojennej Polonii montrealskiej przez  lata nie było końca  zachwytom nad  szlachetnością owej Kanadyjki polskiego pochodzenia[100]. Z  osobistych wspomnień  dodam,  że w  pierwszych latach mego pobytu   w  Kanadzie,  to jest około roku 1965 spotkałam  inną  Kanadyjkę,  pasującą także do roli polskiego Kopciuszka.  Siostra tej pani,  przybyła za chlebem do Kanady w latach  dwudziestych ub.  wieku i  także wyszła zamąż  za zamożnego Kanadyjczyka, pana  G. Przeżyli  ze soba wiele szczęśliwych lat czego dowodem był fakt, że na łożu  śmierci żona,  zaniepokojona losem pozostawianego  męża prosiła go,  aby po jej śmierci ożenił się z  jej młodszą siostrą,   ponieważ w ten sposób będzie znowu  miał  dobrą i opiekuńczą żonę. Pan  G.  istotnie sprowadził z  Polski znacznie młodszą siostrę swej  zmarłej  żony i  ożenił się z  nią.  Po  wielu latach spotkałam nową panią  G., wówczas już wdowę, dobrze  zaopatrzoną i kompletnie zasymilowaną i to ona opowiedziała mi historię swojego życia [101].  Oba opisane  przypadki rzucają dodatkowe światło na jeszcze   jeden atut wielu polskich imigrantek, a mianowicie na ich zalety na rynku małżeńskim w  Kanadzie. Polki  uważane były za materiał  na dobre  żony, prędko  asymilujące się i nie mające takich "fochów" jak urodzone Kanadyjki.

Po  II  wojnie światowej   polskie  imigrantki  nadal  przyjmowane były  do  Kanady jako służące lub nianki. Podobnie jak  mężczyźni musiały podpisywać kontrakty na  rok lub dwa lata  pracy u pracodawcy, który zgłosił  zapotrzebowanie na  służącą.  Od  roku 1947  Kanada   przyjmowała  duże grupy polskich  "Pestek" z  wojskowej  pomocniczej  służby kobiet i kobiet  przeważnie po  przejsciu przez  Syberię,  które nie zawsze  były kombatantkami. Wiele dzieci, sierot,   pół-sierot  lub  dzieci zagubionych  jeszcze  na Syberii,  które  na tyle dorosły przez  czas  wojny,  że  decydowały  już same o swoich losach  składało podanie o  emigrację do  Kanady,  ponieważ  miały  tam  jakichś  krewnych  lub  przyjaciół. Zgodnie z  przepisami imigracyjnymi jeśli  dziewczęta te  nie miały prywatnych sponsorów   to obowiązane były do  pracy kontraktowej  jako  służące lub nianie. Niektóre   przybywały do Kanady już jako narzeczone,  inne  łatwo i prędko poznawały i  wiązały się z  samotnymi polskimi  kombatantami,  którzy  choć rozproszeni  po  wsiach na kontraktach  rolnych przy każdej okazji  ciągnęli do większych miast,  gdzie  mogli  spotkać  rodaków i  rodaczki.  Zdarzało się  że  niektórzy  pracodawcy  rozumieli  sytuację  przymusową  młodych samotnych  Polek  na kontraktach  i  traktowali  je z  życzliwością a nawet  z  serdecznością,  godząc się  na  opuszczenie przez  nie pracy   z  powodu  małżeństwa.  Byli jednak i  tacy, którzy  nie chcieli  zgodzić  się na zwolnienie  z  kontraktu,  grożąc  nawet deportacją.  Antoni  Tomszak  w  Winnipegu  musiał nawet  "wykupić"  z   kontraktu  swoją narzeczoną :... Jedną z nich  okazała się Bronia Turowska, obecna moja żona.  Sama nas  zaczepiła śmiejąc się do koleżanki " to  chyba Polusy". Mieszkała niedaleko  mnie. Pracowała jako pomoc  domowa u ukraińskiego  dentysty.  Pracowała w  nienajlepszych warunkach. Spała razem z dziećmi nie miała własnego pokoju. Dentysta nie zgodził się na "wychodne" w Swięto Nowego Roku.  Postarałem  się dla niej o lepszą  pracą.  Chcieliśmy się  jak najszybciej pobrać. Niestety  Bronia była  związana kontraktem. Musiałem  zapłacić za resztę  okresu kontraktowego  sumę około 70-ciu  dolarów.  Zartowaliśmy później,  że kupiłem ją sobie jako Arabkę.  Mam  do dziś pokwitowanie,  a agencja sprawdzała potem,  czy istotnie wzięliśmy ślub.  Była to  poważna  wówczas  suma. Wystarczała jako  zadatek na dom, albo przynajmniej  parcelę.[102]

 

 

ROZDZIAŁ   III  

 

 

 

Etap  drugi  (1940 - 1957)

Wybuch  II wojny  światowej zastał  Kanadę, jako kraj brytyjski,  szczerze  przywiązany do Imperium. Z  chwilą wybuchu wojny młodzi mężczyźni ze  wszystkich prowincji poza Quebekiem masowo zgłaszali się do wojska, aby walczyć z Hitlerem, o którym zresztą społeczeństwo kanadyjskie nic, albo bardzo niewiele wiedziało.

Początkowo zdawało się,  że  poza  okazją do rozwoju kanadyjskiego rolnictwa  zaopartującego w  żywność wojska Aliantów,  Kanada pozostanie daleko od wpływów  wojny.  Ale szybkie zwycięstwa nazistowskich Niemiec w  Europie i osamotnienie W. Brytanii  jedynego kraju  stawiającego opór nazistom, wyciągnęły Kanadę z jej wygodnej prowincjonalności i postawiły w samym  sercu logistyki  Aliantów.

Olbrzymie zasoby  naturalne Kanady,  dowożone regularnie do wschodnich ośrodków przemysłowych,  znaczny  rynek  siły roboczej,  chętnej do nowego zarobku  oraz  bliskość niewyczerpanych kredytów  amerykańskich były strategicznym atutami, które W. Brytania natychmiast  spostrzegła w  Kanadzie i  zamierzała wykorzystać  przy cichym poparciu Stanów  Zjednoczonych. Chodziło przede wszystkim o rozbudowanie strategicznych   przemysłów. Ale Kanada jeszcze ani  nie   miała dostatecznych własnych  kapitałów prywatnych i bankowych ani  wystarczającej  kadry kierowniczej niezbędnej do nagłego  "skoku" w  budowie i rozruchu produkcji  wojennej, od szycia mundurów, aż po produkcję bombowców, myśliwców itp.  Kraj bardzo ciężko   przeszedł kryzys lat  30-tych, a wysłanie niemal  całego pokolenia  młodych  Kanadyjczyków na front walki  do  Europy  pozbawiło wyższe uczelnie kanadyjskie  wielu potencjalnych studentów. Młode Kanadyjki, w równie patriotycznym  geście zgłaszały się do wojskowej pomocniczej służby kobiet, albo szły do  fabryk o strategicznym znaczeniu,  bo obsługujących  armię kanadyjską i  brytyjską  i  dopiero  tam  wiele z nich   zdobywało  nowe  umiejętności . Ale nawet  gdyby one   już  miały  odpowiednie wykształcenie to i tak  nie mogłyby  zabiegać  o  stanowiska  kierownicze  w  przymyśle,  bo wówczas jeszcze  kobiety nie miały do tego prawa. A  w  roku  1940-tym  Kanada  miała  mało fabryk,  które natychmiast  mogły  produkować na potrzeby wojny. Pozostawało więc  do uruchomienia wiele dziedzin produkcyjnych, dla których  wyszkolona kanadyjska  kadra  specjalistyczna i  kierownicza była  nie  wystarczająca. Ponadto Kraj  nie  dysponował odpowiednimi kapitałami. Pomoc  kapitałowa  jednak  natychmiast napłynęła ze Stanów  Zjednoczonych,  natomiast  braki w kadrach  pozostały. Wszystko to zbiegało się z bombardowaniem Londynu i postępującą blokadą W. Brytanii przez  nazistowskie Niemcy kiedy  rząd brytyjski  coraz bardziej nalegał  na swoje   kolonie o  różne rodzaje  pomocy.

 Jedną z form tej pomocy było zaofiarowanie prze  Kanadę bezpiecznego schronienia dla tysięcy  angielskich dzieci i młodzieży. Ich wyjazd  chronił je przed  bombardowaniem a jednocześnie  ułatwiał  W. Brytanii sytuację żywnościową ograniczoną  niemiecką blokadą  morską.  Pierwsze transporty dzieci  przewidziano na lato  1940 roku i wtedy rząd W. Brytanii ze  znacznym poparciem  europejskich  rządów na uchodźctwie zapragnął dołączyć do nich także nieprodukcyjne grupy  uchodźców: kobiet i dzieci z krajów   okupowanych  przez  Hitlera, które schroniły się w  Anglii [103] Pod naciskiem,  Kanada zgodziła  się na ten  dodatek,  zastrzegając,  że wydane wizy odnoszą się tylko do okresu  wojny i  że utrzymanie uchodźców spocznie w  Kanadzie na prywatnych sponsorach, albo zależeć będzie  od odpowiednich rządów na uchodźctwie.  Po kryzysie lat 30-tych Kanada ani nie chciała podejmować zobowiązań  utrzymania  europejskich  uciekinierów,  ani zgodnie ze  swoją  przedwojenna polityką   imigracyjną nie  zamierzała przyjąć ich na okres dłuższy  aniżeli czas trwania  światowego konfliktu.

W ten sposób do  transportu angielskich  dzieci  została dołączona pierwsza grupa  wojennych  uchodźców polskich,  przeważnie rodzin najwyższych wojskowych armii polskiej  walczącej u  boku W.  Brytanii  oraz kilku starszych dyplomatów polskich.  W  tym  samym  roku 1940, ale wcześniej  bo  na wiosnę, zupełnie osobno  wynegocjowane zostało wpuszczenie do Kanady dużej  grupy inżynierów i  techników w tym  około  600 polskich  specjalistów [104],  którzy  mieli  zająć  kluczowe stanowiska w  budowie i  rozruchu kanadyjskich wojennych  przemysłów .

                Przyjęcie specjalistów, w tym  dużej  grupy "inżynierów" [105]  Polaków  było wyraźnym   złamaniem dotychczasowej  zasady polityki  imigracyjnej zabraniającej  wjazdu do Kanady wykształconym  Europejczykom  nie- Brytyjczykom . Oprócz  nacisków rządu W. Brytanii domagającego się coraz  większej pomocy ze strony  kanadyjskiej,  rząd w  Ottawie zaczynał jednak rozumieć,  że sytuacja wojenna W. Brytanii jest niemal rozpaczliwa,  ale dla rozwoju Kanady  nader sprzyjająca,  jeżeli  będzie można  zrealizować rozwój  przemysłu.  Jednak  w  chwili,  kiedy  pojawiły się  możliwości  nagłego zatrudnienia  znacznej liczby  fachowców w nowych dziedzinach  przemysłowych,  w  Kanadzie  trzeba ich było  sprowadzić z zagranicy, aby  mogliby  ten  rozwój  zrealizować.

Zupełnie inny  aspekt miało przyjęcie uciekinierek z okupowanej przez  Hitlera  Europy,  kobiet, o których azyl prosił rząd W. Brytanii pospołu z rządem Polski, znajdującym się w  Londynie.  Chodziło przede wszystkim  o  żony i dzieci generalicji, które po upadku  Francji uciekły  do   W.  Brytanii.  Po  uporczywym negocjowaniu Ottawa zgodziła się  na udzielenie tym  rodzinom czasowego azylu, z  zastrzeżeniem że opiekę nad nimi  przejmą osoby  albo instytucje sponsorujące je. Ze strony  Kanady było to wielkie odstępstwo od prawa obowiązku pracy  fizycznej na roli  albo w charakterze służącej w mieście, obowiązującej każdą osobę składającą   podanie o emigrację  do Kanady.  Dlatego tak wyraźnie zaznaczono w Ottawie, że są  to  tylko  czasowi uchodźcy, którzy po wojnie muszą powrócić do  swoich krajów.    Zgoda  na  ich  przyjęcie  chociażby  tymczasowe, świadczyła  więc  o wielkim  humanitarnym i patriotycznym geście pomocy kanadyjskiej dla W.  Brytanii i odciążeniu tej ostatniej od utrzymania   uciekinierek z  Europy, które schroniły się w  W. Brytanii.

 

Przeżyć wojnę w  Kanadzie i  wrócić do Polski

W  lecie 1940 r.,  jako pierwsza przybyła do  Kanady grupa  18 polskich kobiet i  dzieci złożona z rodzin  najwyższych  oficerów polskich sił  zbrojnych  oraz kilku  dyplomatów. W  krótkich  odstępach  czasu podążyły za  nią dalsze grupy uchodźców  polskich,  zawsze związane z generalicją i polskimi elitami.  Wszyscy oni otrzymali pozwolenia na  tymczasowy  pobyt w Kanadzie, aż do zakończenia wojny,  poczym rząd kanadyjski oczekiwał ich  powrotu do Polski.

Zgodnie z umową między rządem kanadyjskim i rządem polskim w Londynie  po przybyciu uciekinierek  do Montrealu agencje rządu  federalnego kanadyjskiego przestawały się nimi interesować.  Odpowiedzialność za losy  ich własne i  ich dzieci miała zostać  przejęta przez ambasadę polską w  Ottawie oraz  przez  Kanadyjczyków polskiego pochodzenia,  a dokładnie przez  niektóre parafie Starej Polonii, które w porywie serca zadeklarowały swoją pomoc uciekinierkom.  Okazało się jednak, że ambasada polska w  Ottawie ma bardzo ograniczone możliwości finansowej pomocy, a  parafie polskich  osadników głównie w Preriach, które poszły za głosem współczucia  były ubogie i liczyły,  że podobnie jak kiedyś oni sami, nowe  przyjezdne rozpoczną życie w  Kanadzie od ciężkiej  pracy na roli. Przybyłe do Kanady  kobiety,  jednak  należały do śmietanki  polskiej  elity  przedwojennej i nie tylko  nie miały pojęcia  o pracy  fizycznej, ale bardzo świadome swego statusu  społecznego wcale się do niej nie kwapiły.  Na  przedwojennych chłopów imigrantów patrzały oczami przedwojennej  Polski.  W  Anglii opiekowała się nimi  świetnie  zorganizowana angielska opieka nad  uchodźcami i tego samego oczekiwały w anglosaskiej Kanadzie.  Toteż  "zaproszenia"  Starej Emigracji[106] do pracy na farmach zostały poprostu odrzucone.  Niezależnie  od faktu,  że nagle znalazły się w obcym kraju bez środków do życia i  dachu nad głową,  te kobiety, jak pisze A. Reczyńska,  nie były  przygotowane do rezygnacji ze swojej dawnej pozycji społecznej [107],  a można do tego dodać także , że  nie były  przygotowane do  szoku, który zgotowała im kultura kanadyjska,  nie przesiąknięta europejską klasowością.  Do  powstałych w ten sposób  nieporozumień bardzo prędko wmieszali się przedstawiciele komunistycznej partii kanadyjskiej  rekrutujący się z kręgów Starej Polonii nadając  odmowie kobiet wzywanych do ciężkiej pracy  fizycznej skalę obrazoburstwa całej Starej Polonii.  Powstała nagle paradoksalna sytuacja, w której  członkowie dwu skrajnych klas społecznych z na wpół feudalnego jeszcze systemu społecznego  Polski  międzydwojennej  nagle skonfrontowali się ze sobą na gruncie kanadyjskim.  Pikantności dodawał fakt, że mężczyźni ze Starej  Polonii potępiali publicznie w swoich polonijnych gazetach  kobiety-Polki  przybyłe do Kanady nie ze swojej woli i tylko na  czasowy pobyt. Dyskusja, która się wówczas  rozwinęła w polsko-języcznej prasie mogła mieć na celu rozliczanie przeszłości, ale bardzo prędko nabrała brzydkich cech plotkarskich.  "Ladies"  jak z  przekąsem polsko-języczne gazety  lokalne nazywały żony  generałów i dyplomatów przez  wiele miesięcy  stanowiły pastwę  niewybrednych dowcipów i pomówień,  czasami  wyraźnie zatrącających  o oskarżenia elit polskich o niezdolność obrony  własnego kraju.[108].  Do  niechęci wynikającej z charakteru klasowego i ideologicznego doszedł spór kulturowy.  Mężczyźni  ze Starej Emigracji byli patriarchalni i samotne kobiety, które odmawiały przyjęcia    zaofiarowanej   im pracy  były dla nich oburzającym zjawiskiem.  Zgodne to było nie tylko z polską tradycją wiejską, ale także z kanadyjskimi  przekonaniami, że kobieta  jest  psychicznie słabsza, że potrzebuje opieki i kierownictwa  mężczyzny i że właściwie może być poważnie traktowana jedynie jako matka i żona[109].  Tymczasem  "ladies"  przybyły do Kanady  bez  męskiej opieki (ich  mężowie byli  na frontach, w sztabie, albo w dyplomacji  gdzieś na terenie działań wojennych w  Europie)  i  irytowały mężczyzn ze  Starej Emigracji zachowując się tak, jakgdyby  ich  społeczna polska  pozycja  była ważniejsza  od  przeżycia wojny.  W  rzeczywistości "ladies" borykały sie z  szokiem kulturowym oraz z trudnościami dnia codziennego -  musiały przecież znaleźć  dla  siebie i  swoich  dzieci  sposoby  przeżycia  najbliższej zimy w mroźnym Montrealu.  Wszystkie pochodziły z dobrze sytuowanych rodzin w Polsce, miały ogładę towarzyską i głębokie poczucie dumy narodowej obywatelek suwerennego  państwa.  Polska matura, a niekiedy studia   na polskich  uniwersytetach dawały im solidną podstawę inteligencką, ale w Kanadzie mało przydatną  przy poszukiwaniach pracy  zarobkowej,  tym  bardziej, że wśród nich dobra znajomość języka  angielskiego i  francuskiego  była  raczej rzadkim  przypadkiem.  Wszystkie też  były przyzwyczajone  do kontaktów towarzyskich, ale nie do  pozycji  uchodźców nie posiadających dachu nad głową, ani odzieży zabezpieczającej przed  mrozami. Były gorącymi   patriotkami głośno wypowiadającymi swoje sądy i ostro reagującymi na najmniejsze objawy krytyki Polski międzywojennej, lub wątpliwości co do wygrania wojny. Wreszcie dla wszystkich tych kobiet  różnice  kultury dnia codziennego pomiędzy znaną im Europą i Kanadą były szokiem,  szokiem z którym  jedne radziły sobie lepiej, a inne gorzej, za większość pomocy  mając jedynie  życzliwość poszczególnych Kanadyjczyków, a raczej  Kanadyjek z  Montrealu.

Nieustępliwa  postawa "ladies", które odmawiały podjęcia pracy  fizycznej jako  widomego znaku deklasacji nawet w  bezklasowej Kanadzie,  była oczywistym  afrontem dla  polskiej  emigracji z lat 1900-1939, nadal  biednej i  borykającej się z brakiem  wykształcenia  oraz poczuciem niższości wobec  Kanadyjczyków.  Stara  Emigracja nie mogła  więc  nie dostrzec, że bogaci mieszkańcy  Montrealu byli dla "ladies"  nie tylko szczególnie życzliwi i pomocni, ale traktowali je jako sobie równe.

Niespodzianki  czekały obie strony. W pierwszych dniach po przybyciu do Montrealu grupa nowo-przybyłych  Polek z dziećmi dowiedziała się , że zgodnie z zasadą " pomóż sam sobie, a Bóg ci pomoże" w  Kanadzie nie czeka na  nie żadna  zorganizowana pomoc i  że po krótkim pobycie u  zakonnic, na przedmieściu Montrealu, (które ofiarowały im dach nad głową na pierwsze tygodnie pobytu w  Kanadzie)  muszą sobie same  znaleźć mieszkanie i pracę zapewniającą im  przeżycie pierwszej  kanadyjskiej  zimy.  Na szczęście bogate  żony montrealskich notabli prawie natychmiast zainteresowały się   egzotycznymi uchodźcami z   Europy,  których mężowie  tak  dzielnie  walczą u boku W. Brytanii  i  Kanadyjski  Narodowy Komitet  do Spraw Uchodźców zawiązany jeszcze w 1938  r.,  w  celu  niesienia pomocy Czechom, Słowakom, a przede wszystkim Żydom uciekającym  przed  Hitlerem zajął się z kolei Polkami.  Komitet był charytatywną organizacją  poza  rządową  założoną i finansowaną przez bogatych montrealskich przedsiębiorców i  handlowców i  dawał upust energii bogatym  Kanadyjkom, którym presja społeczna owego czasu nie pozwalała  na żadne zajęcie poza domem oprócz działalności charytatywnej.

Właśnie ten Komitet znalazł rozwiązanie problemu dachu nad głową w postaci  wielkiego, pięknego niezamieszkałego domu w  Westmount, wówczas najbogatszego z miast konurbacji  Montreal. Właściciel domu gotów był zgodzić się na oddanie go w użytkowanie polskim uchodźcom pod warunkiem, że Polki załatwią sobie zwolnienie z podatku municypalnego.

Grupa  uznała,  że osobą najlepiej  nadającą się  do  reprezentowania jej była  Wanda Stachiewiczowa, żona  ostatniego   szefa  sztabu  wojska polskiego z 1939 roku,  jeszcze przed wojną znana ze swoich  działań społecznych  i władająca  językiem angielskim i  francuskim,  toteż  ona miała   przedstawić radnym  miasta  Westmount  prośbę  Polek,  zakładając zresztą, że sprawa  i tak  się nie uda. Ku wielkiemu  zdumieniu i radości uciekinierek,  radni miasta Westmount wysłuchali  życzliwie generałowej Stachiewiczowej i wydali  zwolnienie z podatku,  zapewniając w ten sposób  18-tu polskim kobietom i  dzieciom dach nad głową w postaci pięknego starego domu w  najelegantszej  dzielnicy miasta. Z punktu widzenia  Kanadyjczyków,  była to najlogiczniejsza decyzja,  ponieważ miasto musiałoby się i tak  przyłożyć do pomocy uchodźcom znajdującym  się na terenie objętym ich odpowiedzialnością.  Dla Starej Polonii byl  to jednak  jeszcze  jeden  dowód niesprawiedliwości społecznej i faworyzowania uprzywilejowanych.[110]

Następnie grupa uchodźczyń  musiała się zająć szukaniem pracy  zarobkowej i  zapewnieniem swoim  dzieciom dalszej nauki. Niewielka pomoc Kanadyjskiego  Czerwonego  Krzyża, konsulatu polskiego  oraz  niektórych organizacji  charytatywnych Montrealu  dostarczyła  chwilowych środków  egzystencji, ale na dłuższą metę troska o  chleb codzienny  spoczęła na barkach kobiet, które nigdy  przed  tym  o  tym  nie potrzebowały  myśleć.  Większość z  nich także nie tylko  nie miała pojęcia co  to   jest praca  fizyczna, ale poprostu nie wiedziała  jak  się to  robi. Z  drugiej strony, w  Kanadzie praca  dla kobiet z  Europy była ciągle na poziomie sprzątaczek,  służących, pomocy w  kuchni  lub  kelnerek  Stąd w pierwszych latach pobytu w Kanadzie wśród rosnącej grupy  uchodźców było bardzo wiele narzekań na trudności życia w Montrealu  . Dodatkowe  kłopoty powstawały kiedy  zapisywano   dzieci  do  montrealskich  szkół ,  w większości prowadzonych  przez zakony  katolickie  nie zawsze  orientujące się w bieżących sprawach polityki  światowej.  W  latach  60-tych opowiadał mi generał  Antoni  Szylling (najstarszy polski  generał, który już w stopniu  generała młodego  wojska  polskiego brał  udział w  czasie I  wojny  światowej),  że  kiedyś poszedł sprawdzić jaka  też jest szkoła do której  miał zapisać swoją pasierbicę.  Szkoła prowadzona była  przez francusko-języczne  katolickie zakonnice. Kiedy  wszedł do klasy,  zobaczył wiszący  krzyż, obraz  Chrystusa i obok  wiszący  portret  Hitlera. Zdumiony  zapytał co portret niemieckiego  fuhrera  robi w katolickiej  szkole w Kanadzie. Odpowiedż matki  przełożonej zaskoczyła go jeszcze więcej,  usłyszal  bowiem był to wielki patriota swojego narodu.[111]

Najwybitniejszą  przedstawicielką  pierwszej grupy  Polek była  generałowa  Wanda Stachiewiczowa, która wraz z trójką dzieci wylądowała w Montrealu  w lipcu  1940 roku. Drobna,  fizycznie niezbyt silna,  była kłębkiem niespożytej  energii.  Jej osobiste cechy,  inteligencja,  wykształcenie i umiejętność nawiązywania kontaktów  międzyludzkich odrazu wysunęły ja na czoło całej grupy,  tak samo  jak to miało  miejsce w   przypadku reprezentowania grupy  wobec radnych z  Westmount.  Podobnie jak  wszystkie inne panie z tej  grupy Wanda Stachiewiczowa musiała zarobić na życie  swoje i swoich  dzieci. Także było dla niej  zupełnie jasne,  że cała trójka dzieci,  dwóch synów nastolatków i młodsza znacznie córka,  musi kontynuować   szkoły i  że ona sama musi znaleźć sposób, aby tego dokonać.   W  swoich wspomnieniach pisze o  tym  ile kosztowało ją przełamanie polskich nawyków damy z  towarzystwa i dostosowanie się do kanadyjskiego sposobu życia i  szukania pracy dla zdobycia środków na utrzymanie siebie i dzieci "Musiałam sama podejmować wszystkie decyzje i aby  temu sprostać musiałam rozwinąć w sobie nową stronę mojej osobowości -  stać się twardszą i mniej  wrażliwą, kiedy spotykała mnie ludzka obojętność. Także musiałam zapomnieć o mojej  dumie.  Przyznaję, że to mnie zupełnie pozbawiało sił"[112]

W  przeciwieństwie do niektórych innych pań z tej  grupy,  W. Stachiewiczowa gotowa była podjąć się każdej  pracy, jednak  brak sił fizycznych uniemożliwił  jej pracę  fizyczną. Pozostał więc  ciąg  rozmaitych  dorywczych zarobków takich jak prywatne lekcje gry na fortepianie,  doglądanie dzieci na obozach wakacyjnych , dorywcze prace  bibliotekarskie,  dorywcza pomoc  nauczycielska w szkołach prowadzonych  przez  zakonnice  Sacre  Coeur  (  z  którymi się zaprzyjaźniła) itp.  Te wszystkie krótkotrwałe prace wraz z miesięczną zapomogą    $80 na rodzinę   przyznaną   każdej  rodzinie uchodźczej  przez   Rząd Polski w Londynie pozwoliły rodzinie Stachiewiczów przeżyć dwa lata  w Kanadzie, aż do chwili kiedy wreszcie w 1942 roku  Wanda  Stachiewicz dostała stałą pracę jako  tłumacz w  Międzynarodowym  Biurze  Pracy -  International  Labor Office,  przy Lidze  Narodów,  tymczasowo,  na czas wojny,  przeniesionym  do Montrealu z obawy  przed  możliwością inwazji hitlerowskiej  na  Szwajcarię.

Zabiegając  ciągle o różne prace, generałowa Stachiewiczowa miała okazję poznać sporo bogatych i wpływowych Kanadyjczyków. Jej  nieprzeciętna inteligencja  oraz  łatwość  kontaktów z  ludźmi z  różnych  kultur wzbudzały ciekawość w bogatych kupcach i bankierach Montrealu.  Kanadyjczycy przyzwyczajeni do tego, że kobiety nie mieszały się do polityki, nie rozmawiały z  mężczyznami jak równe z równymi, patrzeli  na Wandę  Stachiewiczową z  mieszanką   zdumienia, podziwu i  uznania, kiedy  korzystając z każdej okazji publicznie i prywatnie mówiła o Polsce,  o  walce z  hitleryzmem i komunizmem, o polskiej kulturze i  historii.  Dla Kanadyjczyków  tematy  te były do tego stopnia nieznane, że jeden z  profesorów uniwersytetu  McGill  zaproponował jej wygłoszenie serii  odczytów o Polsce i jej  historii.[113]  Praca w  I.L.O. (International  Labor  Office) dała następne okazje. Jako  tłumaczka brała udział w spotkaniach z  przedstawicielami różnych państw,  przybywającymi do Montrealu na konferencje, nieoficjalne spotkania itp. Dzięki temu  rozmawiała z  gen.Charles  de Gaulle,  wówczas przywódcą francuskiego ruchu oporu,  z prof. Henri  Laugier, który  został zastępcą Sekretarza Generalnego Narodów  Zjednoczonych ( Deputy Secretary General to the  United Nations)  w Nowym Yorku  oraz z prof. John  Humphrey  z departamentu  prawa  na  McGill  University  przygotowującym  pierwszą wersję  Deklaracji  Praw  Człowieka  dla Narodów  Zjednoczonych.  Podczas rozmów z tymi osobistościami nigdy nie zapomniała podkreślić  ważnej roli Polski w bieżącej sytuacji.

  Kanadyjczykom tamtych  czasów Wanda Stachiewiczowa  musiała się wydawać zjawiskiem tak dziwnym, że  niemal każdy  był ciekaw ją poznać.  Drobna,  słabo-silna uciekinierka z Europy, biedna jak mysz  kościelna, nie tylko  nie pozwoliła swoim dorastającym  synom pracować, ale żądała, aby skończyli  szkołę średnią a następnie poszli na uniwersytet.  Zamiast siedzieć w domu i  biadolić jak "przystało samotnej  bezsilnej kobiecie"  biegała po całym  Montrealu w śnieg, w pluchę, albo w skwar w poszukiwaniu  pracy,  przygotowując odczyty, filmy,  przeźrocza o  Polsce jej  historii i kulturze.  Bez  wahania zabierała  głos publicznie, na spotkaniach towarzyskich  w domach  zapraszających  ją Kanadyjczyków, opowiadała niestrudzenie o  heroizmie polskiego żołnierza, o  bogactwie polskiej  kultury i o niewątpliwym  zwycięstwie Aliantów nad  Hitlerem.  Dla niejednej  żony i córki bogatych  kanadyjskich przedsiębiorców i kupców  była napewno " role  model".  Ciekawiła swoją osobowością, wykształceniem i zaangażowaniem społecznym i politycznym  zarówno wśród Kanadyjczyków jak i wśród reszty uchodźców.  Jej niestrudzona  energia i oddanie sprawie Polski budziły wśród bogatych i wpływowych Kanadyjczyków najpierw  niedowierzanie, a później podziw.  Była oczywiście przedmiotem  rozmów wśród kanadyjskich kobiet, ale także wśród profesorów uniwersytetów montrealskich.  Nierzadko  też zdarzało się, że zawiązywała się  przyjaźn pomiędzy  ubogą generałową i w dostatku  żyjącymi Kanadyjkami  brytyjskiego i  francuskiego pochodzenia.  Nieraz  też osobista  sympatia  lub  przyjaźń pomiędzy Polką i Kanadyjką przeradzała się następnie w zaangażowanie się tej ostatniej w  pomoc dla uchodźców polskich, lub dla sprawy polskiej.  W.  Stachiewiczowa  odpłaciła im za te starania  zabiegając o przyznanie dwom najbardziej zasłużonym Kanadyjkom Reverend  Mother  Eleanor  Whitehead  i Mrs. Nora MacDowell  Złotego  Krzyża Zasługi.  Został on  nadany im  po wojnie przez   Polski  Rząd w Londynie.[114]

Wśród  rosnącej ciągle grupy uchodźców Wanda  Stachiewiczowa od początku swego pobytu w Montrealu była  spiritus movens .  Sukces z jakim uzyskała dach nad głowami  całej  grupy  uchodźców w postaci  pięknego domu przy   9 Braeside Place,  spowodował że uznano ją  za gospodarza tego domu czyniąc ją odpowiedzialną za wszystkich lokatorów. Do niej więc  zwracali się nie tylko uchodźcy, ale i Kanadyjczycy kiedy  trzeba było np  dać locum grupie nowych uchodźców lub polskich  " maquis"( z francuskiego ruchu oporu), którzy właśnie  z Francji przybyli  do Kanady.

Bardzo  szybko wokoło generałowej Stachiewiczowej skupiła się grupa Polaków boleśnie  odczuwających mało pochlebne wyobrażenia Kanadyjczyków o nas, wyrobione na podstawie imigracji  z lat 1900-1939.  Bystrym jej oczom nie uszedł uwagi związek pomiędzy złymi opiniami o Polakach w Kanadzie i brakiem najbardziej podstawowych informacji o kulturze i historii Polski. Stąd jak sama pisze :  "...natychmiast po  przybyciu do Montrealu zaczęłam  marzyć o wykorzystaniu   wykształconych  uchodźców polskich do stworzenia ośrodka kultury  polskiej, który mógłby się stać platformą  szerzenia informacji wśród Kanadyjczyków o polskiej  kulturze i historii."[115]  Od pierwszych kontaktów z  zakonnicami Sacre  Coeur , które udzieliły uchodźcom schronienia i z Kanadyjkami  brytyjskiego pochodzenia z Komitetu Pomocy  Uchodźcom do późniejszych kontaktów z profesorami dwu montrealskich uniwersytetów angielsko-języcznego  McGill  i  francusko-języcznego  Universite de  Montreal,  wszędzie niestrudzenie tłumaczyła, że Polacy nie tylko wywalczyli  sobie  niepodległość w  1918 roku, ale wcześniej,  przez wiele wieków brali udział  w rozwoju  kultury  europejskiej, a nawet światowej.

Ta walka o  rozszerzanie informacji  o naszej historii i kulturze bardzo prędko stała się jej prywatną misją na terenie Kanady. Kiedy się dowiedziała od prof. Oskara Haleckiego, który z Nowego Yorku przyjeżdżał do Montrealu w poszukiwaniu wykładów na tamtejszych uniwersytetach,  że on z grupą  polskich uczonych uchodźców   w  USA, zakładają w Nowym Yorku polski instytut naukowy,  przyszło jej na myśl żeby  utworzyć podobną instytucję   w  Montrealu. Współgrała w tym pomyśle  z  prof.  Haleckim, który jednak na terenie Montrealu był postrzegany przez Kanadyjczyków tylko jako  gość ze Stanów  Zjednoczonych.

 Wanda  Stachiewiczowa  była    doświadczoną   osobą  oddawna obracającą się  wśród  najwyższych sfer  przedwojennej Polski,  to  też  od  pierwszej  chwili wiedziała, że musi  znaleźć  poparcie dla swojej  idei  wśród  ważnych  osobistości  polskich  uchodźców.  Stąd bardzo  prędko  powstała pierwsza  grupa  Polaków  oddana idei   utworzenia  polskiego  instytutu  naukowego w   Montrealu.  Obok  Haleckiego  należeli do niej    Tadeusz  Brzeziński,  przedwojenny konsul generalny  w  Montrealu   oraz  trzej  przedwojenni  polscy profesorowie uniwersyteccy : Bolesław   Szczeniowski,  członek  PAN,  Józef  Pawlikowski  i  Gustaw  Mokrzycki, którzy  właśnie  znaleźli  pracę  na   uniwersytetach  montrealskich  Dzięki   niebywałej wytrwałości, żelaznej konsekwencji,  a  przede wszystkim przyjaźniom  Wandy  Stachiewiczowej  z wybitnymi  Kanadyjczykami  oraz   kontaktom  pozostałych członków tej  grupy  z  kanadyjskimi  przedstawicielami  nauki,  w ciągu roku  idea polskiego instytutu naukowego  pozyskała  wystarczająco dużą liczbę wpływowych  Kanadyjczyków oraz  wykształconych  uchodźców polskich w  Kanadzie, aby wiosną 1943 r. powstał w Montrealu Polski  Instytut  Naukowy (P.I.N.)[116] póżniej  zwany  Polskim Instytutem  Naukowym  w  Kanadzie (P.I.N.K.) w  Montrealu, afilowany przy  uniwersytecie   McGill.  Rektorzy obu uniwersytetów       ( angielsko -  i  francusko-języcznych ) zostali  honorowymi współ- prezydentami nowo powstałego, trój- języcznego P.I.N.u, a  Wanda  Stachiewiczowa jego  sekretarką[117]

Zjawisko  było tym dziwniejsze, że w owym  czasie oficjalna polityka kanadyjska nadal wytrwale utrzymywała zasadę  brytyjskości Dominium.  Emigranci,  jakiekolwiek było  by   ich  pochodzenie, mieli  się szybko asymilować, a wraz  z  przyswajaniem sobie języka angielskiego mieli przyjmować także  anglo-saski  styl  życia i  takież jego  wartości.  Kultura przywieziona przez  przybyszów ze  Starego  Kraju,  była więc postrzegana raczej jako  przeszkoda przy włączaniu  się przybysza w  nurt kanadyjski. Mimo  to  generałowa  Stachiewiczowa uzyskała akceptację dla  swego projektu,  a nawet pomoc ze strony  rządów federalnego i prowincjalnego,  dając tym dowód nieprzeciętnych umiejętności wykorzystywania sytuacji  pierwszych  lat II wojny  światowej  i  mody na  "bohaterską  Polskę u  boku  W.  Brytanii walczącą niestrudzenie o niepodległość  swojego kraju"[118] modę,  którą zresztą ona sama wraz z grupką uczonych i dyplomatów polskich starannie podtrzymywała na terenie Montrealu i konsekwentnie utrwalała wśród wpływowych Kanadyjczyków. Jeszcze bardziej  niebywały mógł się wydawać projekt Instytutu zarówno Kanadyjczykom jak i  uchodźcom kiedy się zważy, że grupa  organizacyjna P.I.N. nie miała prawa stałego pobytu w  Kanadzie,  i  rząd  kanadyjski (podobnie jak oni sami)  nadal zakładał,  że zaraz  po  zakończeniu   wojny wszyscy ci uchodźcy opuszczą  Kanadę, i  wrócą  do Polski.

Dla  uchodźców polskich pomysł Wandy  Stachiewiczowej był  bardziej  wizjonerski aniżeli realistyczny,  ze względu na wielkie ograniczenie  środków jakimi  założyciele dysponowali. Pomimo  to luminarze  nauki polskiej, którzy znaleźli się w  Kanadzie i w  USA chętnie przyjęli  ideę propagowania kultury polskiej.  Mogli  oni  wprawdzie wygłaszać  odczyty o historii i kulturze  polskiej, urządzać konferencje na te tematy, a nawet brać  częściowy udział w  życiu naukowym uniwersytetu  McGill, lub   Universite de  Montreal  ale przecież przede wszystkim  musieli pracować na utrzymanie siebie i  swoich rodzin.  Po  za tym mieli ogromnie szczupłe zaplecze dokumentacyjne, które mogłoby ich wspierać w tej  działalności.  Toteż Wanda Stachiewiczowa wpadła na nowy pomysł, aby przy P.I.N. założyć polską  bibliotekę.  Zrozumieli to też  profesorowie McGill  University  i w ten sposób jeszcze w tym samym  roku  1943  została ufundowana polska  biblioteka także afiliowana przy  McGill.  Organizacja jej i  rozwój spoczęły również na barkach Wandy  Stachiewiczowej, wspieranej ekipą wolontariuszek z grupy uchodźców skupionych wokoło generałowej i pomocnych przy pracach bibliotekarskich.

Założenie biblioteki było w życiu  W. Stachiewiczowej momentem, w którym przykształciła się ona z osoby  prywatnej w  instytucję. Odtąd pracom nad rozwinięciem kultury polskiej w Kanadzie poprzez  bibliotekę polską,  Wanda  Stachiewicz  poświęcała cały swój czas starając się uczynić z niej trwały wkład Polaków do kultury kanadyjskiej.  I znowu  dzięki nadzwyczajnej wytrwałości, wykorzystywaniu każdej nadarzającej się okazji, takiej np. jak wyżej wymieniona moda na  dzielnych  Polaków,  i  własnej umiejętności kontaktowania  się z  ludźmi oraz z  instytucjami kulturalnymi  całej Ameryki  Północnej, od bibliotek małych colleges począwszy,   a na Library of  Congress skończywszy, do biblioteki polskiej w  Montrealu zaczęły napływać książki oraz pisma dotyczące kultury i historii polskiej.  Później  po wojnie kiedy  uchodźcy wojenni  otrzymali stałe wizy kanadyjskie i przekształcili  się w  Nową Emigrację,  generałowa Stachiewiczowa nawiązała kontakty z polskimi wydawnictwami na emigracji w  Anglii i Francji. Doszły także kontakty z niektórymi  bibliotekami w  Polsce Ludowej zaangażowanymi   w wymiany dubletów oraz  kontakty z prywatnymi osobami, które kupowały książki za złotówki zamiast za dolary.

 Skromne subwencje ze strony uniwersytetów kanadyjskich i nawet  rządu  prowincjalnego uzupełniane były przez zbiórki wśród rodaków, przez wystawy, konkursy, kiermasze książek oraz pomoc specjalnie utworzonego Towarzystwa Przyjaciół Instytutu.  Aby sprostać potrzebom kierowania rosnącą  biblioteką  W. Stachiewiczowa ukończyła szereg  kursów bibliotekarskich, a następnie przyuczała do bibliotekarstwa wolontariuszki, które  obsługiwały bibliotekę i jej klientów.  Od samego początku bowiem  praca w  bibliotece opierała się na wolontariacie. Trzon oddanych pracownic stanowiły  przyjaciółki W. Stachiewiczowej, jak oddana jej cała duszą Wanda Scacighino,  przyjaciólka jeszcze z  lat dziecinnych  lub żony wojskowych   przybyłych z nią razem lub nieco później.  Ponieważ  naogół ciągle było ich zbyt mało, więc generałowa Stachiewiczowa nie wahała się używać wobec nowo-przybywających  imigrantek wszystkich sposobów od pochlebstwa, aż do publicznego wytykania braku ofiarności wobec powstającego w Montrealu ośrodka kultury polskiej.  Wolontariuszki biblioteczne przez długie lata  pracowały za darmo  katalogując, porządkując książki i czasopisma, pisząc listy na  starej maszynie do pisania, otrzymanej w darze od jakiegoś unowocześniającego się biura, odpowiadając na kwerendy, dźwigając paki książek z jednego piętra na drugie  domu, który do dziś jest  siedzibą Biblioteki, obsługując studentów uniwersytetów McGill  i  de Montreal  oraz Polaków, złaknionych polskiej książki.  W większości panie te były  niewiele  młodsze  od Wandy  Stachiewicz i podobnie  jak ona prace w  Bibliotece Polskiej uważały za swój patriotyczny udział w toczącej się wojnie. Do grupy oddanych pracowniczek latami pracujących w  Bibliotece w różnych okresach czasu  należały między innymi  Halina  Babińska,  Anna Baryga, Jola Bławdziewiczowa,  Teresa  Brodowska, Marieta Brzeska, Anna  Czerwińska, Anna Giżycka,  Marina Gussalowa,  Janina Kędzierska, Zofia  Kirste,  Kama Kozłowska, dr. Olga  Krzyczkowska, Agnieszka  Kwiatkowska,  Anna  Lubicz-Łuba,  Wanda  Maciejewska,  Ewa Macug, Leokadia Magdziarz, Krystyna  Missala, Irena  Petrusewicz, Izabela  Pieniążek, Beata  Podgórska, Wanda  Poznańska,  Zofia  Romer, Wanda Scacighino,  śmigielska,  Krystyna Sokołowska,  Hanna Szymańska,  Halina  Tokarska, Teresa Żółtowska.  Kilkanaście nazwisk  przykładowo wymienionych powyżej odnosi  się do całego okresu  piećdziesięciu lat istnienia Biblioteki Polskiej .  Ekipy  wolontariuszek się zmieniały,  przemijały z latami. Niektóre z  nich, jak zajmująca się zakupami  dr. Olga  Krzyczkowska    przepracowała w  Bibliotece Polskiej 36 lat, zanim fakt przenosin jej rodziny do Toronto  zmusił ją  do pożegnania się z  ukochaną Biblioteką, inne jak Wanda Maciejewska odchodziły do   pracy  zarobkowej,  aby po  przejściu na emeryturę z  przyjemnością powrócić do pracy w  Bibliotece i pracować  w niej  jeszcze długie  dwanaście  lat.   W sumie liczba wolontariuszek i mniej licznych wolontariuszy pracujących w  Bibliotece Polskiej, w ciągu przeszło 50-cioletniego istnienia znacznie przekroczyła setkę osób.

Razem z rozrostem księgozbioru rozrastały się kręgi jego użytkowników. Należeli do nich studenci  angielsko- i  francusko- języcznych uniwersytetów montrealskich, studiujący historię kultury polskiej i piszący prace magisterskie na tematy polskiej kultury,  przychodzili dziennikarze poszukujący konkretnych informacji do swoich artykułów i reportaży,  przychodzili Kanadyjczycy,  ciekawi kultury narodu, z którego wyszło wielu wybitnych fachowców kanadyjskich w różnych dziedzinach przemysłu, a także artystów, którzy wzbogacili kulturę Kanady i profesorów  uczących ich dzieci.  Napływający  po wojnie polscy  imigranci w  Bibliotece Polskiej zaspakajali swój głód  książki polskiej,  lub  uzupełniali w niej  swoją znajomość najnowszej  historii Polski.  Dzięki  różnym publikacjom takim jak "Kultura",  "Zeszyty Historyczne" oraz  rozprawy i publikacje jednorazowe wydawane przez  Jerzego Giedroycia  w  oficynie wydawniczej "Kultura" w  Paryżu  wielu nowo-przybyłych pierwszy raz dowiadywało się o faktach starannie ukrywanych w  Polsce Ludowej[119].  Wystawy  książki organizowane przez Bibliotekę zapraszały szeroką publiczność montrealską. Czasami bywało na nich więcej  ciekawych Franko- i  Anglo- Kanadyjczyków aniżeli Polaków, co starannie odnotowywała  Wanda  Stachiewicz. Pamiętam jak podczas jednej z takich wystaw,  W. Stachiewiczowa narzekała na małą frekwencję Polonii mówiąc, że  na wystawę  przyszło więcej obcokrajowców niż Polaków.  Przejęta  wystawą  zapomniała,  że to Kanadyjczycy są we  własnym kraju a Polacy w najlepszym  razie są    imigrantami.

Kiedy Eaton's, w latach 60-tych i  późniejszych,  wielki dom towarowy w Montrealu, w  ramach  auto-promocji  postanowił w okresie gwiazdkowym urządzić  festiwal różnych etnicznych tradycji dotyczących  choinki  gwiazdkowej,  W.  Stachiewiczowa miała w  Bibliotece Polskiej już tak bogatą dokumentację, że mogła sięgnąć do dawnych  tradycji i w witrynie  Eaton's pokazać  staropolskie gwiazdkowe choinki  zawieszane  pod sufitem

  Dziś Polska Biblioteka w  Montrealu od 1984 roku nosi imię W. Stachiewicz i jest największą polską placówką kulturalną na całym kontynencie amerykańskim, posiada kilkanaście białych  kruków i służy inteligencji  emigracyjnej polskiej w  całej Kanadzie, wysyłając książki jak  Kanada długa i szeroka. W zbiorach Biblioteki zapisanych jest ponad 45 000 tytułów i są  one "niezależnym  źródłem prawdy historycznej o Polsce, jej kulturze i sztuce, z której oprócz naukowców i studentów  kanadyjskich najobficiej czerpie grono emigrantów i przybyszów z  Polski[120].  Biblioteka jest skomputeryzowana i do jej katalogu można się dostać przez  Internet.

Obecny dyrektor Biblioteki Polskiej im W. Stachiewicz, prof. Hanna  Pappius napisała we wspomnieniach o W.  Stachiewicz,  że "Pomimo  ogromnych trudności potrafiła  Wanda Stachiewiczowa siłą swej osobowości wniknąć jak mało kto z Polaków w społeczeństwo  kanadyjskie nawiązując trwałe przyjaśnie i wyrobić sobie uznanie i poparcie w sferach uniwersyteckich, rządowych i wśród osób prywatnych"[121]

Jest też warte uwagi, że Wanda Stachiewiczowa  pasuje do teorii W. Thomasa i F. Znanieckiego[122]  jako  jedna z centralnych osób wokoło których zgromadziła się  w  Montrealu uchodźcza społeczność polska z  czasów II wojny  światowej.  Ta grupa  wytworzyła  wyraźny  charakter kulturalny polsko-kanadyjski, zachowując jako  dominujące  elementy kultury polskich  przedwojennych elit wojskowych i intelektualnych przy jednoczesnym korzystaniu z  intensywnych wzajemnych kontaktów z otaczającym  intelektualnym światem kanadyjskim. Oddziaływanie tej zwartej polsko-kanadyjskiej społeczności w  Montrealu, nie mającej już wiele wspólnego z kulturą  powojennej Polski  Ludowej wychodziło daleko poza ramy Polskiego Instytutu Naukowego w  Kanadzie oraz  jego Biblioteki Polskiej  nadając swoiste piętno kulturalne wszystkim imigrantom identyfikującym się z nią. Wpływ tej grupy rozciągał się także w  czasie, sięgając nawet niektórych imigrantów polskich przybyłych do Kanady w latach  80-tych.

 

Polki  masowej emigracji politycznej[123]

 

 

W  maju 1945 roku  polscy uchodźcy  wojenni w  Kanadzie i  Stanach  Zjednoczonych z  dnia na dzień przekształcili  się w pierwszą masową polską emigrację polityczną na kontynencie północno  amerykańskim.  Traktat  poczdamski i następujące po nim   uznanie Tymczasowego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z  Lublina,  jako  tymczasowego rządu polskiego na arenie międzynarodowej pozbawiły legalności rząd polski w Londynie i  dziesiątki tysięcy Polaków rozsianych po  Zachodzie postawiły przed  dylematem powrotu do Kraju, albo  emigracji.  Większość  wybrała emigrację.  Wszakże sporą ich  częścią  były  elity przedwojennej  Polski, polityczne, wojskowe, intelektualne  i  gospodarcze. Budowniczowie   suwerennej Polski  międzywojnia, albo z własnego doświadczenia, albo  z doświadczenia krewnych i  przyjaciół znali komunizm sowiecki.  Niejednokrotnie w  czasie I wojny  światowej i  wojny  lat 1920/22  brali oni  i one  udział w  walkach  z  Czerwoną Armią,  a   następnie doświadczenia  II wojny światowej upewniły ich o  niebezpieczeństwie powrotu  do Polski po  roku  1945. Przecież powrót do Kraju po  1945 r., nawet dla prostych  żołnierzy Armii Polskiej na Zachodzie oznaczał niejednokrotnie przysłuchiwania w  Urzędzie Bezpieczeństwa,  czasami zakończone więzieniem lub  śmiercią.

Rząd  kanadyjski, mimo  oficjalnego uznania Polskiej  Rzeczpospolitej Ludowej  był  życzliwy dla uchodźców. Wieści o morderstwach dokonywanych na Polakach po  17  września 1939 r., i o masowych zsyłkach całych rodzin w głąb  ZSRR do gułagów lub do pracy w kołchozach  choć  nie ogłaszane oficjalnie przeciekały do administracji kanadyjskiej jeszcze w  latach wojny. Wśród indywidualnych urzędników imigracyjnych Kanady budziły sporo  sympatii i życzliwości dla uchodźców składających podania o stały pobyt.  Kanada nie tylko widziała się ich dobroczyńcą, ale faktycznie nim  była i nowi imigranci,  a  przede wszystkim ci co należeli do polskich  przedwojennych elit, dobrze to rozumieli.  Obie strony,  kanadyjska i imigrancka związały się więc  życzliwością i zaufaniem.

 Imigranci napływający do Kanady dzielili się regionalnie na dwie grupy.  Przedstawiciele polskiego  świata politycznego, intelektualnego i  artystycznego, arystokracja oraz  liczni  ziemianie, którzy  mieli  już  przyjaciół lub krewnych w  Kanadzie wschodniej  starali się pozostać w ich pobliżu, a szczególnie w Montrealu lub Toronto.  Natomiast zdemobilizowani  żołnierze i oficerowie  bez  prywatnych sponsorów kierowani  byli przez władze kanadyjskie do prowincji  zachodnich. Stąd  wytworzyły się dwie grupy o różnych doświadczeniach imigracyjnych i o  różnej  dynamice życia.

 DiPisi i  żołnierze  ze zdemobilizowanego wojska  polskiego  rozsiani na ogromnych  przestrzeniach Kanady zachodniej odpracowywali swoje kontrakty na roli, w  buszu lub na  służbie  domowej, poczym  starali się przenieść do miast,  przede wszystkim do Winnipegu, Edmontonu,  Calgary lub Vancouveru i dopiero tam  zaczynali organizować swoje społeczności  polonijne.  Natomiast Polonia montrealska i  jednoczesna z  nią torontońska miały  już  oparcie  wśród   uchodźców z  początków lat  40-tych i  wcześniej zaczynały swą intensywną działalność  organizacyjną.

Wiele kobiet, które  przybyły do Kanady w  początkowym stadium wojny miało za sobą  spore doświadczenie w organizowaniu i prowadzeniu akcji społecznych.  Poza tym z własnego doświadczenia znały szok  wywołany innością Kanady i rozumiały potrzebę organizacji niosących pomoc napływającym   współrodakom. Stąd jeszcze w latach wojny  lub  zaraz po jej zakończeniu  pojawiły się  takie organizacje jak  Stowarzyszenie Polskich Uchodźców Wojennych,  Centrum Pomocy dla emigrantów  zorganizowane przy klasztorze   Sacre  Coeur  w  Montrealu, Stowarzyszenie Kombatantów,  Koło Byłych  Zołnierzy w  Kanadzie, aby  wymienić kilka przykładów.  Było zupełnie jasne, że wśród pierwszych grup uchodźców  wzajemna pomoc była koniecznością, a dzięki   organizacjom   zwielokrotniała  każdy wysiłek indywidualny.  Kobiety potraktowały te nowe zadania działalności społecznej z nadzwyczajną powagą. Było to dla nich zastępstwo walki o wolną i niepodległą  Polskę,  to też wnosiły do każdej  społecznej organizacji masę własnej energii,  często ze stratą dla ich osobistego  życia.  Wszystkie były  wszakże gorącymi patriotkami, a wiele posiadało bohaterskie karty życia jeszcze z  czasów I lub II wojny  światowej.  Dla  reżymu  komunistycznego w  Polsce były one jednak niewygodnymi świadkami nieustępliwej postawy powojennej imigracji  w Kanadzie wobec podporządkowania Polski  Związkowi  Sowieckiemu.  Toteż  o ile w  PRL-u przedwojenne  studia  nad emigracją zarobkową kontynuowano,  czego dowodem było wydanie publikacji pt. Pamiętniki  emigrantów. Kanada., o  tyle o emigracji  wojennej i  powojennej  było zupełnie głucho. Najwyżej krążyły o niej  niewybredne dowcipy wyśmiewające ich postawy i  działalność. Najczęściej jednak  starano się poprostu z pamięci narodowej wymazać nazwiska najbardziej zasłużonych imigrantów, mężczyzn i kobiet zarówno. Dzisiaj, po upływie półwieku,  bardzo wiele z tych nazwisk można odszukać już tylko  na cmentarzach.  Przypomnienie ich postaci wydaje się koniecznym wypełnieniem luki w trwałym wkładzie powojennej Polonii kanadyjskiej w  utrzymaniu polskości w drugim i nawet trzecim  pokoleniu oraz  w działalności społecznej kierowanej w trzech  kierunkach :  w stałym podtrzymywaniu na Zachodzie idei Polski niepodległej, w  pomocy społeczeństwu w  Polsce i we współudziale Polonii przy budowaniu kanadyjskiej  wieloetnicznej  kultury.

Nie sposób  też  mówić  o wizerunkach imigrantki polskiej w  Kanadzie nie wspominając o bohaterkach walczących o wolność  Polski, wywożonych do niemieckich obozów koncentracyjnych, do gułagów, na Sybir, do Kazachstanu. A ponieważ powstała w ten sposób lista  kobiet  znacznie przerasta  możliwości właczenia jej w tok narracji tekstu, więc  Listę Kobiet  Zasłużonych umieściłam w Aneksie do niniejszego opracowania.  Do niego odsyłam wszystkich zainteresowanych. Opracowując  Listę Kobiet  Zasłużonych  opierałam się na dostępnych mi  źródłach, w których biogramy podają najważniejsze elementy ich zaangażowania społecznego i politycznego w  Polsce oraz  ich   działalność w  Kanadzie.  Żałuję,  że  "Lista" sporządzona przeze  mnie obejmuje tylko część nazwisk   kobiet  zasłużonych dla Polski i  Kanady . Wynika to  jednak z  faktu, że wszystkie  źródła  z których korzystałam  są niekompletne.  Wiele kobiet, które  los  zaniósł do  różnych  prowincji Kanady  nie zostało w nich umieszczonych, inne  przybyły do Kanady  w latach, kiedy nie  zbierano  danych biograficznych,  lub  które  otrzymały  odznaczenia i  ordery  dopiero  pod koniec  XX wieku.  

Polityczna polska  emigracja wojenna wystawiona po  przybyciu do Kanady na szok  kulturowy  zareagowała nań wielką aktywnością organizacyjną.  Właśnie dzięki  tej energii i  chęci  organizowania powstały takie instytucje jak  P.I.N.K  i Biblioteka Polska w  Montrealu,  Kongres  Polonii Kanadyjskiej w Toronto,  Kanadyjsko-Polski Instytut  Badawczy w  Toronto,  Rada  Naczelna sobotnich szkół polskich  oraz  różne stowarzyszenia i związki,  jak  Stowarzyszenie Emigrantów Polskich,  Federacja Polek w  Kanadzie,  liczne   Koła,  Towarzystwa,  Fundacje itd.

Udział kobiet w tworzeniu i  rozwoju tych  organizacji był  bardzo  znaczny.  Nie tylko włączały się  one  w  prace  powstających lub istniejących  organizacji, ale także samodzielnie kierowały różnymi akcjami społecznymi i zakładały swoje koła,  komitety charytatywne i organizacje  pomocy  społeczeństwu polskiemu  pod reżymem komunistycznym.

Jedna z  wielkich  działaczek społecznych była  Zofia  Romer (Ziuta),  żona polskiego  dyplomaty  i ostatniego  przedwojennego ambasadora polskiego w  Japonii,  Tadeusza  Romera, która  po  przybyciu do Kanady  włączyła się do aktywnej pracy społecznej.  Cicha i zawsze gotowa do pomocy bez  żadnych osobistych  ambicji, nie szukała publicznego uznania.  Po  przybyciu do Montrealu w 1948 roku Zofia  Romer przystąpiła do organizowania pomocy Polakom powracającym z  Niemiec do Polski. Chodziło   przede  wszystkim o pomoc finansową i materialną dla polskich dzieci,  sierot, lub  dzieci zagubionych i oddzielonych od rodziców, które znajdowały się w  przejściowych  obozach w  Niemczech w   oczekiwaniu  na powrót do Polski. Idea  pomocy  dzieciom polskim została   podjęta przez  grupę  kobiet związanych  z  wojskiem  polskim na Zachodzie,  jak  Antonina  Karaszewicz-Tokarzewska,  żona  generała  Drugiego  Korpusu,  Michała   Karaszewicz-Tokarzewskiego,  Irena  Maria  Jedwab, żona  oficera  komandosów  Henryka  Jedwabia  i  sama uczestniczka kampanii  włoskiej w 317  Kompanii Transportowej, dowodząca  III  Plutonem ,  Izabela  Pieniążek,  pielęgniarka w szpitalach  wojennych w  Szkocji, a  w  Montrealu  pracownica w  domu  towarowym  oraz  wolontariuszka w  Bibliotece Polskiej , która  włączyła się  także  w prace  KPDP  od  swego  przybycia do  Montrealu  w roku  1954. Komitet  Pomocy Dzieciom Polskim   nie zamknął  się  jednak  tylko w ramach  dawnych wojskowych,  chętnie witając  każdą  kobietę  gotową  pomagać  w jego  działalności. Dzięki  temu,  wśród  jego   członkiń  znalazły się także  kobiety ze Starej  Emigracji,  jak  na przykład  Krystyna  Idziak.

 Założony z   inicjatywy Zofii  Romer w 1953 r., Komitet Pomocy  Dzieciom  Polskim  musiał znaleźć  taki sposób zbierania pieniędzy, który przemówiłby do wcale nie zamożnej jeszcze Polonii.  Trzeba więc było wymyślić zbiórkę  pieniędzy w taki sposób, aby Polonia gotowa była ją poprzeć.  I  tak narodziła  się  idea  kiermaszy  polskich, na które  Polonia od początku  przychodziła  masowo, ponieważ  bilety  wstępu  były  niedrogie,  a okazja spotkania znajomych i zjedzenia smacznego  polskiego obiadu  bardzo kusząca. System okazał się tak  doskonały, że Komitet  Pomocy  Dzieciom Polskim  nie tylko  jednorazowo  pomógł dzieciom w  Niemczech, ale następnie objął wieloletnią pomocą dzieci w  Polsce,  a  kiermasze   dwa razy w roku  stały się atrakcją   dla Polonii i  dla wielu nie-polskich, mieszkańców  Montrealu. Kiermasze wymagały jednak zawsze ogromnej  rzeszy kobiet pracujących nad  przygotowaniem i segregacją rzeczy zebranych jako  dary oraz nad przygotowaniem  tysięcy  ulubionych pierogów, naleśników ze serem i śmietaną,  dziesiątków kilogramów bigosu, tortów i innych tradycyjnych delicji  kuchni polskiej

Po  zakończeniu pierwszej akcji pomocy dzieciom  polskim w  Niemczech,  Komitet znalazł  następny cel w postaci  pomocy  finansowej i materialnej instytucjom zajmującym się  sierotami w Polsce i przez następne  prawie pięćdziesiąt   lat  kontynuował i nadal kontynuuje swoją rozrastającą  się aktywność chartytatywną. Zofia  Romer, jako współzałożycielka i długoletnia  prezeska  Komitetu[124],  doczekała, że w roku  1962  Komitet uzyskał oficjalny  status i   własny charter  nadany mu  przez Montreal Council of Women ,  centralną  organizację charytatywną Montrealu skupiającą kilkadziesiąt organizacji  kobiecych tego miasta.

Dziś  zasila on zebranymi wśród Polonii  funduszami szpitale i instytucje w  Polsce. Jego praca opiera się wyłącznie na wolontariacie zarówno w odniesieniu  do prac chwilowych, takich jak  pomoc przy sortowaniu darów,  przygotowywaniu obfitej kuchni, wynajmowaniu sal oraz wykonywaniu wszystkich potrzebnych prac  związanych z tymi dwa razy w roku organizowanymi  dwu dniowymi wydarzeniami kulturalnymi. Wolontariat obejmował też  prace administracyjne związane z korespondencją ,  rozliczeniami  bankowymi i  przekazywaniem   zebranych funduszy do Polski. Lista wolontariuszek  i  wolontariuszy  pracujących przy  organizacji  kiermaszy  dla Komitetu Pomocy  Dzieciom  Polskim obejmuje dziś ponad  80  nazwisk kobiet i  kilkudziesięciu mężczyzn z emigracji wojennej, powojennej , a nawet  "solidarnościowej" w Montrealu, które i którzy w  różnych okresach  czasu w nim  pracowały(i)  lub obecnie pracują. Obecną  prezeską od wielu lat jest  Maria Zaścińska.  Przez  wiele lat łączyła ona tę pracę społeczną ze swoją pracą zawodową agenta  ubezpieczeniowego, a po przejściu na emeryturę nadal ją kontynuuje.  W roku  1995 w dowód uznania jej   długoletniej  działalności w  Komitecie,  Maria Zaścińska  została  słusznie  przez  prezydenta III Rzeczpospolitej odznaczona Krzyżem  Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej.

Czas  płynął i kiermasze  częściej nazywane etnicznymi  bazarami stawały się coraz popularniejsze wśród mieszkańców Montrealu.  Quebeccy smakosze odwiedzali  je, aby   spróbować polskich smakołyków, nowoprzybyli emigranci z Afryki kupowali  tanie, bo używane rzeczy i zabawki dla dzieci, a Montrealczycy zawsze ciekawi rozmaitości kultur swego  miasta  wychodzili z bazarów z wyrobami Cepelii, sztuki ludowej,  polskiego tkactwa dekoracyjnego, lub innego polskiego produktu artystycznego. Do pomocy przy organizacji dwudniowych bazarów  przychodziły kolejno nowe wolontariuszki.  Niektóre z nich wnosiły nowe pomysły. I tak na przykład Anna Bortnowska zaledwie od paru lat pomagająca organizować bazary wpadła na pomysł, aby otworzyć na nich stoiska pod hasłem  "Konsultacje za dotacje".  Zwerbowani przez nią specjaliści od podatków, od finansów, ale nie od inwestowania,  od komputerów itp.  zobowiązali się podczas bazaru przez   4 godziny  dziennie udzielać porad w zamian za  datki w wysokości  5 dolarów.  Ona także zaproponowała utworzenie stoisk opartych na sprzedaży  towarów przyjętych w  komis.  Tu najważniejszymi stały się stoiska kosmetyczne i przyborów szkolnych.   Jej pomysłem są  także  "Komitety  Społeczne" powoływane w  Polsce wśród  poważnych i odpowiedzialnych ludzi do  współpracy z     Komitetem Pomocy  Dzieciom w  Polsce w celu kontroli na co są wydawane pieniądze   przekazywane przez  montrealski Komitet. Okazało się bowiem, że  pieniądze przekazywane przez  ten  Komitet  z  wyraśnie wskazanym celem  na który mają być zużyte, bywają nieraz  kierowane  przez  obdarowane instytucje na inne cele, np.  na reperację  budynków, na nowsze wyposażenie kuchni albo  na  coś podobnego  a  nie,  jak sobie życzy  K.P.D.w P. na bezpośrednie  potrzeby  pacjentów, takie jak np.  ortopedyczne obuwie, lub  krzesełka na kólkach [125]

Inną organizację zajmującą się pomocą społeczeństwu polskiemu  założyła  Wanda  Szczawińska,  była  łączniczka w podziemiu w  czasie okupacji i więźniarka obozu  koncentracyjnego w  Ravensbruck.  Przybyła do Montrealu w roku 1951 i prędko  się włączyła  do pracy  społecznej.  Należala do Stowarzyszenia Polskiego,  uczyła młodzież polską tańców ludowych.  W  1981 roku założyła  Komitet Pomocy  Solidarności, później  zwany  Komitetem Pomocy Polsce i  w nim  prowadziła zbiórki funduszy oraz organizowała transporty żywności,  leków i odzieży wysyłane następnie na ręce episkopatu w  Polsce. FPwK  zebrała znaczne fundusze (  w  setkach  tysięcy dolarów) oraz  obfitą pomoc materialną wysyłaną następnie episkopatowi  polskiemu do rozdziału pomiędzy najbardziej potrzebujących w  Kraju..

Jeszcze  inną dziedziną  ogólnokanadyjską  działalności polonijnej organizowanej niemal  od pierwszych lat powojennych  były szkółki języka polskiego,  koła pieśni  i  tańca, obozy i pikniki dla dzieci organizowane i wspierane przez liczne imigrantki  polskie  z myślą o zachowaniu języka polskiego przez  dzieci uczące się w szkołach  kanadyjskich.

  właśnie sferą działalności społecznej zainteresowała się  Zofia Brodzka. Po  przybyciu  do  Toronto, w  1952  roku uwagę  jej  przyciągnęło harcerstwo  polskie, sobotnie szkolnictwo polskie oraz polskojęzyczna prasa. Była  przewodniczaca  Koła  Rodzicielskiego przy  szkole  im. A. Mickiewicza w  Toronto, ale szybko zaczęła  awansować.  Najpierw została administratorem  tygodnika  Głos-Gazeta  Polska. Następnie minister  oświaty  prowincji  Ontario  mianował ją  członkiem Board of  governors George Brown Community  College.  Była  współzałożycielką  Ethnic  Press  Association of  Ontario  i  wieloletnim dyrektorem  tego stowarzyszenia.  Była  członkiem Zarzadu  Głównego Kongresu  Polonii  Kanadyjskiej,  następnie pełniła różne funkcje w  jego  Komisjach.

Niektórte ze stowarzyszeń i komitetów organizowanych przez  Nową  Polonię miały konkretne cele pomocy nowoprzybywającym i dlatego po kilku  lub kilkunastu latach,  kiedy napływ   imigrantów zmalał zmieniały swoje cele, albo ulegały rozwiązaniu.  Inne natomiast funkcjonowały przez długie lata adaptując swoje cele zgodnie ze zmianami  sytuacji  w  Polsce i w  Kanadzie i  często zyskując poważną  pozycję  wśród innych  organizacji  charytatywnych kanadyjskich.

Przynależność do  organizacji  społecznych dla bardzo wielu Polek była naturalną konsekwencją rozwoju ich  życia na emigracji.  Inne,  znajdowały dziedziny swojej pracy społecznej przez zbieg okoliczności lub  przypadek, który bywał wyzwaniem dla ich energii i  zainteresowań.

Anna Zurakowska,  powojenna  imigrantka i  żona sławnego i  wielokrotnie odznaczanego pilota doświadczalnego, Janusza,  znalazła swoją dziedzinę pracy społecznej  dzięki  temu,  że pp.  Zurakowscy, jak wielu imigrantów powojennych z Ottawy i  Toronto kupili  sobie działkę w lasach nad jeziorem Kamaniskeg, koło miasta Barry's  Bay w  Ontario,  gdzie sto lat wcześniej  osiedlili  się  przybysze z  polskich  Kaszub.  Planując swoją  emeryturę  Zurakowscy  założyli  tam niewielki  hotel  turystyczny.  Stało się  zupełnie naturalne,  że stosunki pomiędzy  Zurakowskimi i potomkami Kaszubów  zaczęły ewoluować aż do punktu  w którym Anna Zurakowska została prezesem  Instytutu  Dziedzictwa  Polskiego- Kaszuby  The  Polish Heritage Institute-Kaszuby.[126] Jej  zasługą jest opracowanie i  wydanie  w  języku  angielskim pracy zespołowej w  postaci pięknego albumu The  Proud  Inheritance.  Ontario's Kaszuby, opisującego  historię osadnictwa  kaszubskiego w Prowincji  Ontario,  jego środowisko  i  zalety  turystyczne.Album  prezentuje ponadto fotografie zabytków oraz  przedmiotów o  swoistym kaszubskim charakterze.  Ponieważ w miarę upływu lat w  powstałym  regionie  Kaszubów  rozwinął się ośrodek harcerstwa  polskiego  w  Kanadzie,  a ponadto w tych samych okolicach zamieszkało wielu polskich  imigrantów powojennych, w tym  sporo  artystów  parających się różnymi  dziedzinami sztuk pięknych, inspirowanych zarówno malowniczymi okolicami  jak i  kulturą kaszubską,  więc dzisiaj  Kaszuby ontaryjskie stanowią wybitne centrum polskiej kultury etnicznej w Kanadzie.  Także potomkowie dawnych osadników zaczęli wracać do swojej ojcowizny  i  szukać korzeni  w tradycjach i kulturze  kaszubsko-polskiej.  Takę poszukiwaczką  jest  Gail  Henley     ( Olsheskie),  kaszubska pisarka, która opublikowała książkę   Where The  Cherries End Up, (Gdzie  czereśnie już nie rosną) mówiącą o trudach powrotu do korzeni etnicznych,  o  potrzebie tolerancji i o  rozwijaniu zainteresowań  kulturą przodków.  Publikacja przetłumacznoa na język polski została wydana w Polsce w 1985 roku.

Wybitną  postacią wśród Polek w  Toronto  była od lat  60-tych Jadwiga Wanda  Jurkszus-Tomaszewska, pisarka, krytyk i  dziennikarka.  Od czasu przeniesienia się z  Montrealu do Toronto  Jadwiga Jurkszus-Tomaszewska obok  swojej pracy zawodowej w  Ministerstwie Imigracji i  Zatrudnienia utrzymywała stałe kontakty z polsko-języczną  prasą w  Kanadzie  ( Prąd  i Głos Polski),  w Londynie  (Wiadomości).  Pisywała również do  paryskiej Kultury a po  roku  1990-tym  także  do krakowskiej Dekady literackiej.  Była  długoletnim  członkiem Zarządu Polskiego Funduszu  Wydawniczego,  współpracowała z  FPwK, z Fundacją Mickiewiczowską,  Fundacją  Reymonta   a także  zajmowała  się teatrem  "Smocza  Jama"  w  Toronto.  Ponadto jest autorką  cennej publikacji  Kronika  Pięćdziesięciu lat. Zycie kulturalne polskiej  emigracji w  Kanadzie. Ta  publikacja z roku  1995 jest obiektywnym  dowodem  żywotności  i prężności polskiej kultury w  Kanadzie w okresie od 1940 do 1990 roku[127]

 

 

                   Imigrantów przybywa, Kanada się zmienia

 

Po  zakończeniu  wojny w  1945 roku przed  milionami  Polaków rozsianych po całym świecie stanęła konieczność dokonania wyboru powrotu do Kraju, albo pozostania na emigracji. Bardzo wielu  nie chciało  lub   nie mogło wracać do Polski pod  rządy  komunistów, więc wybierali  emigrację.  Do  Kanady,  w  latach  1945 - 1957   przybyło około  65 000 Polaków.[128]

Kanadyjskie urzędy imigracyjne zostały wówczas  zalane tysiacami podań o stały  pobyt składanymi  przez  zdemobilizowanych  żołnierzy   wojsk  alianckich pochodzacych  z  Europy  wschodniej i  bezdomnych  ludzi, DiPisów  w  czasie wojny  wywiezionych do Niemiec   przez  hitlerowców.  Z  punktu widzenia rozwijajacej się gospodarczo Kanady,  była to okazja do uzupełnienia swego  społeczeństwa przez  zdrowych (nie przyjmowano  chorych  i  ułomnych) i w dużym  procencie  wykształconych Europejczyków, którzy nie  mogli,   albo  nie chcieli  wrócić do swoich  krajów pod sowiecką  okupację[129]  . Roczne kwoty ilości  imigrantów wpuszczonych do Kanady zależały od  kraju urodzenia. Stąd  zdarzało się, że Polak  urodzony w  Turcji  jako  Turek  otrzymywał wizę w  parę miesięcy, a jego brat urodzony  w  Polsce musiał na nią   czekać parę  lat. Było też sporo innych przepisów, które miały sprawdzać polityczną orientację petentów, albo kontrolować czy  nie wwożą zwierząt lub  rzeczy niepożądanych dla  środowiska  naturalnego  Kanady, jak obowiązkowe w latach  50-tych deklarowanie,   że się nie  przywozi czerwonych wiewiórek (w  Kanadzie są  szare  i  czarne wiewiórki, a tylko na dalekiej północy kraju    czerwone).  Strach rządu kanadyjskiego przed  importem prostytucji odbijał  się  specjalnym  traktowaniem podań samotnych  kobiet przez  niektóre urzędy imigracyjne w  Europie. Kiedy od grupy  młodych  kobiet z  Niemiec z podpisanymi  kontraktatami  na pracę   zażądano  medycznych dowodów dziewictwa w prasie kanadyjskiej podniósł się krzyk o  dyskryminowaniu  kobiet. Pod naciskiem opinii publicznej paragraf został wycofany.  Zaczynały się nowe  czasy.

Wraz z powojennym masowym   napływem nowych imigrantów nie zmieniły się  jednak kanadyjskie przepisy dotyczące  pracy  fizycznej   nowo  przybyłych sponsorowanych przez  rząd  kanadyjski.  Według nich każdy młody mężczyzna musiał  podpisać  kontrakt robotnika rolnego[130] ,  a kobieta kontrakt służącej lub sprzątaczki.[131].  Z  drugiej  strony jeśli po jakimś  czasie pracy zgłaszający potrzebę robotników lub służących nie mieli dalszej  pracy dla zakontraktowanych imigrantów, to lokalne urzędy imigracyjne łatwo zwalniały  tych ostatnich z reszty zobowiązań kontraktowych.  Pisze o  tym T.  Wydźga[132]w swoich wspomnieniach. Także jedna z  moich  znajomych  imigrantek, pani  Z., która  przybyła do Kanady w latach  wojny jako  kandydatka na służącą (chociaż się zupełnie nie nadawała do  tego)  opowiadała mi,  zaśmiewając się  przy tym, że kiedy jej pracodawczyni  napisała list do urzędu imigracyjnego o niskich kwalifikacjach przysłanej  służacej, urząd ten  zwolnił p. Z. z kontraktu i zalecił jej szukanie pracy  na własną rękę.  Po paru  krótkotrwałych zajęciach  fizycznych, okazało się, że posiadana przez  nią znajomość kilku języków europejskich właśnie  jest   poszukiwana  w  federalnym  urzędzie imigracyjnym.  Moja znajoma  przepracowała   w nim  wiele lat, aż do emerytury.

Maria A.  Jabłońska, matka znanego  kanadyjskiego  pianisty,  Marka  Jabłońskiego (  urodzonego w  Polsce na  początku  wojny)  tak  zaczyna opowieść o  początkach  życia ich rodziny w  Kanadzie: "Wylądowaliśmy w  Kanadzie w  1949 roku i zaraz   jechaliśmy  prosto do  Edmonton,  gdzie przyjaciel mego męża załatwił nam  pracę jako  pomoc na farmie. Oboje z  mężem  mieliśmy   wykształcenie uniwersyteckie, ale tutaj  to nic nie znaczyło.  W  tamtych  czasach było  nie możliwe uzyskanie imigracyjnej  wizy  kanadyjskiej bez  podpisania kontraktu  pracy na farmie albo w  przypadku kobiet pracy  służącej.  Nawet trzy doktoraty nic by w tym  zakresie nie zmieniły.  Wprost  przeciwnie, mogłyby się przyczynić do zrujnowania szansy otrzymania wizy. Dlatego  najlepiej  było udawać zwykłego robotnika.  Kanada nie  chciała  przyjmować ludzi  wykształconych poza jej  granicami,  więc  lepiej było nie przyznawać  się do wyższego  wykształcenia.  Po kilku  latach nagle  przepisy  zostały  zmienione i  głoszono potrzebę ludzi  wykwalifikowanych  w  każdym  rodzaju  profesji  i  zawodu. Niestety  dla nas ta zmiana przyszła za  późno.  Granice wieku przy przyjmowaniu   do pracy w specjalności mego męża były ustalone i on  był już  za stary.  Niemniej byliśmy  szczęśliwi, że  nie potrzebowaliśmy już  pracować dla naszego  farmera.[133]

Dla rodzin,  które  zamierzały pozostać w  Quebec'u,  gdzie było dużo  opuszczonych  farm[134],  był też  możliwy wariant osadzenia na opuszczonej  farmie.  Farmy te  położone  zazwyczaj  daleko od  miast, na terenach nie  najwyższej  jakości były przeważnie w ruinie.  Bez  inwentarza  żywego, bez elektryczności i  często  bez wody  bieżącej były tak nieatrakcyjne dla  Kanadyjczyków,  że rząd umyślił osadzać na nich rodziny  emigrantów, którzy  byliby obowiązani pracować na nich do  pięciu  lat  zanim  gospodarstwo przeszłoby na ich własność z  prawem ewentualnej sprzedaży.  W  ten sposób farma zostawała jako  tako  zagospodarowana, a rząd  federalny zostawał zwolniony z odpowiedzialności za  przeżycie pierwszych lat przez  imigrancką rodzinę.

Taką  właśnie  farmę w  Abercorn  otrzymala jako  środek do  życia rodzina  hr. Zamoyskich, którzy chociaż w  przedwojennej Polsce mieli  ordynację rolną i  rozległe dobra, ale przecież  nie mieli   pojęcia o  tym  jak  się osobiście pracuje na roli.  Mimo  to na farmie w Abercorn przeżyli  kilka lat zanim zdołali  się przenieść do Montrealu,  gdzie Jadwiga  Zamoyska jako jedna z  pionierek polskiego  sobotniego  szkolnictwa  poświęciła polskiej  Radzie Szkolnej w  Montrealu  oraz  sobotniej  szkole polskiej im.  Emilii  Plater, w dzielnicy montrealskiej  Notre  Dame de  Grace  wiele lat swego życia. Długoletnią  prezeską Rady  Szkolnej i  kierowniczką sobotniej  polskiej szkoły im. Emilii Plater  była też  Irena Zofia  Romanowska,  sanitariuszka z Armii  Andersa. W  szkole  im.  Emilii Plater  uczyła także  Maria Lewicka,  członek  Szarych  Szeregów, jeniec  3 obozów niemieckich. .

Z podobnych  "okazji"  nabycia  farmy na własność skorzystali  niektórzy,  bardziej  profesjonalnie przygotowani ex-wojskowi z  Armii Polskiej na Zachodzie,  szczególnie jeśli ich żony były gotowe żyć i pracować na farmie. W  Quebec'u na kilku takich  farmach rozwinęli  oni gospodarstwa  specjalistyczne, inne zostały zamienione w przedsiębiorstwa agro-turystyczne.  Rotmistrz Janusz Wiązowski  zmienił swoją farmę  w szkołę  hippiczną dla młodzieży quebeckiej.  Dla dzieci  Polaków z  Montrealu  była to  doskonała  kombinacja wakacji  połączonych z  nauką  jazdy konnej bardzo modnej w  latach sześćdziesiątych [135].  Kilkadziesiąt  dziewcząt polskich  z Montrealu spędziło tam wspaniałe  wakacje, a  przy okazji  nauczyło się  jeździć  konno.  Innym  przykładem sukcesu połączenia rolnictwa z  turystyką była  założona przez  małżeństwo  T.  Lintnerów  "gospoda na wsi" -  lodge  dla gości z  Montrealu.  W  pięknej okolicy L'Estrie pod  miasteczkiem   Sutton można było  spędzić   na niej  weekend   lub dłuższe wakacje. Jeszcze  innym  przykładem była  farma  pułkownika  Wacława  Makowskiego w  okolicy Covey  Hills, nie mniej  malowniczej, południowo- zachodniej części  Quebec'u.  Urządzane tam pikniki i spotkania  na łonie natury pozwalały licznym  Polakom na jednodniowe wypady z upalnego w lecie Montrealu, a także były okazją do spotkań ze współrodakami.  Jeszcze innym przykładem jest osiągnięcie  Władyslawa  Żebrowskiego, który znalazł swoje miejsce w  Kanadzie nad Pacyfikiem. Zamieszkał on samotnie na górze Whistler położonej w pobliżu  Vancouveru.  Przejęty wspaniałym widokiem i doskonałymi  warunkami dla zimowej  turystyki namówił kilku znajomych  inwestorów do  zagospodarowania części góry  Whistler jako ośrodka narciarskiego. Pomysł okazał   się niezwykłym  sukcesem i  Whistler stał się znanym międzynarodowym ośrodkiem turystycznym na zachodnim  wybrzeżu  Kanady.  Jego podmiejskość   -  jest położony  w odległości mniej więcej godziny   jazdy samochodem  od  Vancouveru,  pozwala  turystom na    korzystanie w ciągu dnia z warunków śnieżnych góry, a wieczorem z  przyjemności  pięknego   miasta o kolorycie międzynarodowym.

W latach  czterdziestych    i pięćdziesiątych życie imigrantów było nadal oparte na ciężkiej pracy i nie było wolne od dyskryminacji. Wprawdzie ta ostatnia w dużej mierze zawsze  zależała  od charakteru poszczególnych  ludzi, ale w  miarę jak do Kanady napływali  ludzie z demobilu i DiPisi z  wyższym  wykształceniem dyskryminowanie imigrantów zaczynało w ośrodkach miejskich graniczyć ze śmiesznością.  Tylko bardzo ograniczeni ludzie mogli nie zauważyć, że  przybysze z Europy ( nawet jeśli pracowali  fizycznie) mieli postawę ludzi ogładzonych i wykształconych, co  często imponowało ludziom  miejscowym. Zdarzało się jednak, że w  ferworze budowania własnych fortun, dużych lub małych, niektórzy Kanadyjczycy ignorowali uwagi urzędów imigracyjnych i stosowali wyzysk emigrantów traktowanych z pozycji  lokalnej  wyższości.  Szczególnie odczuwali to imigranci kierowani do małych ośrodków, gdzie fizyczne oddalenie od centrów życia politycznego i kulturalnego Kanady sprawiało, że nie było  ani kontroli ich zachowania, ani  lokalnych impulsów do zaniechania dyskryminacji.  W  większych miastach Kanady można było natomiast znaleźć przykłady eksploatacji  imigrantów wywołanej zawiścią wobec  lepszych fachowców, ale  zbyt niepewnych jeszcze swoich praw, aby się o nie upominać.  Jak  wspomina  Irena Domecka  "W  latach  50-tych ( w  Albercie -  mój dopisek) istniała wyraźna dyskryminacja wobec Polaków. W tym też czasie  grupy etniczne innych narodowości zaczęły występować do rządu prowincjalnego  ze skargami  na dyskryminację i z postulatami zmian. W związku z tym rząd  Alberty powołał w 1956 roku  Radę Obywatelską ( Citizenship Council ), która stała się kanałem przekazywania rządowi skarg i postulatów etnicznych. Jako wiceprezeska Rady  mogłam podjąć wiele działań, które odbiły się nie tylko na moim  życiu ale i na polonijnym. Nawiązałam kontakty i współpracę z innymi  grupami etnicznymi w mieście, w tym z  najliczniejszymi -  włoską i  ukraińską.  Chociaż kilka lat później Radę Obywatelską  rozwiązano, jej  działalność  przyczyniła się istotnie do zorganizowania się grup etnicznych w  Albercie, dając początek ruchowi  wielokulturowości"[136]

Barry  Broadfoot, który w 1986 roku opublikował wspomnienia imigrantów z lat 1945-1967  cytuje  ostre  opinie na temat  dyskryminacji pozbierane przez  niego wśród  Neo-Kanadyjczyków. Opinie cytowane przez  B. Broadfoot są  skrajne i dlatego nie często są   wzmiankowane  w innych  publikacjach dotyczących imigrantów kanadyjskich.  Nadal  preferowane są opisy które  ograniczają  się do wychwalania dzielności nowo przybyłych i ich nadzwyczajnej woli w budowaniu nowego życia w Kanadzie.  Prawda  jednak  leży  po  środku.  "Dobroczynny" wpływ wojny na  Kanadę oraz powojenne pogłębianie się demokracji w całym  Kraju   znalazły odbicie w  interwencjach w  parlamencie  kanadyjskim.  Dotyczyły  one losu  powojennych  imigrantów  i domagały  się  łagodzenia  początkowych  trudności,  na które natrafiali nowi imigranci. Jedną z takich  interwencji była mowa  Bernarda  Dubieńskiego  w  senacie  kanadyjskim w 1947  roku podkreślająca potrzebę  zmian  ustawodawczych  prowadzących    do nowej koncepcji społeczeństwa  kanadyjskiego[142].

Z  chwilą, kiedy do  świadomości społecznej dotarł fakt,  że Kanada to  kraj imigrantów,  dawna  idea brytyjskiego kraju (  British  Country)  została  zastąpiona  przez  koncepcję mozaiki etnicznej.  Dla wielu przedstawicieli kolejnego  pokolenia imigrantów, którzy weszli do  kanadyjskiej  klasy  średniej,  różnorodność etniczna oznaczała bogactwo  społeczne.  Powiedzenie  wszyscy jesteśmy imigrantami, tyle,  że jedni  wcześniej,  a drudzy później  przybyli [143]  jest  już  wyraźnym odrzuceniem  dawnej  niechęci  do  imigrantów. I   tak  od późnych lat  50-tych w społeczeństwie  kanadyjskim  zaczynały się najpierw  pojawiać, a  następnie dominować cechy  tolerancji i  życzliwości  wobec  przybywających imigrantów.  Był to zresztą okres dobrobytu i  świadomości,  że świat się  zmienił i stare  wartości musza  być  poddane skrupulatnemu  przeglądowi.

O dekadę wcześniej-  w latach  pięćdziesiątych-  zaczęła się w  Quebec'u  revolution  tranquille,  ferment polityczno - społeczny, który  wyniósł do władz  prowincjalnych ludzi  młodych, dobrze  wykształconych i  gotowych zmienić oblicze społeczeństwa qubeckiego z zacofanego na otwarte na zmiany.  Stuletnia rocznica istnienia Kanady jako  Dominium  przypadająca w roku  1967[144]  przyspieszyła rozlewanie się fali modernizacji na wszystkie inne prowincje.[145]  Dostosował się do niej  i  rząd  federalny wprowadzając zmiany w prawie imigracyjnym.  Jednocześnie coraz  wyraźniej zaczynała być odczuwana w  Kanadzie świadomość  różnic  pomiędzy  Europą i  Ameryką.  Ogrom  kataklizmu II  wojny  światowej przeraził co wrażliwszych  Kanadyjczyków i rozbił w  puch dawny podziw prowincjonalnego Dominium dla Europy.  Współczucie dla uciekinierów ze starego  kontynentu nieprawdopodobnie zrujnowanego  i  wygłodzonego powoli  przekładało się na realia.  Działało także zrozumienie potrzeby  szybkiego wzrostu ludności.  Powojenny dobrobyt zależał od tego.  Canada is coming of age  ( Kanada  dorosła)  mawiano w  Winnipegu w roku  1967 o nowym obliczu tego ogromnego kraju.  Wreszcie  dzięki  II  wojnie światowej Kanada  zaistniała na mapie świata  jako kraj  prawa i porzadku ,  więc  rządowi  federalnemu  chodziło o to, aby świat postrzegał  Kanadę także jako  kraj  spokoju,  tolerancji i  dobrobytu.  Polityka  imigracyjna miała ten obraz  utrwalić i dostosować do niego  rzeczywistość w  Kraju.

Wprowadzone poprawki  do prawa  imigracyjnego zmierzały do zapewnienia nowo przybyłym łatwiejszego startu.  Tak  postępowały  już Stany  Zjednoczone, ofiarowując  najlepszym z potencjalnych  imigrantów wszelką   pomoc w zadomowieniu się i wielkie zarobki.  Tej  niełatwej konkurencji swego południowego sąsiada Kanada musiała sprostać  przez odpowiednie poprawki w starym prawie imigracyjnym.  Prędko się także   stało  wiadome, że  przez   przyciąganie wykształconych imigrantów, Kanada  oszczędzała  na kosztach  wykształcenia.  Warto zatem  było  organizować dla nich bezpłatne kursy  języka i ułatwiać im stawianie pierwszych  kroków na kanadyjskiej ziemi dopóki miejscowe uczelnie nie wypuszczą  wystarczającej   liczby własnych  absolwentów.

 

 

"Białe  kołnierzyki"  dla  imigrantek .

                   Dla uchodźców wojennych i powojennych niemożność  powrotu do rodzinnego  Kraju, a także szok  kulturowy związany z pierwszymi  przeważnie trudnymi  doświadczeniami   kanadyjskimi były  bardzo ważnymi  czynnikami w procesie adaptacji  do Kanady. Dla wielu starszych mężczyzn  emigracja do Kanady po  II  wojnie światowej była życiową  porażką. Nie tylko  stracili cały   majątek pozostawiony w  Polsce,  zostali  rozłączeni  z rodziną, ale  często  "utracili   twarz". W obcym kraju, przy słabej  znajomości  języka i przekroczonej  młodości czuli  się  bezradni i byli  tym upokorzeni. Niektórzy   nie mogąc  przejść nad tą porażką do porządku  gorzknieli i  zamykali się w sobie,  czasami poprostu zatrzymując się  mentalnie na roku  1939-tym. Inni odmawiali  akceptacji zmian w obyczajach wywołanych upływem  czasu i kanadyzacją. Dla jednych i drugich  spotkania z współrodakami o podobnych poglądach  były jedyną  terapią im  dostępną.  Z drugiej  strony wielu  imigrantów,  którzy  przeszli przez zsyłki na Sybir  i do Kazachstanu widziało Kanadę jako  nagle   dany im  raj.[146]

Ogromna większość nowo  przybyłych natychmiast zabierała się do budowania  swego nowego  życia,  szukała   pracy zarobkowej,  uczyła się  języka angielskiego, poznawała swoich sąsiadów.

Kobiety  na ogół mniej ulegały stresowi imigracyjnemu aniżeli  mężczyźni. Większość trzeźwo widziała rzeczywistość kanadyjską i  była gotowa  w niej  funkcjonować.  Zawierano wiele nowych małżeństw.  Wdowy i wdowcy wojenni i powojenni chętnie wiązali się ze sobą, licząc,  że nowa rodzina zapewni  im kontynuację kultury polskiej.  Samotni, zdemobilizowani  żołnierze także chętnie żenili się z Polkami, stęsknieni  do  domów, w których żony nie przychodziły do stołu wigilijnego w papilotach i w fartuchu kuchennym, święta rozpoczynając dopiero  25 grudnia tradycyjnym kanadyjskim indykiem. Dla Polaków z trudem  posługujących  się angielskim lub  francuskim nie bez znaczenia była możliwość używania polskiego na codzień w domu.

Kobiety, które nie miały prywatnego  sponsora szły do  pracy kontraktowej,  ale po jej  zakończeniu szybko  rozglądały się za zajęciami bardziej  odpowiadającymi  ich  poziomowi. Inne odrazu próbowały wykorzystać swoje umiejętności albo wykształcenie, chociaż  to nie było  łatwe, ponieważ w latach  powojennych  w społeczeństwie kanadyjskim ciągle jeszcze  pokutowało  przekonanie,  że kobiety wogóle nie nadają się do prac wymagających wyższych umiejętnoćci,  a mężatki   ponadto  dla honoru  męża powinny się były  zadawalać tym  co on zarobił.  Praca zawodowa mężatki była  więc uznawana za swego rodzaju upokorzenie dla obojga małżonków. Powojenna sytuacja Kanady była jednak  tak wyjątkowa i  braki na rynku  pracy tak  dotkliwe, że nawet  Kanadyjczycy zaczynali  doceniać pracę  imigrantek  z  cenzusami.Pierwsza polska lekarka w  Montrealu -  Petronela  Buckiewiczowa -  otworzyła  swój gabinet lekarski już w  roku 1952.  Garnęli się do niej liczni pacjenci z grup  etnicznych.  Aż do swej śmierci była cenioną i kochaną lekarką w  Montrealu.  Drugim podobnym  przykładem  jest  Jadwiga  Maria Sangowicz,  która  podczas  wojny przeszła przez  zielone granice czterech  krajów uciekając z  Polski  do  Szwajcarii,  gdzie studiowała i skończyła medycynę.  Po przybyciu  do  Montrealu  w roku  1951  praktykowała w  szpitalu psychiatrycznym  Hotel  Dieu,  a później  wykładała psychiatrię na  McGill  University , w  ALLAN  Memorial  Institute of  Psychiatry   oraz  na  Universite de  Montreal . W  innych  zawodach  przełamanie  tradycyjnej  niechęci  do  zatrudniania kobiet - fachowców  było  jednak  znacznie trudniejsze, mimo,  że rynek pracy ciągle był  nienasycony. Pojawiały się   więc rozwiązania połowiczne.  W różnych biurach, instytucjach i przedsiębiorstwach zaczynano zatrudniać wykształcone imigrantki z Europy  środkowej i  wschodniej, ale na  niższych  stanowiskach.  Nie mogły  przecież  jako kobiety  być równie profesjonalne  jak  mężczyzni.  Przykładem  kłopotów  stąd wynikających  może  być los  DiPiski,  Jadwigi  Ostrowskiej,  architekta z  zawodu i samotnej matki, która poszukując  pracy  w swoim  zawodzie  dowiadywała się,  że albo jest zbyt kwalifikowana  na  stanowisko  zajmowane w biurze architektonicznym  przez  kobiety, albo, ponieważ jest kobietą, nie może zająć stanowiska odpowiadającego jej kwalifikacjom. Wreszcie, nie przyznając się do swoich pełnych  kwalifikacji znalazła pracę jako kreślarz.  Podobny  los spotkał  Irenę  Sikorę,  inżyniera  chemii,  która ilekroć stawała  przed  możliwymi pracodawcami  słyszała  pytanie  szukasz  pracy dla męża  czy  brata,  kiedy  odpowiadała, że dla siebie następowała chwila zdumienia i  zaambarasowania, a następnie grzeczna lecz stanowcza odmowa. [147] I  ona musiała się  wreszcie zadowolić  pozycją  kreślarki  jako  szczytu  możliwych osiągnięć  kobiety  w  latach  50-tych  ub.  wieku.

              Kobiety pracujące  zarobkowo po niedługim   pobycie w  Kanadzie adaptowały swoje ubranie i sposób noszenia  się do środowiska, w którym  pracowały, starając się przynajmniej   zewnętrznie nie odbijać od współkoleżanek.  Wśród Polaków  jednak  odzyskiwały natychmiast swoją polską tożsamość. Kiedy szły do kościoła albo w odwiedziny, to po ubraniu i sposobie chodzenia przypadkowi przechodnie łatwo rozpoznawali w nich polskie imigrantki. Podwójność kulturowa,  cytowanej  we wstępie  Danuty  Mostwin jako  "trzecia  wartość"  wkraczała nieuchronnie w  miejskie środowiska polonijne.  Jej wpływ na pojmowanie świata i kultury obu krajów był  jednym z wyników adaptacji do Nowego Kraju.

Przymusowa imigracja  powojenna często  zwiększała kobiece zdolności przeżycia. Praktyczność,  zdrowy rozsądek i przyziemne priorytety, takie  jak  co ugotować na obiad,  jak  zabezpieczyć dzieci przed  zimą, gdzie  wysłać  je na obozy letnie i skąd wziąć na to  pieniądze ,  czy dom kupić  czy nie kupić itp  sprawy  były nieocenionymi kotwicami  pomagającymi w adaptowaniu się do Nowego Kraju.  Imigrantki odkrywały w sobie ukryte talenty, łatwo otwierały sie na życzliwość środowiska, skwapliwie wyłapywały okazje na poszerzającym  się  rynku pracy.

Zmiany też  już  wisiały w powietrzu. Kanada wyraźnie bogaciła się i jej pozycja w świecie rosła. Razem  z tym  rosły aspiracje tej  części społeczeństwa kanadyjskiego, która chciała widzieć Kanadę jako  kraj  dobrobytu, spokoju i tolerancji. Ta swoista  noblesse  oblige  wśród  praktycznych Kanadyjczyków przekładała się naturalnie na wprowadzanie  odpowiednich  zmian  ustawodawczych. Najpierw zniesiono obowiązek kontraktów na pracą  fizyczną,  zastępując  je  kontraktami zawieranymi  pomiędzy firmą  albo instytucją poszukującą wykwalifikowanych pracowników, a  poszczególnymi imigrantami.

Na tę  zmianę w polityce imigracyjnej  wpłynął także fakt preferowania przez rząd kanadyjski imigrantów wykształconych, którzy wyraźnie  nie nadawali się do prac robotników niewykwalifikowanych i którzy imigracją do Kanady byli  zainteresowani  tylko wówczas, kiedy zapewniała im ona możliwości rozpoczęcia lub kontynuowania kariery. To  wszystko odbiło się  także  na nowym wizerunku polskich imigrantów. Dla  nich  sprawą naturalną było,  że robiąc karierę w Kanadzie i asymilując się do społeczeństwa  kanadyjskiego  zachowują  swoją  własną polską  tożsamość kulturalną.  Stąd  formy asymilacji przedwojennych,  wojennych i powojennych przybyszów z Polski ewoluowały równolegle ze zmianami w społeczeństwie kandyjskim, ale nie były  identyczne.

Na przełomie lat 50-tych i  60-tych wprowadzono także zmiany  dla imigrantek. Stereotyp imigrantki jako służącej, niańki lub sprzątaczki w mieście albo robotnicy na wsi, powielany przez  rząd  kanadyjski z żelazną konsekwencją przez wiele  dziesięcioleci został najpierw  poszerzony o prace w fabrykach.  Przez Polki również i  te prace były bardzo  źle widziane. Wszystkie polskie imigrantki, które mogły sobie na to pozwolić wykręcały się od nich jak od zarazy. Ale zwolnione od nich były tylko  kobiety sponsorowane przez rodziny lub prywatnych sponsorów. Te kobiety mogły sobie szukać  pracy na własną rękę. Z tej  właśnie grupy rekrutują się pierwsze powojenne polskie urzędniczki, agentki, księgowe itp  pracownice biur,  podczas gdy reszta szła do fabryk. Niektóre  Polki przyjeżdżały w grupach  sponsorowanych przez  przedsiębiorców różnych fabryk,  przeważnie szycia  odzieży. Z taką grupą  100 Polek przybyła do Kanady  Katarzyna  Marszałek, sprowadzona na dwuletni kontrakt przez  przemysłowca quebeckiego jako robotnica do jego  fabryki tekstylnej w  Saint-George-de Beauce,  małej mieściny quebeckiej  położonej daleko na północny wschód od Montrealu. Kontrakt zapewniał  Katarzynie   Marszałek  płacę w  wysokości  16 centów za godzinę oraz  zakwaterowanie u sióstr  zakonnych zgromadzenia  Bon  Pasteur. Praca  była nisko  płatna  i mało  atrakcyjna, ale w najtrudnieszym okresie adaptacji do Kanady zapewniała dach nad głową i zarobek wystarczający na przeżycie. Po roku pracy w fabryce  Katarzyna  Marszałek  wyszła za mąż,  dzięki  czemu  uwolniła się  od nielubianej pracy i przeniosła się do Montrealu. Podobnie i inne Polki  chętnie opuszczały nisko płatne  kontrakty,  uważając słusznie,  że nie dawały one żadnych perspektyw na przyszłość.  Jeszcze wiele lat później wśród polskich  imigrantek  pokutowało porzekadło,  że wszystkie imigrantki  muszą  zaczynać w Kanadzie albo od sprzątaczki, albo od "przyszywania guzików" w fabryce konfekcji.

Ciągle panujący wyzysk imigrantów był powodowany z jednej strony brakiem kontroli wywiązywania się kanadyjskich pracodawców ze swoich zobowiązań, a z drugiej brakiem  znajomości praw i obowiązków  wśród  imigrantów

Gwoli sprawiedliwości dodać należy,  że chociaż Kanada  już  zaczynała się czuć bogata i  powoli otwierała  się na świat, to jednak w latach 1945 -1957  przeciętny Kanadyjczyk nadal nie był  przygotowany na spotkanie imigrantek ubogich,  lecz dobrze wykształconych i bardziej od niego światowych. Wielu poprostu nie wiedziało  jak się zachować  wobec kobiety, która jako jego koleżanka po  fachu mogłaby go poprawiać w sprawach  zawodowych,  więc po prostu wolało unikać takiej  właśnie  sytuacji.  Aby nie przyznać się do tych  obaw  często zasłaniano się tym,  że klienci wolą o sprawach  biznesu  rozmawiać z mężczyznami, albo, że  kobiety nie znają kodu profesjonalnego  zachowania, albo,  że ich kobiecość będzie taką  dystrakcją dla klientów,  że zakład pracy na tym  ucierpi  itp. Nieco później,  kiedy  jednak kobiety  pojawiły się w biurach wymyślano dla nich specjalny kod ubrania, odpowiednią długość spódniczki  i rękawów i  ach,  broń  Boże nie noszenia spodni do biura. Były też  poważnie roztrząsane problemy o ile mniej powinna zarabiać kobieta, aniżeli jej kolega na tym samym  stanowisku, albo jak daleko może  ona awansować bez posądzania jej o posiadanie specjalnych względów szefa. Wreszcie sporo było zwykłej ludzkiej zazdrości o kwalifikacje, o posadę, o stanowisko  przy  oknie (to  zarezerwowane dla bardziej  cenionych pracowników),  o  przydzielanie grantów, projektów, spraw do opracowywania  w biurach, w których akurat nie było nikogo, kto by się  przejmował nadużywaniem pracy imigrantów i  ich  niskimi  zarobkami wywołanymi  zarówno brakiem  znajomości własnych praw jak i  ich  przymusową sytuacją.  Zdarzało się, że właśnie przez  zazdrość przyszłych kolegów  i  koleżanek imigrantka nie mogła uzyskać nostryfikacji swoich dyplomów, a przez to  otrzymać pracy zgodnej ze swoimi kwalifikacjami.

Wyniesione z Polski wykształcenie zaczynało jednak  na przełomie lat 50-tych i  60-tych  być  przydatne przy poszukiwaniu lepszej pracy. Nie wyrażało już "arystokratycznych fanaberii",  mogło  stanowić natomiast o lepszym starcie w Nowym Kraju.  Rząd  kanadyjski  wyraźnie chciał docenić wkład imigrantów  w rozwój  gospodarczy i kulturalny Kraju.  II wojna   światowa dowiodła bowiem, że wpuszczanie do Kanady   wyłącznie ludzi bez wykształcenia nie tylko  wypaczało strukturę społeczeństwa, ale także hamowało rozwój  gospodarczy  kraju.  Sytuację  z lat wojny  uratował przecież  masowy napływ imigrantów posiadających wyższe wykształcenie,  lub  dobre  kwalifikacje. To też kiedy powojenny kanadyjski dobrobyt wymagał fachowców, których ciągle było mało,  rząd federalny ostrożnie dopasowywał swoją  politykę imigracyjną do potrzeb  Kraju,  zachęcając do przybycia do Kanady dobrze wykształconych kandydatów na imigrantów. Oczywiście  przesądy i  animozja społeczne pokutowały jeszcze przez  lata i to odbijało się  szczególnie  na rynku   pracy   imigrantek, którym było trudniej znaleźć  pracę odpowiadającą  posiadanemu  wykształceniu.  Wiele z nich przez  lata  na przykład w  Brytyjskiej Kolumbii musiało  się  przekwalifikowywać,  ponieważ  bez lokalnego  dyplomu nie mogły dopełnić warunków  otrzymania pracy. 

Niemniej  od  przełomu lat 50-tych i  60-tych młodsze wiekiem Polki  z zapałem  poszukiwały furtek, które pozwoliły by im  znaleźć pracę  w sferze   "białych kołnierzyków"  (white collars) .  Pomagała  dobra angielszczyzna i  znajomości.  Wielkie  magazyny handlowe jak  Eaton's,  Ogilvy, lub  Morgan  (późniejszy  The Bay )  poszukiwały   sprzedawczyń, kasjerek, kontrolerek,  którym potrzebne były  rekomendacje. Tak  na  przykład generałowa  Zofia  Kasprzycka,   znana z elegancji i  dobrego  smaku została  zaangażowana  u  Eatona  w  Montrealu,  w dziale  eleganckich  i kosztownych  strojów  kobiecych  (w  Ensemble  Shop) . Z  jej usług  korzystały najbogatsze  Kanadyjki poszukujące  strojów na  przyjęcia  lub  bale. A  jak  bardzo  sobie  ceniły  jej  rady świadczy  fakt,  że  Eaton  zatrudniał    jeszcze  wiele lat  po  dojściu  do  wieku  emerytalnego.[148] Dopóki  zdrowie jej na to pozwalało  generałowa Kasprzycka  brała także udział w  pracach przy  bazarach polonijnych.

 Czasami,  także  wystarczała jedna  polska  imigrantka, jak  na  przykład  Róża Maria  Szyllingowa, która w  firmie RCA Victor  doszła do stanowiska dyrektora personelu żeńskiego, aby  wiele  nowo przybyłych Polek i Polaków znalazło tam swoją pierwszą  pracę.

Oficjalna polityka tolerancji  były nieustępliwa  i kładziono na nią coraz  większy nacisk.  Rasistowskie albo dyskryminujące zachowanie było  bardzo  źle widziane, a nawet karane.  Rząd federalny i rządy prowincjalne dawały społeczeństwu do  zrozumienia, że czasy  się  zmieniły, i że Kanada potrzebując imigrantów musi ich traktować z szacunkiem należnym  każdemu człowiekowi.  Urzędy imigracyjne zobowiązano do większej opieki nad nowo  przybywającymi, a nawet do udzielania  im pomocy w postaci  wyszukiwania im  okresowo  bezpłatnych  mieszkań, kursów językowych  i  zawodowych, prawa  do bezpłatnej pomocy medycznej, itd.

Urzędnicy  imigracyjni znali też  awersję imigrantek do pracy sprzątaczek i służących i w miarę możliwości starali się  znajdywać inne zawody.  Zamiast przydzielania poszczególnych  imigrantów do indywidualnych pracodawców  zaczęto kierować przybywających z zagranicy fachowców do małych osiedli i miast potrzebujących  odpowiednich spocjalistów. Zazwyczaj były to miejscowości nowo  otwarte lub otwierane przez jakąś  kompanię, która właśnie zbudowała nowy ośrodek  wzbogacania rudy, lub  wydobywania diamentów, produkowania energii  hydroelektrycznej   itp  i potrzebowała odpowiednich  fachowców dla siebie  oraz  do dziedzin usług świadczonych załodze przedsiębiorstwa.  A że ten nowy  ośrodek  był na bezludziu, strasznie daleko od miast, więc Kanadyjscy specjaliści  nie chcieli  się tam osiedlać.  To  też  rząd starał  się  umieszczać tam  nowych imigrantów.

Zaraz po  wojnie rząd federalny zaczął  zatrudniać imigrantki poliglotki jako  tłumaczki, lub w departamentach ,  gdzie znajomość języków  ułatwiała pracę  z  klientami. W  przełomowym okresie   50-tych i  60-tych   lat wraz ze zwiększaniem agend  rządowych szukano  pracowników do nowo powstających departamentów, takich jak  np. kartograficznego lub statystycznego. Przyjmowano kreślarki, kartografki, statystyczki  oprócz zawsze poszkiwanych  recepcjonistek i  telefonistek. Prawie równocześnie agencje ubezpieczeniowe, które sprzedawały klientom  swoje polisy zaczęly przyjmować kobiety do  pracy " na komisję". później firmy pośredników obrotu  nieruchomościami w miastach zaczęły  zatrudniać agentki, które pokazywały klientom  domy na sprzedaż.  Te dwa ostatnie zawody do dziś są cenione  przez  matki dzieciom w wieku  szkolnym, ponieważ nie wiążą  się ze sztywnymi  godzinami pracy.

W  latach  50-tych w większych miastach pojawiały się  już  pierwsze polskie dentystki, lekarki,  fizioterapeutki  i pielęgniarki. Dla otrzymania zezwolenia na pracę musiały nostryfikować się, albo dorabiać dyplomy kanadyjskie, mimo,  że jeszcze z Polski przywiozły odpowiednie dyplomy. Podczas studiów kanadyjskich,  były częstymi  obiektami  żartobliwych docinków, lub złośliwości ze strony kolegów, dla których studiujące kobiety były dziwnym, a  często, jeśli  były lepsze niż oni,  irytującym zjawiskiem. One jednak nie przerywały studiów nawet jeśli  były w ciąży.

W Prowincji  Quebec według obowiązujących starodawnych  przepisów mężatki nie mogły  samodzielnie  dokonywać większych zakupów.  Jak opowiadała mi znajoma dentystka, kupując  na  przełomie lat 50-tych i  60-tych  wyposażenie swego  gabinetu musiała na kontrakcie kupna mieć podpis swego męża wyrażający zgodę na taki duży wydatek, chociaż zarabiała już wtedy więcej niż  on. To  głębokie przekonanie, że mąż jest odpowiedzialnym właścicielem  żony i  że on decyduje co żona może kupić długo  jeszcze pokutowało w kanadyjskich umysłach. Kiedy w latach 80-tych  Jadwiga Urbańska razem  z mężem  zdecydowali  się kupić dom i zapisać go na jej nazwisko, prawne załatwienie  kupna nadal  wymagało pisemnej  zgody doktora W.  Urbańskiego.

Pisząc o  imigrantkach z lat  powojennych nie sposób pominąć osoby  Alicji Poznańskiej-Parizeau,  żony profesora uniwersyteckiego i następnie zamożnego polityka quebeckiego,  Jacques'a Parizeau, który wyrósł na fali  revolution  tranquille  i  przez następne czterdzieści lat  odgrywał jedną z najważniejszych ról w   Partie  Quebecois,  partii politycznej Quebeku dążącej do oderwania Prowincji od Kanady. Alicja  Poznańska-Parizeau urodziła się  koło  Krakowa, jako  11-letnie dziecko utraciła oboje rodziców rozstrzelanych przez  Gestapo.W Powstaniu  Warszawskim była  łączniczką i  za odwagę została odznaczona Krzyżem Walecznych. Po wojnie w Paryżu poznała  Jacques'a  Parizeau, za którego wyszła za mąż w 1955 r.  W jej  życiu  w Kanadzie dominowała dwutorowość:  głębokie przejęcie się sprawami Polski oraz zrozumienie  Quebeku i jego żądań[149]. Była wybitną postacią zarówno wśród Polonii  jak i w społeczeństwie quebeckim.  Będąc profesorem  kryminologii na  Universite  de  Montreal   współpracowała jednocześnie z pięcioma najpoczytniejszymi pismami Prowincji, a także pisała powieści. Za jedną z jej  ostatnich powieści,  napisaną  po  francusku -  Bzy kwitną w Warszawie-  otrzymała pierwszą nagrodę na konkursie Związku  Pisarzy Języka  Francuskiego w Paryżu[150] W roku 1987, a więc w czasach gorących kłótni na temat niepodległości  Quebeku została mianowana oficerem Orderu Kanady, jako jedna z niewielu Polek, które zostały zaliczone w poczet  kawalerów tego  orderu.  Bardzo zaangażowana w politykę  quebecką nie zapomniała o swoich polskich korzeniach. W czasie, kiedy wykładała na  Universite de  Montreal    brała czynny udział w rozdzielaniu stypendiów studentom po doktoratach.  Jej  więc staraniom,  szereg  młodych polskich uczonych zawdzięczał swoje stypendialne wizyty  w  Montrealu.

 

 

             ROZDZIAŁ   IV                                                                  

 

 

             Etap  trzeci  ( 1957 -1979)    


             Paręnaście  lat po  wojnie,  a dokładnie na przełomie lat   50-tych i  60-tych  znowu  zmienił  się typ   przybywającej  w  czasie  II  wojny  światowej  Polki  emigrantki.                 
             Chłopki niepiśmienne, albo  zaledwie po ukończeniu paru klas szkoły  podstawowej,  emigrujące prosto z  zabitej  deskami wsi   po  I  wojnie światowej zostały  zastąpione w latach  20-tych  przez  żony i córki  robotników  przemysłowych, lub  biednych rzemieślników  już  z   Polski  niepodległej , ale ciągle jeszcze bardzo  biednej. Emigracja  zarobkowa   do " cudownej  Kanady"  skończyła się  z  początkiem kryzysu  lat  30-tych.           

                W  latach  40-tych  i  50-tych  wyczerpał się kontyngent  patriotycznych żon, wdów i córek,  żołnierzy  Armii Polskiej na Zachodzie, żołnierek , "Pestek"  oraz  DiPisek z bliznami  fizycznymi i mentalnymi po  doświadczeniach  wojennych.

                   Od chwili kiedy około  przełomu  lat  50-tych i  60-tych  Polska  uchyliła swoje szczelnie zamknięte uprzednio  granice,  pojawiły się  wycieczki zagraniczne i  wyjazdy  na stypendia itp.  Ich  uczestnikami  byli  najpierw  ludzie, do których  reżym komunistyczny  miał  jakieś  zaufanie, później  zaczęli  z nich korzystać także i  ci, którym  udało  się  otrzymać  zaproszenie od  krewnych  z   zagranicy i  którym   kłamstwem, lub znajomością    udało  się  otrzymać  polski  paszport. Wiele  Polek   wyjeżdżających w ten sposób wiedziało, że  z niewinnej  wycieczki do  Wiednia,  lub  do  Włoch już  do PRL  nie powrócą,  choć  przed wyjazdem  starannie  tę decyzję ukrywały. Lata spędzone w  PRL, nauczyły je specyficznej samodzielności  w układaniu sobie życia.  Przede  wszystkim   chciały  opuścić  komunistyczną Polskę. Z ich punktu widzenia przegrana kampanii wrześniowej 1939 roku  była mniej  ważna, aniżeli decyzje  traktatu  jałtańskiego podporządkującego  Polskę  Związkowi  Radzieckiemu. Od  tego narzuconego komunizmu chciały uciec i  były gotowe tę ucieczkę  zrealizować.  Liczyły na własne  siły i wierzyły,  że w  Kanadzie będzie  im  dużo lepiej.

Słowo  Kanada przez długi  czas miało w  Polsce dwa  znaczenia. W pierwszym oznaczało kraj,  w drugim było  skrótowym określeniem wszystkiego co materialnie  było najlepsze. Toteż wiele emigrantek od późnych  lat  50-tych   wybierało  Kanadę jako  cel  swojej  ucieczki. W  sile wieku, dobrze  wykształcone, nierzadko z kilkoma lub  kilkunastoma latami  praktyki w zawodzie,  świadome swego potencjału, te kobiety  chciały żyć w wolnym kraju bez nieustannej kontroli i zależności od decyzji partyjnych.  Opuszczały Polskę  wyjeżdżając nielegalnie, lub  w odwiedziny do krewnych, w  pojedynkę,  z  mężem lub partnerem,  zostawiając nieraz dzieci  na później.  Rzadko zdarzało  się, że wyjeżdżały  na emigrację legalnie całymi rodzinami. Wiele osób  przed wyjazdem  uczyło  się języka angielskiego lub francuskiego,  a czasem obu.

Wszystkie traktowały  swoją  emigrację  jako  wyzwolenie z nienawistnego systemu doceniając  wolność i tolerancję życia w Kanadzie. Kobiety   które w tym  uczestniczyły  były więc nie tylko emigrantkami  z  wyboru,  ale też  reprezentowały  jednostki  dynamiczniejsze  i  bardziej uparcie  dążące do  upatrzonego celu. Niektóre z nich po  odzyskaniu  niepodległości przez Polskę  w 1989 roku wracały do Starego Kraju.  Inne jechały w  odwiedziny do rodzin, przyjaciół i  żeby  zobaczyć Polskę  z nowej perspektywy emigrantki.  Wiele było krytycznych wobec społeczeństwa, z którego wyjechały.  Nina z publikacji  A.  Ziółkowskiej tak  pisze: Gdyby  mój mąż nie  wyjechał,  ja bym nigdy  Polski nie opuściła.  Czułam się z nią  związana i źle  się w niej  nie czułam.  Kiedy po kilku latach  przyjechałam w odwiedziny -  biegałam od jednej kawiarni  do  drugiej,  zajadałam się  ciastkami,  bigosem, flaczkami.  Kiedy  mnie różne przykrości  spotykały  najpierw się  śmiałam,  a potem  następowała refleksja - Tego nie ma w  Kanadzie...i  tęskniłam  do mojego  domu  w  Kenorze... Pamiętam jak w tramwaju jedna kobieta  popatrzyla   na mnie i  powiedziała -  kociak  ekshumowany...  takich reakcji w  Kanadzie się nie spotyka i dlatego jest powód, dla którego nie chciałabym  wrócić...[151]

W  nowo wprowadzonym przez urzędy imigracyjne systemie punktowania, wiek, płeć i poziom  wykształcenia były  starannie brane pod uwagę .  Młode samotne kobiety  z wykształceniem były witane z podwójną radością  ponieważ Kanadyjczycy  zawsze liczyli,  że także wyjdą  za mąż i urodzą  dzieci.  Już w momencie lądowania w  Kanadzie dawano im  życzliwie do zrozumienia,  że oczekuje się od nich aktywnego włączenia w życie Kanady,  czesto  przy tym podkreślając,  że ich problemy językowe są  chwilowe,  że pracodawcy  chętnie dadzą im  czas  na potrzebną  adaptację.   Ta  życzliwość  podejścia  Kanadyjczyków,  po frustracjach w  Polsce była dla wielu  emigrantek miłym  zaskoczeniem ułatwiającym   im  otwarcie się  na społeczeństwo kanadyjskie.  Sam  fakt pracy zarobkowej w wyuczonym zawodzie był  okazją do nawiązywania znajomości i socjalizacji,  a że  dla  Kanadyjczyków  komunizm  i co  za tym  idzie  uciekinierzy  z  krajów  komunistycznych  byli wtedy  przedmiotem  niepojętych  dziwów, więc opowieści o życiu w Polsce i jego trudnościach budziły zawsze  wiele  ciekawości.  Okropności  obozów sowieckich,  głodów i poniżeń, opowiadane i opisywane w publikacjach uciekinierów z  ZSSR były  wówczas  porównywane z życiem codziennym  krajów satelickich i ich lokalnymi  odmianami  komunizmu. Mieszkańcom ich Kanadyjczycy nie szczędzili swojej  sympatii.

 

Stara  i  Nowa  Polonia


            Po  doświadczeniach kpin i  krytyki z jaką  uciekinierki  z Nowej  Emigracji  spotkały się  ze strony  członków Starej  Emigracji w początkowych latach swego pobytu w Kanadzie, kobiety  te na ogół  brały słaby  udział w nawiązywaniu kontaktów z przedwojennymi imigrantami. Mimo  to  godzenie się  Starej i  Nowej  Polonii związane z  wysiłkami  poszczególnych członków obu  grup, a  także  z  upływem  czasu  powoli  poszerzało  się. W  obu  "obozach"   znajdowało  się   sporo  ludzi życzliwych z natury i  chętnie współpracujących  razem. Przedwojenni  imigranci ze  Starej  Polonii, którzy byli  gotowi  współpracować z   Nową  Polonią mieszkali  naogół  w  miastach Kanady  i obok  kanadyjskiej mieli  także  poczucie   polskiej  tożsamości. Było  wśród nich sporo  weteranów z  legionów lub z wojska  polskiego z czasów  I  wojny światowej,  i wojny  bolszewickiej  1920/21. Wielki  kryzys lat  30-tych  zepchnął  wielu z  nich  na krawędzie  biedy i  głodu,  zmuszając do szukania pracy gdziekolwiek  by  ona była.  Niektórzy  wyjeżdżali  do  kopalń w  północnym  Ontario,  inni  chwytali  się  każdej  pracy  nawet  najniżej  płatnej byle  utrzymać rodziny  i  dopiero  początek  II  wojny światowej, który  przerwał  spiralę  bezrobocia,  pozwolił  wielu  z nich powrócić  do  wyuczonych zawodów i  znaleźć  stałą  pracę.

W  Montrealu  dwie takie rodziny  zasługują  na szczególną  uwagę. Są  to  Krystyna i  Stefan  Idziakowie  oraz  Julian i  Wanda  Wróblewscy.

              Krystyna i  Stefan  Idziakowie, już  przez nas  wspominani,  w czasie wojny  byli  właścicielami  niewielkiego  sklepu  "kolonialnego" , licznie odwiedzanego przez  uchodźców  wojennych .  Stefan  Idziak był  weteranem wojska polskiego  z  czasów  I  wojny  światowej, a do Kanady  przybył w latach  20-tych,  podobnie jak jego  żona  Krystyna.  Oboje zasłużyli się wielką  pracą  społeczną w czasie międzywojnia wśród  Starej Polonii w  Toronto,  gdzie mieszkali i pracowali  przez długie lata.  Po  przeniesieniu się do Montrealu  i  już podczas  II  wojny  światowej  życzliwość swoją  rozszerzyli  także  i na uchodźców wojennych. Byli ośrodkiem informacji i życzliwej pomocy dla wielu  świeżo  przybyłych  Polek i  Polaków.  Po  roku  1945 chętnie też włączali się w struktury  organizacji  Nowej Polonii i  w jej Komitety  charytatywne na rzecz  społeczeństwa w  Polsce.  Krystyna  Idziak  przez  wiele lat  była  aktywną  członkinią  Komitetu  Pomocy  dzieciom  Polskim.

            Podobnie  życzliwi i  oddani  sprawie pomocy   wojennym i  powojennym  polskim  imigrantom  byli  Julian i  Wanda  Wróblewscy.  Julian  Wróblewski  był  weteranem   legionów  i  do  Kanady  przybył  na początku lat  20-tych. Krótko  po  tym w  chórze  kościelnym w   Montrealu  poznał   siedemnastoletnią  Wandę  Tułasiewicz , również  niedawną  imigrantkę  i  podobnie jak  on  szczerą  patriotkę. Od  chwili   ślubu  zaczęli  razem wśród  Polonii  montrealskiej  pracować społecznie.  Jednak  dopiero w  czasie   II  wojny  światowej i po jej  zakończeniu  ich  działalność społeczna rozwinęła się   na dużą  skalę.  Wanda  pracowała  w  Czerwonym  Krzyżu,  a  Julian  zajmował  się  żmudnym  wyszukiwaniem  pracy dla    zdemobilizowanych   żołnierzy  polskich ,  których  rząd  quebecki  umieścił  w  obozie przejściowym w  St- Jean de   Richelieu. Właśnie podczas jednego z wyjazdów  do  St-Jean, zmierzających  do  pomocy  zdemobilizowanemu  Polakowi  Julian  Wróblewski  wraz  synem  stali się  ofiarami  wpadku  samochodowego w którym  syn  pp.  Wróblewskich  został  zabity  a   ojciec  ciężko  ranny.

               Podczas wojny  /Wanda - mój  przypisek/  poświęcała swój  czas dla Czerwonego  Krzyża  Kanadyjskiego,  gdzie razem z innymi Polkami  przygotowywały bandaże itp /materiały - mój przypisek/  dla  żołnierzy w  Europie Montrealski /mój  przypisek/  dom  Wróblewskich był  znany  w  Polsce jako  " Polish Camp". Listy  adresowane w  ten  sposób,  ale  bez   nazwiska,  dochodziły do  Wandy i  Juliana   Wróblewskich. Cała rodzina brała udział w tej akcji pomagania innym...Pani  Wanda za...swą opiekę nad polskimi  emigrantami z Niemiec i Wojska Polskiego została odznaczona pucharem " Matka Polka"  ...przez prasę polonijną w  roku  1948  [152]  Krąg   przyjaciół oraz  znajomych pp. Wróblewskich   obejmował  zarówno  Starą  jak i  Nową  Polonię.  Toteż Wanda  Wróblewska,  kiedy  pojawiła  się  możliwość  utworzenia  Ogniwa- Montreal  w Federacji  Polek w  Kanadzie, natychmiast  się  tym  zainteresowała i  silnie poparła  założycielkę -  Marię  Zaborską .

                Dodać  należy,  że  chociaż w  gospodarstwie   pp.  Wróblewskich  nigdy się nie przelewało,  to jednak  czwórka  ich  dzieci  wychowana została   w duchu polskości   z dobrą  znajomością  języka polskiego   i  wartości  wyniesionych  z  ich domu  rodzinnego. Obecnie nawet  trzecie pokolenie  rodziny  Wróblewskich  jest  świadome  swoich  korzeni  narodowych. Córka pp.  Wróblewskich,  Danuta Wróblewska-  Padowicz  już  od  15  lat  jest  przewodniczącą  FPwK - Ogniwo  Montreal. Za  długoletnią pracę społeczną  szczególnie w   harcerstwie  polskim i  w  FPwK  Danuta  Wróblewska-Padowicz otrzymała  Srebrne a następnie  Złote  Odznaczenia   Kongresu  Polonii  Kanadyjskiej

Z  drugiej  strony,  wielu imigrantów   z grupy uchodźców wojennych  także  próbowało  nawiązać kontakty z członkami  Starej  Polonii  zmierzając do  osiągnięcia     porozumienia, którego  celem  była normalizacja  kontaktów między  członkami  obu  grup  polonijnych i  ich wpółpracy. Najlepsze   wyniki  tej  działalności  uzyskała   grupa  "inżynierów",  Nowej   Polonii w  Toronto.  Ale i  w  Montrealu  wśród  uchodźców  przed  Hitlerem    znajdowali  się   mężczyźni i  kobiety  wyciągające życzliwie dłoń do  przedwojennych  imigrantów. Antonina  Karaszewicz- Tokarzewska,  żona wielce zasłużonego generała Polski  Podziemnej, a później   Wojsk Polskich na  Zachodzie,  była  jedną z nich. Z  wielu przedwojennymi  imigrantami i  ich rodzinami  potrafiła nawiązywać   nić  wzajemnego  szacunku i przyjaźni,  czym  zyskała sobie wiele sympatii a nawet podziwu w obu grupach,  a  przede wszystkim wśród członków  Starej Polonii.  Jej  zasługą było między innymi  wciągnięcie do współpracy  w  Komitecie Pomocy  Dzieciom  Polskim  przedstawicielek  przedwojennej imigracji,  dzięki czemu  Komitet zyskał  znacznie szersze poparcie w Polonii.

 .                Po  wojnie wielu  członków  Starej  Emigracji,  było już  majętnymi   ludźmi,  inni  mieli już  ustabilizowane  życie i  z  zainteresowaniem  przyglądali się wyraźnie  widocznej działalności  kulturalnej Nowej Polonii,  lub   chętnie w  niej  brali  udział. W  organizowanych  imprezach polonijnych dostrzegali   podnoszenie się  statusu  społecznego  polskich  imigrantów  a  także  nowe możliwości finansowe, które  przedstawiciele Starej  Polonii lepiej mogli  realizować aniżeli przybysze  powojenni.  Było charakterystyczne,  że  imigranci  przedwojenni, którym  się  po  wojnie poszczęściło  chętniej  się  kontaktowali  z  Nową  Polonią  aniżeli  nadal  ich  ubodzy  współbracia.

  W latach  70-tych jednym  z   pomostów  pomiędzy obu grupami  w  Montrealu  był  Franciszek  Ławruszczuk, popularnie nazywany   "Czarnym  Frankiem",   bardzo  szanowany organizator społeczny  działalności  polonijnej  związanej  ze świętowaniem  polskich  rocznic narodowych i katolickich,  ale   również  odpłatnych  imprez  artystycznych,  lokalnych  lub sprowadzanych z Polski. Dzięki niemu   przyjazdy  artystów z Polski ,  w  tym  zespołów  "Mazowsza"  i  "Sląska" , nie mówiąc  o  wizytach  " sołtysa Kierdziołka" szczelnie wypełniały sale tłumami Polaków z całego Montrealu i okolicy   dając okazję  do  życzliwych spotkań  całej Polonii.

Poczucie krzywdy  i odrzucenia wśród biedniejszych członków Starej Polonii  nadal  jednak  istniało,  tym więcej, że wielu z nich wyzwalało się z polskiego kompleksu przedwojennego chłopa albo robotnika dopiero przez  kanadyzację.  Dlatego  wzorzec  Polaka-chłopa , który  zaczynał  od najcięższej  pracy, jak mawiali  darcia  pazurami  twardej  ziemi  i potem  powoli  awansował,  jednocześnie asymilując się do kultury  kanadyjskiej, był w  pojęciu tego odłamu  Starej Emigracji najważniejszym etapem   w procesie adaptacji  do Kanady.  Ci  imigranci  pokorni  wobec  Kanady  i   ulegle znoszący krzywdy zadawane im  przez lokalnych mieszkańców,  chcieli  aby i  Nowa Polonia  szła  tą samą ścieżką.

Potwierdzeniem tej  tezy  o pokorze naszych osadników  może być  opis sytuacji przedstawionej przez  Dirka  Hoerdera w  Creating  Society.  Wprawdzie  poniższy opis odnosi  się  do lat  przedwojennych  ale dobrze  ilustrtuje  upokorzenia i  krzywdy, które  nieraz  musieli oni  znosić  ze strony   kanadyjskiej.  Otóż  kilku mieszkańców miasteczka  Manhota w  Albercie  w okrutny sposób  doprowadziło  do opuszczenia  sąsiadującej  farmy polskiego osadnika, ponieważ  był "inny".  Osadnikowi  George  Mazury  wywrócili  wóz z drzewem na opał, drzewo porozrzucali po polu, jego samego dotkliwie pobili,  a następnie bezpodstawnie oskarżyli go przed  sędzią  pokoju  o umyślne uszkodzenie byka sąsiada.  Wszystko po  to, aby go zmusić  do opuszczenia osiedla.[153]  Co  zresztą im się udało, ponieważ  George Mazury nie tylko nie miał  nikogo, kto by  stanął  po jego stronie,  ale aby  przeżyć  musiał być człowiekiem pokornym  Po wojnie dyskryminacja nielubianych  imigrantów  była jednak  coraz  gorzej  postrzegana  przez  rządy  federalny i   prowincjalne, ponieważ   w miarę organizowania się nowo przybywających  w grupy,  zaczynało napływać do  urzędów  Prowincji  i  Federacji coraz więcej skarg. Prowincje próbowaly  więc zaradzić temu  przez organizowanie doraźnych rozwiązań, mniej lub więcej udanych np.  Rada Obywatelska       (Citizen  Council),  która powstała w r 1956 w Edmonton w Albercie miała tylko uprawnienia do przekazywania skarg i ewentualnie pomysłów jak zapobiegać dyskryminacji.  W ciągu kilku lat swego istnienia Rada  ta stała się tak wielkim utrapieniem   rządu albertańskiego,  że ów  rząd wprawdzie  rozwiązał ją,  ale równocześnie  zmuszony  został  do wprowadzenia  nowych rozwiązań, pomyślniejszych dla imigrantów. Rządy innych prowincji bacznie się  przyglądały  temu eksperymentowi i nauczone doświadczeniem Alberty próbowały  także znaleźć  u siebie odpowiednie  rozwiązania.  W  gruncie rzeczy dyskryminacja powszechnie dominująca  ciągle jeszcze  w pierwszych latach po  II   wojnie światowej zaczęła sama zanikać przede wszystkim  przez fakt zatrudniania na  stanowiskach decyzyjnych wykształconych   imigrantów. Było  coraz trudniej dyskryminować imigranta , który być może miał  zły akcent, ale decydował  o  ważnych sprawach dla prowincji, albo kompanii wystarczająco  wielkiej, aby mieć swoją własną politykę personalną egzekwowaną  przez jej dyrektorów.  Toteż w wielu  wypadkach dyskryminacja etniczna malała,  czasami    zmieniając się w zawiści i niechęci personalne pomiędzy  poszczególnymi  członkami kompanii lub instytucji.  Pochodzenie etniczne powoli przestawało  być głównym  i  widocznym  elementem  wrogości.

Ponadto  imigranci z demobilu   byli   inni,  niż  poprzednia polska  emigracja.  Wszyscy  otarli się o  świat zanim  przybyli  do  Kanady ,  wielu  miało   co najmniej wykształcenie podstawowe,  a często   i  średnie, a ponieważ  emigracja wymieszała ich klasowo,  więc po przybyciu do Kanady, niezależnie od różnic klasowych,  trzymali się  małymi  grupkami  związanymi  przyjaźnią i wzajemnie sobie  pomagali.  Mimo  ciężkich prac kontraktowych  ta spójność gwarantowała im lepszy start, tym więcej,  że  od chwili przyjazdu poczynali sobie po swojemu.  W stosunkach z Kanadyjczykami często  "zachowywali się jak równi  z równymi".  Fakt,  że po wojnie   przybyli  do Nowego Kraju  w jednym odzieniu i  z paroma dolarami w kieszeni,  nie  u  wszystkich  wpływał na poczucie ich statusu społecznego. Nie mogło  również  umknąć uwadze   członkom Starej Emigracji, porównującym różnice w starcie obu grup, że wobec uchodźców,  byłych  żołnierzy  i DiPisów  władze kanadyjskie były wielokrotnie bardziej  życzliwe niż  wobec poprzednich fal imigracji.  Zazdrość i oburzenie  na  "łatwe życie uchodźców"  były więc zrozumialą reakcją   grupy, która kilkadziesiąt, a może  tylko kilkanaście lat wcześniej była poddana bolesnej i bardzo  krzywdzącej dyskryminacji  mając   nadal bardzo  ograniczone  możliwości  finansowe.              

   Poza tym  niektórzy członkowie Starej Emigracji  miewali trudności  ze zrozumieniem zmian, które zachodziły w ciągu ich życia   w świecie i w społeczeństwie  kanadyjskim.  Jadwiga  Pierzchajło  wraz z mężem  przybyła do Kanady w 1949 roku  (oboje mieli   studia uniwersyteckie) i w swoich  wspomnieniach opisała  scenę bardzo  dobrze charakteryzującą te przemiany.  Otóż  ona, początkowo  była zatrudniona jako  sprzątaczka w szpitalu,  a jej mąż  pracował jako robotnik  kolejowy :  "Pewnego  dnia  kiedy  szorowałam salę operacyjną podszedł  do mnie dr.  George  Boorman i  zapytał czy nie zechciałabym  razem  z mężem przyjść do ich domu na kolację. Moja  żona i ja bardzo  chcielibyśmy was przyjąć - powiedział. Nic nie mogło  być  bardziej  zdumiewające niż to  zaproszenie.  Kto bowiem słyszał, aby sprzątaczka i robotnik kolejowy byli  zaproszeni do doktora w mieście"[154] .  W  powojennej  Kanadzie,  jak się  okazuje  taka sytuacja   była już możliwa, podczas gdy w okresie przedwojennym, była ona nie do pomyślenia.  Sheepskin  people  nie mieli  pełnych praw w społeczeństwie,  a już  mieszanie się towarzyskie z kanadyjską elitą miejską  przekraczało najdziksze pomysły i naraziłoby  obie  strony  na trudne do wyobrażenia konsekwencje społeczne, jak np. wygnanie z miasta "bezczelnych  bohunks"  i ostracyzm  socjalny wobec "zwariowanego doktora".  Te dwa powyższe   przyklady  (George'a  Mazury i  Jadwigi  Pierzchajło)     jeszcze jednym  przykładem  różnic pomiędzy  imigrantami  polskimi  z  przed i powojnia  i tego jak głęboko  psychikę Kanady  przeorały doświadczenia II  wojny światowej powodujące   że  społeczeństwo  Kanadyjskie  prędko   uznało  tolerancję  za swój sposób   postępowania.

 

Imigranci  3-go  etapu  różnili  się od  swoich poprzedników pod kilkoma względami.  Po pierwsze  nie  przybywali  masowo.  Ich  decyzje  emigrowania z Polski  następowały  po długich, nieraz wieloletnich i  bardzo skrywanych   rozważaniach   na temat sytuacji  w  PRL-u  i pod wpływem  ich własnych  marzeń o  życiu w wolnym kraju.  Bardzo  często  wykorzystywali  fakt znalezienia się zagranicą  na wycieczce. Wielu artystów i sportowców  "wybierało  wolność"  przy okazji  występów artystycznych  lub  zawodów sportowych. Otwarcie  emigrowało  z  PRL-u  raczej  niewiele rodzin  i  to  przede wszystkim  byli  ludzie, którzy   wyjeżdżali  z PRL-u  w celu łączenia rodzin. Reszta  wykorzystywała  najrozmaitsze  możliwości  wydostania się  z  PRL-u  sposobami  legalnymi lub  nielegalnymi. Byli to  zatem ludzie, którzy  wiedzieli  że  mają  profesję, która  może im  zapewnić w  Kanadzie  prawie natychmiastową  pracą  zawodową.

            Podstawowym  elementem  imigracji  z lat 1957-1979  było  więc posiadanie  było dobrych  kwalifikacji  zawodowych,  artystycznych  sportowych  często  sprawdzonych   praktyką  jeszcze  z  PRL-u .  Ponadto  byli  to  w ogromnej  większości ludzie  młodzi,  lub wchodzący w  wiek  średni co zapewniało im  dowiadczenie zawodowe  tak pomocne przy znajdywaniu  pracy  w swoim  zawodzie w  Nowym  Kraju.

Imigranci  tego  etapu  różnili  się  także od swoich poprzedników  pełną  świadomością  decyzji   opuszczenia PRL-u na zawsze  i  rozpoczynania  swego  życia na nowo w  Kanadzie.  Byli  to więc jednocześnie  imigranci  polityczni i  ekonomiczni korzystający  ze swego dobrego przygotowania   zawodowego,  które w  Nowym Kraju  otwierało  przed  nimi  możliwości  dobrobytu lub  kariery zawodowej.

Kobiety  tego  etapu  imigracji  były  w większości  samodzielne, sprawne w swoich zawodach i  pełne inicjatywy.  Jeśli  tylko  miały wykształcenie  pozwalające na  otwarcie  prywatnego   biznesu  to  natychmiast  z tego  korzystały.  Nie ograniczały się  przy tym  do  pozostawania w  dwu  centrach  imigracyjnych  -  Montrealu i Toronto ,  ale,  ciekawe  nieznanego  świata i pewne siebie szukały w którym z   miast  kanadyjskich  będą  się  najlepiej  czuły.  Po latach  wiele z  nich  jest  zagorzałymi  patriotkami  swoich  prowincji,  jednocześnie utrzymując  więzi  z  współrodakami w  całej  Kanadzie.  Inne  poznawały  po kolei    całą  Kanadę,  powoli  czując się  coraz  bardziej  związanymi  z całym  krajem.

                  Wiele   kobiet  miało  profesje poszukiwane  wówczas  w  Kanadzie,  inne  natychmiast   przystępowały  do  uzupełniania swoich kwalifikacji  bądź  przez   naukę  języków , nostryfikacje,  bądź  przez  kończenie odpowiednich kursów  na  uniwersytetach  kanadyjskich.  Stąd  na  11  respondentek na mini-ankietę  przybyłych   w okresie 1957-1979 do  Kanady  10  stwierdziło,  że ich pierwsza praca  była  zgodna z ich wykształceniem i  oczekiwaniami, jedenasta  respondentka  przybyła  do Kanady  jako  dziecko  z rodzicami. Następnie   7 respondentek   odpowiedziało,  że wynagrodzenie  za tę pracę  było  wystarczające  na  życie codzienne, a  3  osoby  zaznaczyły, że  ich pensje  były dodatkiem do  zarobków  męża. Dwie  respondentki  dodały, że   mogły  ze swoich pensji  pomagać  także  pozostawionym w  Polsce rodzinom.  

Na  pytanie  jakie imigrantka z tego okresu   miała  osiągnięcia  w swoim  życiu w  Kanadzie  respondentka o  symbolu  N  pisze  wychowałam  syna, jest  wykształconym samodzielnym  człowiekiem,  na pewno jestem lepsza zawodowo, niż  byłam  25 lat  temu,  ciągle pracuję z dużą  satysfakcją....zarabiam  zupełnie nieźle,  daję sobie radę i  jestem  z  tego  dumna.[155]  Jeszcze   inna respondentka odpowiedziała krótko  w  życiu rodzinnym - szczęśliwe pożycie z  mężem;  w  zawodowym - poznanie innych metod pracy  aniżeli w  Europie;  prywatnym -  utrzymanie więzi  rodzinnych i  przyjacielskich w Polsce  i zawiązanie nowych  przyjaźni w  Kanadzie[156]

Na następne pytanie dotyczące  oczekiwań wobec  Kanady   9 respondentek odpowiedziało,  że  przybyło do  Kanady aby żyć w wolnym  świecie bez nieustannej kontroli  środowiska.   Dwie respondentki   dodały do  tego,  że ich  przyjazd do  Kanady  był wynikiem  poszukiwań  spokojnego miejsca bez  prześladowań politycznych,[157]  a  jedna  podkreśliła,  że  celem jej  przybycia do Kanady  było  zrobienie kariery[158].  W  dalszym  ciągu  na pytanie  co  imigrantka zrealizowała ze swoich oczekiwań   4 respondentki odpowiedziały, że zrealizowały wszystko  czego oczekiwały i   o  czym marzyły ;  jedna  podkreśliła,  że  założyła własne  przedsiębiorstwo a inna,  że została  full professor.  W  sumie w  całej ankiecie  jest to   największa  grupa kobiet, które  otwarcie  przyznają się ,  że  ich  emigracja do  Kanady   pozwoliła im  na   zrealizowanie swoich  oczekiwań  lub marzeń.

Z kolei na  pytanie o  najtrudniejsze momenty w  życiu  w  Kanadzie  respondentki  tego  etapu  nadal    bardzo  szczere. Aż  4  respondentki  podkreślają  że najtrudniejsze momenty  byby związane z  samotnością wywołaną  brakiem  zrozumienia nowego  środowiska i jednoczesnym odcięciu od  Starego  Kraju  ze względów  ustrojowych  .Jedna pisze  Z  racji pobytu w  Kanadzie nie miałam specjalnie trudnych momentów, jeśli nie liczyć nostalgii i  pytań  co ja tu  robię[159] .  Respondentka o  symbolu  P  ujęła to  jeszcze inaczej... zaakceptowanie faktu  anonimowości. Zasada  absolutnej równości stosowana na codzień w  Kanadzie tak uderzająca dla przybysza  z Europy w krótkim  czasie wytworzyła uczucie, że się  jest traktowanym życzliwie lub obojętnie, jak  bezimienny osobnik  w stadzie[160] 

 Jedyną kobietą, która  przybyła do  Kanady w   trzecim  etapie imigracji  ( 1957 - 1979  i  napisała  pamiętnik [161] , jest  Zofia  Janik. Z  jej pamiętnika   został opublikowany  fragment  dotyczacy  jej  kariery zawodowej  jako  dokumentalistki .  Jego  podtytuł brzmi Quebec,  moja druga ojczyzna,  co  dobrze oddaje  atmosferę entuzjazmu  i  życzliwości autorki  wobec  Prowincji  Quebec oraz  pracodawców  instytucji   rządowej  zajmującej się   dokumentacją  i  problematyką osób kalekich.  Zofia  Janik  przybyła do  Kanady  na podstawie  stypendium francuskiego  zapewniającego jej  studia  doktoranckie na  Universite de  Montreal . Po ich  ukończeniu  nowo  upieczona  doktor  filozofii  przekonała się,  że w  Kanadzie  nie ma dla niej  posady i  dlatego  zdecydowała się  na  zrobienie  dwuletnich   magisterskich studiów  bibliotekarskich.  To,  jak  pisze   dało  jej konkretny   zawód  i  pozwoliło   wygrać w  konkursie   o  stanowisko  dokumentalisty  w  nowo  powstałej  rządowej instytucji  zajmującej się  problematyką osób kalekich.  Centrum dokumentacji  w  którym pracuje  Zofia Janik  znajduje się w  Drummondville,  małym  mieście na   północny wschód od  Montrealu.  Jej  zdaniem  konkurs o  posadę wygrała dzięki  użyciu trzech słów-kluczy : tezaurus, marketing i  elastyczność[162] . Z  opublikowanego  fragmentu  pamiętnika  Zofii  Janik  widać, że jest ona  zachwycona  zarówno  organizacją  pracy  w tej  rządowej  placówce  jak i  stosunkami  międzyludzkimi  panującymi w  niej. Dla nas  Zofia  Janik  jest  jeszcze jednym  przykładem  do jakiego stopnia  wieloetniczność  jest obecnie akceptowana  w Kanadzie   zarówno  jako   norma w  pracy  jak i  życiu prywatnym

 

            Wykształcenie  i sztuka  przede wszystkim

           
            Wchodzenie Kanady w "nową  skórę", a naprawdę w drugą połowę  XX wieku odbywało się szybko i niepostrzeżenie. Inicjatywa poszczególnych  przedsiębiorców , łatwa dostępność  kredytów  i chłonny rynek sprzyjały rozwojowi   przemysłu i  rolnictwa  oraz  rozrostowi miast.  Budowa nowej hydroelektrowni łączyła się ze wzrostem konsumpcji energii elektrycznej to z kolei wpływało na większy popyt na   gadgety  gospodarstwa domowego, na elektryfikację  wsi, a przez nią na  wzrost mechanizacji rolnej i lepsze zbiory.  Przy każdym nowym ogniwku tego łańcuszka powstawały nowe  posady, w tym  także  dla  wykwalifikowanych imigrantów.  Handel  szedł  krok w krok ze wzrostem produkcji i konsumpcji.  Kanadyjczycy  ciągle  żywo pamiętający ubóstwo  i głód przedwojennego kryzysu poprostu korzystali z powojennego  dobrobytu i rozumieli że do tego  rozwoju potrzebni są wykwalifikowani imigranci.

Zaczął się  również  prześpieszony rozwój kultury. Tworzono  orkiestry symfoniczne,  szkoły  baletowe, organizowano wystawy malarstwa i rzeźby, popierano  domy wydawnicze, stacje radiowe i  zarówno  rząd  federalny jak  i prowincjalne zachęcały   indywidualnych  artystów do   twórczości.  Każdy rodzaj kanadyjskiej  twórczości arystycznej i literackiej  był  witany w   mass-mediach.  W  kraju, w którym w latach  kryzysu lat  trzydziestych  książki  były dla  ogromnej  większości  niedostępnym luksusem  w latach  pięćdziesiątych i  sześćdziesiątych   budowano biblioteki,  sale operowe i koncertowe i organizowano  balety.  Należało do dobregu tonu znać się na muzyce,  chodzić  na koncerty, rozmawiać o  wartości  artystycznej obrazów, rzeźb, książek,  znać się na  najważniejszych  prądach  filozofii.

  Pierwsze  lata powojenne  ciężko  przeżywane  przez polskich  uchodźców   były także  trudne  dla polskich artystów, którzy wówczas  przybyli do Kanady.   Ale   wraz  z  gospodarczą   prosperity  i  nową  formułą społeczną,  poprawiała się i dola  artystów  imigrantów. 

  Jedną  z  pierwszych  artystek-rzeźbiarek i  malarek  była  Genowefa  "Nuta" Staroń,  przybyła do  Kanady w 1949 roku. Już  w 1951  wystawiała swoje obrazy w  Newman  Club  Uniwersytetu w  Toronto. Pięć  lat później  zaczęła  studia rzeźbiarskie  zakończone  dyplomem mistrzowskim oraz  Medalem  Uznania gubernatora  Ontario.  Od 1964 roku brała  udział w wystawach  grupowych  prestiżowych  organizacji artystycznych Kanady  oraz  w  wystawach  polonijnych.  Działała  także  społecznie w  Polsko-Kanadyjskim  Towarzystwie Muzycznym (  była  jedną z jego inicjatorek),   w  Federacji Polek  w Kanadzie,  w  Towarzystwie Przyjaciól  Harcerstwa  i  Polskiego  Klubu Artystów.  Została dwukrotnie  (w  latach  1986 i 1992) odznaczona przez  Ontaryjskie Ministerstwo Spraw Obywatelskich i  Kultury[163]

W  latach sześćdziesiątych polscy malarze podobnie jak wszyscy inni  "artyści -etnicy"   wyraźnie zmierzali ku lepszemu. Ich   vernisages  były licznie odwiedzane,  częściej  wystawiali swoje prace w galeriach i byli opisywani  w gazetach.  To samo dotyczyło innych gałęzi sztuki jak ceramika, produkcja kilimów, gobelinów itp.  Od chwili kiedy Kanada znalazła własną  fomułę społeczną i kulturalną  każda forma artystycznego wyrażania się Kanadyjczyków zarówno jak i  Neo-Kanadyjczyków  lub   imigrantów, którzy  jeszcze nie otrzymali  obywatelstwa kanadyjskiego  była uznana za twórczy wkład w kulturę kanadyjską.

Znalazło to swój wyraz w ilości artystów  przyjmowanych do Kanady jako emigrantów.  To  w  latach  70-tych   przybyli do Kanady  liczni  twórcy i  artyści.  Aniela  Zuzanna  Madsgaard, niepełno-sprawna  malarka  urodzona w Buenos  Aires, a  w  Kanadzie  zajmująca się  przede  wszystkim polską  sztuką  ludową, malując, wycinając lub ozdabiając talerze i pudełka motywami ludowymi.  Wystawiała   początkowo w  polonijnych  organizacjach a  później  w Cedar Ridge Creative Center w  Scarborough. Maria  Ciechomska  artysta plastyk jest  w  Kanadzie od 1974 roku  i  tu  zrealizowała  swą  twórczość  w   produkcji  gobelinów i obrazów.    Jadwiga  Byszewski,  rzeźbiarka i  historyk  sztuki od  1980 roku  wykłada historię sztuki na  uniwersztetach York   w  Toronto, Brock  w  St.  Catherines,  w  Guelph  i  Wilfrid  Laurier  w  Waterloo.  Jest ona także  założycielką i prezeską  ECHO  ( European Canadian Heritage Origin  Research  Institute)  i prowadzi  badania nad wpływami różnych kultur w Kanadzie.  Jest  także od  roku 1979  aktywną  działaczką kulturalną  w środowisku  kanadyjskim.  Maria Anna  Harley,  muzykolog,  która  zrobiła doktorat  z  dziedziny muzyki  współczesnej na  Universytecie   McGill   w  Montrealu   wykładała  tam   od 1991. Jej  liczne rozprawy  naukowe    publikowane  w periodykach muzykologicznych.  Teresa  Duczkowska-Gulak absolwentka Akademii  Sztuk  Pięknych w  Warszawie   przybyła do Kanady w 1990 r. Zajmuje się  malarstwem,  rzeźbą,  metaloplastyką oraz  projektowaniem  wnętrz  a nawet produkcją  biżuterii  własnej  inwencji.  Jest   bardzo  czynna,  bierze udział w licznych wystawach  w  Stanach  Zjednoczonych i  Kanadzie.[164]    W  latach  80-tych do Kanady   przybyła  też Ewa  Kujawska,  malarka, która  już  rok  po  przybyciu  do  Kanady  zaczęła    wystawiać  swoje obrazy   w  kanadyjskich  galeriach  publicznych  Ottawy.  Także w  latach  80-tych  przybyła do  Kanady  Wiesława  Todros,  muzyk  specjalizująca się w grze na klawesynie,   koncertuje   oraz   uczy muzyki w  Ontario. To  tylko  kilka  przykładów  licznej  grupy  polskich  twórczyń  z  różnych dziedzin  sztuk  pięknych  mieszkających i  pracujących  przeważnie w  Prowincji  Ontario.

  Słownik  biograficzny   polonijny   Kto  jest Kim  w Polonii Kanadyjskiej   wykazuje charakterystycznie dużą  ilość   artystek, aktorek, śpiewaczek, rześbiarek, malarek, graficzek ręcznych  i komputerowych, tkaczek artystycznych, gobeliniarek oraz  Polek  działających  we wszystkich innych zawodach twórczych, przyjmowanych do Kanady  od końca lat szesćdziesiątych.  A   przecież   słownik  ten  kończy się  na    roku   1993  i  koncentuje się  przede  wszystkim na   imigracji  polskiej  w  Ontario.

Oprócz kilku  wymienionych  przykładowo artystek i twórczyń   żyło, lub dotąd  żyje i tworzy w Kanadzie w drugiej połowie  XX wieku sporo imigrantek polskich parających się twórczą działalnością w prowincjach  słabo    reprezentowanych w  Kto jest Kim w Polonii Kanadyjskie,  ponieważ  mieszkały lub  mieszkają  w  dalszych  miastach  różnych   prowincji Kanady,  lub  nie zgłosiły na czas swoich biogramów.  Nie ma w nim także aktorki i recytatorki   Hanny  Poznańskiej  na deskach teatralnych Polonii  montrealskiej  znanej i  oklaskiwanej  przez  więcej niż  40  lat,  zmarłej w  roku  2003,  w wieku prawie 105 lat. Hanna  Poznańska  przez  długie lata   działała   także  w  Komitecie Pomocy  Dzieciom Polskim  i    była  członkinią  FPwK  Ogniwo  Montreal.

Lata  60-te i  70-te,  to lata szybkiego  bogacenia się Kanady,  a jednocześnie  lata kiedy  zarówno  rząd federalny jak i  prowincjalne kładły coraz większy nacisk na rozwój kulturalny społeczeństwa. Każda prowincja   chętnie  więc  wspomagała imigrantów działających w różnych dziedzinach twórczości,  bo ich  dzieła  słusznie  uznawano za wkład danej prowincji do ogólnego wzrostu kultury Kanady,  to  zaś  oznaczało swoisty awans kulturalny danej prowincji.

Lata  sześćdziesiąte w Ameryce Północnej,  to  także  lata  niepokoju  społecznego, walki  przeciwko skostniałym pojęciom społecznym, od wiktoriańskiej moralności   i  podwójnego standartu moralnego (przecież właśnie wprowadzono na  rynek  "the  Pill"),  przeciwko  zmumifikowanym "świętościom  społecznym"   kryjącym się za frazesami bez pokrycia,  aż po kwestionowanie  pojęcia patriotyzmu  i  sensu  wojny ( szczególnie wietnamskiej),  Pojawiło  się  także  nowe  podejście do  mniejszości  narodowych. Amerykańska  idea  melting  pot   według której  imigranci  mieli  asymilować  się  przez  dosłowne roztapianie  się w  kulturze  kraju  przyjmującego  uznana   została za  niedoskonałą.  W  Kanadzie zastąpiono    w  latach  60-tych  przez  ideę  mozaiki  narodowościowej.  Poczucie wyższości jednej narodowości nad drugą będące  w  przeszłości  rzeczywistym  usprawiedliwieniem legalnej  dyskryminacji każdej mniejszości na kontynencie północno amerykańskim  uznano  za  niesprzyjające  asymilacji.  Na  tym fermencie  społecznym   skorzystali więc także   i  polscy  imigranci oraz  imigrantki napływające  do Kanady .

Wykształcone Polki uciekające  wówczas z ciągle ubożejącej komunistycznej  Polski ,  lub  córki  DiPisek  w  latach   60-tych  zaczęły znajdować prace i pozycje na uniwersytetach  Kanady.  Chętnie otwierane nowe placówki naukowe i usługowe, które  wymagały fachowców.   W  szpitalach na nowych oddziałach, w  college'ach i na uniwersytetach tworzono nowe dyscypliny, które  czekały  na nowych profesorów.  Idea konsumeryzmu  szerzyła się  jak ogień w  buszu i nowe pomysły, usługi lub przedmioty dobrobytu  były życzliwie popierane.  Każdy i każda, którzy mogli pokazać  coś nowego mogli liczyć na zachętę i pomoc w realizacji swojego potencjału. Nowa epoka  dobrobytu i sprawiedliwego społeczeństwa  ("just society")  była już niemal w zasięgu ręki.

<>Nic  więc dziwnego, że imigrantki polskie zaczęły także być  znane w środowiskach uniwersyteckich. Te które wcześniej  jako młode dziewczyny przybyły  do Nowego Kraju właśnie kończyły studia  lub doktoraty, inne posiadające  już dyplomy  były odrazu przyjmowane na stanowiska wykładowców i profesorów.  Wkrótce w środowiskach polonijnych w prawie  każdej prowincji  znajdowano  po kilka nazwisk polskich kobiet  profesorów uniwersyteckich.  Wiele z nich ma  dziś  bogaty wkład w naukę i kulturę Kanady i Polonii kanadyjskiej. Dla przykładu   wymienimy nazwiska  kilkanastu   kobiet, które zdobywały swoje profesury  uniwersyteckie  w  różnych  okresach  imigracyjnych.  Lidia  Maria  Adamkiewicz-Gowor  w  1952 roku  zaczęła  od  lekarza  szpitala universyteckiego w  Montrealu, kilka lat  później  była już  profesorem nadzwyczajnym  Universite de  Montreal.   Anna Cieńciała, która  w  Montrealu  zrobiła doktorat   z   historii czasów  najnowszych  na McGill  University , była  później  znaną profesor  najnowszej  historii polskiej  na uniwersytetach kanadyjskich i amerykańskich,  z  licznymi  publikacjami poświęconymi  w  znacznej  mierze  historii Polski  XX  wieku  i  jej  relacji  z  Europą  Zachodnią  i  ZSRR.[165]  Marie T. Dobija-Domaradzka, dr. medycyny i mikrobiologii, od 1957   była  członkinią   College of  Physicians  and Surgeons of the  Province of  Quebec, później  została  profesorem na  Universite de Montreal,  a jednocześnie  cały  czas  była  wielką społecznicą polonijną[166].  Wanda de Roussan dyrektor  literacki w Edition du  St-Laurent  w  Montrealu oraz  od  1977 roku  profesor  literatury francuskiej i  technik  teatralnych w  College  Andre  Grasset  również  w  Montrealu,  pracuje  cały czas  sppołecznie w  polskim  szkolnictwie w  Montrealu, a  ponadto piastowała  wiele innych funkcji w  Kongresie Polonii  Kanadyjskiej.[167]   Hanna Pappius,   zrobiła w  Kanadzie studia i doktorat na uniwersytecie  McGill,  od 1953 roku  była  pracownikiem  naukowym  Montrealskiego Instytutu  Neurologicznego  a od 1979   została członkiem Wydziału Neurologii   i  profesorem  tego uniwersytetu, jednocześnie, w ramach pracy  społecznej jest od wielu lat dyrektorką Biblioteki im W. Stachiewiczowej. Hanna Pappius przyczyniła się do pogłębienia kontaktów PINKu z McGill University oraz z instytucjami III RP, co znalazło swój wyraz w roku 2000 w nadaniu Instytutowi Orderu Zasłużonych dla Kultury Polskiej przez Ministerstwo Kultury RP. W roku 2001 PINK został także uhonorowany przez Pocztę Polską wydaniem znaczka pocztowego przedstawiającego Instytut jako jedną z 4-rech instytucji polonijnych w Ameryce Północnej, szczególnie zasłużonych dla krzewienia kultury polskiej w diasporze.
[168] Nelli Turzańska  w  latacch 1964-69   pracownik Laboratorium Zoologii Uniwersytetu w Toronto, a następnie w latach 1970-81  w  laboratorium Cytologii TGH w Toronto  wraz z mężem  została założycielką fundacji  kulturalnej polonijnej im. Turzańskich w  Toronto.[169] Do  nowej fali Polek  na uniwersytetach  należy także Iwona Bogorya-Buczkowska, która po przybyciu  do Kanady w 1968 roku najpierw zrobiła doktorat  z anglistyki, potem drugi z zasad zarządzania, poczym nadal wykładając na uniwersytetach i w  college'ach  otworzyła w  Toronto swoją  własną firmę konsultacyjną. Klientami jej są dzisiaj nie tylko prywatni przedsiębiorcy, ale także niektóre departamenty  rządu federalnego oraz   rządu  prowincji Ontario [170].  Julita  Teodorczyk-Injeyan  przybyła do Kanady w  1978 roku. Początkowo   była pracownikiem  naukowym  departamentu Chirurgii  University  of  Toronto W  latach  80-tych została tamże profesorem   chirurgii (nauki  podstawowe).  Prowadziła tam   niezależne badania nad ciężkimi  poparzeniami i urazami  ogólnymi.  Od 1991  roku  jest członkiem zespołu  naukowego   Trauma Research  program   przy  Sunnybrook  Health  Sciences  Centre, University of  Toronto.   Rok  później  została  profesorem  imunologii  na  Uniwersytecie  Torontońskim  i  kontynuuje  tam  jedyne w  Kanadzie badania specjalistyczne w  zakresie imunologii klinicznych oparzeń ,   współpracując  z laboratoriami w  St.  Zjednoczonych,   Finlandii i  Niemiec.  Utrzymuje  także  kontakt z  instytutem  Hirszfelda we  Wrocławiu,  gdzie przed  wyjazdem  do Kanady  była   asystentką. Ma około  70  publikacji  w  czasopismach specjalistycznych [171]  Wreszcie  wśród  imigrantów  z  okresu  "solidarnościowego" w  Polsce   znajdujemy  Małgorzatę Labudę,  w  Kanadzie od 1982 roku,  a  od 1987  pracującą  naukowo w  Oddziale Genetyki Szpitala Shriners  w  Montrealu  w  dziedzinie  biologii molekularnej i  genetyki  człowieka,  inną   imigrantką tego  samego okresu  jest  Maria Łoś,  socjolog i  kryminolog,  profesor zwyczajny  na  Uniwersytecie w  Ottawie,  pełni  ona  wiele honorowych  funkcji  na  Carlton  University  w  Ottawie,  jest członkiem   licznych   instytucji   naukowych  w  St.  Zjednoczonych.  Opublikowała  kilkadziesiąt artykułów  naukowych w  językach  angielskim, polskim,  francuskim,  włoskim,  hiszpańskim,  portugalskim i  japońskim.  Ma  gościnne wykłady  na wielu  uniwersytetach,  w tym  w  Oslo,  Cambridge,  Oxford,  Edinborough,  Reading,  Toronto,  Stanford,  Harvard,  Yale,  Northwestern,  Pennsylvania,  Massachussets,  Wisconsin,  Western  Michigan i  California.

Jednym z  wielkich osięgnięć w dziedzinie współpracy polsko- kanadyjskiej jest opracowanie przez  Marię F.  Zielińską,  a  następnie wprowadzenie do  kanadyjskich bibliotek  publicznych  programu  Multilingual  Biblioservice  dzięki któremu grupy etniczne w  Kanadzie, po  przez sieć bibliotek  publicznych mają dostęp do książek  drukowanych w ich językach.  Maria Zielińska[172] prowadzi  ten program od 1973 roku.  Jest  ona także autorką bardzo  cennego dla bibliotekarzy podręcznika  Multilingual  Librarianship :  An  International  Handbook. Właśnie program  Multilingual  Biblioservice  umożliwia Polakom w całej  Kanadzie dostęp do  książki polskiej, a  także pozwala nawet w małych lokalnych oddziałach bibliotek  publicznych organizować  " Dni książki polskiej".  Hasło  to  wypisane  ręcznie,  ale poprawnie w  niedużej  bibliotece publicznej w  Surrey,  BC  zmusiło  mnie do  refleksji nad  długością  drogi,  jaką  język polski w  Kanadzie przebył w  ub.  wieku.  Warto  przy tym  wskazać  na   znaczny udział  w tej  akcji ponad  trzydziestoletnich wysiłków  wprowadzania  języka polskiego  w  Kanadzie , który  należy do  polskich imigrantek,  od  uchodźców  z czasów wojny  poczynając a na   konkursach  poprawnej polszczyzny  organizowanych przez  Federację  Polek w  Kanadzie  kończąc.

Według  Wołodkowicza[173] w  roku  1964/65  na  uniwersytetach  kanadyjskich uczyło  35  Polek. W  tym,  w  Quebecu najwięcej,  bo    16,  z  8  kobietami  na   Universite de  Montreal  i  7  na   McGill  University.  Na drugim  miejscu  w  liczbie zatrudnionych  kobiet  na stanowiskach  profesorów  lub wykładowczyń  znalazła  się  Brytyjska  Kolumbia,  w  której   University   of  British  Columbia   zatrudniało  w 1964/65  roku   4  Polki. W  Ontario  ogółem  na  uniwersytetach  pracowało   8  kobiet,  w tym  3 kobiety  na  University of  Toronto  i  2  kobiety  na  University  of  Ottawa.  W  Prowincji  Manitoba  na  każdym  z jej  dwu  uniwersytetów  w  Winnipegu  uczyła  jedna Polka  podobnie jak  na  University  of  Edmonton w  Albercie   i   w  trzech  uniwersytetach   Nowej  Szkocji.[174]  Ponadto  6  Polek  pracowało  w 1964/65 roku  w  bibliotekach  uniwersytetów  w Quebec,  Ontario, Alberta  i  Brytyjska  Kolumbia  oraz  11 kobiet  było  zatrudnionych  na  stanowiskach  naukowych w  Instytutach  naukowych  kanadyjskich  i w departamentach  rządu  federalnego.  W  tym 4  kobiety  w  Montrealu,  4  w  Ottawie  i  2  w  Brytyjskiej  Kolumbii.     Biorąc  pod uwagę,  że  w  latach   60-tych  a dokładniej  w latach 1964-1965  Wołodkowicz  zarejestrował  213  polskich  nazwisk  w  grupie  akademickiej, naukowej  i  artystycznej  Kanady,  liczba  52  kobiet  w tę grupę  włączona wskazuje  na   ogromne  udział  imigrantek  polskich  w  dziedzinie  nauki   w  Kanadzie.

Imigrantki   przybyłe z PRL-u  na ogół prędko i chętnie  włączały się do życia polonijnego.  Wspomniany już   przewodnik Polonii Kanadyjskiej "Kto  jest  Kim w Polonii  Kanadyjskiej" [175]  zawiera  biogramy  stukilkudziesięciu kobiet, z których mniej więcej  jedna trzecia podaje,  że zajmowała się pracą społeczną na rzecz Polonii.  Wiele z nich  zostało  w latach późniejszych  odznaczonych polskimi  orderami państwowymi  oraz   specjalnymi wyróżnieniami polonijnymi, prowincjalnymi i nawet federalnymi.

 Na liście kobiet odznaczonych przez Kanadę za wieloletnią  działalność  społeczną  wśród imigrantów,  albo  przez  III  Rzeczpospolitą  za pomoc  Polakom rozsianym po całym  świecie lub  za pomoc   Polsce i jej dzieciom spotykamy kobiety, które  przybyły do Kanady w różnych  latach powojennej  emigracji i nie zawsze są to osoby posiadające  wysokie kwalifikacje zawodowe, lecz także  i  "domowe  żony"  i matki , które znajdywały czas na udzielanie się w pracy społecznej.  Wiele kobiet  zostało  odznaczonych kilkakrotnie,  a to   przez  prowincje  kanadyjskie, a to przez Kongres Polonii Kanadyjskiej.  Te ostatnie odznaczenia mają  szczególne znaczenie , są bowiem   wyrazem uznania współrodaków za pracę przy zachowaniu kultury polskiej w Kanadzie oraz   wkładu  Polonii do kultury  kanadyjskiej.

Uderza, że  zakres  zainteresowań imigrantki  polskiej poszerzał  się w miarę  poprawy materialnej   jej życia  i adaptacji do Nowego Kraju.  Pierwsze imigrantki z czasów przedwojennych skupione były na własnej rodzinie i jej przeżyciu.  Imigracja wojenna i wczesna powojenna poszerzyła  cele życiowe emigrantki  walką o  zachowanie polskości na obczyźnie jako najważniejszym  imperatywie  ich  życia.  Intensywność  tej obrony polskości była formą buntu przeciwko sytuacji politycznej, która wbrew ich woli zmusiła  je do emigracji. W latach trzeciej  fali ( 1957-1979)  świadome swego wyboru   opuszczenia Polski  i  własnej chęci integrowania się z Nowym Krajem  Polki poszerzyły swoje zainteresowania  o  sprawy  aktualne w  Kanadzie. Niektóre wstąpiły do kanadyjskich partii politycznych, inne z zainteresowaniem śledzą do dziś politykę  rządową oraz stosunki między-etniczne,  albo  włączają się w działalność kanadyjskich organizacji poza  rządowych działających na całym  świecie.

Szczególne zainteresowanie   od dawna  budziły  stosunki  z  Żydami, których grupa w  Montrealu  była zawsze duża i licznie reprezentowała Żydów o polskich korzeniach  lub mających krewnych, którzy kiedyś  mieszkali w Polsce.  Wielu Żydów chciało sprawy stosunków między obu narodami dyskutować z Polakami.  Niektórzy  Polacy i Żydzi do dziś  nie znają  pełnej  historii  czasów ostatniej  wojny  światowej.  Wielu  chciało  swoje wiadomości sprawdzić. Inni poprostu uważali, że są podwójnej narodowości polskiej i  żydowskiej,  czego  dowodem  był ich udział w wojsku polskim na Zachodzie, w  AK, w Powstaniu Warszawskim i w tylu innych   sytuacjach wymagających opowiedzenia się po której stronie stoją.

Początkowo po wojnie polskie imigrantki trzymały się na uboczu  stosunków polsko-żydowskich, jednak w miarę rozwoju dyskusji  zaczęły  się do niej  włączać.  Do  jednej  z  pierwszych  Polek, które po wojnie poczuwały się do wzięcia udzialu w rozważaniu  zawikłanych stosunków  polsko-żydowskich należała  wspominana  już  Maria  Teresa  Dobija-Domaradzka, lekarka i profesor  Universite de Montreal.  Była ona  nie tylko członkiem  Kanadyjskiego Trybunału  do Spraw  Praw Człowieka, ale należała  także do Rady ds. Stosunków   Chrześcijańsko-Żydowskich.

W późniejszych latach  trzeciego  etapu  imigracji ( 1957 - 1979)  potrzebę nawiązania kontaktów ze społecznością  żydowską rozumiała także  Irena Tomaszewski,  urodzona na Syberii,  dokąd zostali  wywiezieni   jej rodzice podczas II  wojny światowej.  W  roku 1950 pp.  Tomaszewscy razem z paroletnią  Ireną wyemigrowali do Kanady,  gdzie Irena ukończyła  szkoły i studia i już jako dorosła kobieta ustaliła dwa główne kierunki  swoich zainteresowań.  Jednym  z nich  była potrzeba nawiązania polsko-żydowskiego  dialogu,  a drugim,  zrozumienie najnowszej  historii  polskiej,   szczególnie dotyczącej XX wieku.  Na oba te  zagadnienia  Irena  Tomaszewski patrzy już oczami Kanadyjki polskiego  pochodzenia[176].  Zamieszkała w  Montrealu w roku 1994  Irena  Tomaszewski  razem  z polsko-żydowską  powieściopisarką  Tecią  Werbowską[177]   z tego  samego  okresu  imigracyjnego również  z Montrealu opublikowały  po polsku i po  angielsku książkę p.t.  Zegota  na temat polskiej podziemnej organizacji pomocy  Żydom  podczas  II  wojny  światowej.  Opierając się na zebranych dokumentach obie autorki opisały   działalność tej organizacji na  tym  terenie Polski, ktory  naziści  nazywali   Generalną  Gubernią.  Działalność  Żegoty  była nieznana Kanadyjczykom.  Stąd, po opublikowaniu książki, historią  Zegoty zainteresowała się  CBC  (Canadian  Broadcast Corporation),  najważniejsza  stacja radiowa i  telewizyjna Kanady.  Wyemitowała ona film  dokumentarny o  Żegocie, pokazywany w całym Kraju. To  z  kolei  spowodowało w wielu szkołach kanadyjskich i nawet   amerykańskich dyskusję na temat tej organizacji oraz  sytuacji , która doprowadziła do jej powstania.  Do  Żegoty , organizacji  finansowanej częściowo   przez  Rząd Polski w Londynie a częściowo przez organizacje  żydowskie należało  szereg ważnych  osobistości ze świata przedwojennej  Polski. Jej organizatorami byli między  innymi  Władysław  Bartoszewski i bardzo  znana przedwojenna katolicka pisarka  Zofia  Kossak. To ona wymyśliła dla organizacji  nazwę  Żegota.   Aresztowana przez  hitlerowców została wywieziona do  obozu w  Brzezince (kobiecy oddział obozu w  Oświęcimiu) ,  gdzie przeżyła    do wyzwolenia przez  Armię  Czerwoną.  Wspomnienia Zofii Kossak były  pierwszą polską publikacją  poruszającą między innymi  historię  Żegoty. 

Irena Tomaszewski przez lata współpracowała także z Komitetem  Współpracy  Polsko-Żydowskiej w  Montrealu, nadal działając  w intencji  rozwijania dialogu polsko-żydowskiego. Dzięki  jej inicjatywie  uczestnicy Marszu  Żywych    organizowanego przez  Żydów  o polskich korzeniach , podczas swoich wizyt w  Polsce zaczęli  nawiązywać kontakty z polską młodzieżą w celu poznania dzisiejszego społeczeństwa polskiego. W ostatnich  latach  Irena Tomaszewski   bierze udział  w spotkaniach ze społecznością żydowską  Kanady  wschodniej oraz  Stanów  Zjednoczonych, organizowanych  przez rabinów  w  ich  lokalnych  synagogach.  Tematy poruszane na tych spotkaniach często wykraczają poza ramy  polsko-żydowskie,  ale są związane z cierpieniami jakie obie nacje przeżywały podczas pięciu  lat okupacji nazistowskiej. Na jednym z ostatnich spotkań  Irena Tomaszewski omawiała życie i  śmierć młodej Polki i katoliczki,  Krystyny  Wituskiej.  Ten ostatni temat   jest  związany  z drugim  kierunkiem  zainteresowań  Ireny Tomaszewskiej. Badania nad nim spowodowały opublikowanie przez  nią w 1997 roku książki p.t. I Am First  A  Human Being  (w  języku  angielskim).  Książka  oparta  jest na zbiorze listów Krystyny  Wituskiej,  ziemiańskiej  córki, która  za pracę  w podziemiu polskim podczas wojny znalazla się  w niemieckim  więzieniu. Czekając na  swoją  egzekucję pisała listy, które odnalezione po jej śmierci stały sią  przejmującym świadectwem  życia młodej więźniarki w  czasie nieludzkich rządów nazistów w okupowanej przez nich   Polsce.  Dzięki edycji w języku  angielskim i  ta publikacja stała się również  przedmiotem dyskusji  w szkołach  kanadyjskich[178].

Innym  przykładem nawiązywania kontaktów pomiędzy  grupami  etnicznymi Polaków i  Żydów w  Montrealu  jest Irena  Bellert,  profesor  McGill  i krewna Krystyny  Wituskiej.  W  ramach swojej  pracy społecznej Irena  Bellert jest prezeską Kanadyjskiej Fundacji  Dziedzictwa Polsko-Żydowskiego.  Fundacja  ta  pod  prezesurą   I.  Bellert organizuje  otwarte spotkania z wybitnymi przedstawicielami  obu  grup  etnicznych . Na spotkaniu  z  października 2002   organizowanym  wspólnie z  P.I.N.K. i pod protektoratem Konsula polskiego w Montrealu  omawiane  było życie    czterech   kobiet  Pierwszą  była  Irena  Sendlerowa, Polka, która uratowała  z  Zagłady wielką grupę   2,500  dzieci  żydowskich wykradanych z getta  warszawskiego i  przechowywanych przez Polaków do końca wojny na papierach aryjskich. Natępnie przedstawione zostały  losy dwu  Żydówek,  Elżbiety  Zielińskiej  - Mundlak  i  Elżbiety  Ficowskiej,  które jako niemowlęta zostały  także  wyniesione  z getta warszawskiego i wychowywane jako własne przez  opiekujące się nimi Polki.  Ostatni punkt  spotkania wypełniła  historia  Żydówki  Renaty  Skotnickiej- Zajdman,  wyprowadzonej  z  getta  przez  granatowego policjanta.  Renata  Skotnicka- Zajdman od 1948 roku mieszka w Montrealu.

Irena   Bellert bierze ponadto udział w poszukiwaniach  Polaków, którzy podczas  II  wojny światowej pomagali  Żydom, ukrywając ich i  wyrabiając  im  aryjskie papiery, ponieważ wielu Polaków nadal jeszcze nie zgłosiło i  nie udokumentowało swojego bohaterstwa. Także współpracuje z organizacją   Dzieci  Holocaustu  poszukując Żydów, którzy jako  dzieci znaleźli się  w gettach zorganizowanych przez  hitlerowców  w miastach polskich, ale zostali uratowani od śmierci przez pomoc Polaków i Polek.[179]

Coraz częściej też rozwija się współpraca pomiędzy poszczególnymi Polkami   i instytucjami   społecznymi kanadyjskimi.  Pomijając długoletnie kontakty  Komitetu  Pomocy  Dzieciom  Polskim z  Montreal Council of  Women,  instytucją  która  K.P.D.P.(Komitet Pomocy Dzieciom Polskim)  zapewniła  własny charter,  szereg Polek indywidualnie włączyło się w pracę poza  rządowych organizacji  kanadyjskich obejmujących swym  działaniem  całą  kulę   ziemską.

Do tych ostatnich należy  Jadwiga  Urbańska, która  przybyła do Kanady w 1959 roku i  aż do emerytuty  pracowała w  Montrealu  jako  fizjoterapeutka,   a  po  zakończeniu pracy  zawodowej niezdolna bezczynnie siedzieć w domu   skierowała swoję  energię  na  pracę  społeczną. W  CESO  (Canadian  Executive Service Oversea)      zgłosiła  gotowość pracy jako fizjoterapeutka  w  krajach zamorskich, a po drugie  skończyła  w  Montreal  Blind Association  specjalny  6-ciomiesięczny  kurs   Braille po  angielsku  "żeby  móc używać skrótów przy pisaniu  książek na komputerze dla niewidomych"[180]  Używanie tych skrótów  bardzo ułatwia  pisanie książek systemem  Braille, a jest mało  znane  w krajach  słabiej  zaawansowanych technologicznie. Skróty  w  Braille są użyteczne, ponieważ zmniejszają  rozmiar  książki  i  przyspieszają  czytanie. W  ramach  CESO,  Jadwiga  Urbańska jako   wolontariuszka,  została  zaproszona do Zakładu dla  Niewidomych w Laskach, aby  przedstawić tę  metodę  używania skrótów  Braille'a.[181].  Po  powrocie z  Polski  kilkakrotnie gościła  u siebie przedstawicieli dyrekcji zakładu w Laskach, organizując przybyłym  przedstawiciolom  liczne  spotkania i kontakty   z kanadyjskimi organizacjami wolontarystycznymi z tej  dziedziny.  Dzięki  temu ..." w Laskach znają  skróty, ale ich nie wprowadzili.... i  wobec tego młodzież nie ma dostętu do literatury angielskiej, gdyż wszystkie książki  obecnie, z wyjątkiem  tych dla najmłodszych,  używają skrótów..." [182].  Obecnie  J. Urbańska pracuje nad udostępnieniem tej  metody dla niepełnosprawnych w  Thies i w  Dakarze w  Senegalu,  dokąd  CESO  już  dwukrotnie ją wysyłało,  a ponadto  bierze  udział w  organizowaniu  w Armenii,  ośrodka  rehabilitacji i opieki  nad dziećmi  po  porażeniach,   uszkodzeniach  mózgu  i tym podobnych chorobach.

 

Na  wybiegu  kanadyjskim


            Od lat powojennych wykształcone Polki były dla niektórych  Kanadyjczyków swoistą  atrakcją  seksualną.  Jak  wyraził to pewien wyższy urzędnik  rządowy... jeszcze  nigdy nie spałem z kobietą, która ma doktorat i  jestem  bardzo  ciekaw takiego  przeżycia...[183]   Bez wątpienia taka opinia,  szczerze i naiwnie wyrażona sprzyjała  ugruntowaniu  poczucia własnej  wartości wśród  wielu imigrantek i potrafiła osłodzić  niejedną chwilę  ciężkiego  wysiłku.  Bey wątpienia również wskazywała  ona na  pokutującą w latach  60-tych wśród  Kanadyjczyków ideę ,  że  kobieta jest  przede  wszystkim postrzegana jako obiekt seksualny, a jej  przygotowanie zawodowe  i  ambicje są  widziane raczej  jako  ozdoby jej kobiecości.  Niejednej fachowo  przygotowanej imigrantce musiało  więc  być  gorzko i  samotnie zanim  sobie wywalczyła stanowisko i  zaistniała na nim jako  zawodowiec.  Chociaż początki  życia w  Kanadzie były już  wówczas znacznie łatwiejsze, aniżeli w latach poprzednich, to jednak  trzy integralne  czynniki : wykorzenienie  społeczne,  alienacja kulturalna  i  samotność  w stosunkowo  krótkim  czasie dawały o sobie znać w  życiu większości  imigrantek tego etapu,  tym  bardziej, ze imigrantki z  PRL-u ,  w odróżnieniu  od  kobiet z  poprzednich etapów wchodziły odrazu w środowisko  kanadyjskie.  To  samo   zresztą  dotyczyło  także i  imigrantek z  fali  "solidarnościowej".  Mimo  zajmowania  lepszych  stanowisk  one także narzekały na  osamotnienie  w   nowym  dla nich  społeczeństwie.

Zaczynało  się wtedy okazywać,  że łatwo nawiązywana  friendship,  to  to nie  to samo co po polsku  przyjaźń,  w której  można zaufać  i  nawet  przyznać się do  bezradności.  Anglo-Kanadyjczycy nie lubią ludzi  bezradnych, lub skarżących się na los i choć  naogół są  bardzo  uprzejmi i  życzliwi  utrzymują dystans, który   nie pozwala na   typową polską zażyłość.  Franko-Kanadyjczycy natomiast,  choć  temperamentem bardziej  zbliżeni  do Polaków,  od czasu  revolution  tranquille    tak bardzo  zaabsorbowani  problemami   własnej kultury i narodowości,  że po prostu nie dociera do  nich  pytanie co się  dzieje w duszach ludzi  wykorzenionych. Oni  niejako  automatycznie  oczekują, że  les  allophones  będą  z nimi  się  identyfikować.

Mimo  to jak w każdej sytuacji, w której spotykają  się ludzie z różnych kultur  jest sporo  przyjaźni polsko-kanadyjskich,  zwykle rozwijających się w miarę bliższego  poznawania się  obu  stron.

Alienacja  kulturalna i samotność dawały imigrantkom  znać o  sobie na rozmaite sposoby.  Czasami  poczucie obcości  kulturowej wywoływało w  reakcji   przesadne podkreślanie bogactwa  kulturalnego  Polski. Także jako  reakcja na odmienność  kultur  nachodziła na  niektóre  imigrantki   świadomość  własnej odrębności   kulturowej.  Rodziło się poczucie istnienia jakiejś  niewidocznej   ściany pomiędzy  życzliwymi, a jakże,  Kanadyjczykami a  poszczególnymi  Polakami próbującymi w obcym  środowisku  utrzymać swój  własny wizerunek  wyniesiony z Polski.  Niektóre  imigrantki nie mogły sobie dać rady z podwójną kulturą.  Jedna z respondentek naszej  ankiety pisze, że poczucie obcości wobec  Kanadyjczyków istniało  bo,...na początku  i język i kultura  były  barierą. Ale po  30-tu latach   pobytu stale czujemy się  zawieszeni pomiędzy środowiskiem polonijnym a kanadyjskim...[184]  Czy to wynikało  z braku  energii imigrantek, które nie  chciały, lub poprostu  nie widziały wyciągniętej  życzliwie ręki   kanadyjskiej,  czy  też z wewnętrznego zamknięcia się w sobie z żalu  za utraconym  własnym  społeczeństwem,  a może  z  niezrozumienia kultury kanadyjskiej?  zawsze  najgorzej  wychodziły na tym same imigrantki.  Faktem jest,  że  nie wszyscy   imigranci, kobiety i mężczyźni  potrafili się  zdobyć na wysiłek podjęcia wyciągniętej przyjaźnie ręki i  brania udziału w otaczającym ich  życiu.

W  miarę narastania  oficjalnej i  rzeczywistej  życzliwości społeczeństwa  kanadyjskiego wobec  imigrantów,  ci ostatni nabierali pewności  siebie.  Zdarzało się, że  przekonanie o  ważności  własnej  osoby lub kultury wkraczało w arogancję, albo poprostu w chamstwo,  tak jak  to miało  miejsce w  przypadku   następujących odpowiedzi na ankietę :  Poczucie obcości  wobec Kanadyjczyków związane było  chyba ze wszystkim po  trochu. Nigdy  nie próbowałam przełamać (go- mój  dopisek),  bo nie widziałam ani nie czułam żeby mi  to  było potrzebne.[185] ,  albo   Poczucia obcości  wobec  Kanadyjczyków  nie przełamałam, bo nie chcę  przełamać -  ignoruję  Kanadyjczyków.[186]  Czy te  kobiety   zdawały sobie sprawę,  że  przybyły do obcego kraju i  że gospodarzami ich nowego  społeczeństwa są  Kanadyjczycy?  Czy  też  były to  próby  "odbicia sobie" na  Kanadyjczykach  skutków swoich własnych frustracji?

W rozmowach z  Kanadyjczykami  imigrantki  polskie podkreślały czasami  wielkość,  powagę i  znaczenie uczuć patriotycznych Polaków.  Robiły to  szczególnie wtedy,  gdy zdumione lekkością,  lub  przymróżeniem oka na jakie pozwalają  sobie nieraz Kanadyjczycy mówiąc o  swoim patriotyźmie.  Nie rozumiały bowiem, że jest to  lekki  sposób mówienia o  sprawach, które wcale nie są mniej  ważne  dla nich  niż dla Polaków.  Być może były to próby równoważenia kompleksów  imigranckich.

Jeśli jednak  spragnione serdeczniejszych  kontaktów imigrantki  nie mogły liczyć na natychmiastową "polską"  przyjaźń,  to  wzamian  otrzymywały od mieszkańców Kanady dużo  zyczliwości,  cierpliwości,  a także rzetelnej pomocy w chwilach,  kiedy jej potrzebowały. Charakterystyczne  są tu wypowiedzi respondentek  ankiety. Przyjechałam (do  Kanady)  po  studiach medycyny w  Irlandii i  tam  zostałam zaadoptowana w środowisku  angielskim[187]  Albo zupełnie wyraźnie... mam przyjaciół  anglo-  i  franko-języcznych-[188]

W  spotkaniach z Polonię  większość  przybywających  kobiet z  PRL-u i z  fali  solidarnościowej  z reguły stawała w obronie społeczeństwa  Polski  komunistycznej,  staranie oddzielając społeczeństwo od wrogiego  reżymu, który obarczały winą  za wszystkie wady, błędy i niepowodzenia Polaków.

W  Toronto  i  w  Montrealu każdy etap  imigracji  był licznie reprezentowany i można było łatwo  znaleźć  grupę  polską  odpowiadającą wiekiem,  wykształceniem i nawet usposobieniem. Natomiast w miastach innych  prowincji, a szczególnie w  Kanadzie zachodniej,  gdzie imigranci  drugiego  i  trzeciego  etapu zdołali już  wytworzyć swoje wspólnoty  polsko-kanadyjskie i  nieformalne  więzy   przyjaźni,  późniejsze   imigrantki  nie zawsze  współgrały odrazu   z poprzednią  fazą.  Subtelne   różnice wywołane dynamiką kultury polskiej  różnych,  choć  czasowo   bliskich sobie okresów wojny,  komunistycznego powojnia i  okresu  rozpadającego się komunizmu  przekładały się  czasami na nieufnoźć,  bądź  nawet niechęć jednej  grupy  wobec drugiej.  Od indywidualnych wysiłków  zależało  włączenie się w grupę,  albo izolacja  od niej. Ponieważ  nie można żyć bez ludzi,  więc  trzeba  było  znaleźć sposób aby się do nich dostać[189]  Kiedy więc dla równowagi  psychicznej potrzebowały  kontaktów  z rodakami, musiały się wykazań  przed  grupą,  do której  chciały się dostać i niezależnie od tego czy   były lekarzami, profesorami uniwersyteckimi,  czy pracowały w innych zawodach,  albo  były poprostu  żonami i matkami,  dla imigrantów polskich,  były przede  wszystkim kobietami których osobowość oraz stosunek do Polski musiały być poddane szczegółowym oględzinom.  Obowiązywał surowy antykomunizm i dawniejsi imigranci oczekiwali  wyraźnego sprecyzowania poglądów  przybyszki z  komunistycznej Polski.  Uważano  także,  że Polak  to katolik,  a już  szczególnie odnosiło  się  to do Polek,  więc  przywiązanie do Kościoła  rzymsko- katolickiego  było  zawsze skrupulatnie obserwowane przez starszą  grupę imigrantów polskich.[190]

W  dużej  mierze  ostrożność w  witaniu nowo  przybyłych była odbiciem dawnej podejrzliwości dominującej sytuację światową podczas  zimnej  wojny pomiędzy  ZSRR a  Zachodem,  toczonej  na wielu  szczeblach i instrumentach. Polonia podobnie jak wszystkie inne grupy etniczne była w nią  zamieszana.  Z natury środowiska etniczne były szczególnie narażone na wślizgiwanie się w nie agentów wywiadu sowieckiego,  o  czym  wojenni i powojenni  imigranci wiedzieli i przed  czym się starannie chronili.

W socjalizacji nowo  przybyłych imigrantek rozwijała się  typowa dwupoziomowość.  Polegała ona na oddzielaniu  kontaktów anglo- i  francusko-języcznych od polskich.  Zawodowe  znajomości odbywały się w jednym  z tych języków i  obejmowały Kanadyjczyków wszystkich korzeni narodowych.  Kontakty towrzyskie z nimi  były utrzymywane na specjalnym  poziomie, na którym imigrantki  starały się tak zachowywać jak osoby   już  zasymilowane, ale  przeważnie podświadomie pamiętały o  swojej w tym  środowisku  obcości.  Stosunki te  były poprawne i często  bardzo  życzliwe,  szczególnie ze strony  Kanadyjczyków, którzy  rzeczywiście chcieli się  zaprzyjaźnić z nowo  przybyłymi.  Czasami  mówiono  o  gradacji  bezpośredniości  i  otwartości, podkreślając,  że najżyczliwsi nowo  przybyłym są  Kanadyjczycy   o pochodzeniu  mieszanym z różnych nacji,  bądź  niedawni imigranci.

Po  latach  znajomości z Kanadyjczykami  z  urodzenia,  rozwijały się nieraz prawdziwe  przyjaźnie, oparte na wzajemnym poszanowaniu  inności kulturalnych,  chociaż te  ostatnie powoli  przestawały odgrywać  rolę w  przyjacielskich kontaktach. Przyjaźnie poparte w trudnych momentach  życia,  życzliwie ofiarowaną pomocą jednej lub drugiej  strony,  są do  dziś  dowodem,  że w  kontaktach imigrant-Kanadyjczyk asymilacja nie jest konieczna do  zawarcia  przyjaźni,  ale sama się przez nią  przyspiesza.

Na drugim ,  zupełnie osobnym poziomie relacji społecznych  były kontakty z rodakami.  Charakteryzowały się  całą  gamą  uczuć od gorących   przyjaźni aż po   obojętność, lub nawet  wrogie odtrącenie.  Wskutek intensywności uczuć wywołanych  szczególnymi  warunkami  imigracji  natężenie   przyjaźni między  Polakami na obczyźnie bywało i  bywa nadal o  wiele większe niż w Starym  Kraju,  szczególnie pomiędzy imigrantami  z tego  samego kręgu kulturowego, lub  znającymi  się od wielu  lat.  Także i  negatywne  uczucia wobec  rodaków miały i  mają  wyższy stopień emocjonalny. Wrogość  wobec  nie lubianych imigrantów i imigrantek na różnych etapach imigracji  bywała i nadal  bywa znacznie intensywniejsza, a  przy  tym  łatwiej uzewnętrzniana, szczególnie  jeśli  przybyłe kobiety są lub  były samodzielne i  dobrze  sobie radziły.  Kłótnie między Starą i Nową  Polonią są  tego  jednym  z  przykładów.  Nasza  narodowa  wada  kłótliwości i  bezinteresownej  zawiści zawsze i  wszędzie podróżowala razem z nami  i  do dziś   kwitnie na kanadyjskiej  ziemi.

Mimo  to  zarówno  w publikowanych życiorysach  jak i  odpowiedziach na ankietę znajdujemy liczne podkreślenia potrzeby   przyjaźni i  jej obowiązków.  Zdaniem respondentek ankiety, a także  kanadyjskich  specjalistów od  imigracji  tworzenie grup, w których  członkowie są  sobie życzliwi i  chętnie się  ze sobą  komunikują jest  między innymi  jedną z  gwarancji dobrego  włączania się imigrantów w  życie społeczeństwa  przyjmującego.

Kanadyjczycy, którzy  przez lata doświadczeń zdążyli się  wiele nauczyć o  psychicznych  problemach  imigrantów,  zwykle starali się ułatwiać kontakty między nowo  przybyłymi a lokalnie już zadomowionymi Polakami.  Podawali  adresy i  telefony i  zachęcali do spotkań z  dawniejszymi  imigrantami.  Niektóre doświadczone imigrantki czuły się wtedy w obowiązku opiekowania się nowo  przybyłymi.  Mówiły przy tym o potrzebie wygadania się i  wyrzucenia  z siebie nagromadzonych  "niedobrych  uczuć".  Prawiły, że najważniejszą sprawą na imigracji to mieć  przyjaciół i móc pogadać tak jak  się to  w Polsce robiło.  Nie jest to  jednak  takie proste.  Jedna z respondentek ankiety  pisze :  To  jednak w  Kanadzie już polega na innych zasadach postępowania.  Absolutny spadek poziomu  życia (kulturalnego),  kto kiedy ma czas ?  Tu nie ma nawet tego  zwyczaju... Nawet bez uprzedniego  telefonu nie można,  ot tak  sobie wpaść  do  sąsiadki (jeśli to  przypadkiem koleżanka),  wpaść i napić  się  herbaty.  To    rzeczy, które są, były i  będą. Można się z  czasem przyzwyczaić, ale to  zostaje... Ale fakt jest faktem,  życie jest inne[191] .  Jak  w wielu  poprzednio  cytowanych przykładach autorka tych słów automatycznie stawia  towarzyską  kulturę polską  wyżej  aniżeli  kanadyjską,  nadając odmiennym  zwyczajom,  takim jak  uprzedzenie wizyty  telefonem,  charakter  kulturalnie kwalifikowany.

Pouczające doświadczone już  imigrantki na zakończenie swoich wywodów  często  dodawały, że  żony muszą tutaj  bardzo pilnować swoich mężów  i  dlatego samotne kobiety nie bywają zapraszane przez  małżeństwa,  bo  przecież  nigdy nie wiadomo jak  się to może skończyć.  Poczym  najczęściej  następowała odwieczna rada dla samotnych kobiet, aby postarały się prędko wyjść  za mąż.

Mimo  tych dobrych rad w  Kanadzie sporo zwyczajów utrudnia  publiczne  towarzyskie  kontakty kobiet i  mężczyzn.  W  niektórych  pubach  w latach  60-tych i  70-tych  były ogłaszane specjalne dni,  w których kobieta mogła sama pójść do  pub  i napić się  piwa  bez wzbudzania podejrzeń  co  do  jej konduity.  Zdarzały się także osobne wejścia dla  kobiet.  Zawsze po to  aby chronić kobiety i  ich honor przed męską agresją. W mniejszych  miastach, dalej od centrów życia, podczas   towarzyskich  parties  kobiety  zawsze skupiały się w okolicy kanap i  tam  rozprawiały o  dzieciach, modach albo  filmach.  Mężczyźni tymczasem  stali w drugim końcu  livingroomu  i  rozmawiali o  biznesie albo o  sporcie.  Zadna ze stron  nie próbowała zbliżyć  się do drugiej i nie było najmniejszego  wysiłku aby rozmowa stała się ogólna.  Kontakty towarzyskie między  płciami są  ciągle trudne[192],  a nawet podejrzane,  szczególnie jeśli  próbująca je nawiązać  kobieta jest samotna.[193]  A. Ziółkowska w  "Kanada, Kanada" podkreśla istnienie ostracyzmu społecznego wobec samotnych kobiet.  Przedstawiając sylwetkę  Niny, która  przyjechała do męża do Kanady, do Kenory, niedużego miasta w północno- zachodnim  Ontario w roku  1972 i która cztery lata później owdowiała, pisze : Nie jest łatwo być  samotną kobietą w tym  społeczeństwie. Zaproszenia się urwały po  śmierci męża, nie zapraszają mnie  w miejsca, gdzie są mężczyźni.  Kiedyś na weselu poprosił mnie do  tańca jeden  żonaty mężczyzna, to jego  żona  w czasie gdy tańczyliśmy -  chodziła za nami  i  obserwowała.  Tutaj  przynależność  do mężczyzny to istotna sprawa. On  wyznacza pozycję, status społeczny...[194] 

Oczywiście w  Montrealu i w Toronto  i w  ich okolicach wyrobienie towarzyskie  Kanadyjczyków już wtedy, na przełomie lat  70-tych i  80-tych było  wystarczająco duże, ale  i  tam  dopiero parę  dziesiątek lat wcześniej zniesiono  zwyczaj, zgodnie z którym nauczycielki  musiały podpisywać zobowiązanie,  że podczas  trwania ich kontraktów ze szkołą  lub  college'em nie zajdą w ciążę.  Widok  ciężarnej kobiety na katedrze mógł by bowiem obrazić delikatne uczucia młodzieży, a już napewno ich rodziców.  Pod koniec  XX  wieku są  to jednak już tylko wspomnienia z dalekiej  przeszłości.

Kanada jest dzisiaj jednym z niewielu krajów, które   specjalnie się troszczą o imigrantów. Kraj  przyjmujący rozwinął swoje poczucie odpowiedzialności za nowo  przybyłych  od chwili  kiedy postawili nogę na kanadyjskiej  ziemi.  Na zasadzie systemu łańcuszka,  urzędowa polityka tolerancji i pomocy imigrantom  wywiera również wpływ na stosunek  do nich ludzi z ulicy.  Liczne  stowarzyszenia i  organizacje  deklarują  opiekę nad  imigrantami i  ich rodzinami uważając  za swój obowiązek  otaczanie ich opieką i pomocą.  Więc chociaż  rasizm i  ksenofobia drzemią jeszcze w niektórych kątach społeczeństwa  kanadyjskiego,  to jednak  dziś już nikt nie ośmieli się wyśmiać niezdarnego  języka angielskiego lub francuskiego, ani  kelnerka  ze snack  bar, nie odprawi klienta z kwitkiem, bo on  ma trudno zrozumiały akcent.

 

 

ROZDZIAŁ :  V                                                                   

 

 

            Etap  czwarty  ( 1979 -2000)


            Granice  pomiędzy  trzecim i  czwartym etapem polskiej  emigracji do Kanady są do pewnego stopnia arbitralne, ponieważ w obu okresach przeciętny typ emigrującej kobiety pozornie  jest taki sam. Jednak w miarę   jak liczba emigrantek czwartego etapu  rosła, ukryte poprzednio różnice pomiędzy obydwoma etapami zaczynały się  uzewnętrzniać. W  trzecim etapie (  1957 - 1979 ) dominowały kobiety urodzone albo jeszcze przed wojną albo w czasie wojny. Natomiast w etapie następnym  do Kanady emigrowały  kobiety już  urodzone i wychowane w PRL,  a przez to znacznie bardziej spolaryzowane kulturalnie.

Wśród starszego ( przedwojennego lub wojennego)  pokolenia grupy przechowujące w  Polsce  tradycje i wartości z okresu wojny  i  przedwojnia dominowały życie kulturalne, ale już od roku 1945 oficjalna polityka reżymu komunistycznego dążyła do przekształcenia społeczeństwa  w polską odmianę homo  sovieticus, nie ustając w ośmieszaniu polskich wzorców kulturowych  i zastępowaniu ich przez  wzorce "socjalistyczne" ,  nie wywodzące się z polskiej tradycji. Dlatego młodsze pokolenie, urodzone i wychowane  już w  PRL-u wzrastało w atmosferze oficjalnie odrzucającej polską ciągłość historyczno-kulturalną.  W indywidualnych  przypadkach, od rodziców lub dziadków młodzi  załapywali  tradycje i dawne zasady, ale nigdy nie mieli do nich społecznego spójnika.  Odwrotnie, w szkołach, w prasie,  w radiu i później w  telewizji tak, jak w całym życiu społecznym, swoje wzorce wyniesione z domów   widzieli ośmieszane  i pogardzane.

  Dla wielu  innych  "socjalistyczne wzorce" oznaczały  poprostu nowoczesność i pozbycie się przedwojennego balastu kulturowego,  co było tym łatwiejsze , że młodzież  Polski Ludowej przez  całe dziesięciolecia była ograniczona tylko  do  kontaktów ze światem   radzieckiego   realizmu. Stąd grupy awansujących społecznie inteligentów nawet przeciwnych polityce komunizującego państwa miały swoje wzorce kulturowe podbarwione"radziecką kulturą"  pojmowania świata, obowiązków  człowieka i społeczeństwa, moralności itd. W efekcie wśród licznych  grup młodych ludzi powstawały konfuzje w pojęciach najbardziej potrzebnych.  Szczególnie widoczne to było na pokoleniu, które zaczęło  przybywać do Kanady pod koniec lat siedemdziesiątych, a szeroką masą  napłynęło  w latach osiemdziesiątych.  Było ono, może dlatego, najbardziej zróżnicowaną  kulturalnie grupą imigrantów polskich.  Jedni trzymali się wzorców wyniesionych  z domów rodzinnych. Inni,   tworzyli  grupę ludzi wychowanych na sprzecznościach  wzorców domowych i państwowych. Dla  tych ludzi  własna tożsamość  często bywała niejasna. Stąd w kwestiach kultury albo polegali  oni  przede wszystkim na sobie i swoich sądach, albo  bywali  skonfundowani. Dla większości  zasadą postępowania stała się pewność  siebie.

Różnice wynikające z tych faktów zostały  w  Kanadzie  natychmiast zauważone przez zasiedziałych już  od dawna polskich imigrantów, którzy komentowali je w sposób następujący: To przeważnie  ..."ludzie młodsi wiekiem, posiadający  kwalifikacje zawodowe, mający  częściej  wyższe  wykształcenie aniżeli ich poprzednicy. Nie można pominąć faktu, iż  przybywają oni z miast, a nie ze wsi oraz - co jest bardzo istotne - należą do  pokolenia urodzonego i wychowanego w ustroju komunistycznym, w systemie totalitarnym - obcym i wrogim - w którym musieli i potrafili  ułożyć swoje życie."[195]  Tak w roku 1990  Benedykt Heydenkorn pisał o emigracji, która  wkrótce otrzymała zbiorową nazwę "solidarnościowej", choć zaczęła się   wcześniej  i nie wszyscy  jej członkowie  byli  emigrantami politycznymi.

Także i sami  imigranci  bywali  świadomi  swojej   konfuzji  w stosunku  do   wypracowywania sobie własnych skal  norm i wartości   społecznych. Jedna z imigrantek  z  lat 1981- 1998   podpisująca się   pseudonimem   "Rozbitkowie"  pisze  w swoich  wspomnieniach : "...Zauważyłam,  że pomimo  pozytywnego oddziaływania rodziny wychowując się w kraju komunistycznym, mój system wartości stał się  tworem bardzo kruchym. Właśnie pojęcia dobra i zła nachodziły na siebie, po czym oddalały się, aby   za chwilę  znów zatracić kontury. Nie zapomnę  jakim  szokiem było dla mnie odkrycie stalinowskiej poezji  mego ukochanego twórcy -  Gałczyńskiego" [196].  Ile w tej  wypowiedzi  jest  szczerości  w zakresie pojęcia wartości i norm społecznych i jak  wyraźnie pojawia się tu zagubienie kulturowe  -

Emigranci z okresu lat osiemdziesiątych rozproszyli się po całej Kanadzie.  Bardzo wielu z nich przybyło do Kanady  zachodniej,  szczególnie do Alberty i Brytyjskiej Kolumbii. Ponieważ byli  to przede wszystkim ludzie z wyższym  wykształceniem, więc przybycie ich wiązało się z rozrostem inteligenckiej części Polonii. Wprawdzie zajęci swoimi karierami i urządzaniem  się w  pierwszych latach swego pobytu w Nowym Kraju nie byli bardzo aktywni w życiu polonijnym, jednak  znalazło się wśród nich sporo kobiet, które wyraźnie  szukały  organizacji polonijnych, aby  dać  ujście nagromadzonej energii.  Skorzystała z tego  Federacja  Polek w Kanadzie, aby "odmłodzić" swoje szeregi,  jak to miało miejsce w Ogniwie nr.  3  w Edmontonie i  częściowo   w Ogniwie nr  4  w Vancouverze. Także wykorzystały te poszukiwania lokalne  urzędy imigracyjne, które właśnie zajmowały się organizowaniem  różnych programów, komitetów, lub rad pomocy imigrantom, szczególnie  starszym rodzicom przybywającym  w ramach  łączenia rodzin do już  zasiedziałych dzieci.  Ponieważ młodsze pokolenie uważało  za swój obowiązek  sprowadzić" swoich staruszków", ale następnie  nie miało  czasu się nimi  zająć,    więc urzędy  imigracyjne próbowały  rozwiązać  kwestię  ich samotności i wyobcowania  przez  poszukiwanie  w grupach etnicznych ludzi mówiących ich językiem i gotowych do wzajemnego odwiedzania się.  W tym  celu rządy  prowincjalne poszukiwały w różnych grupach etnicznych  kobiet, które,  wolne od pracy  zawodowej chciały  by podjąć  się takich wizyt.

 

Wartości   stare i  nowe


             Rozmawiałam ze znajomą  Polką w vancouverskim  sklepie spożywczym. Do  Kanady  przyjechała  ona  wraz z rodziną na fali  "solidarnościowej emigracji". Opowiadała mi  o swoich  przyjaciołach, którzy  przed  wyjazdem z Polski  uprzedzali ją o innym sposobie wychowywania dzieci  aniżeli  był jej  znany w Starym Kraju.  Mówiła  ...Mnie wychowywano w dyscyplinie. Jeśli nie posłuchałam ojca  obrywałam  za to lanie. I ja tak samo  wychowywałam moich  synów, a tu nagle mówią mi  przyjaciele,  że w  Kanadzie dzieci  bić nie wolno.  Kiedy przyjeżdżaliśmy  do  Vancouveru, to  ten najstarszy właśnie wchodził w głupi wiek teenagerów, a dwaj   młodsi, jak  papugi  powtarzali  wszystko  co on robił.  Podobno w szkołach jak się  dowiedzą że się  dzieci w domu  wychowuje w dyscyplinie, to  wzywają na rozmowy.  Więc się bardzo niepokoiłam.  Ale mam  dobre dzieci. Nawet teraz, kiedy synowie  już dorośli,  a zrobią coś co mi  się nie podoba, to  też im  przyłożę i nic  mi nie odpowiedzą. Ale coraz rzadziej,  przecież niedługo  będą się żenili...  Zapytałam     znienacka: a jak  wnuki  przyjdą, też  je będzie Pani bijała?   moja znajoma roześmiała się  -  o nie,  to  będą  przecież  kanadyjskie dzieci,  zresztą  to  będą  moje wnuki.   W  taki   oto sposób moja znajoma  znalazła receptę na pogodzenie starych i nowych  wartości  zastosowanych do  wychowywania  dzieci.

Systemy wartości  jednego i  drugiego  kraju obejmują znacznie więcej dziedzin naszego codziennego  życia. Na  pytanie postawione w ankiecie z lat  1998/99  jakie cechy respondentka przejęła z kultury  kanadyjskiej na pierwszym miejscu znalazła się  tolerancyjność  Wymieniły ją    23  respondentki na ogólną liczbę  33 wypełnionych ankiet.  Niektóre respondentki skorzystały z okazji  żeby dodać,   że  przez  lata  emigracji  stały się bardziej  tolerancyjne, inne natomiast dodawały, że  tolerancyjność  jest cechą  ogólnoludzką, a nie tylko  kanadyjską. Jedna  respondentka napisała, że w  Kanadzie tolerancyjność   jest doprowadzona do  granicy,  gdzie nie wiadomo czy to tolerancyjność czy  zobojętnienie[197]

Drugą z kolei cechą najczęściej,  bo  18 razy wymienianą przez  respondentki była  życzliwość  wobec  obcych. Tolerancyjność i  życzliwość  dla obcych -  te dwie cechy rzucają się w  oczy,  myślę,  że  miałam je też w Polsce, ale może tu  zdałam  sobie z nich sprawę.[198]  Respondentka o  symbolu 0  uzupełniła swoją  ankietę komentarzem że ... życzliwość dla obcych - to  jest w  USA,  w Kanadzie raczej ludzie są sobie obojętni [199]  jeszcze  inną  opinię ma respondentka o symbolu  P,  która stwierdziła,  że lubi  środowisko  kanadyjskie bo  ...po pierwsze jest stosunkowo  duża  tolerancyjność  wobec obcych, po  drugie że programowo nie wtrącają się w życie innych,  po  trzecie  za  szanowanie odrębności u innych ludzi, po  czwarte za  praktyczne stosowanie zasady równości  między ludźmi,  po  piąte za współczucie i solidarność z innymi   narodami,  po  szóste za brak  nadmiernie rozwiniętej  dumy narodowej.[200]  Dyskrecja  z jaką Kanadyjczycy odnoszą się do własnej  dumy narodowej  bywa  doceniana przez   niektórych  przybyszów  przyzwyczajonych przez reżym komunistyczny w Starym Kraju do  nadużywania wielkich słów przy byle okazji.

Mimo  podkreślania przez większość respondentek  tolerancyjności i  życzliwości dla obcych jako cech  typowych dla Kanadyjczyków  przy pytaniu  o  zawieranie przyjaźni  respondentki odpowiadają, że  albo  przyjaźnią się tylko  z grupą  Polaków,  którzy  przybyli do Kanady  równocześnie z nimi,  albo  że  przyjaźnie  kanadyjskie  są bardziej powierzchowne i dają mniej podtrzymania emocjonalnego.[201]  I tu  znowu obowiązująca w kulturze kanadyjskiej uprzejmość wobec obcych  nazywana jest  "powierzchowną  przyjaźnią"  przez  imigrantów czujących  swoje osamotnienie.

Na  pytanie mini-ankiety  czy respondentka jest zainteresowana losami  Kanady otrzymałam  w większości odpowiedzi  pozytywne.  Przyczyny  zainteresowania podawane przez respondentki    różne.  Respondentka B, która w  Kanadzie  przeżyła  56  lat pisze   mam własne zdanie o  ważnych sprawach Kanady. Martwi  mnie  upadek  moralności ( !) i  bezmyślność osób na kierowniczych stanowiskach [202]  Respondentka D pisze konkretnie ...jestem  federalistką i pragnę zjednoczonej  Kanady  w ramach tej samej  oświeconej konstytucji[203]   Jeszcze  inaczej  odpowiedziała respondentka o  symbolu  T :  W  rozmowach ze znajomymi wśród Polonii Montrealu  jestem  jedną  z nielicznych osób,  które mają  sympatię do  Quebeków  i które rozumieją  (chociaż  osobiście nie popieram)  ich dążenia do suwerenności. Moje pogądy są bardzo  niepopularne wśród Polonii,  moje porównania Quebeku  do Polski pod zaborami powodują  zgrzytanie zębów moich interlokutorów[204]  Respondentka  U  napisała  natomiast  Ponieważ  mieszkamy w  Quebecu więc oczywiście ( może nie jest to  tak oczywiste)  bardziej interesuję się co dalej  będzie, niż inni ludzie,  którzy  mieszkają w innych spokojniejszych prowincjach. Poprostu  chciałabym  aby Kanada się nie podzieliła.[205]   A  respondentka o  symbolu  ZD  napisała po prostu :   Chciałabym by  Kanada została taka  jaka jest : liberalna,  demokratyczna,  tolerancyjna.[206]  W  sumie na  33  odpowiedzi  na mini-ankietę 28 respondentek,  czyli prawie 85%  odpowiedziało,  że są  zainteresowane losami  Kanady,  a  10 respondentek czyli prawie 1/3  napisało,  że    aktywne w organizacjach kanadyjskich, politycznych albo społecznych od ogólnokrajowych i prowincjonalnych aż do lokalnych.

Jak  widać na  przykładzie  tych kilku  odpowiedzi  proces odchodzenia od starych  wartości i  zainteresowania się Nowym Krajem jest  zróżnicowany.  Niektóre imigrantki próbują  znaleźć  swoiste  rozwiązania ,  jak na przykład moja znajoma ze sklepu  spożywczego,  inne bardzo jasno rozumieją w jakim kraju  się  znalazły i  czego  chcą od przyszłości  w nim  -  jak  większość  respondentek.  Wreszcie jeszcze  inne są  gotowe  brać  udział  w budowaniu  wspólnej  przyszłości.  Zdarzy się  że różnice w szybkości akceptowania  nowego  systemu wartości powodują  konflikty   w  grupach lub nawet w rodzinach,  dzieląc  małżonków  lub rodziców  i  dzieci,  które  już wchłonąły  kanadyjski  system  wartości

 

Życie domowe


            Istnieje pewien  schemat sytuacji  życia  imigrantów polskich  w  Kanadzie. W latach  początkowych ich  pobytu tutaj, niemal  cały  wysiłek nowo  przybyłych  jest kierowany na ustabilizowanie   finansowe i  raczej powierzchowną adaptację  do Nowego  Kraju.  Później,  w  miarę jak  warunki  życia krzepły i  rodzina imigrancka  "zdejmowała koła z wozu" i jako  tako  osiadła,  zaczynały  się  czasem pojawiać niezauważane   wcześniej  rysy  na życiu  rodzinnym.  Niekiedy  wyrażały się one w ochładzaniu  się stosunków między  małżonkami,  kiedy indziej w stosunkach z  podrastającymi  dziećmi.

Przyczyn do  rozwodów w rodzinach polskich imigrantów w  Kanadzie w drugiej  połowie  XXgo  wieku,  jak w każdej innej  grupie etnicznej i w każdym innym  czasie i miejscu było  zawsze dużo,  ale trzy z  nich były  wyraźnie związane z imigracją. Pierwszą  był stress wywołany  obcością kraju i trudnościami adaptowania się do nowej pracy, nowego otoczenia i nowej kultury,  a  często także i  do nowego  języka.

Drugą  był  zmieniony status kobiety, która od lat  60-tych w  Kanadzie bardzo  zyskiwała poparcie w swoich dążeniach  do  samodzielności,  bądź przez  pracę  zarobkową,  bądź  przez  kulturę kanadyjską,  zawsze kładącą nacisk  na samodzielność każdej  jednostki.

Trzecią  przyczyną  był samochód.

 Stres związany z  imigracją w różny sposób oddziałowywał na małżonków. Dla  jednych  był  spoiwem, które silniej  łączyło dobraną parę.  Tak  właśnie napisała jednak z  respondentek ankiety  : ...nasze  wzajemne stosunki  zacieśniły się,  zwłaszcza , że mamy wspólne dziecko, które razem  wychowujemy.[207]  Ale dla innych imigracja była elementem drążącym jedność małżeńską.  W  takich przypadkach dla każdej  strony jego/jej  własny stress stawał się ważniejszy od uczuć  partnera i  tak  zwolna pretensje zastępowały dawne uczucia  między małżonkami.  Rozwody bywały trudne i bolesne pozostawiając   nierzadko  głębokie ślady  na jednej lub  obu stronach,  nie mówiąc o  dzieciach.  Wielu  przyjaciół nie rozumiało   wówczas dlaczego po  kilkudziesiąciu latach znajome  im   małżeństwa  Polaków  się  rozpadały.  Inną  ważną  przyczyną  rozwodów była samodzielność  kobiet uzyskana w  Kanadzie.  Dla bardzo  wielu małżeństw imigranckich było nowością, że z przyczyn ekonomicznych żony nabywały coraz więcej  samodzielności.

Rozziew pomiędzy dochodami  żony i męża dla wielu  małżeństw  nie zawsze  był  związany z autorytetem  męża. Liczni polscy   imigranci,  chętnie godzili   się  na żonine  wyższe  zarobki,  świadomi  swoich własnych ograniczeń  finansowych w  fachu, który był ich specjalnością. Tułaczka po  świecie,  przez  którą niejeden  z nich  przeszedł oraz  trudy pierwszych lat imigracji,  albo  wreszcie jego  własny   charakter  niejednemu  mężczyźnie zmieniły pojęcie istoty  małżeństwa.  Polska tradycja, w której  mężczyzna mial  być  głową domu,  zarabiającym i  utrzymującym rodzinę i  którego  decyzjom rodzina, a więc i  żona  musiały się podporządkować,  w wielu  wypadkach w  powojennym  życiu  emigranckim  zostawała  łatwo  zastąpiona  przez zasadę  partnerstwa małżeńskiego.  Jednak dla innych  mężów,  wyższe  zarobki  żony były upokorzeniem  trudno  znoszonym.  Prowadziło  to  do niesnasek domowych, niekiedy tak silnych że rodziny rozpadały się.  Pisze  o  tym  Kasia... Przez  cały okres naszego  małżeństwa,  przez  całe 6 lat zrobiłem  wszystko co w mojej mocy, aby cię od siebie całkowicie uzależnić.  Nie  chciałem abyś umiała dobrze prowadzić sdamochód.  Nie chciałem, abyś była w stanie zarobić na życie.  Chciałem, abyś  była całkowicie  zdana na mnie.  Wykluczyło by to jakieś szanse na twoje odejście ode mnie.  I  nie byłem w stanie tego osiągnąć[208] .  Oczywiście  Kasia opisuje skrajny wypadek,  ale być   może,  gdyby  Kasia  nie wyjechała z Polski, nie żądała by tak uporczywie  swojej  samodzielności.

Trzecia  częsta  przyczyna rozwodów związana jest z  samochodem.  Dla rodziny imigrantów polskich nowo  przybyłych w pierwszej lub drugiej  dekadzie powojennej,  samochód nie tylko  ułatwiał i  przyspieszał  transport,  ale był  fizycznym wyrazem  statusu społecznego.  Kto miał  samochód,  ten  miał  więcej  praw,  więcej  wolności  może nawet  więcej władzy w rodzinie.

W latach  powojennych dla wielu  Polaków-imigrantów  jeszcze  nie bardzo majętnych samochód oznaczał możliwość wyrwania się na parę godzin  z domu i odkrywania świata  na nowo.  Ten kto  siedział  za  kierownicą  był "kapitanem rodzinnego  statku"  i  od niego  zależało kiedy i  gdzie się pojedzie...Jakieś  trzy tygodnie po naszym  przyjeździe mój  mąż  zdecydował  się kupić samochód.  Początkowo sam  prowadził, ale po paru tygodniach  postawiłam  na swoim, że i ja muszę  zrobić  prawo jazdy.  Samochód jednak  uważał  za soją własność i pozwalał mi prowadzić tylko  wtedy gdy był w  bardzo  dobrym humorze i  tylko wtedy gdy  jechaliśmy  razem.[209]

Nawet dla najskromniejszego  imigranta , kiedy prowadził  samochód,  były to chwile dumnej odpowiedzialności głowy rodziny.  I  tu  czasami   powstawał konflikt,  bo  z  czasem  wyjazdy z rodziną   zaczynały być coraz rzadsze,  zastępowane samotnymi wyjazdami na polowanie, albo na ryby z  kolegami,  żeby  zapomnieć o  kłopotach  imigranckiego  życia.  Zdarzało się także,  że właśnie samochód  pozwalał na nawiązanie na uboczu jakiegoś  flirtu,  czy  mniej  lub więcej  przejściowego  romansu.  W tym ostatnim  przypadku samochód był  przede  wszystkim  kluczem do  wolności  mężczyzny,  któremu  się jeszcze marzyły podboje świata i swobody  kawalerskie.  Ale w  miarę uczenia się  kanadyjskości,  także i  żona  sięgała po  prawo  jazdy i  dla tych samych powodów  szybkiego  transportu i  wolności poruszania się po  mieście i prowincji lubiła posiadać samochód.  Nawet  jeżeli  nie prowadziło to  do  rozbicia rodziny,  jej  samodzielność wzrastała,  bo mogła wychodzić z domu  dalej i  bez proszenia o podwiezienie.

Często nawet  prowadzenie samochodu przez  żonę stawalo się koniecznością, ponieważ  mąż  pracował aż do wieczora,  więc na żonę  spadały obowiązki odwożenia dzieci do  szkoły, lub na dodatkowe zajęcia,  przychodzenie na wywiadówki szkolne, robienie zakupów,  wożenie dzici do  dentysty, do  doktora itp  sprawy, które wymagały  samochodu.  Oprócz  możliwości  szybkiego poruszania się po mieście,  samochód dawał kobiecie nowe dla niej poczucie własnej  sprawności i panowania nad  przestrzenią.  Swiadomość niezależności od mężczyzny-kierowcy stosunkowo  łatwo  mogła się zmienić w  poczucie własnej wolności.  Kiedy w  weekend   mąż  chciał  jechać z  kolegami na ryby  prowadząca samochód  żona nie musiała już  siedzieć w domu  nudząc się lub telefonując po  znajomych,  lecz poprostu siadała za   kierownicę i  także organizowała sobie i  dzieciom ich własny  fun .  A kiedy  dzieci podrosły i już nie potrzebowały opieki  matki, wówczas samochód dla domowej  żony stawał  się środkiem organizowania nowego  życia.  Stąd zaś,  dla niektórych  żon był  już tylko  krok  do  zwiększenia wymagań  wobec  tego,  który  poprzednio tę wolność ograniczał mimowolnie lub umyślnie.  Neofitki kanadyjskiej  motoryzacji budziły zazdrość kobiet w średnim  wieku w całym sąsiedztwie. W pewnym  sensie stawały się nawet  role models  dla tych wszystkich  kobiet,  które brały  je sobie za   przykład i mozolnie zbierały  pieniądze na kupno  używanego  samochodu, aby też zdobyć swobodę  poruszania się  po mieście kiedy  tego  zapragną. Ile kobiet wówczas  zamieniało łzy złości i  znudzenia w pretensje do  tego, od którego zależały nawet w tak drobnych sprawach jak organizowanie sobie czasu na wizytę u kosmetyczki  lub większe  zakupy domowe?

Zaczynały też działać w rodzinach imigrantów polskich nowe  kanadyjskie systemy wartości i sposoby wychowywania  dzieci. Nacisk na samodzielność dzieci i  ich inicjatywę,  rozwijane w szkole wymagały dopasowania stylu polskiego  domu,  z jego  nieco  staromodnymi  obyczajami  do  kanadyjskiej  reality.  Niektórzy rodzice mówili o  trudnościach  wychowywania  dzieci w  Kanadzie, ponieważ  rodzicielska rózga, a nawet klapsy  były zakazane.  Były więc liczne narzekania o  braku  kinderstuby  kanadyjskich  dzieci, ale w rezultacie życie wymagało dostosowania się  do norm   Nowego  Kraju i  matki,  nolens volens  powoli stawały się bardziej tolerancyjne, odkładając do lamusa polskie przestarzałe wymogi wychowawcze. "Najazdy"  kolegów i koleżanek na kuchenne lodówki przestawały budzić zgorszenie,  tak samo  jak  wzrastająca samodzielność młodzieży.

Wytwarzały się dwa typy postępowania imigranckich dzieci  w  szkole. Jeden  był  tak charakterystyczny  że prędko  zauważali  go  nauczyciele. Mówili  wtedy,  że dzieci imigrantów są lepiej  przygotowane do nauki, lepiej  rozumieją  jej potrzebę i  dlatego bywają  prymusami w swoich  klasach.  To  zdarzało się, kiedy  rodzice zdołali wpoić swoim  dzieciom dumę ze swego pochodzenia i wiarę,  że mają potencjał, który może doprowadzić je do kariery. W tych  przypadkach imigracja motywowała  dzieci do  osiągania lepszych   wyników.

Drugi  typ postępowania wybierały zazwyczaj  dzieci, które się  wstydziły swego imigranckiego pochodzenia.  Zaczynało się od pokpiwania sobie z rodziców, którzy robili  błędy w  angielskim lub francuskim, potem  było  odmawianie mówienia w  domu  po polsku,  chłód  bariery międzypokoleniewej, który  bywało  zanikał po jakimś  czasie  lub  zmieniał  się  w  zwyczajną rodzinną serdeczność i  przywiązanie do  rodziców.  Bywało jednak, że dzieci odchodziły od rodziców i identyfikowały się z kolegami i koleżankami  gotowymi je  przyjąć do  "bandy" pod warunkiem, że będą  się zachowywać tak jak  jej  reszta.  Te dzieci robiły uwagi co do pochodzenia rodziców i podkreślały ich niezaradność ekonomiczną. Jednocześnie ubierały się według gustów kolegów, mówiły takim  samym   slangiem  jak oni,  tak samo opuszczały lekcje w szkołach i  tak  samo próbowały papierosów i narkotyków.  Niektórym rodzicom  ratowanie dzieci  jeszcze się udawało,  innym nie.  Zawsze wtedy do  wszystkich możliwych pytań, które rodzice sobie stawiali  dochodziło  pytanie o  sens ich emigracji.

 

            Co to znaczy  emigrować?


            Większość imigrantów z lat 1979-2000  przybywała  pewna  siebie i swoich decyzji,  a niektórzy czuli  się  Kanadyjczykami  natychmiast  po  lądowaniu  samolotu ich  wiozącego. Jerzy  Swiech, jeden  z  imigrantów tego etapu  tak opisał rozmowę, którą  miał  ze starszą panią z  Kongresu Polonii w  Toronto. Jego  rozmówczyni miała za sobą trzydziestoparoletnie  doświadczenie kanadyjskie:  " ...pani owa powiedziała...Niech się pan nie martwi,  będzie dobrze !  Tylko  wytrzymać te  pierwsze pięć lat.  W  Kanadzie trzeba się pomęczyć te pięć lat, a potem...Ale ja nie przyjechałem do Kanady,  by się  męczyć !  - nie wytrzymałem - ani jednego roku, a cóż dopiero pięć lat!  Starsza  pani  popatrzała na mnie spłoszona. Przepraszam panią - powiedziałem,  ostatecznie  nie zasłużyła sobie na jakieś gwałtowne sprzeciwy -  Chciałem  tylko dodać, że mam dobry  zawód i duże doświadczenie.  A  przede wszystkim mam poczucie, że wreszcie jestem u siebie... Polska została za nami  jak  zamknięty  rozdział.  Czasem  piękny   we wspomnieniach, na razie często okrutny w snach"[210]  Nieco  dalej J. Swiech pisze  także "Rozróżniam  trzy kategorie ludzi, którzy zmienili miejsce swego pobytu. Do pierwszej należą  ludzie którzy traktują siebie jako "stale mieszkających za granicą". Są to ci , którzy pieczołowicie dbają o ważność polskich paszportów i o to by " być  w porządku" wobec władz krajowych, bo nigdy   nic  nie  wiadomo"

"Drudzy to ci, co przyjmując konieczność losu  emigracyjnego  stale żyją sprawami  pozostawionego  za sobą  kraju,  są gotowi do uczestnictwa w jego problemach. To są tacy, którzy później gdy  4 czerwca   1989 roku nadeszły wybory w  PRL  agitowali za udziałem i sami w nich aktywnie uczestniczyli  wierząc, że się przyczynią do zmian zachodzących  tam daleko   między Bugiem a Odrą. Trzecią kategorię stanowią ludzie, dla których Kanada jest miejscem  za "tymi drzwiami ostatecznymi". To ci którzy stwierdzili  owego 4  czerwca: wybierać mogę parlament kanadyjski. Na jakiej  podstawie  Kanadyjczyk może ingerować w wewnętrzne sprawy innego kraju nie znając nawet kandydatów  do sejmu?" [211]  J. Swiech, architekt z zawodu dzięki swojej przebojowości oraz dzięki posiadaniu dobrego  zawodu  bardzo prędko osiągnie poziom  życia odpowiadający jego  życzeniom.  W swoich wspomnieniach nie pisze, że czuje się obywatelem świata, ale widać, że  nie ma problemów ze zmianą  kulturowej przynależności, często określanej i cenionej tutaj  jako roots  (korzenie)  które w ostatnich latach ub. stulecia i także  obecnie tak bardzo są poszukiwane przez drugie, trzecie, a czasami  dziesiąte pokolenie.

Nie wszyscy imigranci z tego okresu mieli podobne podejście do swego pobytu  w  Kanadzie. Jedna z respondentek naszej ankiety ma krańcowo odmienne podejście.  Pisze ona :"Mój pobyt na emigracji zmienił moje uczucia w stosunku do Polski. Kraj i kultura mi  zobojętniały.(ale) żałuję w ogóle  przyjazdu do Kanady" [212]  Większość  imigrantek z tej fali mieści się jak  zwykle pomiędzy dwoma krańcowymi przedziałami próbując pogodzić asymilację w Nowym Kraju z zachowaniem kultury polskiej.  Jedna z respondentek ankiety  tak podchodzi  do bi-kulturalizmu polsko-kanadyjskiego ..."Ja zresztą nie czuję się Kanadyjką, tylko  Polką zamieszkałą w Kanadzie. Dziwi mnie zawsze dlaczego my Polacy mamy  być Polakami  tylko w  Polsce... Już  gdzie indziej jesteśmy najwyżej Polonią. Dlaczego np. Francuz może  całe życie mieszkać w Maroku, czy gdzie indziej, a jest Francuzem, ma w swoim  kraju pełne prawa a nie pół-prawa jak my. Dlaczego ja miałabym piec indyka na dzień  dziękczynienia ? To  byłaby    poza!"[213]  Charakterystyczne, że jako dowód bi-kulturalizmu  wybrała  indyka,  czyli najłatwiejszy    (przez  wspólną  biesiadę)  sposób uszanowania kultury państwa, w którym  żyje, a dla nas to dowód oczywisty  konfuzji  własnej  tożsamości.

Autorka wspomnień zatytułowanych " Nie rezygnować", a podpisanych pseudonimem   "Rozbitkowie"  jeszcze inaczej pisze o sprawach  godzenia kultury polskiej z kanadyjską :"Teraz chciałabym  rozważyć kwestię, która mnie nurtuje od dawna. Mianowicie na ile Polak (zwłaszcza mieszkający w  Polsce) powinien,  czy też musi  zajmować się wszystkimi przemianami społeczno-politycznymi jakie tam się dokonują... Będąc jeszcze w  Polsce czasami zazdrościłam mieszkańcom wolnych krajów, gdzie człowiek,  który  nie  interesuje się polityką  może trzymać  się od niej  z daleka,  że może żyć w kręgu takich spraw, które sam sobie wybrał...W Polsce niemal moralnym nakazem jest włączać się w tę  walkę i to  nie tylko  milczącym poparciem, ale konkretnym działaniem..."[214]  Autorka  tej wypowiedzi  broni się  przed  polskim  rozpolitykowaniem i  odróżnia je od kultury. Zapewne  po przybyciu do Kanady porównuje je  ze spokojem  tutejszego  życia. Być może, że  słowa  J. Swiecha  cytowane na wstępie  tego rozdziału  były także podyktowane zniechęceniem  wynikającym  z faktu  wszechobecnej polityki zatruwającej w  Polsce  życie niejednej osobie. 

Rozpad  komunizmu w latach 80-tych i następujące po  nim  trudności gospodarcze i polityczne nadal istniejące w  Polsce, spowodowały, że na emigracji  znalazło się wielu ludzi  zupełnie nieprzygotowanych  do życia w  innej kulturze, o czym oczywiście ani oni, ani  Kanadyjczycy nie mogli wiedzieć.  Kanada  wybierała spośród kandydatów do  wyjazdu przede wszystkim ludzi młodych, po studiach, albo z paroletnią praktyką w swoim  zawodzie.  Ceniono  przedsiębiorczość i wykształcenie, a na kobiety patrzano jako na matki przyszłych  Kanadyjczyków.  Przybyszom ofiarowywano materialną pomoc i życzliwość w adaptacji do nowej kultury,  zakładając, że po wstępnym okresie nowi członkowie społeczeństwa wejdą w jego spokojny  nurt.  Przybywało też  wtedy wielu emigrantów   zaangażowanych w pracach  solidarnościowych, którzy  mając do wyboru  więzienie albo emigrację wybierali  wyjazd z Kraju.  Anna, autorka  eseju "Uporczywie do celu" pisze : " Przed rokiem o tej porze Andrzej był w więzieniu, a ja chora i wściekła z bezsilności miotałam się między zaprzyjaśnionym  księdzem, który  dodawał mi ducha,  a prokuraturą, która  na żądanie SB  przygotowywała  proces....(teraz - mój dopisek)  Jesteśmy na miejscu naszego zesłania. Małe miasteczko, prawie środek Kanady. Poznaję nowych Polaków, mieszkamy w domu pewnych 80-ciolatków.  Przychodą ich znajomi i chcą nas zobaczyć. Jestem czujna i wrażliwa, wyłapuję ich słowa i  gesty i dzielę, natychmiast analizuję, może niepotrzebnie... Słyszę czasem słowa,które mnie bolą : teraz  to  młodym wszystko dają, kiedy  myśmy  przyjechali nie było nic, tylko lasy, lasy... Jak im  powiedzieć że te  10  tysięcy  kilometrów to nie turystyka i  przygoda.  To  łzy, żal  do Polaków, że przez  szykany zmuszono nas do wyjazdu ."[215] Ta szczera wypowiedź to pomieszanie norm  społecznych polskich i kanadyjskich.  Autorka, mimo, że ma wyższe wykształcenie, nie może się wyzbyć pretensji do Kanady za to co jej  zrobiono w Polsce. Podejrzliwie patrzy na przyjmujących ją  Kanadyjczyków tak jakby to byli członkowie Urzędu  Bezpieczeństwa. Annie nie przyszło do  głowy,  że  rzeczywiście  imigrantom  z  jej  epoki było lepiej niż dawniejszym,  że sponsorzy jej  rodziny musieli poświęcić sporo  czasu  na załatwianie  formalności sprowadzania Polaków,  że musieli  urzędom imigracyjnym dać  gwarancję   mieszkania i utrzymania  dla  nowo przybywających  przez  rok  jeśli sponsorem  była  organizacja i  przez 10 lat jeśli   była nią osoba prywatna.- i  że to  bywa dużym ryzykiem  finasowym.  Dla  sponsorów ze Starej Emigracji  było oczywiste, że nowi przybysze dostali się do "lepszego  świata"   i  że powinni to  docenić.  Tymczasem  Anna, autorka wspomnień  uważa że " lepszy świat" był w Polsce a tu w  Kanadzie jest "zesłanie" czyli  coś  porównywalnego do Sybiru lub Kazachstanu w latach 1939 i następnych. Emigranci "solidarnościowcy" uznawali, że przybycie do Kanady było skutkiem  wyrzucenia z Polski czyli  karą, bardzo niesprawiedliwą i krzywdzącą.  I jak  tu  wytłumaczyć, że  rząd kanadyjski   patrzy na otwarcie swoich drzwi jako na start nowego  życia, a nie  zesłanie?  To już nie  10  tysięcy kilometrów od ówczesnej Polski, jak pisze autorka wspomnień, ale zupełnie inna planeta.  Natychmiast więc  zaczęło  się nieporozumienie, mały  prywatny konflikt  nikomu niepotrzebny, który mógłby   wogóle nie zaistnieć,  gdyby  nowo  przybyli  więcej  wiedzieli o  Kanadzie.  A tak urażenie i niechęć pozostały po obu stronach." Przecież wiadomo, że początki emigracji są  zawsze ciężkie, a taka postawa jak tej pani, jest po prostu ubieraniem się w niezasłużoną  bohaterskość",  starsza  pani,  wyraźnie  od dawna zamieszkała w  Kanadzie  poczuła się urażona  brakiem  uznania   całej pomocy, którą   Kanada  ofiarowała  wygnanym  z Polski  politycznym imigrantom solidarnościowym,  kiedy w skromniutkiej  bibliotece   "Zgody"  spotkałyśmy się jako klientki.  Warto dodać,  że wśród sponsorowanych większość nie była nastawiona tak podejrzliwie i  krytycznie jak  Anna i  cały proceder  często  kończono  wzajemną  życzliwością  i  zadowoleniem,  a w niektórych  przypadkach  nowymi  przyjaźniami. 

W latach  80-tych bywały  też polskie imigrantki, które sądziły, że emigracja  nada ich  życiu jakiś  głębszy  sens i   że dzięki temu  życie ich stanie się pełniejsze.  Iwona Majewska  ujęła swoje wspomnienia w sposób następujący : Czasami  przerażał mnie zaklęty   krąg polityczny  i moralny Polaków, krąg, z którego  nie widać wyjścia. Wierzyłam wprawdzie że "to się skończy", ale to nie poprawiało mi nastroju. Straszne były te wieczne dyskusje polityczne, te nocne Polaków rozmowy  nie prowadzące do  żadnych wniosków.  Czasami straszna myśl ,  że może  nie  żyję  pełnie,  że radość domem, rodziną są ochłapami kultury,  to może nie wszystko co  świat może mi dać,  że mogłabym i ja i dzieci i mąż  mieć więcej przyjemnych  chwil, moglibyśmy pokusić się o  więcej, niż nam  załatwią rodzice, znajomi, państwo  wreszcie"[216]

Dość  często  jako  przyczynę chęci  wyjazdu  z Polski podawano "bo w Polsce już nie można było żyć".  Nie jest pewne,czy to wyrażało przekonanie, że należy się im  od życia coś więcej, niż to co mogli osiągnąć  w Starym Kraju (tak jak pisała Iwona Majewska), czy też  po prostu  przed wyjazdem widzieli imigrację tylko w kolorach różowych.  Wielu miało w Polsce dobre warunki materialne,  dom czasem z  basenem,  samochód, nie należeli do prześladowanych, ani  biednych.  Niewielkie doświadczenia w poznawaniu zagranicy uzbierane podczas wakacyjnych  wyjazdów  na pracę do  Szwecji lub  Niemiec,  rzadziej  do Anglii utwierdzały ich w  przekonaniu, że w  Polsce jest źle i  że należy szukać szczęścia w innych krajach.  Kanada  nadal  była uważana za jeden  z najlepszych krajów dla emigrantów.

          Kobiety tej  fazy emigracyjnej są  podobne  do swoich  mężczyzn. Są pewne siebie i głęboko  przekonane o własnym prawie do  szczęścia i stanowienia o   losie   swoim i  ewentualnie swoich dzieci i męża.  Podkreśla to  Kasia, która pisze : Kiedyś  jeden z moich  szefów zrobił jakąś  bardzo negatywną uwagę  na temat Polaków i Ukrainców. Na co ja spojrzałam na niego i rzekłam - Hej, hej nie zapominaj  że ja tu jestem ! On na to : - No tak, ale ja mówię o typowych Polakach, a ty jesteś nietypowa. No bo ty jesteś...taka...pewna siebie"[217]  Wierzą w swoje szczęście i  we własne zdolności.  Wnoszą do Kanady swoje wykształcenie poparte latami doświadczenia zawodowego i nie mają żadnego kompleksu niższości wobec Kanadyjczyków, tak  czasami widocznego w poprzednich falach emigracji polskiej.  Niektóre znają  język  angielski, inne żyły już  w krajach francusko-języcznych, a ofiarowywane przez Kanadę ułatwienia dla imigrantów  przyjmują często jako dowód tego, jak bardzo Kanadzie zależy na nich.  Były to przecież lata kiedy było modne podziwiać Polaków i  zachwycać się ich odwagą w realizowaniu bezkrwawego  przewrotu antykomunistycznego. Na fali tej światowej życzliwości imigrantki epoki solidarnościowej  i lat po niej następujących czuły się wszędzie mile widziane i utwierdzały się w  przekonaniu o  słuszności opuszczenia Polski na  zawsze, lub  przynajmniej o powszechnie ogarniającej ich życzliwości w Nowym Kraju.  Frustracja, którą  odczuwały w Polsce, niezależnie  od tego, czy była powodowana ideologiczną przepaścią między społeczeństwem  i reżymem, czy  też trudnościami przebicia się przez  niewidzialny mur izolacji  Polski od świata, szybko maszerującego naprzód, powodowała, że kobiety te z wyjątkami takimi  jak cytowana powyżej Anna patrzały na swoją  emigrację jako na element pozytywny, a nie przykre doświadczenie. Imigrantka, która użyła pseudonimu "  Szczęściara" pisała, że powody dla których wyemigrowała cała jej rodzina były znacznie głębsze : "Wreszcie wrzesień 1981 roku... Powstaje pytanie co ja matka,  inaczej  my-rodzice, pozostawimy po sobie naszym  dzieciom " W  odpowiedzi mówi się niekiedy... byleby nie męczyły się jak my kiedyś... Odpowiedź  brzmi ... przede wszystkim nie przynieść dzieciom  wstydu,  żeby nie wstydziły się matki i ojca... Być ojcem i matką, to nie tylko  dać  życie, lecz również być nosicielem rodzinnej godności i narodowego  honoru. W ostatnich  miesiącach weszliśmy w sytuację w której trzeba rozstrzygać: jakie  dziedzictwo należy przekazać naszym  dzieciom - czy dobrobyt plus mniej lub  bardziej  wyraśne poczucie wstydu czy dumę z dobrze spełnionego obowiązku. Ciężko było  zostawić dom i rodzinę, ale na nas  czas!  W drogę! W nieznany,  ale może lepszy świat!"[218]

Zdarzały się także  emigrantki,  które po prostu bagatelizowały  problemy  emigracji,  tak  bardzo  były sfrustrowane własnym życiem w  Polsce.  Baśka opisuje to w następujący sposób : " o  czym można marzyć  będąc obywatelem najbrudniejszego państwa w  Europie? jedna trzecia współplemieńców  żyje tu w  warunkach zagrażających  zdrowiu i życiu, a ponad połowa nie jest w stanie  wypracować sobie  nawet urzędowego minimum socjalnego!  Dla wszystkich stało się jasne od kilku lat,  że pracowitość, uczciwość są ciężkimi kulami u nóg, które  skutecznie uniemożliwiają  osiągnięcie jakiegokolwiek dobrobytu materialnego. Normą społeczną  przystosowania stała się dwulicowość i wewnętrzne załganie, co doprowadziło do absurdu społeczną i polityczną groteskę...  Kiedy jedna z koleżanek  podesłała mi  czysty druk z firmy zatrudniającej w  Toronto pomoce domowe..., kanadyjski rząd zapewniał  bowiem, że po  dwóch latach nienagannej służby domowej w  charakterze niańki lub gosposi, po ukończeniu kilku  kursów,  biegłym opanowaniu języka angielskiego, przepracowaniu społecznie określonej liczby godzin oraz wykazaniu się odpowiednim kontem w  banku można otrzymać prawo stałego pobytu i stać się  samowystarczalnym  członkiem społeczeństwa kanadyjskiego.. Dla takich ludzi jak  ja - bez rodziny i przyjaciół  na  Zachodzie i bez perspektywy na Wschodzie- a za to  z całym  bagażem przepracowania, przeuczenia i niepowodzeń wynikających z założeń systemu premjującego jedynie ludzi z odpowiednim  kręgosłupem ideologicznym-...    druk z  Toronto Domestic Corporation był  tym, czym dla innych elegancki  bilecik  na obiecujące przyjęcie."[219]  My możemy  to  dzisiaj  nazwać mieszanką wykalkulowanego chciejstwa i naiwności, pochodzącą z kompletnej nieznajomości  Canadian  reality ( kanadyjskiej  rzeczywistości). Sama autorka w dalszym ciągu swego opowiadania nadal mieszając tęsknotę za Polską i rodziną z własną frustracją wynikającą z braku znajomości kanadyjskiej kultury i z przykrościami  związanymi z nielubianą  pracą za to wszystko wini Kanadę.

 Jeszcze inne imigrantki potrafiły kompletnie zmitologizować Kanadę i przekształcić ten kraj w złudzenie. Malwa  robi to w sposób niemal  doskonały : "Leciałam pełna marzeń, niesprecyzowanych nadziei pewności nierealnego szczęścia, które musi  się zdarzyć. Tam  w Kanadzie miało być szczęście,  szczęście,które musiało się przytrafić i spełnić przez choćby samo  oczekiwanie. Nie miało żadnego kształtu, żadnego istnienia, tylko kolor i przepych  urzekającego marzenia.  Nie miałam żadnych konkretnych planów i niczego do zrobienia, aby  marzenie nabrało sensu spelnienia.  Było ono najbardziej podobne do  szczęścia obiecywanego w mitycznym  raju i nie miało nic wspólnego z tym wykuwanym pracowicie szczęściem. Nie mialo nic wpólnego z pieniędzmi, ludźmi i rzeczami.  Było  to  szczęście "wyczekane"."[220]  Nietrudno  zgadnąć  że to  "szczęście  wyczekane"   nie sprawdziło się w rzeczywistości i w dalszym  ciągu  swoich wspomnień autorka  pisze o głębokim rozgoryczeniu i zagubieniu, z którego ratuje się zostawiając kilkonastoletnie dziecko w Kanadzie, a sama wraca  do Polski.  Autorki obu tych wspomnień poruszają jednak ważny punkt życia polskiego imigranta. Mianowicie fakt,  że nie mają  pojęcia o  prawdziwej  rzeczywistości  kraju, do którego lecą  i wobec tego tworzą  na własny  użytek wyimaginowane obrazy  raju. Jedna ma nadzieję, że pracą niańki wkupi  się do raju, a druga, że raj otworzy się  przed nią sam  z siebie,  bez najmniejszego wysiłku  z jej strony.

 

 

A co pozostało po  Starym  Kraju ?

 

Jak powiedział mi niedawno jeden  ze znajomych imigrantów z Vancouveru. "Jestem  w Kanadzie 20 lat i już nie jestem ani stąd ani stamtąd".  To pojęcie wykorzenienia  z  Polski i  braku  zakorzenienia w  Kanadzie  jest wśród imigrantów dobrze znane. Polega ono na nieuchronnym oddalaniu się imigrantki lub imigranta  od udziału  w wydarzeniach w Polsce oraz na uświadamianiu sobie różnic między własnym postępowaniem  i  Polaków z Polski, przy  jednoczesnej  kontynuacji  wyobcowania  w  Kanadzie. Skupieni  na  stabilizowaniu  finansowym  swojej  rodziny  tacy  imigranci  po prostu nie mają  czasu  na  zastanawianie sią  nad obu Krajami, tym  w  którym  żyją  i tym który opuścili.  Nie interesuje ich  to  co  się  dzieje wokoło nich,  bo  wszystkie  myśli  pochłonięte są  zarabianiem  pieniędzy  i  dopiero  kiedy   przyjdą  nagłe  olśnienia  w  widzeniu świata,  zaczynają  rozumieć, że stworzyli  wokoło siebie pustkę  i  nie są  już  ani  stąd ani  stamtąd.

          Coraz wyraźniejszy rozziew pomiędzy życiowymi interesami  imigrantek i ich rodzin w  Polsce  pogłębiający się  z  czasem spędzonym na obczyźnie  prowadzi  nieraz do bolesnych konsekwencji.  Pisze o  tym  Baśka w dalszym ciągu swoich wspomnień : " ... A tymczasem  z listów otrzymywanych z domu  wynikało, że na przyjazd moich chłopaków do Kanady  nie ma co liczyć. Jednakże- co gorsza - z ich tonu wcale nie wiało tęsknotą   do mnie.  Wręcz przeciwnie,  zgadzali  się  na mój pobyt tutaj przez dodatkowych kilka miesięcy w nadziei, że może mi uda się otrzymać prawo stałego pobytu do końca roku."

"Zaczynałam  mieć  tego wszystkiego  dość. Powoli zaczynałam nabierać podejrzeń, że  mojej rodzinie już na mnie nie zależy. Ważniejsze są pewnie otrzymywane ode mnie dolary, które  im tam w kraju otwierają znacznie lepszą Kanadę niż ja mam tutaj. Ja tu bowiem muszę ciężko  harować  i liczyć się z każdym groszem, a oni tam po prostu używają życia co się  zowie." [221]  Baśka  zrozumiała,  że  jej  rodzina w  Polsce  wcale nie dzieli  z  nią  jej  pragnienia  zapracowania sobie na nowe  życie w  Kanadzie, nie zależy  im  także  na  emigracji,  natomiast   chętnie  przyjmują  pieniądze  zarobione  przez  nią   w  "bogatej  Kanadzie,  gdzie tak łatwo się zarabia  ". Zjawisko  dość  częste wśród  rodzin, wysyłających  swoich członków  na   czasową  emigrację  zarobkową   

Niektóre z respondentek naszej mini-ankiety podkreślały, że pobyt na imigracji zmienił ich  stosunek do Polski  jako państwa i do społeczeństwa polskiego. Może w najmniejszym stopniu do polskiej kultury. Na pytanie w naszej ankiecie co pobyt na emigracji zmienił w uczuciach do Polski padały następujące odpowiedzi :" W zasadzie  nie  zmieniłam uczucia wobec Polski, ale wśród  codziennej pracy  oddaliłam się od spraw, które w Polsce wydawały mi się  bardzo  ważne. Trochę  żałuję,  że  nie  dzielę z Polakami ich wszystkich trosk i radości codziennych, ale z drugiej strony  mam dzięki temu może bardziej obiektywny obraz Polski."[222] Inna  respondentka  pisze : "...oddaliłam się od spraw,które w  Polsce zdawały się być bardzo  ważne -  nie mam  czasu."[223]  Jeszcze inna odpowiada :" Zmienił  się.  Oczywiście że tak. Moją tezą...jest, że proces adaptacji imigranta trwa całe życie, jest dynamiczny  i prowadzi nieuchronnie do oddalenia się od tożsamości (narodowej, osobistej itp) obecnej  w chwili  przyjazdu."[224]  Respondentka o  symbolu W  nie żałuje,  że jej stosunek do Polski  sią zmienił :  "Tak,  oddaliłam się.  Nie  żałuję i tak zawsze żyłam z boku wszystkich ważnych spraw."[225]  ,  a respondentka o symbolu  ZA  dzieli swoje uczucia patriotyczne na dwie grupy :                " Wzrosła moja duma narodowa, bardziej doceniam kulturę polską, ale oddaliłam się od spraw, które w  Polsce zdawały się być bardzo ważne. Na to nie mam wpływu."[226].  Są także  gorzkie wypowiedzi kobiet, które nawet po wielu latach pobytu nie mogą znaleźć w  Kanadzie miejsca dla siebie, a do Polski  nie mogą  wrócić  ze względów rodzinnych. Ich frustracja bardzo  dobrze odzwierciedla ich wewnętrzną   konfuzję. Z jednej strony utracony  kontakt z Polską spowodował zobojętnienie wobec  Starego Kraju, a z drugiej nadal tkwi w nich niesprecyzowana pretensja do Kanady : "Kraj  i kultura mi  zobojętniały.  Załuję wogóle przyjazdu  do Kanady."[227]  Wydaje się, że w takich przypadkach oba  kraje są obwiniane przez imigrantki za ich niezadowolenie z obecnego życia.  Jeśli jednak  porównamy powyższą wypowiedź z przytoczonym na poprzednich stronach zdaniem..."już nie jestem ani stąd ani  stamtąd"  to,  być  może sięgniemy do spraw ogólniejszych i głębiej leżących w podświadomości. Być może,  że te imigrantki same nie posiadają dość  sił psychicznych, aby znieść takie stresy imigracji jak samotność i wyobcowanie kulturowe,  a ich rodziny nie rozumieją, albo nie potrafią im pomóc w przebiciu się przez własne poczucie przegranej w życiu.

Na dalsze pytanie ankiety, czy respondentka stała się bardziej  krytyczna wobec Polaków padały następujące  odpowiedzi : " Na emigracji po  roku 80-tym znalazła się duża grupa polskiego marginesu społecznego, która działa na niekorzyść Polsce." [228]   "Denerwuje  mnie brak  tolerancji ,  przesadne chwalenie się  bohaterstwem i martyrologią i poczucie wyjątkowości Polski i jej  ważności dla świata." [229] "Zawsze byłam  krytyczna, jest to może bardziej konkretne,  ale to co  ceniłam (i nadal  cenię) u Polaków stało się bardziej  wyraźne.[230] "...spotkałam Polaków  za których się  wstydziłam."[231]  Pięć  respondentek z czternastu uważa jednak,  że emigracja nie wywarła żadnego wpływu na ich  stosunek do Polaków poza granicami  Polski.

Członkowie ostatniej, solidarnościowej i post -  solidarnościowej emigracji są  także bardzo chętni do podkreślania znaczenia kontaktów międzyludzkich, szczególnie między imigrantami pochodzącymi z tej samej fazy historycznej.  Respondentki ankiety podkreślają  w swoich odpowiedziach, że po przybyciu do Kanady szukały środowiska polskiego., " ze względów obyczajowo-kulturowo-językowych",[232]  " by  dzieci lepiej zachowały język polski, miały polskich  przyjaciół"[233], " Wspólne problemy- łatwiej nawiązać kontakt"[234],  " Ta sama mentalność jest mi  bliższa"[235],  "Tak, by nie czuć się samotnie i wyizolowana"[236]

I  znowu jak w poprzednich  etapach  emigracji hermetyczność,  z jaką niektóre grupy zamykały się wewnątrz  polskiej  kultury, ich szczególna potrzeba życia " w grupach między przyjaciółmi"  nie pozwoliła bardzo wielu nowo przybyłym na trzeźwą   ocenę  własnej sytuacji i na zrozumienie tego, co ich czeka. Niekiedy już na wstępie pojawiały się sygnały  rozbieżności pomiędzy realiami i oczekiwaniami.  Czasem  przybierały one  formę wymagającą  pomocy specjalistycznej  jak w przypadkach  opuszczonych  polskich  żon  w  Vancouverze w  latach 90-tych  (omawianych przez nas w rozdziale pt.  Kobiety    Federacji Polek w Kanadzie), inne, w swoisty sposób   interpretowały niewinne pytania  stawiane im  przez   zasiedziałą Polonię.  Tak  np. pytanie  "Czemu  przyjechaliście do Kanady,  czemu wybraliście  emigrację?"[237]  zadane  grupie nowoprzybyłych  Polaków  przez  delegatkę  Polonii w r. 1981  zostało  zrozumiane jako  zazdrosna niechęć widzenia nowych  rodaków w kraju  "powszechnego dobrobytu". A  przecież równie dobrze słowa te mogła podyktować ciekawość powodów emigracji, lub pamięć  biedy, ciężkiej pracy i upokorzeń przez które, emigrantki  powojennego etapu      (bo z tego okresu pochodziła delegatka), musiały  przejść zanim jako tako zadomowiły się w Kanadzie.  Wkrótce po przylocie na głowy  nowo  przybyłych posypały się dalsze niespodzianki.  Przeważnie były to niemiłe zaskoczenia, ponieważ  większość  imigrantów okresu solidarnościowego nie miała pojęcia, że podstawowym składnikiem imigracji  jest szok  kulturowy wynikający   w dużej mierze  z ówczesnego braku kontaktów  społeczeństwa  polskiego ze światem  północnej  Ameryki. W pustce powstałej  przez brak rzetelnych  informacji o kulturach świata, Polacy w Polsce budowali sobie światy fantazji, o  tym jaki wspaniały  jest Zachód. Po przybyciu imigrantów do Kanady porównanie tych fantazji z kanadyjską  rzeczywistością wywoływało  oczywiście wiele frustracji. Nic w tym  dziwnego.

Potwierdza to spostrzeżenie zupełnie inna postawa tych imigrantów, którzy zanim zdecydowali się na emigrację,  mieli okazję  znaleźć  się poza  Polską,  zazwyczaj  dzięki  kontraktom  zawieranym  na prace specjalistyczne. To były  często kontrakty na prace  w krajach  afrykańskich.  Pisze o tym  kilka  respondentek w swoich odpowiedziach na ankietę. Respondentka  o symbolu  0,  która  wiele lat spędziła  podróżując  z  mężem  zatrudnianym w różnych krajach  tak pisze :"Przez  21 lat, a od wyjazdu z Polski 25 lat, trudno  żeby człowiek  był  taki sam, ale rozwija się  wszędzie, im  więcej widzi,  tym  bardziej. Ale ja byłam  w bardzo wielu krajach i to nie Kanada, a całokształt mnie uformował. U mnie głównie liczy się to  co się dzieje w  Polsce"[238]  A więc z jednej strony  przyznaje,  że  "uformował    całokształt"  podróży po  świecie, a z drugiej  "to co  się  dzieje w  Polsce",  tak  jakby stwierdzenie,  że mogła się  zmienić,  czegoś  nauczyć się lub  poszerzyć swe  horyzonty  umysłowe tylko  przez  podróże  poza  Polską,  było  czymś  co koniecznie musi  być  uzupełnione przez  kontakty  z Polską.      Jednocześnie  na   jedno  z poprzednich  pytań   o  jej stosunek  do  kraju macierzystego  pisze : "...kocham mój Kraj tak jak  się  kocha matkę, rodzinę, a jednocześnie wiem, że już na stałe trudno by mi było, też bym chyba  nie mogła ,-  25 lat dużo,  inne  były drogi  moje,  inne mego narodu [239].."  Warto dodać że autorka powyższych słów   nie uważa się  ani  za  Kanadyjkę ani  za osobę  dwu-kulturową,  ale  za Polkę  mieszkającą  zagranicą. Wpływ  podróży zagranicznych na  uformowanie się  jej   osobowości jeszcze bardziej podkreśla  następna  respondentka " Opuściliśmy z mężem Polskę w roku 1980, jak mąż  został zaangażowany przez FAO do pracy  w Afryce. Po  6-letnim pobycie za granicą ( w tym ostatnie 2 lata w  Rzymie, gdzie męża  przeniesiono)  decyzja nie wracania do kraju stała się logiczna. Sprawy standartu życia, możliwości pracy dla męża, edukacja dzieci już w systemie francuskim, "zachodni"  styl  życia - wszystko to ważyło na naszej decyzji."[240]

Jak pisze  Benedykt  Heydenkorn  we  wstępie do publikacji  o  imigrantach  z okresu  1981  - 1989 zatytułowanej  "Ale i słaby nie zginie" - ..."  wszyscy  przechodzili okresy  przystosowania się. Dłuższe, krótsze, trudne, bolesne, gładkie, łatwe. Różnorako  uczyli się Kanady "[241]  W tej samej  publikacji na  31 pamiętników imigranckich kobiety są  autorkami aż  21 opracowań. Ta ogromna przewaga kobiet w swobodnym  opisywaniu  własnych uczuć i przeżyć imigracyjnych , jest dowodem  głębokości różnic pomiądzy  imigrantkami ostatniego etapu i  poprzednich. O ile we wszystkich poprzednich etapach kobiety wręcz unikały pisania o sobie i swoim  życiu, o tyle na podstawie   świadectwa owych   "Pamiętników"  widać, że kobiety z solidarnościowej i post-solidarnościowej imigracji gotowe były pisać o sobie bez skrępowania i chociaż  książka  pt. "Ale i słaby nie zginie" jest tylko małym ułamkiem reprezentującym różne  oblicza ostatniej  fazy imigracji polskiej, to jednak jest wyraźnym dowodem inności ludzi tego  etapu imigracyjnego.

  inność podkreślał również stosunek imigrantek ostatniego  etapu do  Starej Ojczyzny.  One  przybywały do Kanady z  Kraju, który istniał nie tylko w umysłach polskich  imigrantów, ale i w rzeczywistości. Miał  ustój, którego społeczeństwo polskie nie lubiło, lecz to był  ustrój w którym się wychowały  -  był  swój. W jego kulturze przyszli  imigranci rośli i formowali swoje spojrzenie na świat. Kultura  Starego Kraju dawała im poczucie przynależności społecznej, własnej wartości i przebojowości. Ta świadomosć posiadania własnego, choć  nie lubianego państwa stanowiła wielką różnicę pomiędzy pokoleniami. Większość imigrantek  przybywających  do Kanady w  trzech  poprzednich etapach, miała głębokie poczucie bezpaństwowości, ponieważ  "ich Polska",    albo jeszcze była pod zaborami, albo po  roku  1945  już nie istniała jako wolne państwo.    Ponadto dekretem z 1945 r. reżym  komunistyczny pozbawił obywatelstwa polskiego wszystkich, którzy wtedy pozostali   na Zachodzie. Także imigrantki, które w pierwszych powojennych latach uciekały z  PRL-u świadomie  wyrzekały  się swego  Startego Kraju. Jak napisała w ankiecie imigrantka z 1951 roku "Nie tęskniłam  za Polską, bo uciekłam z komunistycznego kraju, gdzie stale obawiałam się wpadki i stale drażniło mnie to, co się działo wokoło."[242]. Było to więc ostateczne wyrzeczenie się swego Starego Kraju,  coś na kształt : "Mojej  Polski już nie ma".  To poczucie  utraty  lub nie posiadania  własnego państwa dawało czasami znać o sobie  w najbardziej niespodziewanych okazjach. Podczas spotkania z dwojgiem moich  przyjaciół,  byłym oficerem armii polskiej z 1939 r. i Polką, która w  1972 roku  właśnie otrzymała obywatelstwo kanadyjskie zapamiętałam następującą rozmowę : "Dzień otrzymania obywatelstwa kanadyjskiego  przepełnił mnie szczęściem, bo nareszcie znowu mogłem należeć do grupy, do społeczeństwa, w którym żyję" - powiedział starszy pan przez wiele lat tułający się po świecie. Moja przyjaciółka odparowała "... a dla mnie ten dzień ma podwójny i sprzeczny  ze sobą  charakter, .zadowolona jestem, że dostałam nareszcie obywatelstwo Kraju praworządnego, uczciwego i spokojnego, ale także czuję  się  upokorzona, bo mój Kraj  ojczysty  zmusił mnie do wyrzeczenia się go i przysięgania wierności innemu."[243]  W  latach powojennych sprawa otrzymywania obywatelstwa kanadyjskiego  była wśród  Nowej Polonii  uważana za  delikatną, a nawet żenującą.  Niektórzy  byli członkowie  Armii Polskiej na  Zachodzie niechętnie przyznawali się do tego, że  przyjęli obywatelstwo kanadyjskie,  bo uważali to za pewnego rodzaju zdradę sprawy  narodowej  polskiej.  Bardzo lojalni wobec Kanady,  czuli się jednak związani   przysięgą na  wierność  Polsce.  Powoli jednak, w miarę upływu  lat zimnej wojny ta postawa zaczynała po prostu zanikać pod  naciskiem logiki życia codziennego.

 A jak patrzyli  na otrzymanie  obywatelstwa kanadyjskiego emigranci solidarnościowi ?  Odpowiedź  daje cytowana  już przez nas  Anna : "Przyjęliśmy obywatelstwo, była uroczysta chwila, chociaż wahałam się czy to zrobić.  Czułam się jakby nieuczciwie wobec  mego sumienia, że to jakby  diabłu duszę sprzedać.  Moja irlandzka  przyjaciółka pomogła mi  i tutaj, miała kiedyś takie same wahania."[244]

Początki "uczenia się Kanady"   o których mówi Benedykt Heydenkorn zaczynały się nieraz od nieporozumień  ze sponsorami. Jeśli to była rodzina, która złożyła gwarancję za  swoich  krewnych, to po ich  przyjeździe  zazwyczaj  starała się dać im do  zrozumienia, aby   jak najprędzej się usamodzielnili ponieważ   sponsorship  w  Kanadzie jest traktowany bardzo poważnie i oznacza nie tylko zapewnienie sponsorowanemu dachu nad głową  i codziennego  pożywienia, ale także ponoszenie wszelkich kosztów związanych z jego osobą, w tym  także z jego ewentualną chorobą. W warunkach kanadyjskich  choroba gościa zawsze  oznaczała duże wydatki, a czasami mogła zrujnować kompletnie rodzinę[245]. Nowoprzybyli przeważnie tłumaczyli sobie  te namowy jako zwykłą chciwość albo  skąpstwo. Stąd ostre i łatwe oskarżenia o materializm rodzin kanadyjskich przez  nowoprzybyłych.  Oczywiście były także przypadki nadużywania nowoprzybyłych przez dawniej osiadłych rodaków.  Zdarzały się takie przypadki nawet w  bliskich rodzinach, jak to opisuje  Samotna Magda w swoich tragicznych wspomnieniach : "Dziecko choruje,  męża rodzina szczuje,  że mnie się pracować  nie  chce. Jak coś  zażądam od męża  to dostaję dobre bicie. To dobry synalek, tak umie żonę  pokaleczyć, posiniaczyć. Dzieci się go boją jak  złego ducha. Kiedyś poprosiłam męża o dolara, ale wmieszała się szwagierka i ja zamiast dolara  dostałam od męża takie bicie,  że  plułam tydzień krwią..." [246]   Ponieważ  Magda wspomina, że w Polsce mąż  jej nie bijał, więc  może jego kanadyjskie zachowanie  wynikało z  poduszczeń rodziny  i  faktu,  że Magda nie umiejąca  po angielsku   nigdzie nie szukała pomocy.  A  kiedy nareszcie znalazła  tę pomoc,  to  mąż  poważnie upomniany przez  władze, przestał ja bijać

Inaczej  działo się  jeśli sponsorem była wieś  albo parafia wiejska. W porywie współczucia dla " nieszczęśliwych  i prześladowanych  Polaków"   a czasami z chciwości[247]  drugie, a nawet trzecie pokolenie osadników  z  zachodu Kanady  sponsorowało kilkadziesiąt rodzin  przebywających w obozach przejściowych europejskich  zakładanych   w  Europie  Zachodniej  w latach  80-tych  ub. wieku  dla uciekających Polaków. Wiejscy  sponsorzy przeważnie  nie byli ludźmi bogatymi, ani też  wykształconymi i nie oczekiwali  "inteligentów z miast, " ale prawdziwych  robotników i chłopów  nawykłych do pracy w polu. Liczyli,  że oni im  pomogą na ich farmach.  To też dla obu stron spotkanie było szokiem kulturowym i emocjonalnym. Gospodarze ciągle pamiętający  ciężką pracę fizyczną rodziców lub dziadków,  a także nauczeni mnogimi przykładami, które widzieli wokoło chcieli mieć tanią służbę roboczą do pracy w polu. Tak samo  ich ojcowie odpracowywali swój przyjazd do Kanady kilkadziesiąt lat wcześniej.  Nowi imigranci natomiast, dumni  ze swego awansu społecznego  w Polsce odmawiali  ciężkiej pracy fizycznej, graniczącej z wyzyskiem, uparcie żądając pracy inteligenta. To niepomiernie irytowało  gospodarzy, którzy tłumaczyli sobie, że nowo przybyli są zadufani w sobie i  czują pogardę dla pracy fizycznej.  Wracały niedobre wspomnienia klasowe, chociaż sponsorowani goście często sami byli pierwszym pokoleniem, które dopiero co  ukończyło szkoły i  zdobyło kwalifikacje inteligenckie.   Nieporozumienie  polegało  zarówno na przewrażliwieniu obu stron jak i na  ich  wyfantazjowanych oczekiwaniach, które rozciągały się od życzliwej lecz odpłatnej pomocy,  aż po próby nielegalnej wprawdzie eksploatacji nowo przybyłych, lecz często stosowanej  przez różne grupy etniczne wobec  przybywających   rodaków. W  Kanadzie praca fizyczna  nie  była i nadal  nie  jest   żadnym  upokorzeniem społecznym, lecz takim samym zarobkiem jak każdy  inny i nie oznacza degradacji społecznej, ale jak  wszędzie na świecie, ci którzy mogą jej uniknąć, spychają ciężkie i nisko płatne trudy  na innych.  Nowi imigranci  tego wiedzieć nie mogli, więc oprócz  zrozumiałego bronienia się przed robotą w polu widzieli w niej  chęć upokorzenia ich. Nic więc dziwnego, że w Kanadzie nie chcieli  rezygnować z tego co sobie zdobyli w Starym Kraju.

Było jednak sporo ludzi wśród Starej i Nowej Emigracji którzy  wczuwali się w położenie nowo  przybyłych i nie tylko okazywali im  życzliwość, ale znaczną pomoc, oddając im meble, naczynia kuchenne, lub inne używane rzeczy,  których nowo przybyli   narazie nie mogli  sobie kupić. Także  potrafili doradzić w sprawach urzędowych.

W  zamożnej Kanadzie, pod opieką rządów federalnego i  prowincjalnych  starannie przestrzegających praw imigrantów, życie tych ostatnich wydawać  by się  mogło łatwe i  szczęśliwe.  Wszakże są prawa, które chronią  przed eksploatacją i dają czas na naukę  języka oraz asymilację. W praktyce jednak nowo przybywający imigranci do dziś stanowią grupy   na których chętnie żerują  ludzie nie obarczeni finezyjnym  sumieniem. Nie tylko pracujący  "na czarno"  niejednokrotnie muszą się godzić ze stratą   swoich  zarobków ,  niewypłacanych  przez zatrudniających ich "na lewo" pracodawców.  Do grupy eksploatowanych  należą robotnice sweat shops - pokątnych  nielegalnych lub pół-legalnych przedsiębiorstw -  zwykle  istniejących w innych niż polska , grupach etnicznych. Zdarza się  jednak, że eksploatowane są także i polskie gosposie i niańki. Te ostatnie nadal  przyjeżdżają do Kanady na kontrakty podpisywane z indywidualnymi   pracodawcami i jak dawniej obowiązane są do  odpracowania  ich. Opinia wystawiana przez  pracodawczynie daje następnie podstawę do ubiegania się o stały pobyt i prawo  wyboru pracy.  Rządowy nadzór nad wykonywaniem zobowiązań wobec gospoś  i nianiek jest minimalny, jeśli  więc przybyszka z Polski trafi na rodzinę, która ją wykorzystuje, to jej pierwsze lata w Kanadzie mogą być   bardzo ciężkie. Odwoływanie się do urzędu imigracyjnego nie jest proste i wiele nianiek i gospoś na to się nie odważa,  szczególnie, kiedy ich znajomość języka  jest słaba i pracownica domowa nie  zna swoich praw. Przy tym  opinia publiczna stoi  naogół po stronie pracodawczyń. Polskie gosposie i niańki  wnoszą dodatkowe komplikacje. Na  odpowiednie  ogłoszenia   zgłaszają  się  często kobiety z wykształceniem biurowym, czasami  po latach pracy zawodowej np.  nauczycielki z przekroczoną  trzydziestką oraz wysoko  rozbudzonymi nadziejami na "załapanie" podczas pobytu w Kanadzie rozmaitych  kursów językowych, komputerowych itp. Ponadto  wizytę w Kanadzie traktują  one  jako okazję do  "zobaczenia miasta, prowincji lub kraju".  Przy tym  wszystkim liczą na uzbieranie jak najwyższej sumy dolarów na koncie.  Dla   takiej   Polki , praca niańki  ma więc być wytrychem, który jej pozwoli wykorzystać wszystkie możliwości  jakie  Kanada  może ofiarować osobie ciekawej świata , jego kultur i cywilizacji. To już  nie jest dawna skromna i pokorna emigrantka, która prosi o pracę i godzi  się  na wielogodzinny dzień pracy za pół-darmo, ale pewna siebie kobieta, która w Polsce nauczała się liczyć i kalkulować i w Kanadzie nie zamierza zrezygnować ze swoich planów . W rezultacie elementy konflików są  już  przygotowane  przed  przybyciem "niańki"  lub "gosposi" na miejsce.  Baśka, autorka  opublikowanych  wspomnień  pt.  "W drodze do  raju"  tak opowiada o swoich przygodach w roli niańki i  gosposi w  Kanadzie :"Jako nauczycielka języka polskiego musiałam codziennie slęczeć do północy nad  zeszytami uczniowskimi, co ostatecznie zaważyło na mojej decyzji o konieczności opuszczenia  tej krainy pracą i troskami słynącej i poszukania sobie na Ziemi  miejsca bardziej do życia znośnego ". Przyszła chlebodawczyni -  mój  przypisek - wyjaśniła mi  przez telefon,  że chce mnie zatrudnić "miła  nieformalna młoda rodzina kanadyjska która ma córeczkę i psa i  -  spodziewa się bliźniaków.  Czy mi to odpowiada?   Moja entuzjastyczna odpowiedź   spodobała się  po drugiej stronie oceanu" Czy Baśka uświadomiła sobie,  że będzie miała  posadę z trójką malutkich  dzieci do opieki ?   Wątpliwe -  być może , że usłyszała to co jej przyszła  chlebodawczyni mówiła,  ale jej "entuzjastyczna  odpowiedź"  wskazuje,  że jedyne co wyciągnęła z rozmowy, to  , że poleci do Kanady.  Już  po  przybyciu, w samochodzie :  "Udało mi się zrozumieć...że dzieciaki mają się dobrze i wogóle dobrze,  że nareszcie raczyłam się zjawić,  bo Kim ( jej procodawczyni)   chce od poniedziałku rozpocząć pracę.   Najstarsza córeczka na razie uczęszcza do przedszkola, gdyż matce trudno poradzić sobie z miesięcznymi  bliźniakami  i ponad połtoraroczną  Emily. Dusza we mnie zamarła z przerażenia -  Na razie " Czyli na jak długo "  I jeśli matka nie daje sobie rady ze swoimi dziećmi, to jakże mnie ma się to udać ?  Kim,  jakby idąc za ciosem uderzenia,  wyjaśniła,czego ode mnie oczekuje.  Mój  rozkład  zajęć obejmował  więc większość obowiązków domowych.  Zaczynałam od ścielenia lóżek.  Potem  śniadanko bliźniaków oraz odkurzanie,  zmywanie naczyń, pranie i suszenie bielizny,  żeby  nie wspominać  o  łazience i  pucowaniu kuchni. W ramach relaksu obiad bliźniaków,  a potem ich dwugodzinny spacer.  Po nim należało dzieciątka wykąpać i dać im podwieczorek gotując  jednocześnie obiad dla szefowej i jej starszej córeczki. Następnie należało dać również mieszankę  mleczną  bliźniakom  i  zmienić im na pożegnanie pieluchy. Wszystko to na papierze wygląda niewinnie, natomiast w rzeczywistości bywało różnie.[248]   Można  bardzo współczuć Baśce z Polski, ponieważ  miała nadzieję,  że jej praca niańki  w Kanadzie będzie lżejsza niż poprawianie zeszytów uczniowskich  i pozwoli jej załapać dla siebie uboczne zyski  z przyjazdu do Kanady. Ale  jej oczekiwania zbliżały się do kategorii "wyczekanego szczęścia"  Malwy, innej autorki wspomnień z początków życia w  Kanadzie. Obie panie, jakkolwiek  różne -  Baśka bowiem gotowa była  pracować  żeby zdobyć dolary , a  Malwa chciała  dostać  szczęście jako prezent - swoją imaginacją  zastępowały brak informacji na temat kraju i społeczeństwa do którego jechały. Co więc  zrobiły ze swoją emigracją?  Baśka po bolesnych szarpaniach się  ze swoją pozycją najętej niańki-gosposi zaczęła się  przebijać do Kanady  w  której  otrzymała status   imigrantki  (landed  immigrant), a rozgoryczona Malwa poprostu wróciła  do Polski,  zostawiając męża i swoją nastoletnią córkę, która nie  chciała z nią wrócić.

Praca nad sobą, którą wiele emigrantek polskich ostatniej  fazy musiało  wykonywać, aby dostosować się  do Nowego Kraju  jest  jednak  imponująca, ponieważ przyjechały one do  Kanady  nie z innego kraju, ale z  "innej planety" gdzie jako normy społeczne dominowały absurdy komunizmu, a retoryka albo "drętwa mowa" zastępowały rzetelną  informację.

Kasia, autorka wspomnień zatytułowanych  "Wolna i niezależna"    tak pisze o ewolucji jaką musiała przejść w związku ze swoim rozwodem w Kanadzie :" W tym  okresie po raz pierwszy zaczęłam  odczuwać kompleks z powodu bycia Polką i z moją polskością lączyłam swoje małżeńskie niepowodzenia. Zanim  zostałam mężatką, częstokroć myślałam z dużą dozą  krytycyzmu o ludziach, którym się nie układało małżeństwo. Uważałam wtedy  ich za istoty niejako niższego  rzędu i byłam przekonana  że mnie nigdy to nie spotka.  Kiedy jednak mnie samej przytrafiło  się to  nieszczęście, to sama przed sobą nie przyznawłam się do fiaska, aby  nie czuć się istotą niższego rzędu. A do tego będąc Polką na obcej ziemi, podświadomie obawiałam się o moją  godność narodową. Sama przed sobą bałam się odsłonić prawdę, aby nie zburzyć szacunku  wobec siebie.  Kiedy dokonuję tej analizy  z perspektywy kilku lat, wydaje mi się ona ciekawa jako  zjawisko.Ow  kompleks tkwił wyłącznie we mnie. Nigdy  ze strony moich współpracowników czy znajomych Kanadyjczyków  nie odczuwałam nawet najmniejszych przejawów poniżenia czy niechęci. Okazywali mi oni  wszyscy bardzo dużo serca.[249].  Kasia przełamała swoje stare przekonania, z których  wywodziła opinie o wyższości  mężatek nad rozwódkami w ciągu procesu wewnętrznego rozwoju związanego z asymilacją w Kanadzie.  Ale zanim do tego doszła wykonała ogromną pracę zrozumienia co to  znaczy  asymilacja i adaptacja do Nowego Kraju i jak oba te procesy wpływają na rozszerzenie lub zmienianie pojęć wyniesionych ze Starego Kraju.Tak  pisze o  znajomych  Kanadyjczykach : "Równocześnie coraz  lepiej  poznawałam gnębiące ich problemy. Jakże różne od mojego było pojmowanie przez nich świata. Jakże różne są problemy ludzi  wychowanych w społeczeństwie konsumpcyjnym.  Większość   "prawdziwych Kanadyjczyków" ( to jest ludzi nie mających żadnego  związku z żadną nacją etniczną)  nie orientuje się na czym polega różnorodność kultur i stosunków  społecznych. Ci " prawdziwi"  Kanadyjczycy...opowiadają o innych krajach używając wyłącznie kryteriów  północno- amerykańskich. Jako  przykład podam różne pojmowanie wolności na kontynencie amerykańskim i  w krajach arabskich. Otóż w Ameryce Północnej  ludzie dążą do wysokiej wydajności  w gospodarowaniu czasem. Osiągnięcie takiej umiejętności daje ludziom poczucie władzy nad swoim  życiem a więc i wolność osobistą.  Arabowie natomiast uważają, że wszelkie  przejawy gospodarowania czasem za oznaki utraty  wolności względem  czasu - i nie chcą być niewolnikami czasu."[250]

 Po  emigracji  do Kanady i  rozwodzie z mężem refleksje Kasi na temat różnorodności kultur wywołanej  przemieszczaniem się ludzi  idą dalej : "Pamiętać jednak  należy,  że pojmowanie świata nie zależy tylko od kultury z której się pochodzi. W moim pojęciu polski imigrancki sposób rozumowania nie jest wcale jednolity. Jest on uzależniony od stopnia adaptacji do życia w  nowym  kraju. Adaptacja jest procesem ewolucyjnym, przez który każdy z nas  musi  przejść,  a którego  ogólna charakterystyka jest podobna u różnych osobników"[251] .  O tej  banalnej,  zdawało by  się prawdzie  nie wszyscy i  nie zawsze pamiętają .

Po  powstaniu  III Rzeczpospolitej wielu solidarnościowych emigrantów wróciło do Polski, uważając słusznie,  że ich emigracja była wymuszona przez  reżym komunistyczny i że oni nie nadają się  na imigrantów, ani nie mają zamiaru  wykonywać całej pracy związanej z asymilacją do Nowego Kraju.  Niemniej powody powrotów bywają  tak  różne  jak  przyczyny wyjazdów. Dla  wielu małżeństw decyzje powrotu były logicznym wynikiem ich wspólnej postawy życiowej, dla innych bywały   przyczyną rozłamu, który pozostawiał jednego małżonka w Kanadzie gdy drugi wracał do Polski. Odbijało się to także na  dzieciach.  W większości  okres  czasu spędzonego w Kanadzie był wystarczający, aby dzieci  zaakceptowały  Nowy Kraj  i niechciały już  wracać do Starego. Powstałe  z tego powodu konflikty rodzinne nie zawsze były rozwiązywane ku zadowoleniu  wszystkich zainteresowanych.

Pod koniec  ub. wieku pojawiają się  wśród imigrantów  "kosmopolici i  taktycy".[252]  Tak nazywani  są w obecnej  niepodległej Polsce ludzie, którzy  wyjeżdżają   za granicę  na upatrzone posady lub  prace i nie uważają się  za emigrantów,  zostawiając sobie otwartą  furtkę  powrotu.  Dla kobiet tej grupy  dawne pojęcia  imigracji,  asymilacji czy wykorzenienia mają inne znaczenia , aniżeli dla wszystkich   poprzednich grup  emigranckich. Przeniesienie się z jednego kraju do drugiego  traktują jako zmianę  miejsca  zamieszkania w związku  ze zmianą pracy.  Bardzo   trzeźwe w ocenie otaczającej je  rzeczywistości, nie są tak zaangażowane emocjonalnie  w swoich opiniach na temat   emigracji jak dawniejsze emigrantki.  Jeśli mieszkają i pracują w Kanadzie  to dlatego , że tu im praca odpowiadała. W  przyszłości być może będą  pracować i mieszkać  gdzie indziej. Małżeństwo  z Kanadyjczykiem,  lub Polakiem też nie jest dla  nich problemem: "Wybiorę  tego, który będzie mi odpowiadał  niezależnie od narodowości"  powiedziała mi młoda, samodzielna Polka , która w  latach  90-tych  wyjechała   z  Polski do St. Zjednoczonych, ale przeniosła się  do Kanady, ponieważ tutaj  dostała lepszą pracę i ma milsze   środowisko.  Podobnie ustosunkowuje się do wychowania  swoich  przyszłych dzieci " To będą  obywatele świata bez kompleksów jednokulturowców"  powiedziała.

 


CZĘŚĆ  TRZECIA:  W  organizacji                                                       

 
                 
                  ROZDZIAŁ  VI

 

                  Kobiety  Federacji Polek w Kanadzie 


                  Powszechną  bolaczką wśród   wojennej i  powojennej  emigracji   była  tęsknota za Polska.  Tam  były ich domy i tam było społeczeństwo do którego czuli  się  przynależni, podczas gdy w Kanadzie, każdy nowy  imigrant  krócej lub dłużej,  silniej lub słabiej  odczuwał swoją społeczna  izolację  i...tęsknił  za Starą  Ojczyzną. Lekarstwem stawało się tworzenie organizacji  polonijnych,  stowarzyszeń,  kół, komitetów, związków  przy parafiach lub niezależnie od nich, dorywczych organizacji,  grup  pomocy nowo  przybywajacym, szkółek polskich dla dzieci, kursów  językowych dla dorosłych itd. Były  one wszystkie oczywistymi próbami  tworzenia namiastek społeczności  opartej  na wspólnym języku i  kulturze polskiej. Przez  7 lat byłam prezeską Koła Pań im.  Emilii Plater.  Należę również do  Federacji  Polek  Ogniwo Nr  7.  Bardzo lubię nasze organizacje.  Są one dla mnie naszą  małą Polską,  gdzie możemy się spotkać,  porozmawiać w swoim  języku i  czuć się Polakami, mimo iż  żyjemy poza  Polską.[253]  Z  czasem jednak,  kiedy  "tymczasowe"  przechodziło  w  "trwałe",  chwilowe  wspólnoty  polonijne zamieniały się  w  stałe ośrodki  polonijne dobrze osadzone w  środowiskach   kanadyjskich i  obdarzone  własnym  charakterem i  własną  dynamiką. Zmiany jakie w  nich   zachodziły  były  nie tylko  związane z  postępującą  asymilacją  imigrantów  do lokalnego  środowiska ,  ale także  ze zmianą  pokoleń.


            Zapał  organizacyjny Polek  z  wojennej i  powojennej  fali  imigracyjnej   przyjemnie  zaskoczył  lokalne  społeczności  kanadyjskie. Był inny  od  sposobów  organizowania się  poprzedzającej  fali imigracyjnej  i  był  znacznie silniejszy. Dążył do włączania się  w prace  całego społeczeństwa  Kanady, mimo,  że  Polki  stale stawiały  pomoc  Polonii i  Polsce   jako jeden z ich  głównych celów  organizacyjnych.  Zapał  ten  miał  kilka  źródeł.

 Po  pierwsze  sięgał  korzeniami  przedwojennych  zasad  budowania Polski niepodległej w  okresie międzywojennym. Następnie opierał  się  na  doświadczeniach  ogromnej  większości imigrantek.  W czasie wojny   nauczyły  się  one,   że podstawą   przeżycia  była  przynależność  do  grupy,  formalnej  lub   nieformalnej  organizacji. Samotność w wojsku  i w  partyzantce  nie istniała.  Na  Syberii  czy w  Kazachstanie,  w  obozie pracy  przymusowej  w Niemczech, a  tym  bardziej w  obozie koncentracyjnym  była często  jednoznaczna  ze  śmiercią, w  grupie natomiast  udawało się  przeżyć  .  Zatem dla  uciekinierek,  więźniarek,  DiPisek,  nie mówiąc  o  żołnierkach,  organizowanie   się  było naturalnym  sposobem  na  przeżycie. To  też   po  przybyciu  do  Kanady, zakładanie polonijnych  organizacji   było  już  prawie  automatyczną  reakcją  na Nowy  Kraj i  zazwyczaj  trudne  początki  nowego życia. 

Drugą  przyczyną  tego  zapału do organizowania  był  fakt, że   podczas wojny i po niej  imigranci i  imigrantki  przybywali do Kanady  grupowo i  starali  się  osiedlać w  miastach  utrzymując  ze sobą  stałe kontakty. Powstające wówczas skupienia  imigrantów o  mniejwięcej  takich samych  poglądach i   podobnym życiorysie  zmagania się z  nazistowskimi  Niemcami i  komunistycznym  Związkiem   Radzieckim  sprzyjały   idei  współpracy, a  stąd  był  już  tylko krok do   tworzenia  nowych organizacji . Organizacje społeczne były więc  nie tylko  sposobem na ukojenie tęsknoty  za  Krajem  ale  i manifestacją własnych  przekonań  politycznych - prawie  obsesyjną  kontynuacją  formy walki  przeciwko niezaakcaptowanemu  podporządkowaniu  Polski  Związkowi  Radzieckiemu. Takie same zapatrywania i  wspólny cel  był  mocnym  wiązadłem  powstałych wówczas  organizacji, mimo  istniejących różnic  wynikających z  przeniesionego  ze  Starego  Kraju  kulturowo- geograficznego  zróżnicowania  imigrantów  często  wynikających z podziałów na Zabory  z  przed  I  wojny  światowej.

Do  tych dwu  czynników  doszła potrzeba  dostosowywania  się    kulturalnego  i obyczajowego  imigrantów   do lokalnych warunków miasta  i  Prowincji   w  których   się  znaleźli,  bo i  w  społeczeństwie kanadyjskim  geografia do  dziś  odgrywa  ważną  rolę  kształtowaniu się  lokalnych różnic  kulturowych .

                       W dwukulturowym Montrealu  nowo  przybyli imigranci, przypominali sobie  Europę,  przyczyniały się  do  tego   francuska  kultura  Quebeku oraz  dominowanie w  życiu  społecznym  religii rzymsko- katolickiej. Toronto  było wyraźnie anglosaskie,  modelowane  na przedwojennym społeczeństwie  angielskim, a w  Kanadzie zachodniej   ton nadawała jeszcze  ciągle  filozofia  pionierska, w której  dominowały  samodzielność  jednostki, mnogość wspólnot etnicznych oraz wpływy amerykańskie -  indywidualizm  był tam znacznie dalej posunięty  aniżeli na wschodzie Kanady . Wreszcie w  Brytyjskiej  Kolumbii  ponownie wracał model  anglo-saski, a  ponadto  z  jednej  strony  "czuło się  Pacyfik  za  plecami",  a z drugiej  odległość od  całego  kanadyjskiego  wschodu  dawała poczucie  własnej odrębności  społecznej .  Polacy,  którzy  przybyli  do Kanady  II wojnie  światowej  zastali więc na miejscu swego osiedlenia  różnorodne środowiska  i  do nich musieli  dopasowywać swoje  próby   tworzenia organizacji  polonijnych.  Stąd  nawet w krótkim  czasie  powstawały  duże różnice  w  dynamice i kolorycie społecznym  poszczególnych  ośrodków  polonijnych . 

                      Kobiety z  ostatnie fali  imigracyjnej, to jest   przybywające z  PRL-u  pod koniec jego istnienia   przyniosły  ze sobą   nowe spojrzenie na  wolontariat i bezpłatną  pracę społeczną . Niezliczone  "czyny  społeczne" organizowane  PRL-u,    pochłaniały   tysiące  godzin  marnowanych  na nieistotną  pomoc  "w budowie  socjalizmu"  i  były ,  jak  społeczeństwo  je widziało,  poprostu zabieraniem resztek  wolnego  czasu jego  członkom  na,  w większoci   bezwartościowe  akcje,  takie  jak "pomoc  przy  żniwach", lub " wizyty  w domach  analfabetów w celu  nauczania czytania  i pisania".  Wszystkie  "czyny społeczne" były w  Polsce wymuszane  przez reżym i dlatego były znienawidzone.  To musiało  znaleźć swoje odbicie  w   postawie  wielu imigrantek  wobec idei  wolontariatu  polonijnego  i  braku  zrozumienia dla niego. Po przybyciu do Kanady  wiele   imigrantek z   lat  konania polskiego  komunizmu   chciało  się poprostu  zająć  życiem   własnym i  rodziny , stąd  niechętnie  patrzało na  propozycje  udziału  w  bezpłatnych pracach społecznych.  Do  tego  dochodziło  poczucie  ich obcości  wobec zastanego  świata  polonijnego  powodowane tym, że, byt niektórych  tutejszych organizacji społecznych    był dla nich poprostu   niezrozumiały.  Zbyt mocno  jeszcze  przepełnione   rzeczywistością  Starego Kraju,  na  własną imigrację  patrzały   jako  na element,  który  szybko  minie, choć  chwilowo może być  trudny.  Dlatego  dopiero,  kiedy  znikało  poczucie  tymczasowości,  zaczynały  wczuwać się  logikę  Polonii i  powoli  włączały  się do  polonijnych  prac społecznych, próbując  jednocześnie wprowadzić  tam   swoją własną wizję zorganizowanego  życia imigracyjnego.

Oprócz   licznych  organizacji  polonijnych  o  zasięgu  lokalnym,  znajdują się  w  Kanadzie  organizacje  ogólnokrajowe    które  są oparte na czynnym uczestnictwie  stowarzyszonych w  nich  imigrantek polskich.  Pierwszą  jest  Kongres Polonii Kanadyjskiej, w  którym  można dziś  znaleźć  kobiety  na  stanowiskach  w  Głównym  Zarządzie,  w jego  agencjach  oraz  w jego  regionalnych  Oddziałach. Skupia on  organizacje  całej  Polonii i stanowi  oficjalny  most pomiędzy  Polonią i  administracją  kanadyjską. Jest   organizacją-parasolem  dla wszystkich innych organizacji polonijnych, w tym  Federacji  Polek  w  Kanadzie, najważniejszej polonijnej organizacji kobiecej  w  Kanadzie  o   najszerszym zasięgu  terytorialnym. Trzecią  organizacją  ogólno-kanadyjską   jest  polonijne  harcerstwo z  sekcją  kobiecą .  Dziś  każda z tych organizacji  cechuje się odmienną  wagą  społeczną. Jest  jeszcze  jednak  organizacja polonijna,  w której  kobiety  od samego początku jej istnienia  wykazywało  bardzo dużo inicjatywy. Jest nią  sobotnie szkolnictwo  polskie  znajdujące się  we wszystkich miastach,  w których  liczba  dzieci  polskich imigrantów  była dostatecznie duża, aby taką szkołę  założyć.  Była  to  i nadal  jest  organizacja skupiająca zarówno  kobiety jak i mężczyn  i dlatego  nie włączyłam jej do  organizacji  kobiecych.

Polskie  harcerstwo  kobiece w  Kanadzie  ze swej natury  jest częścią  harcerstwa  polskiego poza  granicami  Polski.  Posiada  silnie podkreślany  charakter  edukacyjny  i  jest powiązane z polonijnym systemem edukacyjnym.  Natomiast   Federacja Polek w Kanadzie  jest  organizacją kobiecą  z jednej  strony  zmierzającą  do  zachowania kultury i tradycji polskich na obczyźnie  i  do  zapewniania udziału kultury  polskiej  w  kształtowaniu  się  kultury kanadyjskiej.  Oprócz tego  w  każdym statucie  poszczególnego Ogniwa znajduje się  zapis o  pomocy dla społeczeństwa  polskiego w  Kraju.

 Harcerstwo polonijne w  Kanadzie  opiera się   na  dwu  strukturach   :  właściwych drużynach  harcerskich  dzieci i  młodzieży  oraz na Kołach  Przyjaciół  Harcerzy.  Po  wojnie  trzon  obu  stanowiły   harcmistrzynie, instruktorki, druhny  i  działaczki   które  przywiozły ze sobą  do  Kanady  swoje harcerskie zainteresowania  i  stopnie. Ich działalność zmierzała do  obudzenia   harcerskiego  ducha w  córkach  przedwojennych  i powojennych  imigrantów. Działaczki  harcerskie i    harcmistrzynie   jak   Maria  Zofia  Brodzka  i   Krystyna  Joanna  Orłowska   z  Toronto,  Hania Fedorowicz  z Ottawy, Barbara  Głogowska z  Islington,  Ontario,     (ktora  przybyła do  Kanady  jeszcze w 1939 r), Maria Lewicka z  Montrealu,  Jadwiga  Keats z  Vancouveru ,   Irena  Dembek  z  Sudbury,   zaczynały   budować  harcerstwo wśród  dzieci  imigranckich w  powiązaniu  z rozwijanym  szkolnictwem polonijnym, otwierając  hufce  skrzatów,  zuchów/zuszek  i  harcerzy/harcerek  polskich  gdzie tylko było to możliwe.  Do  nich dołączały  chętnie  córki  przedwojennego  pokolenia  imigrantów, które  swoje uprzednie doświadczenie  harcerskie zbierały  wśród  kanadyjskich  Girl  Guides of  Canada,  tak,  jak  to  zrobiła  Danuta  Wróblewska  Padowicz,  która   w 1959 roku   w  Montrealu  wraz z  mężem   Stefanem  Padowiczem założyła polonijną drużynę  harcerską "Szare  Szeregi".  Danuta  Wróblewska Padowicz  doszła  następnie  w  harcerstwie  polonijnym w  Montrealu  do stopnia  Podharcmistrzyni.    Inne  jak  Maria  Bieniasz   z Toronto,  Irena  Fedorowicz-Vogelsinger  i Halina Sieńko-Kwiatkowska  z  Etobikoke były działaczkami  Kół  Przyjaciół  Harcerzy starając się  o pomoc finansową  i strukturalną  dla nowo powstających hufców.

To  pierwsze   imigracyjne pokolenie  harcerek i  przyjaciół harcerstwa  wychowało   następnie  sporą  gromadę  harcerek  polskich w  Kanadzie,  z których  skolei  pochodzą  dziś   druhny i harcmistrzynie  z  następnego pokolenia,  tak  jak  np.  Aneta  i  Lilian   Blacharski z  Vancouveru,  wnuczki  polskich osadników  na  prerii. Dzięki  tym    pierwszym  niewielkim szeregom   harcerek przybyłych do  Kanady po  II  wojnie  lub  wychowanych  a często i  urodzonych  już w  Kanadzie  powstała   baza   która  dała harcerstwu polskiemu,  a szczególnie jego  żeńskim  hufcom  swoją  historię  i tradycję.

Harcerstwo polonijne  jest  organizacją niezależną   od harcerstwa  kanadyjskiego i    jest  z jednej  strony   powiązane    z  sobotnim   szkolnictwem polskim  i  parafią  polską,  a z drugiej  z  harcerstwem polskim  poza  granicami  kraju. W  latach  1952  (harcerstwo  żeńskie) i  1953  (harcerstwo  męskie)  obie grupy  zostały  inkorporowane   przez   Naczelny  Zarząd    Harcerstwa Polskiego poza  Granicami Polski  mieszczący się w  Brytanii w   Londynie,  zachowując w ten sposób  swój  polski  charakter.

 Dzięki  współpracy  harcerstwa  żeńskiego  z  parafiami  polskimi  nabór  skrzatów i  zuszek  odbywa się przeważnie  przez  parafię  oraz zorganizowaną przy niej  szkołę polską. Liczba  harcerek  jednak  bywa  mniejsza aniżeli  uczestniczek  sobotnich szkół, ponieważ   niektórym  rodzinom  splot okoliczności  nie pozwala na  udział  dzieci  w  polskich hufcach  harcerskich.

  Dla dziewcząt   zajęcia harcerskie  obejmują    szkolenie  zmierzające do  wychowania   zgodnie   z  wartościami  katolickimi, a  równocześnie  zwiększenia  samodzielności  życiowej  dziewczynki.  Zakres  szkolenia jest   określany  przez  lokalną   Polonię i oprócz   tradycyjnych  umiejętności harcerskich  zwykle  obejmuje takie zajęcia jak  gotowanie,  pieczenie,  szycie a nawet  haftowanie.  Samodzielność  jest  wyrabiana  przez  organizowanie  biwaków,  noclegów  poza  rodziną,  ale zwykle    przy  parafii,  obozów i kolonii. Udział  dziewczynek   w   HP  jest  bardzo  zależny od  czynników związanych z  napływem nowych  rodzin imigranckich  oraz   migracjami  samych   imigrantów wewnątrz  Kanady. Stąd  zdobywanie stopni  harcerskich jest w dużej mierze uzależnione od  istnienia  grup imigranckich  osiadłych już na stałe,  a więc pozwalających  nie tylko  na  zdobywanie przez  harcerki  coraz nowych umiejętności  ale także na  włączanie się  w wychowywanie następnych pokoleń.

 Federacja Polek w  Kanadzie  jest  organizacją skupiającą   kobiety dorosłe. Opiera się  na   lokalnych   grupach    kobiet  zaangażowanych w  prace  społeczne, lub pragnących  społecznie działać  w  istniejącej  strukturze o  wytyczonych celach i  sposobach  działania.  Organizacja ta oparta jest  na tworzeniu  miejscowych ogniw  o  czterech   wspólnych,  dla całej Kanady  celach :  pomocy potrzebującym imigrantom,  zachowywaniu polskości przez   imigrtantów i ich dzieci, propagowaniu  kultury  i tradycji polskich  w srodowiskach  kanadyjskich  oraz  pomocy społeczeństwu polskiemu  w chwilach potrzeby.  Poszczególne ogniwa  powstawały w  różnych miastach  oraz   w różnych latach   i  przechodzily  okresy  większej i mniejszej  aktywności. W  niektórych  zdarzało się chwilowe zawieszanie  działalności  z powodu braku  członkiń,  po  którym następowało znowu podejmowanie  działalności,  inne    do  dziś dzisiaj     aktywne  bez  przerwy.  W  całej  Kanadzie  jest  zarejestrowanych  20  ogniw,  ale  tylko około  14  ogniw  jest  obecnie aktywnych. Prace  charytatywne i  organizowanie imprez  poświęconych rozpowszechnianiu  kultury polskiej stanowią   dwa główne piony programu  Federacji[254]. Szczególnie  intensywna była działalność FPwK w okresie konania  komunizmu w Polsce. W  miastach  Kanady  zebrano  wówczas znaczne fundusze ( w  dziesiątkach tysięcy dolarów)  oraz obfitą pomoc materialną wysyłaną  następnie  na ręce  episkopatu polskiego  do  rozdziału pomiędzy najbardziej potrzebujących  w  Kraju. Ponadto  sponsorowano  ponad  setkę  rodzin przebywających w obozach przejściowych w  Europie i  czekających na  uzyskanie wizy  do Kanady.

  FPwK  wchodzi w skład Kongresu Polonii  Kanadyjskiej  oraz  Canadian  Council of Women,  a  fundusz   Jadwigi  Dobruckiej,  założycielki  FPwK udziela stypendiów polskim  studentom  w  Kanadzie.

Czytając  najnowsze  sprawozdania z  działalności  Federacji Polek w Kanadzie  uderza  stopień  zmian w  integracji  kulturowej  z  Kanadą  kobiet pracujących w  różnych Ogniwach  Federacji .  To już  nie są  wojenne uciekinierki, gotowe  wszystko  w  Kanadzie  rzucić i  wracać do Polski,  ale  osiadłe na stałe  Kanadyjki,  które  swoją  działalność na rzecz Polski  i  polskiego  społeczeństwa  traktują  bardzo  poważnie  ale  czują  się   zintegrowane z Kanadą.     dwukulturowe  i  swobodnie posługują  się  jedną lub drugą  kulturą  odpowiednio  do  tego w jakiej  sytuacji się  znajdują.  Budowanie organizacji  polonijnych,  związanych z  kulturą i  tradycjami  Starego  Kraju  nadało  ich integracji  specjalny charakter ,  jak mi  powiedziała  jedna z  moich  interlokuterek   Kanada  stała się  przez to  bardziej  nasza ,tak  samo  jak  bardziej naszym staje się  dom który sami  budujemy. Nawiązując do  omawianej  na początku  naszego opracowania   teorii   asymilacji   opracowanej  przez  Floriana  Znanieckiego i Williama  Thomasa możnaby  przyrównać  tworzenie  FPwK   do  powstawania  lokalnych   centrów  kobiecych krystalizujących  ich  nową  tożsamość , które  następnie   określa  warunki  na jakich  asymilują  się  poszczególne  jednostki.

 

 

                  Ogniwo  nr.  9   -  Montreal 

 

W  Montrealu skupienie się  największej  grupy elity  wojskowej, dyplomatycznej i arystokratycznej polskiej  odbiło się  półświadomym  przechowywaniem przez tę  grupę swego   klasowego  charakteru. Nawet  powojenny  napływ   zdemobilizowanych  żołnierzy, lotników i  członków  AK  nie umniejszył  wpływu    uchodźców  wojennych  wywieranego   na  rosnącą  lokalną  Polonię.  Zazwyczaj  ubóstwo imigrantów  prowadziło do  prędkiego przyswajania sobie kanadyjskiej  bezklasowości,  zapominano  przy  tym  o dawnych  przywilejach. W  montrealskiej  grupie  wszelako przez  wiele lat  ta zasada działała tylko w sferze kontaktów z Kanadyjczykami, pozostawiając  sferę kontaktów polonijnych  opartą na przedwojennych obyczajach. W skromnych imigranckich  domach  hrabiny i generałowe z taką samą godnością  i swobodą  potrafiły przyjmować swoich współrodaków w  Montrealu, jak ongiś robiły to w swoich przedwojennych domach w  Warszawie lub w swych dobrach.  I niezależnie od tego czy  goście pili  herbatę z  fajansowych  kubków, czy z pięknej porcelany, gościnność i maniery pozostawały staropolskie.  To  właśnie w skromnych   livingroomach  prywatnych domów żon  generałów i  dyplomatów, podczas towarzyskich spotkań powstało niejedno stowarzyszenie, związek, koło  przyjaciól lub komitet, jako zaczątek wielkiej organizacji społecznej  i charytatywnej,  która się z nich  potem rozwinęła. Tam przy  herbatkach i tanich  cookies  omawiano projekty utworzenia P.I.N. i Biblioteki  Polskiej i  werbowano zainteresowanych zorganizowaniem pomocy  dla dzieci polskich   w  Niemczech i  Polaków w obozach  radzieckich.  Ten swoisty  styl   pracy organizacyjnej połączonej z towarzyskimi spotkaniami był  koniecznością  chwili, ale także odpowiadał zwyczajom   przedwojennej Polski.  Dopiero wymieranie starszego pokolenia i rozpraszanie się młodszych członków tej  wspólnoty po całym kontynencie w połączeniu z pogłębiającą    się  kanadyzacją  przyczyniły się do powolnego zanikania tego specyficznego  charakteru.

Nie jest  więc  przypadkiem, że wśród masy najróżnorodniejszych organizacji samopomocowych, charytatywnych o  zamierzeniach kulturalnych,  Federacja Polek w  Kanadzie powstała w  Montrealu   później   niż w  innych dużych  miastach  Kanady, bo dopiero  w 1966 roku. Opóźnienie to wynikło zarówno  z faktu, że od czasów  wojny  działało w Montrealu bardzo  wiele   organizacji mających  na celu nie tylko utrzymanie polskości  wśród imigracji,  przekazywanie pomocy Polakom na świecie i w  Polsce  ale i   pokazanie kultury polskiej środowiskom kanadyjskim, a więc  trzy    naczelne  zadania,  które   FPwK  w  innych miastach  Kanady stawiała jako  własny program. Drugą  przyczyną  był  brak lokalnej   inicjatorki,  wokoło której  Federacja  mogłaby się  rozwinąć.  Punktem  zwrotnym stało  się  przybycie   do  Montrealu  Marii  Zaborskiej, żony  profesora  Bogdana Zaborskiego,   właśnie zaangażowanego    na   powstającym  anglojęzycznym  Concordia  University. Maria Zaborska  jeszcze   w  Ottawie znana była  ze swojej  społecznej  działalności.  Zachęciło  to  przewodniczącą Zarządu  Głównego  FPwK w  Toronto dr. Krystynę  Zurowską  do  zaproponowania profesorowej   Zaborskiej zorganizowania  Ogniwa  Nr  9 -  Montreal,  jako odpowiedzi  na   potrzebę  ogólnokobiecej  organizacji, która  mogła by  skupiać  kobiety ze wszystkich grup imigracyjnych  niezależnie od  daty  ich  przybycia do Kanady  i która właśnie  dzięki swej powszechności doskonale  wypełnia by   istniejącą lukę  organizacyjną. Nie mniej  ważnym  elementem  w  powstawaniu  a następnie w  działaniu  Ogniwa  nr. 9 -Montreal  były  umiejętności  dyplomatyczne Marii Zaborskiej. Przez   10 lat  przewodniczyła   ona  FPwK Ogniwo nr. 9- Montreal  z  dużym sukcesem. Pracowita i  taktowna  wytworzyła w  Ogniwie- Montreal  "atmosferę  serdeczności i  ciepła, którą  członkinie bardzo sobie ceniły"[255]  Natychmiast też znalazły sie  ważne cele,  które  Federacja Polek w Kanadzie, Ogniwo nr. 9 -Montreal  podjęła.  Należała  do nich   współpraca z Montreal  Council of  Women,  z  organizacjami  harcerstwa  polskiego w Kanadzie, z  Kongresem  Polonii  Kanadyjskiej  oraz  innymi  organizacjami  polonijnymi.  Członkinie Ogniwa nr 9   brały  udział  w  kiermaszach, przygotowywanych przez  Komitet  Pomocy  Dzieciom  Polskim,  organizowały  wystawy sztuki polskiej,  przedstawienia i  wieczory autorskie[256] wypełniając rolę pośrednika w nawiązywaniu współpracy  z  montrealskim  społeczeństwem.  Maria  Zaborska, która  była  duszą Ogniwa  dbała też o  przesyłanie  pomocy  materialnej  i  finansowej  społeczeństwu polskiemu  w  czasie  rozpadania się komunizmu w Polsce .  Jej  prezesura    zapewniła  wszystkim kobietom, które tego pragnęły  udział w manifestowaniu  swojej polskości  na  skalę  niezależną od  tego,  jaką drogą  i kiedy  zainteresowana kobieta  przybyła do Kanady.  Po  10ciu  latach  pobytu  w  Montrealu  Maria Zaborska  wróciła wraz  z  mężem  do  Ottawy,  gdzie  powróciła   do  pracy  w  FPwK  Ogniwo  nr   8  Ottawa , oddając  dobrze działające  Ogniwo montrealskie  swoim  następczyniom

 Obecnie  od  14  lat prezesem   FPwK Ogniwo nr 8 -Montreal  jest  Danuta  Wróblewska-Padowicz,  córka  imigrantów  przybyłych do  Kanady  w  latach  20-tych ub. wieku.  Bardzo dobra  organizatorka i  oddana  pracy społecznej  zaczęła swoją  działalność od  pracy w  harcerstwie.  W  trzech  parafiach  montrealskich  założyła  3  koedukacyjne gromady  harcerskie i  prowadziła je przez  11 lat  przy pomocy harcerek  z Błękitnej Jedynki  żeglarskiej i  harcerzy z  Szarych  Szeregów,  rozszerzając  je  o następne gromady  w miarę  napływu  nowych  kandydatur. W  1966 roku pod wpływem  swej matki  Wandy Wróblewskiej , Danuta  Wróblewska Padowicz  zapisała sie  do  Federacji  Polek w  Kanadzie  a w  1988 roku  została  w  niej  prezesem,  cały czas  kontynuując  prace w  harcerstwie  oraz w  Kongresie Polonii Kanadyjskiej.  Także w  porozumieniu  z  proboszczami  współpracowała z  młodzieżą  w   parafiach    Sw.  Wojciecha  i  Sw.  Trójcy,  prowadząc  Kluby  Młodzieżowe. W  tych ostatnich  uczyła młodzież klas od 5-tej  do  8-mej  Arts and  Crafts  oraz   teatru, spiewu, a  także  gotowania.  Wycieczki  które wówczas  prowadziła  docierały do  Frontier  Town  lub  George Town   w Stanach  Zjednoczonych. Za  całokształt swojej pracy społecznej  Danuta  Wróblewska-Padowicz  otrzymała  Srebrne  i  Złote  Odznaczenie  przyznane jej przez  Kongres Polonii  Kanadyjskiej.

   Członkiniami   FPwK  w  Montrealu   były także  Anna Baryga, wieloletnia uczestniczka najrozmaitszych  akcji  oraz tłumaczka z francuskiego na polski  książki  A.A.Borelliego   p.t. Fatima - Nadzieja Polski, wydanej  przez  FPwK, Ogniwo nr. 9, Tamara  Rawicz,  jedna z  dawniejszych   przewodniczących  FPwK w Montrealu,  Janina  Bogusz-Grygar, która  przeszła gehennę  syberyjską,  Stanisława  Kamińska, która należy do   chóru  Lachmana,   Ela Kopystecka   prowadząca przy  Kongresie  Polonii  Kanadyjskiej  sprawy  imigracyjne,  Halina  Kozłowska, Hanna  Poznańska, aktorka telewizji i  sceny przez  wiele lat  uświetniająca  swymi  recytacjami uroczystości polonijne, Irena  Purkhart  i  Halina Szczerba   tradycyjnie zajmujące się organizowaniem udziału  w świętach  narodowych  polskich oraz  w  tradycyjnym  przygotowywaniu  choinki  polskiej  w   Museum of Fine Arts  w  Montrealu.

W ostatnich latach ub.  stulecia   FPwK  zwróciła szczególną uwagę na   młodzież  polską,  organizując  rozmaite  konkursy  związane ze znajomością  kultury polskiej.  Był więc konkursy  zachęcające do   używania poprawnej polszczyzny  i  wysławiania się w języku polskim,  konkurs  poetycki  oraz   ogólnokanadyjskie    konkursy związane z  sztuką,  grafiką i fotografiką,  tak  zwane  konkursy  "Złotej  Rybki".  

W nowym tysięcleciu  Ogniwo nr.  9 w  Montrealu  ma  w planach  prowadzenie dalszego  rozszerzania swojej  działalności  i kontynuowanie  integrowania  kobiet Polonii  kanadyjskiej  z  kanadyjską  dwukulturowością  Montrealu.

 

                     Ogniwo  nr.  1  - Toronto  i  południowo  Ontario

                   

                       Zalążek  ośrodka   polonijnego    w Ontario   powstawał w  Toronto  równocześnie  z  montrealskim. Ale  charakter  jego  od  początku  był  inny. Do   Toronto i  innych  miast  południowego  Ontario  zostało  bowiem  sprowadzonych w  1940-tym  roku  około  600 inżynierów i  techników  polskich , którzy  przybyli  tam jako  specjaliści  w  różnych dziedzinach.  Ich  zadaniem  było uzupełnienie  brakującej  kadry  w powstających  lub rozwijających się  przemysłach  na  potrzeby wojny.  Byli  zatem  widziani  przez  Kanadę  jako  ludzie,  których   wysokie  kwalifikacje   miały pomóc  w  wygraniu  II wojny światowej   oraz   przyczynić  się  do rozwoju  Kraju.Wszyscy  mieli  zapewnioną  pracę,  a  w stosunku  do innych   imigrantów  bardzo  uprzywilejowane  przyjęcie. Warunki  II  wojny  światowej  sprzyjały  powstawaniu  coraz to nowych miejsc  pracy, na które zatrudnieni  Polacy   ściągali  swoich  kolegów -  fachowców   ze wszystkich  stron  świata. W  ten sposób rosła  grupa  polskich fachowców,  którzy  odrazu  wchodzili  na  poważne  stanowiska  w różnych  przemysłach, a  szczególnie w   przemyśle   lotniczym  Kanady. W powstałym  w ten  sposób centrum polonijnym  w  Toronto  zgrupowani  byli   ludzie   dynamiczni  i   aktywni w  produkcji  w  dziedzinach najbardziej  popieranych przez  rząd  kanadyjski. 

              Po  wojnie  promieniowanie  Toronto  jako   dynamicznego  ośrodka   przyciągało  nadal    DiPisów  i  zdemobilizowanych   wojskowych. W  rezultacie  osiadła w  południowym  Ontario liczna  średnia kadra  oficerska,  sporo żołnierzy  z  Polskiej  Armii  na  Zachodzie, lotników  z  Wielkiej  Brytanii  a  także żołnierzy  AK z  Powstania  Warszawskiego.  Bardzo wielu  z  nich było absolwentami wyższych studiów jeszcze  z  Polski.   Większość nowo  przybyłych była  młodsza wiekiem  aniżeli  imigranci w tym  czasie  przybywający do  Montrealu, miała mniej kompleksów na punkcie przegranej kampanii z  września 1939 roku,  ale nadal  wyraźnie  była  bardzo  antykomunistyczna.

Początkowa  działalność organizacyjna   Polonii ontaryjskiej  szła   w  dwu   kierunkach  :  tworzenia  organizacji polonijnych oraz włączania się  w  społeczeństwo  kanadyjskie.  Obok najróżniejszych towarzystw, stowarzyszeń zwiazków, skrzydeł (dla byłych lotników), kółek, organizacji  kombatanckich, aż po fundacje i stowarzyszenia zawodowe,  wszystkie  organizacje służyły przede  wszystkim jako platforma  kontaktów  potrzebnych  dla realizacji  bieżących spraw imigranckich lub  leżących na pograniczach wykonywanych zawodów.

 Dzięki  uprzywilejowanej pozycji jaką   od czasu  wojny cieszyło  się wielu  członków   ontaryjskiej  Polonii  imigranci   wojenni i powojenni  byli  postrzegani  przez  przedwojenną  lokalną  Polonię  jako zawodowa elita  budząca  poszanowanie, tworząca    nowe  role  models  Polaków.  Pozwalało   to grupie  wojennej i  powojennej  na znacznie większą otwartość wobec  Starej Polonii  i  ułatwiało  porozumienie między obu  grupami. "Inżynierowie  polscy"  jak  przyjęto  nazywać pierwszą  grupę   Polaków  przybyłą podczas wojny,    używali  także  swoich  umiejętności mediacyjnych w celu  zmniejszania  wpływów  kanadyjskiej   partii  komunistycznej na postawę Starej Polonii i jej  polsko-języcznych gazet.  Wskutek  tego zmalał  udział  Polaków w  partii komunistycznej  kanadyjskiej  i  np. jedno  z  największych   wschodnio- kanadyjskich  pism polonijnych -  Związkowiec  -  pozbyło się zupełnie  nacisków komunistycznych.

 Do  osiągnięć  organizacyjnych  torontońskiej  Polonii   należy  powstanie w  1944 roku   Kongresu  Polonii Kanadyjskiej-  jako  centralnej organizacji zrzeszającej wszystkie organizacje  polonijne w  Kanadzie.  KPK  stał się oficjalnym reprezentantem interesów całej  polskiej  imigracji w  Kanadzie wobec  rządów federalnego i  prowincjalnych.  W ten sposób pierwszy raz  w historii emigracji   Polacy  jako  grupa etniczna  uzyskali oficjalny głos w sprawach  ich  dotyczących,  a  przez  to dostęp  do udziału w dyskusjach,  na różnych szczeblach administracji państwowej,   o  wewnętrznej  polityce  imigracyjnej.

              W  roku  1956 z inicjatywy  Wiktora  Turka powstał w  Toronto  afiliowany   przy  KPK , Kanadyjsko -Polski  Instytut  Badawczy. Celem  jego   było i nadal  jest badanie bieżących spraw i  problemów imigrantów.  W  ciągu lat  badania te owocowały szeregiem publikacji  będących po raz  pierwszy prawdziwą spisaną  dokumentacją  polskiej  imigracji  w Kanadzie. Do roku 1990 Kanadyjsko-Polski  Instytut Badawczy opublikował  na ten temat 21 prac.

                 Wreszcie w 1966 roku, w ramach  obchodów millenijnych chrztu Polski  powstał  w  Toronto  Fundusz  Wieczysty  Millenium  Polski Chrześcijańskiej  oddany pod opiekę kuratorom  powołanym po  dziewięciu z dwu  grup  : Kongresu Polonii  Kanadyjskiej i  Konferencji  Polskich  Księży Katolickich w  Kanadzie.  Cele funduszu są  wyraźnie  sprecyzowane i obejmują  3  dziedziny :  popieranie studiów nad kulturą  szczególnie polską narodową i religijną;  zachęcanie i pomoc w studiach osobom  polskiego pochodzenia;  finansowanie  i popieranie wydawnictw naukowych  i literackich propagujących   polska  kulturę oraz  popieranie polskich  bibliotek.  Fundusz ten jest niewątpliwie najbogatszym ze wszystkich polskich  funduszy w  Kanadzie. Obecnie na jego koncie  znajdują   się ponad  2 miliony  dolarów,  dzięki  temu,  że pomoc  finansowa i stypendia  pochodzą  wyłącznie z odsetek  od  kapitału. 

Początkowo kobiety  we  wszystkich  tych   instytucjach   nie były  licznie reprezentowane.  Znajdowały się w biurach, w redakcjach,  na stanowiskach  pomocniczych, na których  potrzebna  była  dokładność  i dobra pamięć instytucjonalna. Z biegiem  czasu  zaczynały    jednak  awansować   szczególnie w dziedzinach dotyczacych   polskiego  szkolnictwa  w  Kanadzie  oraz  pracy  w  harcerstwie  żeńskim,    wreszczie doszły  do  najwyższych   stanowisk.  Już  w ostatnich  dekadach  XX wieku  kwestia  wyboru  prezesa lub  przewodniczącego  została  oparta   na kwalifikacjach  a  nie na rodzaju   płci.

Dziś  Polonia  ontaryjska   tworzy  najliczniejszą  grupą   w  Kanadzie  i    naturalne centum   organizacyjne  Polonii  dla całego  Kraju.  W  Toronto i  Ottawie znajdują się  przeważnie   zarządy główne  polonijnych organizacji,  a  kanadyjskie  instytucje  naukowe i specjalistyczne  zatrudniają  tam  bardzo wielu  Polaków.   Odbiło  sią  to  także  na  aktywności społecznej  kobiet,  które  w  Ontario  znalazły  dla siebie   najrozmaitsze  możliwości   łączenia  wyspecjalizowanej  pracy  zawodowej   z   działalnością  społeczną  w  organizacjach  polonijnych.

                       Idea Federacji Polek  w  Kanadzie jako ogólno kanadyjsko- polskiej organizacji kobiecej  podzielonej  na  ogniwa  odpowiadające   poszczególnym  miastom i propagującej  kulturę  polskę  również  narodziła się w Toronto.  Zaproponowała ją  Jadwiga  Dobrucka  i  niemal natychmiast   została  ona podjęta przez  grupę torontońskich  Polek z  Marią  Bieniasz  na czele. Maria  Bieniasz i  Jadwiga  Dobrudzka  doskonale się  uzupełniały.  Obie były wielkimi  społecznicami. Maria  Bieniasz  koncentrowała się przede wszystkim na pracy oświatowo kulturalnej a  Jadwiga Dobrudzka dążyła do wykorzystania  potencjału i  energii polskich imigrantek dla  zachowywania polskości wśród rosnących   szeregów Polonii oraz  utrzymywania i  rozwijania kontaktów z lokalnymi  organizacjami  kanadyjskimi w celu upubliczniania   kultury polskiej poza  Polonią. Jadwiga  Dobrucka  pod koniec  swego  życia stworzyła fundusz   na stypendia dla młodych i  zdolnych Polaków i  Polek.

 Ogniwo  nr  1  - Toronto  powstało  w  r. 1953,  a  jego  przewodniczącą  została Maria  Bieniasz,  bardzo  zasłużona w działalności  szkolnictwa polskiego - założyła Związek  Nauczycielstwa  Polskiego w  Kanadzie-,  działała   w  harcerstwie polskim,  w rozwoju Polskiego  Instytutu  Dziedzictwa  Kaszub,  Polsko-Kanadyjskim    Komitecie  Wydawniczym  oraz  Polsko-Kanadyjskim  Towarzystwie  Muzycznym.

              W  miarę  jak  zaczęło  przybywać ogniw FPwK w różnych miastach Kanady  pojawiła się potrzeba  wyłonienia Zarządu  Głównego,  który  mógłby  koordynować  współdziałanie poszczególnych ogniw, a także reprezentować  Federację  w  Kongresie Polonii  Kanadyjskiej.  Postanowiono  że Zarząd  Główny  będzie miał swoją  siedzibę w  Toronto.  Przewodniczącą  Zarządu  została  Jadwiga  Dobrucka, a wśród jej współpracownic znalazły się Irena Berezowska i  dr.  Krystyna  Zurowska  (obie kolejno  obejmowały przewodnictwo  w  Zarządzie Głównym FPwK ) . W  ten  sposób  od roku  1956  centrum  decyzyjne  FPwK  znalazło się również w  Toronto.  Naturalną konsekwencją  było  także umieszczenie   redakcji  Informatora   FPwK  w  London    niedaleko  Toronto.  Informator  FPwK jest   zaplanowany jako  oficjalny organ  federacji, który ma  dwa razy do  roku  podawać  krótkie sprawozdania z  działalności  poszczególnych   Ogniw  oraz  dorocznych  zebrań  wszystkich Ogniw,  spraw związanych  ze   współpracą  z  organizacjami  kanadyjskimi lub nawet  międzynarodowymi,  ważniejszych  osiągnięć  oraz  odznaczeń  nadanych członkiniom  federacji. Jak  dotąd  ta publikacja  wydała  175 numerów.Redaktorem  Informatora  jest  Jolanta  Pawluk ,  która  jest równocześnie  prezes  Ogniwa  nr.  2  -  London˛

W latach  dziewięćdziesiętych ub  stulecia przewodniczącą  Zarządu Głównego FPwK  była  Iwona  Bogorya-Buczkowska,  podwójny doktór  anglistyki oraz planowania   strategicznego, dziekan i  wice -prezes  Canadian  School  of Management  w  Toronto.  Iwona  Bogorya-Buczkowska  przybyła do  Kanady  w 1968 roku i  reprezentuje wśród polskich imigrantek rzadki  przykład połączenia teoretyka o  wyraśnym profilu akademickim z praktykiem służącym programami i  radami klientom poszukującym pomocy w zakresie organizacji.  W  ciągu swojej kanadyjskiej kariery wykładała na  York  University w Toronto  oraz   IMCB  Buckingham  w  Anglii, a obecnie wykłada w  Atkinson  College  i  Ryerson Polytechnical Institute. Równocześnie posiada  swoją  własną  firmę konsultacyjną   Bogorya  Consulting  Co, w ktorej znajduje praktyczne rozwiązania organizacyjne i specjalizuje się w szkoleniu  kadr menedżerskich[257]. W  roku 2002 za osiągnięcia w dziedzinie rozwiązań organizacyjnych w  Kanadzie i w W.  Brytanii otrzymała medal  50-lecia Koronacji  Królowej Elżbiety  II a w roku 2003 od rządu  RP   Krzyż  Kawalerski  Odrodzenia Polski " Polonia Restituta". W roku  2002  Iwona  Bogorya-Buczkowska  została   wybrana na stanowisko  dyrektora  Rady do Spraw  Etnokulturalnych  Director  Canadian  Ethnocultural  Council  w  Ottawie.

Prace  Zarządu  Głównego FPwK  koncentrowały się na   popieraniu i umacnianiu  struktury  FPwK, a w  związku  z nadchodzącą rocznicą   45-lecia FPwK   Zarząd Główny i  Ogniwo  nr. 1 -Toronto przy pomocy  Teresy  Zaranek przygotowywał dokumenty,  zdjęcia i pamiątki dotyczące FPwK  w celu  konstruowania na  video historii tej  organizacji. Ponadto  pracowano  przy nawiązywaniu kontaktów z różnymi organizacjami polonijnymi na całym  świecie z zamiarem wznowienia działalności  Swiatowego Zjednoczenia Polek w  Wolnym Swiecie. Dzięki temu  Federacja została zaproszona do programu TV  Polonia na Forum Polonijne w  Polsce, Była to  świetna reklama dla Federacji i dla naszych przyszłych planów  powiedziała  w roku  2002  przewodnicząca  FPwK  Anna Szufnara. Dodać należy,  że już w 1992 roku  w  Krakowie przekazano  mandat przewodniczenia  Swiatowemu  Zjednoczeniu  Polek  Federacji Polek w Kanadzie i  jej ówczesnej  przewodniczącej Alinie Kozłowskiej-Kennedy. Obecnie  Zarząd  Główny FPwK pracuje nad przygotowaniami do  IV-go Swiatowego  Zjazdu Zjednoczenia Polek.  Pierwszym  zadaniem w tej  dziedzinie było utworzenie ośrodka internetowego, który mógł by  koordynować informacje o imprezach  kulturalnych, konferencjach,  stypendiach i grantach a nawet o możliwości pracy. Planuje się także przedstawianie sylwetek osób polskiego pochodzenia oraz pomocy  młodzieży polonijnej w  dziedzinach sztuki, nauki i  biznesu.

Anna Szufnara   obecna  przewodnicząca  Zarządu  Głównego  FPwK  podkreśliła wielką   i  długoletnią   pracę  społeczną   Anny  Ujejskiej- Ejbich,  Ireny Kremblowskiej,  Aliny  Kennedy,  Anny Norton-  Nowakowskiej i  Iwony  Bogoryi-Buczkowskiej ,  które  - jak powiedziała - "wychowały "  ją do  pracy społecznej i  bez których  życzliwości nie byłaby w  Federacji[258]

                 FPwK  Ogniwo nr 1 -Toronto zawsze kładło wielki   nacisk na znaczenie  imprez  kulturalnych dla życia Polonii  torontońskiej.  Kobiety zrzeszone w  nim  brały udział w  organizowaniu  niemal  wszystkich imprez  kulturalnych  o  charakterze   literackim,   rozrywkowym i  oświatowym,  teatrzyków,  "Wieczorów" i   imprez  sprowadzanych  z Polski. Maria  Bieniasz,  pierwsza  przewodnicząca  FPwK  stale   dążyła do współpracy   między pokoleniami   imigrantów  przybywających w  kolejnych  falach  imigracji.  Zależało jej,  aby   w  każdą  działalność  FPwK, a  także   innych  organizacji  społecznych,   wciągana   była   młodzież  polonijna  oraz  nowo przybywający.   Dzięki  jej  osobistym  umiejętnościom i  dyplomacji  Polonia  torontońska  znana była  z  między pokoleniowej  zgody. A  FPwK  Ogniwo  nr. 1   w latach  80tych  dwukrotnie   była  publicznie  chwalone za  harmonijną  współpracę pomiędzy starszym i  młodszym pokoleniem imigrantów przybyłych z Polski, lub  drugim  pokoleniem  urodzonym  już w  Kanadzie.[259] 

                  W  listopadzie  2002 roku Konsul  Generalny  dr.  Jacek  Junosza - Kisielewski  za  utrzymywanie pamięci o  polskich  ofiarach Katynia  wręczył wice przewodniczącej  Federacji, Marii  Kaszubie  wysokie odznaczenie państwowe, bowiem  jeszcze w  ub.  stuleciu  założyła ona   w  Toronto  Stowarzyszenie Rodzin  Katyńskich.  Została ona także  wyróżniona  nagrodami   Toronto  Millenium  za  obywatelską postawę i  bezinteresowne  zaangażowanie się w  poprawę środowiska. Elżbieta  Bożena Sawczyńska-Ganczarczyk, długoletnia  działaczka  FPwK   została odznaczona  dyplomem i  odznaką  In   Recognition of  Volunteer Service   przez  Ontario  Ministry of  Citizenship  i Ontario  Ministry of Culture and Communication.

Do  grona zasłużonych działaczek  społecznych  w  południowym  Ontario   należą  także   Zofia  Pokusa i  Janina  Pawlik  członkinie  Ogniwa nr.  2  -  London.  Zofia Pokusa  otrzymała za wieloletnią działalność na  rzecz   Polski i  Polonii Złoty  Krzyż  Zasługi  RP  a  Janina Pawlik dostała dwa  odznaczenia  Outstanding  Achievement  Award for Volunteerism in  Ontario  oraz  Mazor's  recognition of Special Londoners..

Prowincja  Ontario  miała  w  koncu  ub.  wieku  7  działających  Ogniw  FPwK.  Drugim  najstarszym po  Toronto   jest  Ogniwo nr.  2  London.  Jego  obecną  przewodniczącą  jest  Jolanta  Pawluk.  Z  jej  sprawozdania  za  rok  2002  wynika,  że  działalność Ogniwa  kontynuuje przede  wszystkim    pomoc  charytatywną  i  dotacje w  Kanadzie i  w  Polsce,  a  głównym  źródłem  dochodów    dwa  bazary    których  podstawą  jest  własna  produkcja   wypieków.  Dotacje  obejmują  miejscowe organizacje  polonijne  jak  harcerstwo lub zespół  folklorystyczny  a także  London  Battered Women   oraz  Canadian  Council of  Women,  London  Chapter.

Poza Kanadą  Ogniwo  nr.  2  finansuje obiady dla jednaj  ze szkół we Wrocławiu, wspomaga  Dom  chłopców w  Częstochowie oraz  wysyła  pomoc polskim  dzieciom na  Białorusi. Członkinie nie zapominają  także  o pomocy ofiarom  trzęsienia ziemi w  El  Salwador i  w  Dżmnagarze w  Indii.

Ogniwo nr. 15 - Mississauga  ma  podobne  cele. Obecnie jego przewodniczącą  jest  Bożena Fogel,  a  oddelegowane do Zarządu  KPK, Okręg Mississauga    Elżbieta  Wolska i  Maria  Stoch. Biorą  one udział w   Komisji Charytatywnej utworzonej przy  tym  Okręgu  KPK  specjalizującej się w wysyłce sprzętu medycznego do  Polski. W  Polsce  Ogniwo  nr. 15 opiekuje się Domem  Małego  Dziecka w  Stargardzie  Szczecińskim i  Domem  Małego  Dziecka w  Mostach  koło  Szczecina.  Dla zdobycia  funduszy na te cele  zorganizowano  wycieczkę do  Lichenia i  Częstochowy,  ale mimo,  że wycieczka się  udała  nie dała oczekiwanych  zysków.

Ogniwo  nr 18 - Hamilton ,  którego  przewodniczącą  jest    Katarzyna Grandwilewska,  bieże  udział  w  zbieraniu  funduszy  na budowę domu  seniora, Maria  Curie-Skłodowska  Seniors  Lodge. Działalność tego  Ogniwa   skupia się już  od wielu  lat  na pomocy  sierotom polskim w  byłym  Związku  Radzieckim a szczególnie na Ukrainie. Poza tym  członkinie działają  na polu  imprez kulturalno-oświatowych.  Katarzyna Grandwilewska,  przewodnicząca Ogniwa nr. 18  jest bardzo  aktywna  w  rozwijaniu kontaktów  z  Polonią  Swiata  oraz   dba o udział  finansowy  w akcjach  polonijnych w  południowo zachodnium  Ontario, między innymi   przygotowuje  fundusze  na  lektorat  języka polskiego  na  McMaster  University 

W  Etobikcoke  Ogniwo  FPwK,  nr.  17  działające  od kilku  lat   przyjęło jako  swoją  maksymę łączenie miłych,  przyjacielskich  kontaktów z  pracą  dla innych. Jego  głównym  źródłem  dochodów są  tradycyjne zabawy  andrzejkowe, czasami  urządzony  bankiet  lub  walk-a-thons  połączone z mini-aukcjami. Zdobyte  dochody  służą  głównie  wspieraniu dzieci  niepełnosprawnych ruchowo i  umysłowo z  Ośrodka  "Nadzieja" w  Nowym  Sączu.  Oprócz tego Ogniwo  to  włącza się do  programu "Dar polskich serc" i  "Uratować życie"  działających  na Ukrainie i  Bialorusi.

Dzięki  bliskim powiązaniom  FPwK i  Kongresu  Polonii  Kanadyjskiej  w  miarę upływających  lat   działaczki  FPwK często wchodziły do  władz  KPK.  Ostatnio przez  jedną kadencję  prezeską  KPK  była Elżbieta Rogacka.

Poza  działalnością  w  Ogniwach  Polki  w  Ontario    często  aktywne  w dziedzinach  ich własnych  umiejątności i  talentów.  Takim  przykładem powiązania pracy społecznej  z  własną  twórczością  artystyczną  jest   Genowefa  Staroń,  członkini  FPwK,  ale także  malarka i  gobeliniarką

  Z  ramienia  FPwK  w programie   "Pomoc  Polsce " w  1981 r  Genowefa "Nuta"  Staroń  zainicjowała i  zorganizowała   licytację dzieł  sztuki  darowanych  przez  polskich artystów oraz   Kanadyjczyków.  Zebrane w ten sposób fundusze zostały  zużyte  na pomoc społeczeństwu  polskiemu podczas  stanu   wojennego.  Trzy  lata wcześniej  w 1978 r.  Nuta  Staroń   reprezentowała Zarząd  Główny  KPK  na  Wystawie Polskich Plastyków ,  zorganizowanej  z okazji  Swiatowego  Zjazdu  Polonii  Wolnego Swiata   w  Toronto.  Jej  autorstwa  jest  także  plakat i   katalog  wystawy Polonia Art '78- Polonia of  Tomorrow,  a w  roku  1984   za zachętą   organizatorów przyjmowania  Papieża Jana Pawła  II w  Toronto  ofiarowała mu jeden  ze swych  gobelinów  nawiązujący do  stanu  wojennego w  Polsce,  zatytułowany  Modlitwa  Ziemi.

 

              

                  Ogniwo  nr. 8 -  Ottawa 

                 
                 "Ogniwo  nr.  8 Federacji  Polek w Kanadzie powstało  11 września 1964 roku,  gdy   przyjechała do  Ottawy dr. Krystyna  Zurowska,  członek  Zarządu  Głównego  Federacji i  zwróciła się do  Ewy  Konopackiej z  sugestią   założenia go w    Ottawie.  Poczatkowo były tylko  cztery  członkinie : Ewa  Konopacka,  Weronika  Ramik, Regina Forester i  Józefa  Czerwińska.  Nie było  zarządu,  tylko  wspólne plany,  decyzje i praca. Dopiero jak  doszło  więcej  członkin  powstał  zarząd."[260]  W  taki  to mało formalny sposób  zawiązało  się w  Ottawie ósme z kolei  Ogniwo  FPwK.   W podobny zresztą  sposób  zawiązywały się  i  inne Ogniwa   Federacji,  ponieważ  zwykle  kobiety  chętne do  pracy społecznej  miały  własne obowiązki  domowe,  a   przy  tym  często  i  małe  dzieci,  więc  przeważnie,  aby   pogodzić  swoje  chęci  współpracy na  rzecz  Polonii  z  prozaicznymi  zajęciami domowymi,  zebrania odbywały   w  prywatnych   mieszkaniach lub domach  członkiń. 

Członkinie założycielki  Ogniwa  nr.  8  w  jednym  z pierwszych  swoich  planów zdecydowały, o  udziale  w pracach  KPK a także w  kobiecych  organizacjach  kanadyjskich. Współpracę z   Ottawa Council of  Women   nawiązały   niemal natychmiast i  już  od 1965 roku  miały tam swoją  stałą  delegatkę. Ponadto  Teresa Miszkiel i  Regina  Forester  były  przez  pewien  czas  wice- przewodniczącymi   Council  of  Women,  a  Wera  Ramik i  Elżbieta  Kołodziej  pełniły w tej organizacji różne  ważne funkcje.

  Oprócz tego  Ogniwo  Ottawa  zostało  członkiem  Citizenship  Council  i od tej  chwili  do obowiązków  jego  członkin  należy  do  dziś  ,  gdy  przychodzi  jego  kolei, podejmować  nowych obywateli  Kanady podwieczorkiem  i  serdecznym  słowem. Dzięki  kontaktom  Ogniwa  z  Citizen's Committee  członkinie Ogniwa  wspierały  wysiłki  tego  Komitetu  Obywatelskiego  w  udzielaniu  pomocy i  mieszkania rodzinom  polskim, które właśnie przybyły do  Kanady.  W  latach  80-tych,  po-solidarnościowych,   była to  bardzo  intensywna  praca.  Korzystając  z  faktu  że  Ogniwo  nr. 8  znajduje  się  w  stolicy Kanady,  w   okresie  stanu  wojennego  w  Polsce,   Federacja,   a szczególnie jej  dwie  członkinie  Mirosława  Gawalewicz  i Ludwika  Rzepecka    organizowały protestacyjne pochody  w   stolicy.

  Fala uciekinierów,  która następnie  przybyła do Kanady  była także wspomagana przez   FPwK, która włączyła  do prac KPK  i  SPK  sponsorujących  uciekinierów w  tymczasowych obozach europejskich.  Ogniwo  nr 8  sponsorowało matkę z córką, którym następnie znalazło  mieszkanie, pracę  i  udzielało  początkowo  pomocy finasowej. W  roku  1991   Mirosława  Gawalewicz  za swoja pracę  społeczną  odznaczona została  Orderem  Kanady

Innym  kierunkiem działalności  Ogniwa  było  organizowanie  odczytów o  Polsce ,  otwartych dla  całej  społeczności   ottwaskiej.  Czasami  połączone one były z  wystawami  eksponatów  polskich lub  mini-bazarami  w  ktorych  sporo  miejsca zajmowała sztuka ludowa i  eksponaty   artystyczne  polskie.

W  roku  1975   sukcesem  Ogniwa  było  wprowadzenie języka polskiego  jako  credit cours w  niektórych  szkołach  kanadyjskich w  Ottawie. Odznaczyły  się  w tych  pracach  Józefa  Król,  Danuta  Krzaniak i  Natalia Jeffreys.  Józefa  Król  była następnie przez wiele lat  akredytowaną wykładowczynią  języka  polskiego  na poziomie klasy 10tej i  11tej.

Jeszcze  innym  kierunkiem wiązania Polonii  ottawskiej  ze społeczeństwem kanadyjskim  była  organizacja   koncertów i  spektakli  teatralnych,  które  już  od początku lat  70tych  otwarte były dla  publiczności  w  Ottawie. Szczególnie  Jadwiga Domańska   przyczyniła się  do  ożywienia teatru polskiego, kładąc wielki  nacisk  na wysoki  poziom  wystawianych sztuk.  Ona także  organizowała szereg  sztuk  teatralnych specjalnie przeznaczonych dla  młodzieży  polonijnej.  Bardzo  zaintresowana  harcerstwem  polskim przygotowała  słuchowisko   "Wczoraj i   Dzisiaj  Harcerstwa Polskiego"  oraz   przyjęcie  półtoratysięcznej  grupy  harcerzy  w  czasie ich wycieczki do  Ottawy.  Za   zasługi Jadwiga  Domańska otrzymała odznaczenia  Polonia  Restituta,  Order Odrodzenia Polski,  Złoty  Krzyż SPK  oraz Złotą  Odznakę KPK.

Na  polu  organizowania  koncertów zasłużyła się  bardzo   Ewa  Zadarnowska, przewodnicząca  FPwK  od roku  1994.  Dzięki  niej  w  siedmiu  latach   Ogniwo  Ottawa  zorganizowało 13  koncertów i  spektakli muzyczno-poetyckich. W  roku 2002  Ewa  Zadarnowska została odznaczona Srebrną  Odznaką  Honorową  KPK w uznaniu  wybitnych  zasług dla dobra Polonii Kanadyjskiej .[261]  W  organizowaniu  koncertów  bierze  również udział  Barbara  Wośniak.  Od  lat  FPwK  w  Ottawie organizuje  Konkursy  Recytatorkie  Poezji dla dzieci i  młodzieży polonijnej,  cieszące się wielkim poparciem wśród całek Polonii Ottawskiej.  W  przygotowaniu   ich   brała udział  grupa  członkiń  FPwK : Halina Celińska,  Barbara  Deminet,  Hanna  Kiełczewska,  Lois Raczkowski,  Barbara  Wośniak. Konkursy te są dużym wydarzeniem zarówno  dla dzieci i  młodzieży jak i  dla  dorosłych. Dzieci  otrzymują dyplomy i nagrody,  a  oprócz tego  wszyscy uczestnicy otrzymują słowniki  jęz. Polskiego.  Pierwsze miejsca upoważniają do  dalszych konkurów . Dla wszystkich  dzieci jest też  przygotowany  poczęstunek

 W  komitetach  organizacyjnych  imprez  kulturalnych,  które  odbywały się najczęściej  w   National  Library    pracowały Bronisława  Nawrot, Barbara  Wośniak,  Czesława Kwiatkowska i  Halina Celińska.  Było  to możliwe, ponieważ Ogniwo nr.  8  jest członkiem  Friends of the  National  Library, płaci  coroczną  składkę,  a także bierze  udział  w  zbieraniu,  wycenianiu i  corocznej  sprzedaży  książek.

W  wielu  imprezach i  planach FPwK w  Ottawie  działały także  Wanda  Garlicka, która w następnej kadencji  nowego  stulecia została wice-przewodniczącą,  Danuta  Senkowska, późniejszy skarbnik Ogniwa,  Ruta  Rappak -  późniejsza  sekretarka  korespondencyjna  Ogniwa  nr. 8

          Ponadto,  wśród  innych  działań  Ogniwo  Ottawa  ufundowało skromne stypendium dla studenta na Wydziale Slawistyki Uniwersytetu  Ottawskiego,  które jest wypłacane od  1975 roku.  

Dla  uzyskania  funduszy potrzebnych  na  te  imprezy oraz na pomoc  ofiarom  różnych  kataklizmów jak  trzęsienia ziemi w  Gwatemali,  powodzie  w  Polsce i  Kanadzie  członkinie  FPwK  w  Ottawie  organizują   często  imprezy  rozrywkowe takie  jak  bale,  "Andrzejki",  "Wieczory  brydżowe",  sprzedaż  wypieków,  sprzedaż  książek,  biletów na koncerty itp.

              Za  swoją  działalność  społeczną  na niwie misyjnej, ( poza  działalnością w  FPwK) Zofia Zawidzka  otrzymała Krzyż  Papieski "Pro Ecclesiam et Pontifice". Ponadto 12 członkiń  FPwK zostało  odznaczonych  odznaką  "Trillium"  przez  Ontaryjskie Ministerstwo Obywatelstwa i Kultury a  17  pań w  Ottawie otrzymało Ontario Volunteer Service Awards.[262] .  Wszystkie organizacje polonijne Okręgu  Stołecznego oraz  Ambasda RP ufundowały nagrody na ten konkurs.

 

                   Ogniwo  nr. 7   - Winnipeg


             Winnipeg  przez  dziesiątki lat było  najważniejszym  miastem  Kanady  zachodniej. Położone u  spływu  rzeki  Czerwonej i  Assiniboine  przez  długie  lata  XIXgo  i  XXgo  wieku  było  niepisaną  stolicą   prerii  i  borów  zachodniej  części  kontynentu  północno-amerykańskiego,  z  której w końcu   XIX  i  na początku  XX-go  wieku  wykrojono 3  Prowincje preriowe oraz   Północno Zachodnie Terytoria.                                                                                                           
              Początkowa kolonia  Szkotów,  położona  nad  brzegami  rzeki  Czerwonej  - Red  River, w sąsiedztwie  dwu  fortów   krwawo  rywalizujących  ze sobą    kompanii  skupu  skór -  angielskiej   Hudson  Bay  Company    i  szkocko- francuskiej  North -West Company  znajdowała się  na skrzyżowaniu  szlaków  wodnych  - kanadyjskiego  ze wschodu  na zachód i kanadyjsko amerykańskiego  z północy na południe   i  szybko połączyła  sią z   francusko języcznym osiedlem  St. Boniface. W  powstałym  tak Winnipegu   założono  centrum  Royal Canadian  Mounted  Police, opisywanej w  powieściach    Królewskiej  Konnej  Policji -  jedynego,  wówczas  organu  porządku i  początków  administracji  federalnej  na  zachód od  Ontario. Prawie do końca  XIXgo  wieku,  a dokładnie do  roku  1885, miejscowość Winnipeg było  końcową  stacją  kolei ,  która  wyjeżdżała z   Ottawy lub Toronto  i większość drogi    przebywała  po terytorium  amerykańskim,  ponieważ  bory i  skały Płyty  Kanadyjskiej  w północno-zachodnim  Ontario  były    nieprzejezdne. W 1881 roku    ruszyła  jednak   budowa  pierwszej kanadyjskiej transkontynentalnej  linii  kolejowej  CPR (Canadian Pacific Railway),  która w  ciągu kilku lat  połączyła zaludnioną Kanadę  wschodnią z  brzegami  Pacyfiku. Przedsięwzięcie  w  które  wierzyła tylko mała grupka ludzi związanych  z  Syndykatem ( jak wówczas nazywano  kompanię  CPR)  zostało   zakończone  sukcesem   w ciągu   tylko  4 lat dzięki  nieprawdopodobnym wysiłkom   finansowym, organizacyjnym   i ludzkim.

 Odtąd  Winnipeg   rósł i  rozwijał się razem  z rozwojem  kolejnictwa, które skolei  służyło rozwojowi   osadnictwa na   preriach. Wśród  osadników  przybywających  w  XIXtym  wieku  początkowo  dominowali  Szkoci  i  Anglicy,  ale  ponieważ  ciągle  było ich mało,  więc  jeszcze w  latach  80-tych  XIX-go wieku ogłoszenia  zachęcające  do  osiedlenia się  na preriach  kanadyjskich pojawiały się  licznie i  w  Europie kontynentalnej.  Mapy  i  ulotki  zachęcające do  emigracji  na prerie  kanadyjskie  przetłumaczone  na  9 języków,  w tym  niemiecki   były rozprowadzane po  krajach  europejskich przez  tysiące agencji  imigracyjnych  kompanii  CPR.[263] Stąd  zapewne  pierwsi  osadnicy  polscy  przybyli  do  Manitoby  na przełomie dwu  wieków,  byli   rejestrowani  albo jako  Galicians  albo  jako  Niemcy. Osiedla ich,  przeważnie w  południowej i  zachodniej Manitobie  rozwijały się  wzdłuż  lokalnych linii  kolejowych.

 Budując  tory  kolejowe   CPR równocześnie  zakładało plany nowych  miast i miasteczek   w których miały się znaleźć  stacje kolei, jej  składy  i warsztaty  naprawcze. Wokoło  tych terenów  wyrastały  zazwyczaj  namioty  przyszłych mieszkaców  tych miast,  a  dalej  w  ich sąsiedztwie osadnicy  zaczynali  budować swoje farmy. W sumie  CPR  na   przestrzeni  pomiędzy  Red  River   (Rzeką  Czerwoną) w  Manitobie i  Górami  Skalistymi  założyła  600  nowych  miast lub   osad,  zawsze związanych z  przystankami kolejowymi.

W  początkach  XX  wieku  gwałtownie rosnąca  ludność  Winnipegu,  wzrost  znaczenia tego  miasta jako  ośrodka  podstawowej produkcji  na potrzeby osadników,   napływ nowych osadników  przeważnie z  Europy  kontynentalnej  oraz  rosnący dobrobyt miasta  zmieniły  jego  poprzedni  charakter.  Miasto, które  jeszcze w  XIX wieku  znane było  ze swojej  życzliwości wobec  napływających   różnoetnicznych  pionierów,   w  początkach  XXgo  zmieniło się  w  konglomerat wrogich sobie grup etnicznych  podporządkowanych bogatej angielsko języcznej  elicie[264].   Dzięki  temu  bardzo  wcześnie,  bo  już  od  początku  XX wieku  zaczęły w nim  powstawać i  rozwijać się organizacje  rozmaitych grup  etnicznych   broniących się przez wszech ogarniającą dyskryminacją  i  rasizmem. W   ruchach  związkowych brali  również  udział  Galicians,  wśród których  byli i   Polacy, znajdujący się  na  dolnych   szczeblach drabiny społecznej,  blisko  "Indian". Drobni sklepikarze  i  przedsiębiorcy, a  w większości  siła  robocza  słabo, albo  wcale   niewykwalifikowana  uważana była przez  lokalną ludność za  raczej  niepewną  ze względu na  "wybuchowy charakter oraz  częste pijaństwo Polaków".Oprócz  stereotypowania  i  dyskryminacji   stosowany   był  także wielki  wyzysk  Znane  były  ogłoszenia  z adnotacją   Poles and Irish need not apply for jobs  here[265]

  W obronie przed   trzema "plagami  imigrantów" (rasizmem, dyskryminacją  i  wyzyskiem)  tworzono  lokalne  organizacje.  Polakom  te  organizacje  powiązane z  religią  katolicką pomagały  także  zachowywać  dumę narodową  i  własne  tradycje  wyniesione z  Polski.     Najstarsza  z  nich,   Bractwo  św.  Ducha,  obchodziła  w roku  2002  swoją 100 rocznicę ,  niewiele młodszym  jest Towarzystwo  Sokół, któremu  w roku  2003  przypadła  96 rocznica istnienia,  a Towarzystwo Jana Kantego  ma już   87 -mio letnią  tradycję.   W  sumie  w   Winnipegu  z  przed  II  wojny światowej  było ponad  15  różnych organizacji  polonijnych służących swoim  członkom w trudnych  latach  pierwszej połowy  XXgo  wieku  bieżącą   pomocą  oraz  identyfikacją  narodową. Wcześnie,  także  w  Winnipegu, który do  II  wojny światowej  uważany  był  za centrum  Polonii  kanadyjskiej,  pojawiły się pierwsze polskojęzyczne  pisma. Pierwszym  była  Gazeta Katolicka, założona  jeszcze w  roku  1908tym,  następnie doszedł  do niej   Czas (  od 1914  roku) , a potem  Głos  Pracy.  Reprezentowały one  3  charakterystyczne   ideologie:  katolicką,   sekularyzującą  i  komunizującą ,  dominujące  w  ówczesnym  życiu Polonii  winnipegowskiej.

 Wszystkie  winnipegowskie   organizacje polonijne   tamtych  czasów  tworzone były przez  mężczyzn i  członkostwo ich  zarezerwowane było tylko  dla  mężczyzn.  Kobiety wzywano   do pomocy  dopiero wtedy, gdy  podczas  spotkań chodziło  o  przygotowanie posiłków  i    przyjęć.

Polki zaczęły  myśleć własnej  organizacji  dopiero  po    II  wojnie  światowej  około  lat  60-tych ,  kiedy  do  Manitoby napłynęła fala  imigrantek  z demobilu i DiPiski  z różnych części  świata. Wtedy  Mary  Panaro  założyła  International  Centre  jako  ośrodek w którym nowo  przybywający  otrzymywali pomoc i  poradę.  Mary  Panaro,  jest  jedną  z  wybijających się postaci  Polek w  Winnipegu nie tylko  dzięki swojej  działalności  wśród  rodaków,  ale także   dlatego,  że  przełamała  pomocniczą  pozycję kobiet  w  organizacjach  polonijnych winnipegowskich  i  dała wielki  impuls  początkowi  samodzielnej  działalności organizacyjnej  kobiet.  Ona  też  podjęła  inicjatywę  Jadwigi  Dobruckiej z  Toronto proponującą  utworzenie   Federacji  Polek  w  Kanadzie  -  Ogniwo Nr 7  - Winnipeg.  Pod  wpływem  obu działaczek  niewielka grupka  kobiet z   wojennej i  powojennej  fali  imigracyjnej: Janina Popkiewicz, Emilia  Jarmasz ,  Teofila  Bibik i  Genowefa Kuzia  zawiązały w  1964 roku  Ogniwo  Nr 7 - Winnipeg  Federacji  Polek w Kanadzie  Prezesem  Ogniwa nr  7  na długie lata  została  Maria Panaro.  Za  pracę społeczną  Mary  Panaro  otrzymała dwa  odznaczenia  Order  of  Bufallo  i  Order  of  Canada[266]. Do  FPwK  Ogniwo nr. 7 -Winnipeg  dołączyły następnie  Adela  Kołodka,  Aleksandra  Leczyńska,  Eugenia  Ekiel,  Loda  Ożóg  i  Danuta  Wołkiewicz  Cele  tej organizacji  były   odrazu  sprecyzowane.  Chodziło  przede wszystkim o pomoc społeczeństwu polskiemu  przez   zbiórkę  pieniędzy  oraz  leków, które wysyłano  do  Polski  przez  Caritas  i  polską  hierarchię  kościelną.

                        Idea  pomocy społeczeństwu polskiemu  przez długie  lata  była  w  Ogniwie nr  7  -Winnipeg  traktowana z wielką  powagą  tym bardziej ,  że   prezes  FPwK  Lidia  Rakowska  oraz  Eugenia  Kuzia  znalazły  pewne  źródła dochodu,  gdy  dzięki porozumieniu  z  innymi  grupami etnicznymi   zaczęły  uczestniczyć w  organizowaniu  w  Winnipegu  gier  bingo.  Dochód z   "polskiego  dnia   bingo"  należał do  FPwK. A był  to  czas, kiedy  bingo  było  dla  Winnipegowczyków  wielką  cotygodniową  namiętnością  uruchamianą    przy lada okazji  przez  organizacje  i instytucje ,  nie wyłączając  kościołów  najrozmaitszych denominacji.  Nic więc  dziwnego,  że Ogniwo  nr.  7  z dochodów  z   bingo  potrafiło uzyskać od  30  do  50 tysięcy dolarów  rocznie[267].  Dzięki  tej  "zamożności"  członkinie  FPwK  w  Winnipegu  w  latach 70-tych  mogły nie tylko  wspomagać  ubogich w  Polsce,  ale    rozszerzyć  cele  swej organizacji. FPwK w  Winnipegu  szczodrze  wspomogając  Studencki  Fundusz Victora  Turka  i Komitet Pomocy Polskim  Uchodźcom. FPwK  wzięła    też  poważny udział w   ufundowaniu Museum  Eksponatów Pionierów Polskich  w  Manitobie, począwszy  od pomocy finasowej przy  zakupie   budynku  przeznaczonego  na to  Muzeum, aż  po  zbiórkę,   opracowanie i  przygotowanie  eksponatów  dokumentujących przedwojenne  osadnictwo Polaków  w  Manitobie oraz  imigrację  powojenną.  Brały w tym  udział także  kobiety  z  później  powstałego  Towarzystwa  im.  Emilii  Plater. Muzeum  znajduje się w  północnej  części  Winnipegu,  zwanej  North  End  w  pobliżu  Domu  Polskiego i  SPK  Koła 13 , od lat  pięćdziesiątych  stanowiących  centrum   polskiego  życia   organizacyjnego  w  tym  mieście.

                  Obecna  prezes  Ogniwa nr.  7   Zofia de  Witt  jest długoletnią  społecznicą pracującą  zarówno  w  polskich   jak i  w kanadyjskich  organizacjach. Była  przez  10 lat  prezesem KPK  Okręg  Manitoba, przez  3 lata  była  prezesem  Funduszu  Milenium  w  Toronto przez  2 lata przewodniczącą  Rady  KPK,  przewodniczącą  Youth and Education  Standing  Committee of  Manitoba  Intercultural  Council,  oraz   skarbnikiem Manitoba  Pro  Canada  Committee,  także  przewodniczącą  Holy Ghost  Fraternal Aid  Society  Centennial  Committee.  Obecnie zaś  kontynuując przewodniczenie  w  niektórych   wymienionych powyżej  organizacjach  zajmuje  stanowisko prezesa  w   FPwK nr. 7,  wice-przewodniczącej  Manitoba  Ethnocultural  Advisory  and Advocacy  Council,  jest członkiem  Zarządu  KPK w Manitobie i przewodniczy  Komisji   Spraw Spornych przy  Zarządzie Głównym  KPK,  jest  nawet członkiem  zarządu  Winnipeg  Chinese  Cultural and Community  Centre.  Jej orientacja w  polityce,  zalety osobiste i  zmysł organizacyjny  wielokrotnie przyczyniły się do  tego  iż powoływano ją   do  przewodniczenia posiedzeniom, uczestniczenia w dyskusjach oraz w walnych  zjazdach[268]  Za ...największe  osiągnięcie  Zofii  de  Witt  można uznać utworzenie Polish Studies  Fund na  Uniwersytecie  Manitoby.  Dla   zagwarantowania  możliwości  studiowania języka polskiego, literatury i  historii  Zofia de Witt nie tylko  wystąpiła z inicjatywą zebrania niezbędnych na ten  cel funduszy  ale i przez  5 lat kierowała ich zbiórką.  Obecna wysokość funduszu to  ponad 275 tysięcy dolarów.[269]

.  W  latach  80-tych  sukcesy finasowe  różnych grup  etnicznych  spowodowane organizowaniem   gier w  bingo były tak  poważne,  że  stały się przedmiotem uwagi  rządu  prowincjonalnego,  który   sam  przejął   prawo  do organizowania tych gier,  pozbawiając tym  samym  wiele różnych  organizacji  etnicznych,  w tym  także i  FPwK  dochodów,  na które  przywykły już  liczyć .

Kiedy  w  obozach  przejściowych  w  Austrii,  Włoszech i Niemczech  znalazło  się  bardzo wielu Polaków, którzy uciekli  z Polski  w związku  ze stanem  wojennym i nie   nie mieli  żadnych   sponsorów  na  Zachodzie,   Lidia  Rakowska, ówczesna  przewodnicząca  FPwK  Ogniwo  Nr. 7 -  Winnipeg  zaangażowała  całą  organizację  w pomoc  przy szukaniu  pracy  i osiedlaniu  Polaków, którzy   przybywali  wówczas do  Manitoby.Członkinie  FPwK     wykonywały wtedy  najrozmaitsze  prace związane   z  pomocą  nowo  przybyłym,  tak   w  poszukiwaniu  i  meblowaniu  mieszkań jak  udzielaniu  porad  odnośnie życia w  Manitobie lub  towarzyszeniu w charakterze  tłumaczek w  urzędach  itp.

  Po  ustąpieniu  L. Rakowskiej ze stanowiska   prezeski FPwK   zostały  na to stanowisko wybrane  kolejno  Emilia  Jarmosz,  Danuta  Rymarczuk,  Wiesława Krajewska  oraz   Zofia de  Witt, która właśnie ukończyła swoją kadencję w  Kongresie  Polonii  Kanadyjskiej  Oddziału  w  Winnipegu.  Za   jej  kadencji  FPwK  nie miało  już    ogromnych dochodów  z  bingo. Mimo  to  Federacja  włączała się  w   przeprowadzanie   zbiórek  na polskę  szkołę dla dzieci i konkurs  młodych  talentów    oraz  na  organizowanie jasełek  w  Polskim  Domu  Seniorów .  W  przygotowaniu  powtarzających  się  Konkursów  Recytatorskich Poezji Polskiej  oraz w  ich  komisji  sądziowskiej  zasiadały  Zofia de Witt, J. Senkałowska,  M.  Szymańska,  B. Malkiewicz i  A.  Wojewnik

Powoli  jednak  zainteresowanie  pracą społeczną  wśród imigrantek   młodszych wiekiem i stażem w  Kanadzie  zaczęło  maleć.  W  miarę upływu lat i wymierania  starszego pokolenia członkiń  założycielek   liczba  nowych   członkiń  malała.  Stąd z  początkowej liczby  45  kobiet pracujących w  FPwK,  w  latach  80-tych  pozostało tylko  15.  Z  nowej  "solidarnościowej"  fali  imigrantek  do  bezpłatnej  pracy społecznej   w  FPwK  zgłosiły się  tylko  dwie  kobiety.  Wreszcie  wskutek  braku  nowych  członkiń  Ogniwo  FPwK  Nr. 7  -  Winnipeg  musiało  w latch  90-tych na jakiś  czas  zawiesić swoje  istnienie.  Dziś  jego  przewodnicząca,   Zofia de Witt dostrzega   nowe formy  zainteresowania  spuścizną polskości  wśród młodych  członków  Polonii  winnipegowskiej. Podkreśla ona,  że  drugie i  trzecie pokolenie  imigranckie  zaczyna   coraz  częściej  interesować  się  swoimi  korzeniami  i  poszukiwać  informacji  na  temat  wkładu  kulturalnego  swoich rodziców i  dziadków  w  kulturę  Manitoby.  Jej  zdaniem,  dzisiaj  młode pokolenia  dzieci  i wnuków  imigrantów,  już  jako  Kanadyjczycy  z  urodzenia  i  poczucia  narodowego, szukają  informacji   o  kulturze i  historii  swoich  przodków   i  ich   krajów i  uważają je   jako słusznie należący  im  się rodzinny    spadek. Dlatego  można się spodziewać,  że organizacje polonijne  będą  ulegały  zmianom  odpowiednim  do  nowych  dziedzin  zainteresowań  ich członków. Zofia de Witt uważa,  że  im  bardziej  ci nowi  członkowie  będą  się  koncentrowali  na   swoim  kulturalnym  spadku,  tym  bardziej cele  organizacji będą  odpowiednio  zmieniane.  Dlatego tak  ważne  jest  dzisiaj  zbieranie  dokumentacji  pisanej i rzeczowej  i  tworzenie  muzeów.[270]  Za parę  lat  kiedy  pokolenia imigracji  wojennej i  powojennej  już  praktycznie nie będzie,  zastąpią  je właśnie  dokumenty i  muzea  i  z nich  młodzi  Kanadyjczycy  polskiego  pochodzenia  będą  mogli  dowiedzieć  się o  historiach swoich rodzin,  odnaleźć  powiązania  krwi i kultury  w  Kanadzie i  za  oceanem  Do  rozwoju  tych  nowych  zainteresowań  młodzieży  kanadyjsko-polskiej   przyczyniła się  także  nowa polityka społeczna  rządu  federalnego.     Jego  agencje już  od  lat  korzystają  z  bogactwa  wieloetniczności swego społeczeństwa  i poszukują młodych adeptów  z  różnorodnym  bagażem kulturalnym  na stanowiska, w których,  w dobie globalizacji  i  licznych kontaktów  między -narodowych ,   pochodzenie etniczne może być   poważnym atutem. W  ramach tej  polityki  Kanadyjczycy  polskiego  pochodzenia są  po  studiach  wysyłani  jako  eksperci  do Polski lub  pracują  tam  gdzie  znajomość  kultury i  języka polskiego  ułatwia  kontakty z  kontrahentami nawet  jeśli  ci ostatni  znają  dobrze  język  angielski.


                Ogniwo  nr. 3 -  Edmonton 

 

Pierwszy większy  ośrodek   Polonii  powojennej w  Kanadzie Zachodniej  rozwinął  się  w   latach  50-tych w  Edmonton, stolicy  prowincji  Alberta.  Polacy  przybywający  tam w okresie powojennym   wchodzili  odrazu w środowisko  wielo-etniczne, walczące z istniejąca dyskryminacją,  doprowadzaną  czasami do  sytuacji  wręcz komicznych.  Przykładem niech tu  będzie opowieść zasłyszana od Polaka  (którego  nazwiska nie pamiętam), specjalisty w dziedzinie  biologii i  autora  szeregu  przedwojennych prac  naukowych na  ten temat ,  spotkanego w 1966 r. w  Edmonton.  Wcześniej , krótko po  swoim  przybyciu do Kanady starał  się on o stanowisko rządowego biologa  prowincji  i aby je otrzymać musiał powtórzyć  odpowiednie studia na tamtejszym  uniwersytecie.  Pytający  go na egzaminie profesor  University od  Edmonton  przypadkiem znał  tłumaczenie jednej z prac mego znajomego  jeszcze    przedwojennej.  Zainteresowany zbieżnością  polskości swego studenta i autora  cenionej   przez  niego  pracy naukowej  zaczął  go  odpytywać właśnie z  tej pracy,  nadal nie wiedząc, że  jej  autora  ma przed sobą.  Zdumiony  wnikliwymi  uwagami "studenta" zapytał go  w  końcu , czy może już w Polsce znał  jej treść i dopiero  wtedy zrozumiał paradoksalność  całej  sytuacji.

Istniejące  wówczas w  Kanadzie zachodniej głębokie poczucie wyższości i lepszości ludzi lokalnych nad  przybyszami  bywało czasami  śmieszne,  jak  w powyższej  sytuacji,  najczęściej   jednak  przysparzało nowo  przybywającym  Polakom i  Polkom sporo kłopotów związanych  z  przekonaniem,  że  wszyscy  Polacy są  na poziomie robotników i chłopów, imigrantów z  poczatków XX wieku. W obronie przed  tą dyskryminacją  Polonia edmontońska z lat 50-tych wytworzyła w sobie specjalną  przebojowość -  niemały udział  miały w tym  Polki  przybyłe wówczas na Prerie.

Aby  sytuacja była bardziej skomplikowana  od czasów wojny  rząd  Alberty chętnie widział napływ imigrantów, a  szczególnie ludzi wykształconych,  których praca była bardzo pożądana  w prowincji znanej ze słabego  zaludnienia  przy jednoczesnym  szybkim rozwoju  gospodarczym.  Chodziło  o  wytworzenie  inteligenckiej   warstwy miejskiej, a dwa  największe miasta  Edmonton i  Calgary  jak  zawsze  rywalizowały i w  tej  dziedzinie.

 Calgary,  do  czasów  II  wojny  światowej znane było głównie lokalnie. Było i  nadal  jest  centrum  hodowli    bydła, ale   powojenne odkrycia złóż ropy  naftowej w  południowej  Albercie  przerobiły je  na  szybko rosnące  nowe centrum górniczo-finansowe  szybko posuwające się w  kierunku   dzisiejszego   bogatego i nowoczesnego  Calgary, z własnym uniwersytetem  i  elitą  intelektualną.

Edmonton  stolica  Prowincji  również  rosła bardzo szybko, ale w latach  50-tych było  to jeszcze  niewielkie,  preriowe  miasto z bardzo dużymi  aspiracjami wobec  przyszłości.  Irena Domecka, DiPiska i  żona inżyniera budownictwa z Polski, który  w  Winnipegu parę lat wcześniej  miał własną  firmę budowlaną,  a  następnie przeniósł  się do  Edmonton, tak wspomina swoje pierwsze wrażenia z  przybycia do  tego miasta w roku 1952.  " Z  przerażeniem  zobaczyłam to miasto po raz  pierwszy. Kilkanaście ulic,  parę wysokich budynków, a naokoło laski.  Doskonałe pole do popisu dla budowniczego.  Na początku ciężko opłakiwałam przyjazd tutaj".[271]  W niespełna 10 lat później, na początku  lat  60-tych Edmonton już się zmienił. Miał już  Bibliotekę  Publiczną  położoną w centrum  miasta,  " wspaniałą "  salę koncertową,  teatr  Citadel oraz  planetarium.  Wszystkie te budynki  zostały ufundowane przez  lokalne bogate  Kanadyjki.  Irena  Domecka, która  jeszcze parę lat  wcześniej nie mogła znaleźć ujścia dla swojej  energii  społecznicy  wówczas  już aktywnie  partycypowała w tym  rozwoju  kulturalnym miasta.  W środowisku  kanadyjskim należała do Towarzystwa  Orkiestry  Symfonicznej,  działała w  Klubie przy  teatrze.  Dzięki swym kontaktom  w środowisku  Kanadyjskim wstąpiła do  Local Council  of  Women,  a  cztery lata  później  została wice-przewodniczacą  Citizenship  Council  - Rady  Obywatelskiej powołanej przez  rząd prowincjalny do walki z dyskryminacją  grup etnicznych. Pracę w  Polonii  zaczęla od wywalczenia sobie prawa do  zapisania się do Towarzystwa Polsko-Kanadyjskiego, do którego  zwyczajowo należeli tylko mężczyźni. W ten sposób akcja Ireny  Domeckiej zapoczątkowała  nowa erę dążącą do równopurawnienia kobiet w Polonii  albertańskiej.  W  parenaście lat  później Irena Domecka założyła Klub Akademicki, który po połączeniu  z  Klubem  Profesjonalistów stał  się  ośrodkiem polskiej inteligencji,  przychodzącej  często z  małżonkami nie znającymi  języka  polskiego.  Bardzo prędko jej energia i zmysł organizacyjny zaczęły prowadzić do dalszej działalności społecznej.  Kiedy  Wanda  Buska,  znajoma jej,  powojenna imigrantka  polska wspomniala o  organizującej  się w  Toronto  Federacji  Polek w  Kanadzie,  Irena Domecka podjęła tę  ideę ,  widząc  w proponowanej organizacji okazję do rozwinięcia działalności społecznej wśród kobiet -   przede wszystkim  powojennych  imigrantek.  Dzięki temu w rok  po  założeniu  pierwszego Ogniwa (  nr. 1  w  Toronto)  powstało Ogniwo  nr.  3  w  Edmonton. Pierwszą  pracą jego  członkiń  było pakowanie paczek na wysyłkę do Polski.

  Federacja  Polek w Kanadzie jest organizacją  zmierzajacą  do pomocy  Polakom  imigrantom w  potrzebie oraz do  zachowania polskości na obczyźnie. Pierwszym  celem  FPwK w  Edmonton  stało się   odwiedzanie chorych i potrzebujących  pomocy  imigrantów oraz  pakowanie i wysyłanie paczek do Polski do instytucji  charytatywnych,  przede  wszystkim do katolickich zakonów że ńskich. Ponieważ  FPwK nie dysponowała żadnymi  funduszami,  więc  dodatkowym   celem  stało  się zbieranie pieniędzy  na wzmiankowaną  działalność.   Najłatwiejszym  sposobem okazało się urządzanie zabaw  tanecznych oraz  przyjęć połączonych z wykupywaniem uczestnictwa.  Wkrótce też  FPwK  rozszerzyła swa  dzialalność obejmując patronat nad zespołami tanecznymi i artystycznymi ukazującymi  dziedzictwo kulturalne polskiej grupy  etnicznej.  Równocześnie  rozwijała się  Federacja.  Nowe członkinie przybywały.  Ich  drogi do  Edmonton  bywały różne, ale wszystkie wiedziały, że organizacja   Polek  w  Edmontonie jest  organizacją do której  warto się włączyć.

Niektóre z  nich jak  Zofia  Wójcicka,  Wanda  Broszkowska,  Janina  Malinowska  i  Eugenia  Szklarz w czasie wojny  służyły w  Polskich  Siłach  Zbrojnych na  Zachodzie i  do Kanady  trafiły po  demobilizacji,  inne jak  Janina  Muszyńska,  Krystyna  Gruszczyńska ,  Helena Klein  i  Joanna C. Matejko  po  ucieczce z terenów byłego  ZSRR i po pobycie w  angielskich obozach dla uciekinierów  rozsianych  po Afryce i  Indiach  przybywały do Kanady w  różnych  latach   od  powojnia aż  po lata  70-te.  Do Edmonton przybyły  także kobiety  po II  wojnie światowej wywiezione do  Niemiec na przymusowe roboty  jak  Wanda  Buska,  Irena Kościelak,  Jadwiga  Pierzchajło  albo  do obozów  koncentracyjnych jak  Zofia  Gawlikowska  i  Stella  Walkowska oraz   córka  tej ostatniej  Bożena Epler.  W  Edmontonie,  w  FPwK  znalazły się uczestniczki  Powstania Warszawskiego  Zofia Paszkowska  i  Jadwigo  Wojda  i  wreszcie kobiety, które w różnych latach uciekały z  komunistycznej Polski.,  a  od lat 80-tych  przybywały także  kobiety zmęczone niepewnościa  jutra,  wśród ciągłych  niepokojów politycznych i  społecznych,  albo  powiązaniami z  Solidarnością  zmuszone przez  reżym  komunistyczny do emigracji.  Wśród nich były dr W. Pawlak,  Teresa  Ignasiak,  Ewa Miles-Dixon  i  Maria Carlton.  Wszystkie one prędzej czy później  dołączały do FPwK,  przyciągane atmosferą  życzliwości i aktywnej  pracy  społecznej.  W miarę jak  Federacja Polek w Edmontonie rozrastała się rosły   cele  jej działalności. Pod koniec stulecia  FPwK  zainteresowało się planami   zbudowania  Kopernik  Seniors' Centre  dla  Polonii  edmontońskiej.  Udział w  pracach nad  kupnem  terenu oraz planami  domu   rozłożony był    na  szereg  członkiń,    Teresa  Szlamp-Fryga i Teresa  Ignasiak są  tam stałymi  przedstawicielkami, Oprócz tego  aktywnie działają Ewa Miles-Dixon,  Florence  Smith, oraz Jadwiga  Pierzchajło,  Helena  Klajn,  Gizella  Płachcińska,  Irena  Kościelak i  Jadwiga  Kociołek  Przybywało  także nowych  członkiń,  jak    Teresa  Szlamp-Fryga,  późniejsza  przewodnicząca  FPwk, jak  Teresa  Chipiuk  zajmująca się w  FPwK  sprawami  gospodarczymi - obie w roku  2002 otrzymały  Srebrne Odznaki  Honorowe  KPK,  jak  Ewa  Bobkiewicz  pracująca nad  sprawami  administracyjnymi i  dekoracjami  na zjazdach  i  imprezach,  lub jak  Stanisława  Cyrynowska, Teodozja Machnio,  Zofia Paszkowska i  Apolonia Sliwińska  które  za długoletnią  pracę  społeczną w roku  2002 otrzymały  Brązową  Odznakę  Honorową  KPK

  Do  wysyłania paczek  do Polski doszły  następne cele  informowania społeczeństwa  kanadyjskiego o polskiej  kulturze.  W  tej  dziedzinie dużo  czasu i  wysiłków wymagał patronat nad zespołami   artystycznymi  i nad  organizowaniem wystaw polskiej  sztuki ludowej na skalę całej Alberty.  Z  racji  stulecia emigracji polskiej  do  Alberty  FPwK  w  Edmontonie wzięła czynny  udział w uroczystościach  organizowanych  przez  Kongres  Polonii Kanadyjskiej-  Okręg  Alberta,  przyjmując  odpowiedzialność  za pawilon  polski.  Następnie  Ogniwo  Edmonton   partycypowało w organizacji  uroczystości  millenijnych związanych z  datą  chrztu  Polski  w  966 roku.  Wszystkie te   działania  pochłaniały wiele pieniędzy i  FPwK musiała  wynajdywać  coraz  to nowe sposoby  ich  zbierania. W  czasach "solidarnościowych" lat  80-tych  doszło  nowe zadanie.   Bardzo  dużo  Polaków którzy wówczas opuścili Polskę znajdowało się w obozach  "przejściowych" w  Niemczech,  Austrii,  Włoszech. Nie mając sponsora nie mogli oni uzyskać  wiz do krajów  do których chcieli  emigrować.  To  też trawili  miesiące a nawet lata  na oczekiwaniu kogoś gotowego do poręczenia za  nich.  Jadwiga  Pierzchajło,  ówczesna prezeska  FPwK,  mająca duże doświadczenie organizacyjne oraz  pamięć własnych przykrych wspomnień z takich obozów w latach  40-tych (  kiedy oboje z  mężem  czekali 4  lata na wizy  kanadyjskie)   włączyła FPwK do akcji  sponsorowania  Polaków  pozostających w  obozach przejściowych.  Ponieważ FPwK miała w  kasie  za mało   pieniędzy  na gwarancję sponsorstwa, więc  oboje pp.  Pierzchajło zobowiązali się do osobistego  zagwarantowania utrzymania 68 osób, które w roku  1981 miały  otrzymać wizy  kanadyjskie,  gdyż miały krewnych w  Albercie. Po negocjacjach z  urzędem imigracyjnym powstało  "współsponsorstwo" krewnych i  Federacji  i zostało  zaakceptowane przez urzędy imigracyjne pod   warunkiem dodatkowego   sponsorstwa  pp. Pierzchajłów.  Wśród  pierwszej  grupy  nowo  przybyłych sponsorowani w większości rozumieli   trudną sytuację FPwK i starali się szybko usamodzielnić, tym samym  zwalniając  Federację ze złożonej  gwarancji.  Znalazło się jednak    kilka trudnych przypadków, poważnie zagrażających działalności i istnieniu  FPwK . Był także przypadek chorej  umysłowo  matki małego dziecka, wymagającej koniecznej opieki lekarskiej i  znów   FPwK  nie  miała na to pieniędzy.  Uzyskanie w  urzędach  imigracyjnych  zwolnienia z  tego sponsorstwa  niemożliwego do kontynuowania  i  skierowanie chorej osoby na leczenie  zamknięte  zajęło sporo  czasu  i  moc  wysiłków.

Ponieważ  FPwK   i  Jadwiga  Pierzchajło nadal  chciały kontynuować   akcję sponsorstwa więc  trzeba  było znależć nowy sposób  zbiórki  pieniędzy. Jadwiga  Pierzchajło wymyśliła  wtedy  urządzenie przez  FPwK  kasyna gier hazardowych .  Pomysł  był równie śmiały  jak  trudny do wykonania, ponieważ  rząd  albertański  pozwolenia na takie imprezy wydawał bardzo niechętnie. Jadwiga  Pierzchajło jednak  tak  uparcie   starała się  o pozwolenie na  krótko  okresowe  otwarcie  kasyna, że  w końcu  je  dostała i  kasyno  zostało  otwarte. Dzięki dochodowi z  niego kasa  FPwK została   poważnie zasilona i  akcję sponsorowania  Federacja  mogła  kontynuować.

 Wkrótce po przybyciu pierwszej  grupy  sponsorowanych  Jadwiga  Pierzchajło  została  przewodniczącą   Komitetu Pomocy  Uchodźcom z ramienia Kongresu  Polonii  Kanadyjskiej.  Dzięki jej energii  na tym stanowisku w ciągu następnych lat liczba sponsorowanych znacznie wzrosła.  Ogólem  sekcja  imigracyjna  przy  Kongresie Polonii Kandyjskiej  w  Edmontonie pomogła w  znalezieniu sponsora  190  emigrantom,  a Federacja Polek w Kanadzie Ogniwo  nr. 3-Edmonton pomogło  osiedlić się w Albercie 87  osobom.

Innym  przykładem wielkiej  działalności  społecznej jest  Maria  Chrzanowska, członkini  FPwK  zasłużona przede  wszystkim w dziedzinie pracy  oświatowej.  Do  Edmonton  przybyła w 1948 roku i przez  31 lat była  nauczycielką w sobotniej  Szkole  Polskiej  w  Edmonton.  Równocześnie przez  cały  ten  czas prowadziła audycję polską na falach stacji  etnicznej.  Obie dziedziny  działalności  pozyskały  Marii  Chrzanowskiej  tak  wielką  popularność,  że kiedy  po  przybyciu  do  Edmonton   grupy  imigrantów  "solidarnościowych"  pojawiła się  potrzeba otwarcia drugiej polskiej  szkoły sobotniej  Polonia   nadała tej  szkole  imię  Marii  Chrzanowskiej. 

Dobrze też układały się stosunki Polonii  z  University of  Edmonton,  to też  kiedy nadarzyła się okazja  Uniwersytet  ten poparł  badania nad  polskim  osadnictwem  w  Albercie.  Główną  inicjatorką  tych badań oraz redaktorką  ich  wyników jest  Joanna Matejko imigrantka przybyła do Kanady w  ostatnim  etapie   naszej  emigracji,  także członkini  FPwK. Dzięki  jej mrówczej pracy  zbierania życiorysów i wspomnień  Polaków osiadłych  w  Albercie  oraz   publikacji  tego  materiału, Prowincja    Alberta   posiada najlepsza w  Kanadzie dokumentację  polskiego  osadnictwa,  co  też  zostało prędko  docenione przez  kanadyjskich  specjalistów badań  nad imigracją.  Dzisiaj opracowanie wydane  przez  Joannę  Matejko  jest uważane za  najpoważniejsze źródło informacji  o polskich imigrantach w  Albercie,  gęsto  cytowane przez  badaczy  kanadyjskich.[272]

 

                  Ogniwo nr. 4  -  Vancouver

 

Do  Brytyjskiej Kolumbii,  najbardziej  zachodniej z  prowincji  Kanady,  polscy imigranci przybywali  już  do  początku XX wieku.  Byli  to  przede wszystkim  robotnicy którzy  pracowali w  przemyśle drzewnym, albo  w vancouverskiej  stoczni   przy budowie statków.  Przed  II wojną światową istniało w  Vancouverze  kilka lokalnych  organizacji  polonijnych , ale naogól inicjatywa  organizowania się Polaków i tworzenia środowisk polonijnych  w  Brytyjskiej  Kolumbii  nie sprzyjała  tworzeniu  organizacji  przekraczających   lokalne potrzeby.  Kontakty przekraczające  granice etniczne były raczej realizowane indywidualnie, a  polonijne organizacje  były zbyt ubogie, aby swoje istnienie  manifestować  czymś  więcej niż   skromnym  udziałem   podczas  ważnych  kanadyjskich obchodów  i  świąt. Istniał  także swoisty  marazm organizacyjny. Przyczyny tego stanu  były  rozmaite, zapewne  miała  w tym  swój  udział  i  prowincjalna  polityka imigracyjna w  Brytyjskiej Kolumbii oraz  bardzo brytyjski  charakter  jej  ludności,  co powodowało że  atmosfera społeczna   jeszcze długo po  II wojnie światowej   przypominała  czasy  przedwojenne. Rasizm i  dyskryminacja  miały od  bardzo  dawna swój  pecking  order   czyli  ustalony porządek etniczny .  Jednym z  jego wyrazów  w  1907 roku   był   atak  miejskiej  tłuszczy  w  Vancouverze  na dzielnicę chińską, ponieważ  oskarżano  Chinczyków  o zabieranie miejsc pracy  innym  robotnikom.Tłum około 15 000 ludzi wtargnął  wówczas do   vancouverskiego  Chinatown  bijąc napotykanych  Chinczyków  wybijając okna  w  domach  i niszcząc co pod rękę popadło. Po  zniszczeniu  chińskiej  dzielnicy  ten sam  tłum  ruszył  na  wieś  japońską, ale  zastał    już   przygotowaną  na  atak[273].

 Były  także   przyczyny związane z  geografią  Prowincji . Punktowe zaludnienie prowincji  pełnej trudnych do  przebycia pasm  górskich i gęstych,  borów  oraz  wielkie odległości  w  trudnym  terenie  nie sprzyjały  wytworzeniu  się imigranckiego centrum  promieniowania   na grupy  polskich  imigrantów  rozsianych   po  dolinach  górskich i  wyspach delty  rzeki  Frazer.  Nawet  na terenach  ujścia  rzeki  Frazer kontakty  pomiędzy  poszczególnymi  osadami, które dziś tworzą  wielką  konurbację  Vancouveru,  były  często  za  trudne  na stałe  piesze kontakty, a   publiczna  komunikacja   miejska  istniała  tylko samym   mieście  Vancouverze.

Przedwojenne  Towarzystwo  "Zgoda"  założone w  mieście  Vancouver    koncentrowało się na  ograniczonej pomocy  członkom,  na przechowywaniu   polskich tradycji  i  na  partycypowaniu w  uroczystościach kanadyjskich przez  co z okazji świąt lub uroczystości kanadyjskich   manifestowano  istnienie   polskości   swojej  grupy.  " Zgoda" długo  była  bardzo uboga. W  latach 30-tych  Towarzystwo to  założyło  sobotnią  szkołę dla dzieci  swoich członków, a z  chwilą wybuchu wojny, członkowie "Zgody" założyli  Komitet Obrony Narodowej, który  na pomoc Polsce zebrał  205  dolarów, w tym   25 dolarów  od samego  Tow.  Zgoda.  Już wielkość  tej sumy wskazuje na ówczesne ubóstwo Polonii w  Bryt. Kolumbii[274]

Wojenny  napływ Polaków  zaczął się  w  roku  1940-tym kiedy  zaczęli  przybywać   weterani i inwalidzi wojenni  razem z  uciekinierami  przed  Hitlerem. Sponsorowani przez  rząd mieli w zasadzie do  wyboru niewiele   możliwości : kontrakty  w przemyśle drzewnym, przede wszystkim przy wyrębie drzewa,  osadnictwo rolne  lub pracę w stoczni, która od początku  wojny  zaczęła przeżywać swoje złote  dnie. Starsi  imigranci  lub inwalidzi , którzy nie mogli pracować w stoczni  wybierali  najczęściej  osadnictwo  rolne  na  terenach delty  rzeki  Frazer. Wielu z nich włączało się  w prace "Zgody" dzięki czemu  Towarzystwo się rozrosło i  nabrało więcej energii. Wzrosła w nim również  wiedza  o Polsce i o  II  wojnie światowej, ponadto   utworzono   akcje   poradnictwa  imigracyjnego odpowiadającego  potrzebom  nowoprzybyłych. "Zgoda" konsekwentnie działała   wśród  Polonii na rzecz  spraw polskich.  Wyrazem jej  aktywności  oraz  wzrostu   liczby  członków i poprawy sytuacji  ekonomicznej Polaków było zebranie  wśród  Polonii i  przekazanie Kanadyjskiemu  Czerwonemu  Krzyżowi   sumy  $ 18 000 dla więźniów polskich w  obozach  sowieckich.

Po  wojnie liczba nowych imigrantów polskich  nadal  rosła,  z  jednej  strony bowiem rząd  federalny wyraźnie dążył do zwiększenia   liczebności  ludności  Prowincji,  a  drugiej sława  pięknej Brytyjskiej  Kolumbii i  jej łagodnego   klimatu w  delcie rzeki  Fraser  przyciągały  wyobraźnię  znacznej  liczby   DiPisów  i  zdemobilizowanych   na  Zachodzie  żołnierzy  polskich. Wielu  z  nich  po  doświadczeniach  wojennych w  Europie  widziało  Vancouver i  doliny południowej części Prowincji  w barwach swoich marzeń o spokoju i pięknie natury.  Dopiero na miejscu dostrzegano swoiste  "pionierstwo" dominujące życie miast i  ich    względnie  słaby rozwój  gospodarczy.  W  między czasie  zamówienia  w stoczni  vancouverskiej (a co  za tym  idzie  i  zatrudnienie)  poważnie zmalały    szczególnie  od kiedy koniec  wojny   zamknął okres  wielkiego  ożywienia  w  budownie statków dalekomorskich.

 W  samym  Vancouverze osiedliła się raczej niewielka  liczba Polaków,  chętniej  wybierano pobliska  wyspę Lulu, jedną z  wysp  delty rzeki  Fraser. Lulu  ma bardzo dobre czarnoziemy, na których nawet  niewielkie  paro-akrowe farmy  dawały zyski z uprawy  truskawek,  malin,  czarnych jagód, lub innych owoców  i  wielu   jarzyn.  Były tam także  farmy hodowli  norek lub soboli, ale wymagały większego funduszu na zakup  żywności  dla zwierząt  i  niekończącej  się nigdy  pracy  przy  ich obsłudze .

 W  miarę upływu  czasu  i wzrostu liczby ludności podmiejska  wyspa  Lulu urbanizowała się. Tereny  rolne  były  coraz  bardziej  wykupowane przez developerów[275].  Zmniejszała się także liczba zamieszkujących  ją polskich emigrantów. Natomiast dzięki polskiemu  kościołowi św.  Kazimierza,  wybudowanemu krótko po  wojnie przez  ks Franciszka  Kozakiewicza  niedaleko  arterii handlowej  jaką  już wtedy  była  ulica  Fraser  rozrosło  się wokól  niego skupisko  Polaków mieszkających w  samym Vancouverze. Ks.  Kozakiewicz  był  bardzo  aktywny  wśród weteranów przybywających  w czasie wojny . Jego  pomoc  obejmowała  wszystkich Polaków  przybywających  do  Vancouveru.  Starał  się im o pracę, o  mieszkania,  pomagał załatwiać  sprawy  urzędowe,  rozumiał  potrzeby wywołane  nostalgią  i  pomagał okaleczonym  fizycznie i  mentalnie odzyskać  równowagę  psychiczną.  Do  dziś  wśród starszych  członków polskiej  diaspory w  Vancouverze jest sedrecznie wspominany.  W  okolicy  kościoła św  Kazimierza   znalazły się  też  pierwsze polskie organizacje takie jak  Credit  Union,  "Zgoda" we własnym  budynku i pierwsze polskie sklepy  spożywcze. W  czasach  późniejszych, kiedy dawno już  skończyła się fala powojennej  imigracji  a zaczynała się fala "solidarnościowa"   nowe ośrodki polonijne powstawać zaczęły   na  przedmieściach  Vancouveru.  Bogatsi  imigranci  urządzali się  w  Północnym  Vancouverze a  skromniej  sytuowani  osiadali   na  przedmieściach;   w Burnaby,  w Port  Moody,  Port  Coquitlam i  Coquitlam,  zwanych  popularnie  Tri-City  i  wreszcie w południowo wschodnim   Surrey.

Jeszcze  długo  po  wojnie w  Brytyjskiej  Kolumbii życie toczyło się znacznie wolniej niż na wschodzie Kanady  i  dla Polaków  było  skoncentrowane przede wszystkim na konkretach  imigranckich. :  bieżącej pracy,  zapewnieniu  dzieciom  wykształcenia, i  odkładaniu na jaką taką  emeryturę.  Niektórzy  próbowali  szczęścia w  handlu,  powstało  wiele   polskich sklepów  żywnościowych ,  inni handlowali  nieruchomościami w  miastach lub na terenach  przymiejskich, ale niewielu potrafiło zamienić  swoje  dochody lub  prowizje od sprzedaży na jakiś znaczniejszy majątek. Następowało   także  rozpraszanie się Polonii  po  Prowincji.  Piękno  krajobrazów, polowania na dziczyznę i  ptactwo  wodne zwodziły co starszych  imigrantów wspomnieniami przedwojennego życia na  polskich  kresach   wschodnich.

W  powoli  rozwijającym  się życiu organizacyjnym Polonii podstawą  były   kontakty w  małych grupkach.  Kiedy z  dalekiego  Toronto zaczęły nadchodzić   wieści o  konsolidacji  Polonii  kanadyjskiej  i  powstaniu  Kongresu Polonii Kanadyjskiej także i  w  Vancouverze  zaczęto omawiać możliwość  utworzenia jego oddziału.  Wreszcie  Oddział  vancouverski  KPK rozpoczął  swoją działalność  w roku  1952.  Podobnie jak i w  innych oddziałach KPK  wiele Polek znalazło w nim  ujście dla swojej  energii organizacyjnej.

Nowo osiedleni Polacy wchodzili  w  Brytyjskiej  Kolumbii  od razu  w  brytyjski ład społeczny  w którym  początkowo  nie wiele było miejsca i  zachęty do organizowania i rozwoju  etnicznych środowisk.

 Polscy imigranci  chętnie powtarzali  zasłyszaną wśród  Anglo-Sasów opinię, że Polacy się łatwo asymilują i dlatego  nie są  skorzy  do   tworzenia   wspólnot  polonijnych.  To  też  przedwojenna formuła  ludowo-katolickich  organizacji jako   wyrazu aspiracji  etnicznych,  podtrzymywana przez  parafię św.  Kazimierza  była  przez długi  czas  główną formą  zorganizowanej  działalności polonijnej.  Doszły do niej  następnie stacje  radiowe  o  polskich programach,  przeważnie  emitujące  zbiory  pieśni  i  muzyki polskiej.  Jednak  oparte  zazwyczaj  na działalności  bardzo niewielkiej  grupki  ludzi  były zależne  od  losów  jednostek.

 Zmiana nastąpiła  wiele lat  później,  bo dopiero około  lat   siemdziesiątych,  kiedy do  Brytyjskiej  Kolumbii  zaczęli  napływać  nowi  emigranci  z  PRL-u,  a  parę  lat później polscy  marynarze  zaczęli  masowo  schodzić ze statków na ląd i  prosić  o  azyl. Ludzie ci  przeważnie słabo, a czasem  wcale  nie mówiący  po  angielsku  potrzebowali    najróżniejszych   form pomocy od  zapewnienia im dachu nad  głową  przez  pomoc w załatwianiu  formalności  imigracyjnych,  aż do poszukiwania  pierwszej pracy.  Ta fala uciekinierów obudziła w  vancouverskiej  Polonii nową energię.   Wzrosła  liczba  różnych organizacji  polonijnych,  mniej lub  bardziej lokalnych. Rozrosły się  także sposoby manifestowania  polskości.

    Do  pomocy włączyło się  dużo kobiet,  chętnie służąc jako  tłumaczki, pomagając  przy  załatwianiu   różnych  formalności,  wynajmie pokoi lub mieszkań, a nawet   przy  organizowaniu  obiadów dla   nowo przybywających itp.

  Szczególnie wówczas  ożywiła się działalność  Federacji  Polek w  Kanadzie, Ogniwo nr.  4  -  Vancouver,  założonej   jeszcze  w roku  1958.  Już od dawna  vancouverskie  Polki odczuwały potrzebę organizacji, która by  mogła zająć się nowymi  ważnymi   sprawami,  takimi  jak pomoc Polakom potrzebującym pomocy prawnej, chorym w szpitalach, szczególnie cierpiącym umysłowo,  przyciąganiu  młodzieży imigranckiej do kółek i klubów tańca i  śpiewu  oraz  udziału  w festiwalach etnicznych   odbywających się  na terenie Vancouveru. Zawsze jednak  rozszerzaniu działalności  FPwK przeszkadzał  ogólny  niski stan zainteresowania pracą  polonijną.

Powstanie Ogniwa nr.  4  FPwK  było zasługą  6 kobiet : Wandy  Bułhak,  Janiny  Kurzyńskiej - Cavanagh,  Henryki   Filipowicz,  Marii  Pławskiej,  Ireny  Sasinowskiej i  Zofii Wawryniuk. [276]. Ta grupa określiła   także  zadania nowo powstałej organizacji,  dzieląc ją na 3 sekcje :  szpitalną zajmującą się Polakami umysłowo  chorymi w szpitalu  psychiatrycznym w Port Coquitlam.  Sekcja ta istniała  do roku  1974.  Druga sekcja opieki  społecznej  zajęła się  rodzinami mającymi problemy wychowawcze, a także  pomocą  finansową dla dzieci na koloniach letnich. Ponadto członkinie jej ... były  tłumaczkami w sądach rodzinnych ... brały  czynny   udział   w rozładowywaniu obozów  dla DiPisów[277]  Trzecia sekcja  kulturalna  zajmowała się organizacją obchodów, wystaw,  koncertów itp, które podkreślały dorobek  kulturalny Polski i  cieszyły się   powodzeniem także wśród  ludności Vancouveru, od  kiedy  życie  kulturalne miasta  zaczęło nabierać  rozpędu.  Oprócz  istnienia trzech sekcji o sprecyzowanych zadaniach   na rzecz  lokalnej  Polonii, Ogniwo  nr. 4   zajmowało  się także   pomocą dla polskiego  społeczeństwa   organizując takie akcje,  jak  zbiórka na   Chleb dla Polski   wysyłając paczki z odzieżą  i pieniądze  zebrane podczas rummage sales, kiermaszy lub sprzedaży polskich wypieków.  Wreszcie sekcja kulturalna nie opuściła żadnej  okazji, aby pokazać  społeczeństwu  kanadyjskiemu  dorobek artystyczny Polaków. Imprezy organizowane   przez  FPwK  w ramach   Vancouver  Folk  Society,  w   Queen Elizabeth  Theatre  lub  w Vancouver  Art  Gallery  przynosiły  wielokrotnie nagrody i pochwały. Organizowano obchody  jubileuszowe,  a  stoisko  Ogniwa nr. 4  Vancouver  podczas Pacific  National  Exhibition   zyskało duże  zainteresowanie i pochwały.

                 Zaczynał się  rozmach   organizacyjny  FPwK  Ogniwa  nr  4  i grupka społecznie zaangażowanych  Polek  stawała się  coraz bardziej  znana wśród Polonii a nawet  wśród  społeczeństwa  kanadyjskiego.  W  1981 roku  Janina  Cavanagh została członkiną Rady Narodowej Rządu  RP na uchodźctwie na Brytyjską  Kolumbię. Za  pracę  społeczną  Maria  Pławska i  Henryka  Filipowicz  otrzymaly Srebrne Odznaki Stow.  Polskich Kombatantów,  ponadto  Henryka   Filipowicz  otrzymała  odznakę  Folk  Society. W  roku  2002  Jadwiga  Runcewicz, jedna z nielicznych już  seniorek  FPwK  otrzymała  wraz z Jadwigą  Keats,  Honorowe  Odznaki     FPwK Zarząd  Główny  na całą  Kanadę. Zgodnie ze swoimi  zainteresowaniami i uzdolnieniami  i  wykształceniem   Jadwiga  Keats  przygotowywała dekoracje i kierowała szeregiem imprez  teatralnych, od poważnych   jak np wystawienie  Dziadów i  Wesela, przez  spektakle  o  charakterze religijnym  jak  jasełka,  aż do  rozrywkowych dla dzieci, jak teatr kukiełek.  Współpracowała  z  nią  przy tych okazjach Nina  Bołaszewska,  polska malarka,  ceniona na terenie Vancouveru. Jakby  tego  nie było  dosyć, Jadwiga  Keats  zajmowała się    ponadto  zakładaniem Ogniw FPwK w mniejszych miastach  w  okolicy  Vancouver. To  jej  zasługą  było  założenie  FPwK  w  Abbotsford -  Ogniwo  nr  12,  które  działa już  15 lat.  Była także  założycielką  harcerstwa  polskiego w  Bryt.  Kolumbii. Posypały się  odznaczenia i  innych członkiń  FPwK.  W  większości  były to odznaczenia Kongresu  Polonii  Kanadyjskiej  otrzymywane za długoletnią pracę  społeczną. I  tak  Jadwiga Bok-  Keats,  Wanda  Bułhak,  Janina Cavanagh,  Henryka  Filipwicz, Ludwika Kaliska,  Zofia Łukaszewicz i Jadwiga Runcewicz  otrzymały  Złote Odznaki Kongresu Polonii  Kanadyjskiej  za prace w  ramach KPK  i  Federecji  Polek w  Kanadzie. Odznaki te  świadczyły o  zaangażowaniu  ich w sprawy  dotyczące Polonii  vancouverskiej od pomagania  napływającej  fali  emigracji  solidarnościowej aż po  pomoc dla Polski.  Jednak  wiele z nich swoją działalnością zmierzało nie tylko  do służby społecznej  Polonii, ale także do włączenia Polonii w sprawy  ogólno kanadyjskie . Dyskusje na ten  temat prowadzone  były we wszystkich  organizacjach  i ich wynikiem był udział    FPwK  w  wielu  ogólno  kanadyjskich imprezach takich jak festiwale etniczne, pokazy sztuki ludowej i imprezy  teatralne lub  artystyczne organizowane dla wszystkich mieszkańców Vancouveru.  Członkinie   FPwK  chciały w ten sposób zademonstrować bogactwo kulturalne Polski,  słabo  jeszcze  znane Vancouverczykom.

Zasługą  grupy  członkiń  FPwK-  ogniwo  nr  4  Vancouver,  a  głównie  Anny  Freyman,  Henryki Filipowicz i  była  inicjatywa   zbudowania   Copernik  Lodge,  domu  spokojnej  starości.  W roku 1970  pomysł  zbudowaniem  takiego  domu został poparty wiecem  całej Polonii vancouverskiej  zorganizowanej i niezorganizowanej, która  wyraziła  zgodę  na  wybudowanie  tego  domu  i pokrycie  jego  kosztów. Pierwszy  1000  dolarów  na  budową dało  Ogniwo  FPwK -  Vancouver.  Pomimo   kosztorysu projektu przekraczającego 1.3  miliona dolarów   budowę   tego  domu na  zakupionej w tym  celu  parceli   rozpoczęto  już  2 lata później i na wiosnę 1973  roku nastąpiło  otwarcie tej  tak  bardzo potrzebnej placówki.  Przedstawiciele  zarządu  Fundacji im  Mikołaja Kopernika,  rządu  federalnego i prowincjalnego oraz licznie zgromadzona   Polonia  uświetniła   uroczystość. Do zarządu   Copernik  Lodge weszło  wiele   przedstawicielek  FPwK, w tym  Anna  Freyman  i Henryka  Filipowicz  jako  prezeski  Fundacji.    Nie  żyjąca  już  dzić  Barbara  Sobolewska  założyła w  Copernik  Lodge  sklepik  dla  jego  mieszkańców  i  przez  lata  była jego  koordynatorką. Po  niej  sklepik  objęła  także  nieżyjąca już   Antonina (Tosia)  Marcjan, która   Copernik  Lodge  poświęciła wiele lat swego  zycia  Dziś  pracują  w  nim   Maria  Karuli,  Róża Granek  i Maria  Koscic,  także członkinie  FPwK.  Portret  Mikołaja  Kopernika,  zdobiący  Lodge  jest  pędzla  Janiny  Bołaszewskiej. .  Dom jest   zarządzany przez  Fundację im. M. Kopernika, jednak z  uwagi  na wzrost kosztów  utrzymania  po kilku latach został otwarty dla wszystkich potrzebujących,  bez względu na pochodzenie  etniczne. Dla  Polaków zostalo  zarezerwowanych  około  25 %  miejsc. Nadal jednak  Zarząd Domu dba  o  zachowanie polskiego  charakteru  Domu i o kontynuowanie  tradycji świąt takich  jak polskie wigilie i święcone  wielkanocne.

Po  wielu   latach  istnienia   Copernik  Lodge,  więź  pomiędzy  jego  założycielkami  i  dniem  dzisiejszym  nie tylko  opiera się  na bieżących   członkiniach  FPwK  ale także  na dzieciach pierwszych  założycielek,  bowiem  wśród  dzisiejszych  działaczy    Hanna  McGee- córka  Henryki  Filipowicz,  Stanisław  Freyman,  syn  Anny  Freyman oraz  Stefan  Sobolewski- syn Barbary  Sobolewskiej.

Do prac  FPwK wychodących poza  ramy polonijne należy  też  inicjatywa  utworzenia  stypenium im.  Williama  Rose, wielkiego  przyjaciela Polaków.  Stypendium  to przeznaczone   zostało  na  pomoc w  rozwoju  nauczania  języka  polskiego na  University of  British  Columbia.  Powstałą  w ten sposób  katedrę Slavic Studies  przez długie lata zajmował  profesor  Bogdan  Czaykowski, zasłużony członek  komitetu  redakcyjnego  pierwszej polonijnej  publikacji   omawiającej  Polonię w  Brytyjskiej  Kolumbii    [278] . Po jego  przejściu na emeryturę   kierowniczką   Slavic  Studies  została   dr Bożena   Karwowska,  która   prowadzi  je do dziś.

Ogniwo  4 -  Vancouver  jest też  silnie włączone w środowisko  kanadyjskie.  W  45-tym  roku  swego istnienia Ogniwo  to jest  nadal  członkiem  Vancouver  Council of Women,   Vancouver  Citizenship and  Immigration  Council  oraz   Vancouver  Multicultural  Society of  British Columbia.   Trzy  z  jego  założycielek  -seniorki  Zofia  Wawryniuk,  Jadwiga   Runcewicz  i  Jadwiga  Bok-Keats  nadal  biorą  udział  w  jego  działaniach, i  cieszą  się  nowymi  członkiniami.  FPwK  przyciąga  bowiem  do siebie  przeważnie matki i  teściowe  czwartej  fali imigracyjnej  -  solidarnościowej, które przybywają  do Kanady w  ramach  łączenia rodzin.

W roku  1997  katastrofalna  powódź  nawiedziła Polskę.  Na  wołanie o pomoc dla powodzian  odpowiedzialo wiele  kanadyjskich   organizacji  polonijnych.  W  Vancouverze,   ówczesna  prezes  KPK,  Okręg  Brytyjskiej  Kolumbii, Grażyna  Smuszkiewicz - Pawlikowska,  wraz  z Bożeną  Łukomską- Khan,  prezesem     organizacji  Polonez Tri City    (Port  Coquitlam, Coquitlam i Port  Moody)  zorganizowały  i  przeprowadziły    zbiórkę  pieniędzy na pomoc  powodzianom polskim.  Hojność  Brytyjskich  Kolumbijczyków,  niezależnie  od ich  etnicznego  pochodzenia pozwoliła wtedy  przekazać na ręce przedstawicieli Polski   sumę  ponad  60 000 dolarów.  W  roku 1999 obie  zasłużone prezeski  za tę pracę zostały odznaczone przez  Rząd  III  Rzeczpospolitej  Złotymi Krzyżami  Zasługi.

 W ostatnich  latach   XX-go wieku  FPwK  kierowana do  dziś przez  G.  Pawlikowską  podjęła nową inicjtywę  przyznawania corocznego stypendium Jana Pawła  II w wysokości   500 dolarów  studentce  lub studentowi Corpus Chirsti Catholic College  znajdującego się  na terenach Uniwersytetu  BC,  ale niezależnego on  niego.  Odbiorczyni  lub  odbiorca ( ten ostatni tylko wtedy gdy   nie ma dziewczyny,  która by  spełniała  wymogi  stypendialne)  obowiązana/y jest nie tylko  do wysokich stopni w  nauce, ale także  do  zaangażowania społecznego i  propagowania  katolickich  wartości  wśród młodzieży i  społeczności   at large.

 Prace społeczne zmierzające do większego  nawiązywania kontaktów pomiędy Polonią a społeczeństwem vancouverskim  wcześnie  zostały  docenione przez  wiele instytucji  vancouverskich. Wanda  Bułhak  otrzymała  odznaczenia : Honorary Life  Membership of the Women  Auxiliary to the  Vancouver  General  Hospital  oraz    Mental  Health  Assn. in  Canada,  podobnie jak  Henryka  Filipowicz i  Irena   Sasinowska[279]   Wielkie zasługi  w dziedzinie otwierania się  Polonii na społeczeństwo  vancouverskie ma  wspomniana już   Jadwiga  Bok- Keats,  obecnie   wice  prezes  KPK na całą   Zachodnią  Kanadę i  założycielka  polskiego  harcerstwa w  Bryt.   Kolumbii. Powiązania  kanadyjsko-polonijne  pozwalały  wielokrotnie    Federacji  na znaczne  poszerzenie  swoich projektów,  tak jak  w  przypadku  zbiórki na  polskich powodzian.

Ostatnia  fala emigracyjna ,która dotarła do Bryt.  Kolumbii na początku lat  80tych  miała opinię szybkiego i łatwego włączania się  w społeczeństwo  i  uczenia  sie  jezyka   angielskiego.  Jednak  inne grupy  etniczne  przybywające wówczas do Kanady   nie wykazywały takiej  tendencji  i dlatego  rząd  kanadyjski wprowadził  w życie  specjalny  program pomocy  imigrantom skoncentrowany w instytucji  Multilingual  Orientation  and Service  Association for Immigrant  Communities,  w  skrócie  zwany  M.O.S.A.I.C.  W ramach tego  programu  pracowały  także i  Polki. Pierwszymi    były   Maria  Młodzik- Roche    i  Małgorzata  Mazur, po nich  przyszła Grażyna  Smuszkiewicz-  Pawlikowska,  członek   FPwK,  doktór  psychologii  z  Polski.  Wkrótce po  rozpoczęciu  tam pracy  G.  Pawlikowska  zauważyła,  że wśród  przybylych Polek  były kobiety,   które miały  trudności  z zaadaptowaniem  się do Kanady.  Były  to przeważnie kobiety  samotne, lub z dziećmi poszukujące swoich mężów,  którzy wyemigrowali  do Kanady lata  wcześniej  i   z  których wielu  pozakładało  już nowe rodziny.  Opuszczone żony  czasami   bez  zawodu , albo  z zawodem nieodpowiadającym  potrzebom  kanadyjskiego rynku pracy ,  a więc  bezrobotne , często żyły w  ciagłym  stresie,  czasami  przechodzącym  nawet w różne formy  depresji.  W  tej grupie  znajdowały się  także  samotne kobiety, które w  Polsce właśnie się   rozwiodły i  uwierzyły,  że nowe  życie warto  rozpocząć w  Kanadzie,  i wreszcie kobiety, które mialy  nierealne  oczekiwania  od  życia  na   emigracji  i    nie  rozumiały   panujących w  Bryt.  Kolumbii  warunków  ekonomicznych i  społecznych. To  też  bardzo prędko  Grażyna Pawlikowska  obok   swojej pracy  jako  bilingual  councilor   i  family terapist  oraz   koordynator  grupy  w  M.O.S.A.I.C  wprowadziła  program  Women  in  distress   przeznaczony  dla  konkretnej   grupy  Polek. Grupa ta  później znana była jako  Polish  Women  Group.  Działała  ona w  powiązaniu  z  YWCA i  Single  Mother  Network   i korzystała z siedziby   Neibourghood  Houses. Celem jej  była pomoc przy  przezwyciężaniu   samotności i  poczucia  depresji.  Ponieważ   kobiety    przeważnie przychodziły    z  dziećmi, bo   nie  miały  ich  gdzie pozostawić, więc  jednocześnie z  grupowymi sesjami   terapeutycznymi   dla  matek,  G.  Pawlikowska  wprowadziła  programy  adaptacyjne  dla ich dzieci.  Zajecia byly organizowane    przez  profesionalnie  przygotowane   nauczycielki. Chodziło o  złagodzenie  szoku kulturowego wywołanego przez   szkoły w nowym,  często nieznanym  jeszcze języku.  Czasami  bywało też odwrotnie, że dzieci już  troszkę  zaawansowane  w angielskim odmawiały  rozmawiania z rodzicami lub z matką  po polsku.  Podczas  zorganizowanych przez  G.  Pawlikowską  sesji w  M.O.S.A.I.C. te dzieci miały  możliwość oswajania się  z dwujęzycznością  imigrancką. Kolejny  program Nobody is  Perfect  początkowo  przeznaczony dla  samotnych  matek  szybko  przekształcił   sie w program  dla rodzicow. Zainteresowali się nim  bowiem   mężczyźni,  mężowie  powracający do swych rodzin,  a czasami nowi partnerzy i ojcowie  nowych  dzieci.  Ten  bardzo potrzebny program rządowy  ułatwiał  polskim  rodzinom  z   imigracji  solidarnościowej  przestawianie  się  na nowe kanadyjskie   zwyczaje,  a  przede  wszystkim  likwidował u  kobiet  poczucie samotności i kompletnego opuszczenia.

 Praca  G.  Pawlikowskiej została wkrótkim  czasie doceniona przez  społeczeństwo  kanadyjskie,  jak tego  dowiódł   artykuł  z roku  1993  w  Vancouver  Sun.  Autorzy  tego  artykułu  podkreślili  ważność  oddawanej  przez  nią  usługi  dla rodzin  trudno  się adaptujących .

  W 1997 roku, kiedy  napływ Polaków  do  Bryt.  Kolumbii  zmalał,    program  dla rodzin polskich  w  jezyku   polskim w mieście  Vancouverze  nie otrzymał  dalszych  funduszy  i  został  zaniechany. Istnieje   natomiast  podobny  program w  mieście  Surrey[280],  które stanowi  jedno  z  przedmieść  Wielkiego  Vancouveru,  ponieważ   to  tam  najczęściej  osiedlają  się  obecnie   nowi   imigranci.   Program  rodzinny   M.O.S.A.I.C, został ostatnio  zmodyfikowany, gdyż  dziś  najbardziej  widocznym problemem jest  przemoc  w  rodzinie  i  wynikająca stąd potrzeba obrony kobiet . Podobne   programy  znalazły  sią także i  w   agencjach    imigracyjnych  w  przedmieściach  Burnaby i    Richmond.   W  każdej  z nich pracuje  polska  imigrantka. Danuta  Szmigielska  odpowiada za   Surrey,   Małgorzata  Florczyk pracuje  w  Burnaby  a  Małgorzata  Mazur  w  Richmond  .[281]

Szybki  wzrost liczebności Polaków  we wschodnich przedmieściach  vancouverskich  zwanych   Tri - City  ( Port  Moody, Port  Coquitlam i   Coquitlam) ,  a  oddalonych od miasta Vancouveru o  od  30  do 50  km.,  wywołał tam w latach    80 -tych poczucie potrzeby lokalnej organizacji  polonijnej  reprezentującej ich. Organizacje polonijne   Vancouveru  były poprostu   fizycznie  zbyt  oddalone  od  Tri - City i   dlatego  nie  zaspakajały potrzeb lokalnej  polskiej  grupy .  Zrozumiała to  Bożena  Łukomska- Khan, mieszkająca w  Tri -City   i  spróbowała  temu  zaradzić  dając w początkach lat  80-tych ogłoszenie  do lokalnej  gazety  o  zamiarze  utworzenia nowej  polonijnej  organizacji obejmującej trzy bratnie miasta .  Na jej  anons  odpowiedziały tylko  2 polskie  rodziny.  To jednak wystarczyło  przedsiębiorczej  Bożenie Łukomskiej  - Khan  do  założenia  nowej  organizacji polonijnej   pod nazwą   Polonez Tri - City. Ona też  została  prezesem i do  dziś  pelnio  te  funkcje.  Dziesięć  lat później ,  liczba rodzin polskich zamieszkałych  w  Tri - City   oraz  sąsiadującego  z  nimi miasta   Burnaby   była  już wystarczająco  duża,  aby pozwolić sobie na  otwarcie  sobotniej polskiej  szkoły,  trzeciej  w   Wielkim  Vancouverze [282]  (Czwarta  i ostatnia  polska  szkoła sobotnia  została  otwarta  w  2002 roku  w  North  Vancouver - północnym  przedmieściu  Wielkiego  Vancouveru  i jest  prowadzona przez  Urszulę Sulińską,  prezesa  stowarzyszenia  North  Shore Polish  Association - Belweder).

  W  kilka lat później, w 1997 r.,  Polonez  Tri - City  był  już dobrze  znany  we  wszystkich  trzech miastach , dzięki czemu  po  katastrofalnej  powodzi w Polsce   organizacja ta  z wielkim  sukcesem  kwestowała  na   rzecz   powodzian.  W  zrozumieniu ważności takiej  pracy  społecznej  Bożena Łukomska - Khan  otrzymała szereg  odznaczeń  kanadyjskich  oraz  Złoty  Krzyż  Zasługi  nadany jej przez  Prezydenta  A. Kwaśniewskiego.[283]

 

 

 

 

ZAMIAST ZAKONCZENIA


                  Nie byłoby  niczym oryginalnym stwierdzenie, że ewolucja wizerunku emigrantki  polskiej w ubiegłym stuleciu była dokładnym odbiciem rozwoju Kanady,  gdyby nie fakt, obecności i działalności uciekinierek wojennych, które na własną rękę,  bez wielkiej  zachęty i pomocy nagle i na zawsze przyczyniły się do  zmiany wyobrażenia Kanadyjczyków o Polakach i o Polsce. Idee  zorganizowania P.I.N.K. i Biblioteki Polskiej im. W. Stachiewiczowej  były  wprawdzie wspaniałe i na miarę budowy poczucia narodowego  imigrantów  wojennych,  ale  nie  zyskałyby  swoich   wymiarów, gdyby  nie setki tysięcy godzin dobrowolnej i  bezpłatnej pracy wolontariuszek ( i  mniej  licznych  wolontariuszy), które/rzy  przez  ponad  pół  wieku codziennie szły/szli na  1479  Peel  Street   w Montrealu, aby  tam  budować  polską  placówkę kulturalną,  nie znając   jeszcze, a nawet nie wyobrażając sobie jej późniejszego  znaczenia dla Polonii. Pracę, którą  imigrantki  tak  chętnie ofiarowywały społeczności imigranckiej traktowały jako  rzecz naturalną, albo jako  swój patriotyczny obowiązek.  Honory za   Bibliotekę  Polską  im  W.  Stachiewicz należą się więc po równo inicjatorkom/inicjatorom  jak i  wykonawczyniom.

Obowiązek  pracy społecznej  służącej współrodakom imigrantom podczas  wojny i po niej  stał się  więc  prerogatywą  życia  imigrantów  tych  czasów.Jeszcze w  czasie wojny został on  rozszerzony  o pomoc dla Polaków tułających się po obozach niemieckich  i  w Związku  Radzieckim,  a w parę  lat później  objął  także niesienie pomocy społeczeństwu  polskiemu pod reżymem komunistycznym. W  ten sposób wolontariat  stał się    pierwszym z trzech  czynników kształtujących  wizerunki  polskiej  emigrantki w Kanadzie.

Drugim  czynnikiem  jest ewolucja pochodzenia społecznego imigrantek także bardzo ważna dla zrozumienia Polki mieszkającej w  Kanadzie.  Zatoczyła ono  pełne koło. Od chłopek i robotnic, opuszczających ziemie polskie jeszcze pod zaborami, przez  wszystkie warstwy społeczne : elity wojska i arystokracji, inteligencję pracującą ,  zamożne mieszczaństwo, zdemilitaryzowanych  żołnierzy  z poboru,  młodych   obu płci  przez  5 lat  wywożonych do Niemiec na  przymusowe roboty albo  do obozów koncentracyjnych, aż  po wszystkich  uchodzących   z Europy w czasie II wojny światowej i po jej  zakończeniu. Wszyscy  ci Polacy i Polki zaczynali  od imigranckiej  biedy,  tego społecznego walca, który  w  Kanadzie  równał klasy społeczne  przedwojennej  Polski.  Bieda utraciła wówczas element wstydu, a pomysłowość i energia zyskały podziw i  szacunek. Było wiadomo,  że los każdej  rodziny zależał od jej członków i  waga  aktywnego  udziału kobiet w nadawaniu nowego kształtu rodzinie na obczyźnie  wyprzedziła kanadyjską  formułę rodzinną. Ta  nowa  formuła  wśród  społeczności imigranckiej  oparta została na  wspólnym  budowaniu  przyszłości  przez  imigranckie pary  i  były częstsza   niż  tradycyjny model  polskiego  małżeństwa. Dla następnych   fal  imigrantek  i  uciekinierek  z  PRL-u  wzbogacony w ten sposób wzorzec  imigrantki polskiej  był  synomimem  postępu  i  zachodniej wolności.

 Wreszcie nowa emigracja  z  ostatnich dwóch  dekad   XX-go wieku,  w dużej mierze złożona  znowu  z córek i wnuczek chłopek i robotnic, ale tym  razem  stanowiących pierwsze  lub drugie pokolenie  powojennej polskiej  inteligencji,  która  opuściła  Polskę  już  w czasie rozpadu komunizmu i pierwszych lat  III  Rzeczpospolitej,  przyniosła  ze sobą  znowu  nowe wzorce  kobiet, wolnych od klasowości, samodzielnych  zawodowo i często  decydujących  za siebie i  męża. 

Powstałe stąd  wymieszanie kulturalne  społeczności  polonijnej w Kanadzie dało w rezultacie tyle  wzorców społeczno -  kulturowych,  że dzisiejsza  imigrantka lub  jej córka nie mają  już problemów   ani  ze swoją identyfikacją narodową,  ani  z wyszukiwaniem  dla siebie indywidualnych wzorców -  role models.

Trzecim czynnikiem  kształtującym zmieniające się  oblicza emigrantki polskiej  jest  ewolucja jej pozycji  społecznej  w  Kanadzie, wynikająca ze zmian w polityce imigracyjnej   i w postawie społeczeństwa  kanadyjskiego, które, w drugiej połowie ub. wieku stało się programowo tolerancyjne i postępowe.  To  dzięki  temu  wykształcone emigrantki  z  PRL-u  rozpoczynały swoje nowe życie nie od sprzątania cudzych domów, lecz od otwierania gabinetów  lekarskich, dentystycznych,  od nostryfikacji  swoich dyplomów  na uniwersytetach   kanadyjskich i od otrzymywania pozycji akademickich, od zakładania własnych  przedsiębiorstw albo firm zawodowych i pracy na własny rachunek.  Zyczliwość kanadyjskich urzędów  i  banków chętnym okiem  patrzących na rozwijane  przez  te kobiety  inicjatywy i  talenty   nie  tylko obejmowała   sfery ich pracy  zawodowej, ale wspierała  nie mniej  chętnie ich działalność  artystyczną i  społeczną, rozumiejąc, że w ten  sposób  wzbogacają one kulturę  Kanady i ułatwiają  asymilację później  przybyłym lub  potrzebującym pomocy. 

 Dziś  imigrantki polskie rozproszone po całej  Kanadzie, po jej miastach i miasteczkach,  a także po terenach wiejskich od Atlantyku po Pacyfik  wybierają sobie zawody  według  upodobań, wykształcenia, choć najcześciej swoje wykształcenie dopasowują  do  konieczności  zyciowej.  Można je znaleźć we wszystkich zawodach, od żony  farmera, do samodzielnej pani profesor na uniwersytecie, od prospektora geologicznego, która swoją  fortunę  zebrała własną pracą, aż po specjalistkę od grafiki komputerowej, po  artystkę  produkującą wytworne tkaniny, aktorkę ze scen kanadyjskich i amerykańskich po  urzędniczkę biur  rządu federalnego lub agentkę handlu nieruchomościami  po lekarkę lub dentystkę  z  własnym  gabinetem  i  w jeszcze  wielu wielu  innych zawodach. Samodzielne, fachowe, dobrze zaadaptowane i łatwo  się asymilujące niczym już nie przypominają  pionierek z pierwszej połowy XX wieku.

Jest znane,  że Polacy  łatwo się asymilują i jak tylko nauczą się  Canadian  way of life  już  czują się wrośniętymi w ziemię Kanadyjczykami.  Ale tylko naiwny  może sądzić, że taka  asymilacja, nawet najlepsza, wystarczy, aby się czuć już  zupełnie u siebie.  Przecież gdzieś, kiedyś, nawet może  bardzo prędko ktoś zapyta  where are you from,  bo go uderzył nietutejszy akcent, albo nazwisko  trudne do wymówienia. I to niewinne pytanie skierowane do "paroletniej"  imigrantki otworzy nagle przepaść pomiędzy nią i społeczeństwem w którym  żyje.  Za pierwszym  razem odpowie grzecznie, że z Polski...że wojna i  reżym komunistyczny... ale kiedy to samo pytanie padnie po raz setny, wtedy  niekiedy  gdzieś w wnętrznościach  może może  się  czasem podnieść  złość . " że co,  że nie rodziłam  się tutaj,  czy dlatego mam być obca"  Czy ta złość jest usprawiedliwiona,  czy  nie kryje ona  istniejącego jeszcze  uczucia  wyobcowania, braku  własnego miejsca w społeczeństwie  ?  A może jest to poczucie niższości wywołane faktem, że ta imigrantka nie jest  jeszcze  pewna swojego miejsca w  nowej kulturze ?   

Jest odwiecznym prawem społeczeństwa sprawdzić kim jest obcy. W ten sposób przed wiekami sprawdzano, czy obcy nie są wysłannikami nieprzyjaciela, później chciano  wiedzieć co obcy  przynosili, a w epoce imigracji politycznych XX wieku przed czym uciekają i czego   chcą.  Dziś polityka rządowa i postawy  społeczeństwa mówią, że dopomnienie się o  korzenie  Kanadyjczyka   ma być jak podanie ręki. "To jest moja kultura, a jaka jest twoja ",  ale,  aby tę rękę przyjąć trzeba mieć świadomość własnej kultury i  tradycji, trzeba wiedzieć skąd się czerpie normy  własnego postępowania i jakie są tradycje pozostawione nam w spadku przez przodków i bogów do  których oni się modlili. W  chwili takiej  konfrontacji   niektórzy  nowi Kanadyjczycy zaczynają nagle szukać  swego  bagażu  kulturalnego, który przywieśli  ze sobą  a potem, ukryli   go  gdzieś po kątach pamięci,  bo wydawał się zbędny, a  który stanowi  przecież,  że nie jesteśmy jak sieroty z sierocińca bez przeszłości i bez przodków. To w takim momencie okazuje się, że ten   bagaż jest  legitymacją i  właściwym kluczem do zajęcia naszego miejsca w nowym społeczeństwie.  Pierwsi imigranci polscy z początków  XX wieku nie mieli takiego klucza. Dobierani  przez Kanadyjczyków według siły fizycznej  i  wytrzymałości, borykali się ze swoją  polskością  na poziomie  tradycji  świątecznych,  śpiewów  kościelnych,   tańców ludowych  i zawsze  tego samego rytuału  obchodów  świąt  narodowych . Te wyrazy  polskości   były i  tak  wielkim  osiągnięciem  ubogich  imigrantów  polskich, ale jako  obrazy  przeszłości nie dawały  im  własnego wzorca kulturowego  mającego   cechy przydatne  dla ich przyszłości  w  życiu  w Nowej  Ojczyźnie. A jak  potrzebowali  takich wzorców  widać było  przy okazji uroczystości stulecia ( w 2002 roku) Towarzystwa  Białego  Orła,  polonijnej organizacji montrealskiej, która w chwili  założenia w 1902 roku liczyła, aż  8 czlonków i  miała  pomagać im zachowywać  dumę narodową  oraz  bronić  uciśnionych  emigrantów polskich. Potwierdziły to także, w 1995 roku, w  Edmonton, obchody  stulecia  przybycia do Kanady Zachodniej  pierwszego polskiego  osadnika,  Stanisława  Banacha.  Dowodem  tej  potrzeby  była  też   gotowość do pieniężnych  ofiar zbieranych  wśród  Polonii w latach 1939 -45   na potrzeby Starego Kraju uwikłanego  w  przegrywaną, a wyniszczającą wojnę.  Tysiące dolarów  przekazane wówczas  na pomoc Polsce  lub polskiemu  społeczeństwu,  świadczą do  dziś do jakiego stopnia ówczesna uboga Polonia kanadyjska gotowa  była ponosić ofiary na rzecz Kraju, którego od  lat nie widziała i   którego  prawdopodobnie nigdy nie miała  zamiaru nawet   odwiedzić 

               Wyrazem  potrzeby  własnego  wzorca kulturowego były  polskie parafie, w których   księża Oblaci budowali  poczucie ciągłości narodowej wśród polskich osadników na  zachodzie  Kraju  na malutką skalę indywidualnych parafii oraz  w miastach  Kanady  wschodniej.  Liczne lokalne  towarzystwa, lub związki,  koła,  stowarzyczenia   Polaków powstające zazwyczaj  wokół  parafii  w preriach  lub  w poszczególnych miastach  Kanady   zazwyczaj miały  dwa główne cele  zachowywanie dumy narodowej i udzielanie  pomocy  w bieżących  kłopotach  imigranckiego  życia.

             Nic więc dziwnego,  że kiedy w początkach drugiej wojny światowej przybyli do Kanady inteligenccy uchodźcy z Europy ,  to  po intensywności  życia społecznego i kulturalnego w  Polsce przedwojennej, wydało  im  się,  że życie  imigrantów polskich  w  Kanadzie   toczy się  w  kategoriach  kultury ludowej,  chóralnych  śpiewów i  skansenu, by  pożyczyć określenie  Krzysztofa  Zanussiego, z jednego z  jego  felietonów  w  czasopiśmie Polityka[284].  To  było  życie tradycją  jako  przeszłością  bez  odnośników polskich  do  bieżącego  życia  w  Kanadzie  nawet  jeśli  polonijna prasa  podawała  bieżące,  choć  ogólne  informacje dotyczące  Starego  Kraju.

                      Nie wiadomo jakby się  potoczyły losy polskiej  diaspory w Kanadzie, gdyby  nie działalność uchodźców wojennych i nie warto tracić  czasu na dociekanie tego. Można jednak powiedzieć,  że przez  utworzenie   kilku poważnych placówek kulturalnych   w  Montrealu i  Toronto,   których  działalność  publiczna   wtedy  zbiegła  się   i  wsparła    rosnące w  Kanadzie  zainteresowanie   Polakami  wyrażane także  studiami  polskiej  historii i  literatury,  uchodźcy wojenni, ta elita polskiej przedwojennej arystokracji i  inteligencji  spełniła   jedno  wielkie  zadanie :    najbiedniejszym ludziom  swego  przedwojennego  społeczeństwa,  którzy  z  braku pracy   opuścili   Polskę w  początkach  XX  wieku , pokazała  tu w  Kanadzie,  jeszcze w czasach II wojny  światowej,  drogę  do żywej kultury polskiej.  W  ten sposób  spłaciła częściowo  dług,  stary,  bo sięgający  czasów przed-rozbiorowych.  oraz wprowadziła  całą   polską  imigrację  w  Kanadzie  do grupy rozwijających się etnicznych  kultur kanadyjskich.  Po  wojnie, przybycie  tysięcy  zdemilitaryzowanych   żołnierzy  i  DiPisów  wzmocniło  gorączkę organizacyjną  Polonii,  a  jej  organizacje kobiece    jako  pierwszy  punkt swoich  statutów  przyjmowały  upublicznianie  żywej  polskiej    kultury.  Zrodziło się poczucie wspólnoty  polskich   kulturowych  korzeni,    dzięki  czemu osiągnięcia  jednostek  stawały sią własnością  grup lokalnych, regionalnych lub nawet  krajowych 

               Dzisiaj w Kanadzie jest wiele wizerunków polskiej imigrantki. Nie sposób wzmienić wszystki  zawodów i nie dodać najczęstszego  -  matki. I nie ma chyba zawodu w Kanadzie, w którym nie byłoby choć jednej polskiej imigrantki lub jej córki. Niektóre  pozmieniały nazwiska,   powychodziły zamąż,  inne rozwiodły się, albo ponownie wyszły  zamąż, owdowiały, miały dzieci, albo już mają wnuki, jeszcze inne  ukończyły  studia, już  od dawna uczą na uniwersytetach, przeszły różne kursy zawodowe, są artystycznie uzdolnione i już znane ze swojej produkcji . Wszystkie "uczyły się Kanady" nabywały doświadczeń i w kolejności  czasu - siwych włosów.  śUczciwie oddawały Kanadzie w miarę sił i umiejętności swoich"   jak powiedział polski ksiądz  na kazaniu -  i przez tę swoją pracę wrastały w kanadyjską glebę.

                 Czy stały się  bi-cultural?   W  ogromnej  większości  tak,  nawet jeśli same nie są tego  świadome. Poszerzyły  horyzonty  myślowe, pojęły  zasady organizacji innego społeczeństwa, zetknęły się z wielokulturowością  i uczestniczyły  w niej. Brały udział  w  życiu zawodowym, kulturalnym  działały społecznie  i  powoli obok  poczucia polskości spontanicznie  rosła w nich   przynależność do  Kanady,  w  której  miały swoje domy, rodziły  dzieci,  grzebały  rodziców  i   do  której  wniosły  swój  wkład kultury  bieżącego  zycia.     

                     Niektóre  czując się  już   dwu-kulturowymi Kanadyjkami    przemyśliwują  jeszcze  jakby tę daleką  Polskę zbliżyć rodzinie i dzieciom,  wyrosłym w Nowym Kraju,   a nawet   samej  Kanadzie,  jakby  lepiej  połączyć swoją  kanadyjskość  z  polskością.  Inne  mają  już dwa języki macierzyste,  łatwiej  piszą i mówią  po  angielsku  niż po polsku,  a  zajęte  codziennymi sprawami  nie zaprzątają  sobie głowy, do której  kultury  im  bliżej.

             Dołączają  do nich kobiety  z  ostatniego etapu  emigracji  z lat 1979-2000.  Mniej  sentymentalne,  mniej  zapatrzone w  symbole  patriotyczne,  trzeźwe i  świadome rzeczywistości  Nowego  Kraju.  Nie spieszą się z   okazaniem  swojej  imigranckiej  tożsamości, powoli  włączają się do   udziału  w  organizacjach  polonijnych. Aktywne w  swoich  zawodach  głębiej i  szybciej  wchodzą  w społeczeństwo kanadyjskie, łatwiej  startują do  nowego  życia.   Są lepiej  przygotowane  do   przechodzenia na " kanadyjskość"  i  przyjmowania dwu-kulturowości.  Mimo  to  wiele z  nich  tęskni  za  Starym  Krajem  i  jego  kulturą  dnia codziennego, chociaż  automatycznie integrują   się    z  Nowym  Krajem.

                Powoli dołączają   do  poprzedniczek, chcą  nadal   być  dumne ze swoich polskich  korzeni,  zgodnie z  językiem  swoich  dzieci  zwanych  roots.  Wszystkie dzień po dniu  budują  swoją   kanadyjskość    zaliczając  do niej  kolejno   początkowe   przygody,  kłopoty, osiągnięcia,  przyjaźnie,  przemyślenia. Nie  zawsze   przy tym wiedzą,  że razem z tymi przeżyciami   ich tożsamość się poszerza   i   obok  myśli, życia   i oceny  świata   po kanadyjsku,  istnieje w nich   przywiązanie  do  Polski,  jej   kultury, tradycji  i spontanicznej  polskiej  emocjonalności.

 

                  Po  roku  1989  z emigracji  z  Polski  zniknęła jej poprzednia dziwaczność  wymuszona  podziałem na  świat wolny i  komunistyczny.  Nie  ma  już potrzeby  uciekania z wycieczek,  przechodzenia  przez  zieloną  granicę,  kłamania i fałszowania  danych.   Można  także  łatwo odwiedzić Polskę  i  zastanowić  się nad własnym  wyborem  emigracji. Zniknęła obawa przed utrudnianiem  przez  władze reżymowe  powrotu do domu w Kanadzie i przed traktowaniem Polonii jako wroga  narodowego. Wizyty w Polsce zależą teraz od własnych chęci i pieniędzy potrzebnych na podróże i prezenty. Wynormalniała   dzięki  temu i  polska imigracja,  znikło  poczucie  katastrofalnego  zniszczenia  swego życia w  Starym  Kraju,  związane z  nielegalnym opuszczeniem go,    świadomość  że decyzja  wyjazdu  musi  być ostateczna  i nieodwołalna.  Nie ma przymusu  rozpoczynania nowego życia od jego rudymentarnych początków.  Na emigrację  wyjeżdżają kobiety i  mężczyźni dobrze osadzenie w rzeczywistości  obu krajów,  nie zastępując  jej swoją  imaginacją.

 

 

                                                             
                  ANEKS

                             
            Lista  kobiet  zasłużonych

Lista  kobiet  zasłużonych   przedstawiona  poniżej  nie  wyczerpuje nazwisk  wszystkich kobiet,  którym  z racji   ich  zasług  miejsce to  by  przysługiwało.  Jako główne kryterium  wyboru  przyjęłam   odznaczenia  nadawane  przez  rządy  polski  - londyński  i  III  Rzeczpospolitej,  kanadyjski,  brytyjski oraz  rządy  prowincjalne kanadyjskie,  ważniejsze  organizacje lub  instytuty  kanadyjskie i polonijne.  Włączyłam także nazwiska kilku  kobiet, które wprawdzie nie otrzymały  odznaczeń, ale  ich rola w środowisku  polonijnym  była tak  duża,  ze nie mogłam ich pominąć. 

Nazwiska  tych kobiet  znalazłam w słownikach  biograficznych,  przewodnikach, biuletynach,  księgach  jubileuszowych  oraz  w  publikacjach  wymienionych  w   załączonej bibliografii.  Napewno  brak niejednego nazwiska bardzo zasłużonej  kobiety.  Z osobistego  doświedczenia wiem,  że niektóre kobiety  nie chcą  mówić o swoich  odznaczeniach i  zasługach,  pomijając  milczeniem  zadawane im  pytania.  Może  czytając tę Listę zrozumieją,   że  ich odznaczenia są  również  powodem  do dumy  społeczności w której  żyją  i  że  dla tej  jednej  przyczyny  zasługują  na historyczny  zapis,  nawet tak niepełny jak  nasze opracowanie.

 

Maria  Bieniasz ,  łączniczka  AK wyjechała nielegalnie z Polski. Do Kanady  przybyła w 1948 r.Była przewodniczącą  Komisji Oświatowo- Młodzieżowej w  Zarządzie Głównym  Kongresu Polonii Kanadyjskiej,  założyła  Związek  Nauczycielstwa Polskiego w  Kanadzie. Była  członkiem Federacji Polek w  Kanadzie,  Ogniwo  nr. 1 (Toronto),  Fundacji im. A. Mickiewicza, Koła  Przyjaciół Harcerstwa,  Instytutu  "Kaszuby",  Polskiego Komitetu Wydawniczego,  Polsko-Kanadyjskiego Tow.  Muzycznego. W  1987 r., utworzyła fundusz sponsorowania uchodźców  z  Polski im.  Marka  Bieniasza.  Nagrodzona w 1968 r., Złotą Odznaką  KPK,  Srebrną w 1981,  Złotym  Krzyżem Zasługi  Prezydenta  na Obczyźnie,   nagrodą  literacką na Konkursie Polskiej  Fundacji Kulturalnej w  Londynie i Odznaką  Volunteer Service  Award - Toronto.

Aleksandra Bozic  ( 1906 - 1977)  "Po  utracie  pierwszego  męża  Leopolda  Krajewskiego...który został  zgładzony w  Katyniu...w r. 1940 została  wywieziona z córką  na Syberię... Po  amnestii dołączyła do Misji  Polskiej w  Kujbyszewie.  Przedostawszy się przez  Morze  Kaspijskie do  Teheranu, a stamtąd do Włoch,  wstąpiła wraz z córką  do  II  Korpusu gen  Andersa i pracowała w polskiej  YMCA w  pobliżu  frontu...We Włoszech wyszła drugi raz zamąż za  porucznika jugosłowiańskiej   królewskiej  marynarki wojennej  Stanisława Bozica . Do Kanady przybyła z rodziną w 1957 r.  Zamieszkała w  Montrealu.  Była aktywnym  członkiemn SPK w  Montrealu  oraz  należała  do  Federation nationale des Amis Combattants  Volontaires  z siedzibą  we Francji. Odznaczona m. in. Srebrnym  Krzyżem  Zasługi,  Krzyżem Wojennym  królestwa  Jugosławii i Królewskim  Orderem Jugosłowiańskim św.  Jana  Jerozolimskiego"[285]

Iwona Bogorya-Buczkowska  do Kanady  przybyła  w 1968 r. W Toronto ukończyła studia i zrobiła  doktorat z jęz. angielskiego.Następnie ukończyła program  w Business Management  Institute, w Stanford University  w  Kalifornii i zrobiła doktorat na Wydziale Planowania Strategicznego w  The Union  Graduate School  w  Cincinnati.  Wykładowca  York University  i Canadian  School of Management   Od 1981 prezydent firmy  Bogorya  Consulting  Co.,  członek Kongresu Polonii Kanadyjskiej i dyrektor Canada- Poland  Business Council.  Założyła  program  "Education and Training for  Poland" sponsorowany przez  KPK i przez kanadyjski  rząd federalny. Jest dziekanem i wice -prezydentem  Canadian  School of  Management w  Toronto,  Fellow of  Royal  Society w  W. Brytanii, konsultantem  przy rządzie federalnym  dla CIDA ( Afryka i  Azja)   i przy rządzie prowincjalnym w  Ontario.  Odznaczona przez  miasto Września w  Polsce za pomoc edukacyjną.  Członkini Polskiego  Instytutu Naukowego  w  Kanadzie, prezeska Federacji  Polek w  Kanadzie[286]  W  roku  2002 odznaczona Medalem 50-lecia Koronacji Królowej Elżbiety  II  a w 2003 orderem  Polonia Restituta  przez  prezydenta  A. Kwaśniewskiego

Zofia  Bożeniec-Jełowicka ( 1895 - 1986)   działała w podziemiu polskim  we Francji, dokąd  uciekła w 1940 r. We Francji wstąpiła do polskiej organizacji  podziemnej i  razem  z córką   Jadwigą  Bożeniec - Jełowicką  zajmowały się  przerzucaniem polskich  żołnierzy i  zestrzelonych lotników   z Francji do Hiszpanii i dalej do Anglii. Pracując jako  zarządzająca schroniskiem w  Perpignan na granicy francusko-hiszpańskiej  przyczyniła się do ucieczki ponad  300 Polaków. Aresztowana razem z córką  Jadwigą w  Lourdes  przez  hitlerowców ; przez  9  miesięcy siedziały obie w obozie koncentracyjnym w  Gaillac nad rzeką  Tarn,  z którego wyszły dzięki staraniom młodszej córki Janiny.  Zofia  Bożeniec- Jełowicka  doczekała  końca wojny ukrywając się w  Virieu-sur- Bourbe koło  Lyonu  korzystając z pomocy  tamtejszych polskich Urszulanek.  W  Kanadzie  Zofia Bożeniec-Jełowicka brała udział w organizowaniu kiermaszy, bali dobroczynnych, w  nauczaniu w polskich szkołach sobotnich. Bardzo dużo energii  włożyła w zbieranie funduszy na budowę domu opieki dla osób starszych im.  Marii Curie Skłodowskiej w Montrealu. Działała  w Kole Przyjaciół  Harcerstwa i była członkiem Alliance  francaise, gdzie jej udział w ruchu oporu był oficjalnie uznany[287]

Zofia  Brodzka   komendantka łączniczek i sanitariuszek w  Powstaniu Warszawskim ranna i odznaczona Krzyżem Walecznych, jeniec wojenny w 3ch obozach niemieckich. Zweryfikowana w  W. Brytanii w Stow.  AK w Londynie w stopniu porucznika wstąpiła  do Polskiej Lotniczej  Służby Kobiet. W  Kanadzie od 1952r.  Wieloletnia działaczka harcerstwa  i redaktorka Biuletynu KPK, sekretarz i kurator Fundacji  im. A.Mickiewicza, członkini  Związku Narodowego Polskiego, Rady  Dyrektorów Copernicus Lodge w  Toronto, sekretarz  Konferencji Polonia 75 w  Washingtonie i Zjazdu Polonia 78 w  Toronto. Od 1981 członkini Zarządu Koła Stowarzyszenia Lotników Polskich- Skrzydło 430 Warszawa. Za swoją działalność społeczną uhonorowana wieloma odznaczeniami

Petronela Buckiewiczowa  (1920 -1975)  którą  wojna zastała w Grenoble na studiach hotelarstwa. Ewakuowana z wojskiem polskim do W.  Brytanii  została pielęgniarką przy szpitalu wojskowym. Następnie rozpoczęła studia medyczne w  Edynburgu i nie przerwała  ich po  przyjściu  córki na świat. Dzięki temu w r 1948 uzyskała dyplom lekarski i w tym  samym roku razem z mężem i córką wyjechała do Kanady na farmę koło  Renfrew w  Ontario.Tam oboje z mężem ciężko pracowali. Po 3 latach zaraza bydła zmusiła ich do pozbycia się farmy i wtedy z pomocą rodziców, którzy  w międzyczasie  także przybyli Kanady, i po przeniesieniu się do Montrealu mogła się  nostryfikować oraz dopełnić stażu i rezydencji  szpitalnych. W roku  1952 otrzymała prawo praktyki  lekarskiej i  otworzyła  prywatny  gabinet. Była  jedną  z  pierwszych polskich lekarek w  Montrealu,  bardzo  zasłużoną w leczeniu  imigrantów różnych grup etnicznych.

Wanda  Buska   (1901  -1983)  W  czasie wojny działała  w AK, wywieziona wraz z mężem, lekarzem do Niemiec znałazła się w Kanadzie w roku 1948. Początkowo pracowała fizycznie imając się każdego zajęcia, które  jej się  nadarzyło. Raz  była szwaczką, a raz kucharką, potem organistką. Już wtedy  rozpoczęła działalność społeczną jako organizatorka 50-cio osobowego Zespołu Polskich Pieśni i Tańca. W  1954 r pp. Buska  przenieśli się do Edmontonu. Tam  Wanda  zaczęła uczyć w polskiej szkole sobotniej a także organizować  koncerty uczniów swojej  szkoły Universal  Music  School. W roku 1958 zainicjowała założenie w  Edmontonie Federacji Polek w Kanadzie - Ogniwo nr. 3- Edmonton i pracowała w niej  długie lata. Poza tym była korespondentką  kilku polsko-języcznych  pism oraz spikerką polskich audycji radiowych. Za intensywną pracę społeczną  rząd polski w Londynie odznaczył ją w 1978 r. Krzyżem  Zasługi,  następnie otrzymała Achievment Award od rządu Alberty oraz dyplomy KPK

Maria  Carlton  przybyła z wizytą do Kanady w latach  70-tych i po wyjściu  zamąż za  Kanadyjczyka  została w  Edmontonie. W Kanadzie przez wiele lat pracowała w drukarstwie. Była współautorką i redaktorką ponad 500-stronnicowej historii edmontońskiego  harcerstwa  polonijnego. Ponadto napisała i  wydała zbiór esejów pt. Towarzystwo Polsko-Kanadyjskie oraz  jest redaktorką  40 lat Federacji Polek w Kanadzie- Ogniwo nr. 3  Edmonton.  Jest aktywną  działaczką w FPwK. Otrzymała Złotą Odznakę KPK i Srebrną  Odznakę  KUL-u

Maria Chrzanowska  przybyła do Kanady w 1948 r. i osiedliła się  w Edmontonie, w prowincji Alberta. Przez  23  lata była nauczycielką w sobotniej polskiej szkole im. H. Sienkiewicza, którą prowadziła z takim oddaniem, że kiedy w 1991 roku otwierano  drugą polską szkołę w  Edmontonie, to nadano jej imię Marii Chrzanowskiej.  Przez 31 lat  pracowała równolegle w polskiej stacji CKUA (Access) w  Edmonton. Była niestrudzoną działaczką Federacji Polek w Kanadzie- Ogniwo nr. 3- Edmonton. Odznaczona Złotą Odznaką KPK,  Achievement  Award  Rządu Prowincji  Alberty w roku 1974 , Heritage Language Development Award  Ministra Kultury Prowincji  Alberta,  Special  Recognition of North Alberta Heritage Language  Assn .

Lilka (Helena  Anna) Croydon-Trzcińska   czynny członek Szarych  Szeregów AK. Aresztowana  przez  Gestapo przebywała na Pawiaku przez 6 tygodni poczym przewieziona do Oświęcimia,  następnie do Ravensbruck i Bergen-Belsen. Do Kanady  przybyła w 1948 r.  Po ukończeniu studiów pracowała w Toronto  Board of  Education. Z jej inicjatywy  powstało Studium Psychoanalitycznej  Psychoterapii dziecka   w  Clarke Institute of  Psychiatry.

Zofia Czengery  ( 1917 -1994)  należała do organizacji poziemnej Odwet, która później  połączyła się z AK. Aresztowana  w 1942 r była  przesłuchiwana w  Alei  Szucha  a następnie  skazana na karę śmierci. Po  zamianie kary wywieziona do Oświęcimia przebywała tam do stycznia 1945 r. Ewakuowana do  Bergen- Belsen  tam doczekała końca wojny. Wstąpiła do 2 batalionu ( przy dywizji gen  Maczka)  Polskiej Wojskowej Służby Kobiet. Do  Kanady  przybyła w 1954 r. i osiedliła się w Montrealu.  Brała czynny udział w  życiu Polonii montrealskiej, była prezeską Komitetu Pomocy  Dzieciom Polskim,  członkiem Związku  Weteranów Polskich i Samodzielnego  Oddziału Byłych  Zołnierzy  AK w  Montrealu.[288]

Małgorzata  Czuba  urodzona w polskim  obozie "Lech" w  Niemczech, do Kanady  przybyła w 1948  r. razam z matką.  Pracuje naukowo na Wydziale Botaniki University  of  Toronto.  W swojej pracy doktorskiej   opublikowała  własne  odkrycie interakcji kadmu z ozonem w roślinach. Pracowała na uniwersytetach w  Toronto i w  Guelph, następnie w  Ottawie w  National   research  Council.   Otrzymała nagrody : Ontario Graduate Scholarship,  zapomogę naukową z  Agricultute Canada  oraz  została członkiem  National  Research  Council.

Maria Teresa Dobija-Domaradzka   ( 1922 - 1997)  została deportowana w 1940 roku  do Kazachstanu. Po amnestii w 1941 r. dołączyła do tworzącej się armii polskiej w Buzułuku i tam pracowała w sztabie gen.  Andersa. Ewakułowana do Iranu, a następnie  do Libanu. W  1944 r. na francuskim uniwersytecie św. Józefa w  Bejrucie otrzymała  dyplom doktora medycyny. W tym samym roku wyjechała do Kanady i podjęła specjalistyczne studia w  Instytucie Mikrobiologii i Higieny na  Uniwersytecie Montrealskim . Jako profesor  Universite de  Montreal była członkinią wielu stowarzyszeń zawodowych .  Jest autorką licznych artykulów  naukowych,  uczestniczyła w wielu  międzynarodowych kongresach i konferencjach  z dziedziny  medycyny. Była członkinią Kanadyjskiego  trybunału ds. Praw Człowieka oraz Kanadyjskiej Rady ds. Stosunków  Chrześcijańsko-Zydowskich.  Przez  5 lat przewodniczyła  Polskiej Radzie Szkolnej.  Były  członkiem Polskiego Instytutu Naukowego w  Kanadzie,  członkinią Rady Administracyjnej Polskiego Instytutu Dobroczynności im. Marii Curie-Skłodowskiej,  współzałożycielką Komitetu Pomocy Solidarności  w Polsce. Ponadto  znacznie przyczyniła się do powstania Ośrodka Rehabilitacyjnego dla Dzieci Niepełnosprawnych  w  Borowej  Wsi na Sląsku. Za zasługi wojenne w latach 1939-1945 odznaczona została w 1995 r. Krzyżem Czynu Bojowego PZS na Zachodzie[289]

Jadwiga  Domańska    za swoją  pracę  społeczną  w  Kanadzie  została odznaczona przez   III  Rzeczpospolitą   Polonia  Restituta,  Orderem  Odrodzenia Polski,  a ponadto  otrzymała  Złoty  Krzyż  SPK  i  Złotą  Odznaką  KPK

Irena Domecka   podczas okupacji pracowała jako łączniczka   Z. Stypułkowskiego, członka Delegatury Rządu RP. W  1944 . razem z mężem uciekła z Warszawy i przez  Czechosłowację dostała się w 1945  na tereny zajmowane przez  gen. Pattona. W 1948 r. wyjechali oboje z mężem i córeczką do Winnipegu w  Manitobie, a po  4-rech latach do Edmontonu w Albercie. Tam Irena Domecka rozpocząła działalność  społeczną . Była wiceprezeską   Citizen Council -Rady Obywatelskiej  która zajmowała się przekazywaniem rządowi prowincjalnemu  skarg grup  etnicznych na dyskryminację i   i postulatów zmierzających  do  poprawy  stosunków  międzyetnicznych. I. Domecka należy do założycielek Federacji Polek w  Kanadzie-  Ogniwo nr. 3 -  Edmonton i przez  lata  była  jej prezeską  Po kilku  latach  zaaranżowała  przystąpienie  FPwK do Local Council of Women. Ponadto  była inicjatorką wprowadzenia na  Uniwersytet albertański programu polskiego. W roku, w którym  było  za mało studentów,  aby ten program  został  uruchomiony przyłączyła się do grupy studjującej literaturę polską (w roku  1997/98 na tym programie studiowało ponad 100 studentów). Założyła także Klub  Akademicki, który następnie połączył się Z  Klubem Profesjonalistów.  Została odznaczona przez  rząd polski w  Londynie Krzyżem  Zasługi, a  przez  KPK Złotą Odznaką. Ponadto otrzymała Alberta Achievement Award od rządu  Alberty i  Award of Merit   od Federacji  Polek w  Kanadzie.

Irena  Federowicz-Vogelsinger  od 1941 r. była w  konspiracji w NSZ. Uczestniczyła w  Powstaniu  Warszawskim,  po upadku którego  została wywieziona do Niemiec.  Odznaczona Złotą Odznaką KPK,  Srebrnym Krzyżem  Zasługi przez  Rząd Polski w Londynie,  Brązowym Medalem  Skarbu Narodowego  RP,  nagrodą Volunteer Service Award  prowincji  Ontario.

Mirosława  Gawalewicz  za  wieloletnią  pracę społeczną  w roku  1991   otrzymała  Order  Kanady.

Janina  Gładuń -  Sułkowska  łączniczka w  ZWZ na Wołyniu, aresztowana przez  NKWD została   skazana na 8 lat więzienia i  łagrów. Po amnestii wyjechała razem z wojskiem gen. Andersa do Persji.  W  Bombaju, w  Indii była sekretarzem Delegatury Ministerstwa  Oświaty  Rządu RP.  Do  Kanady przybyła w r. 1951.  Przez  17 lat była nauczycielką polskiej  szkoły   w  St.  Catherines a do  roku  1969  współpracowała przy opracowywaniu podręczników  dla szkół polskich w  Kanadzie. Odznaczona Srebrną  i  Złotą Odznaką  Honorową  KPK i   Srebrnym   Krzyżem  Zasługi przyznanym przez  rząd  RP  w  Londynie.

Krystyna  Idziak  (1910 - 1990)  przybyła do  Kanady w latach dwudziestych ub.  wieku.  Przez  30  lat służyła  pracą społeczną Polonii torontońskiej i  montrealskiej.  W  1927 r.  założyła i  prowadziła amatorskie koło przy Stow.  Weteranów Polskich  (  założonym przez  jej  męża  Stefana).  Od 1931 r. zamieszkała razem z mężem w Montrealu gdzie jako  prezeska i reżyserka prowadziła kółko  amatorskie  Zorza  dla starszych  osób. Ponadto pionierowała  Polską  Szkołę  Tańców Ludowych powstałą  przy Tow.  Wzajemnej Pomocy.  Przez 2 lata kierowała  100 osobowym zespołem  tanecznym (zdobył  pierwszą nagrodę na Festiwalu grup Etnicznych w Montrealu w  1940 r.)  Razem z  mężem opiekowała się aż do śmierci  Heleną  Gajewską, która w czasie wojny utraciła całą swoją rodzinę  i po  przybyciu do Kanady  zamieszkała  u pp. Idziaków.  Była członkinią polskiej sekcji Kanadyjskiego  Czerwonego  Krzyża oraz  działała w  Komitecie Pomocy  Dzieciom  Polskim.  Została wyróżniona honorowym członkowstwem  Zarządu  tego  Komitetu.

Jadwiga  Jurkszus -  Tomaszewska  podczas wojny pracowała w  Radzie Głównej AK. Jako jeniec wojenny przeszła przez  4 obozy na terenie Rzeszy. Do  Kanady przyjechała  w 1949 r. Była długoletnią  członkinią Zarządu Polskiego  Funduszu Wydawniczego w  Kanadzie  oraz współpracowała z  Federacją Polek   w  Kanadzie,  "Smoczą  Jamą",  Fundacją im  A. Mickiewicza,  Fundacją  W.   Reymonta.  Została odznaczona przez  rząd prowincji  Ontario za 15-letnią  pracę społeczną. W  1995 r.,  opublikowała   Kronikę Pięćdziesięciu  Lat.  Zycie  kulturalne Polskiej Emigracji w  Kanadzie 1940 - 1990

Wacława  Karaszewicz  (1899 - 1971)  " w  ...1941 r.  wstąpiła do AK,  przybierając pseudonim Miet.  Była  patrolową a następnie drużynową w  Wojskowej Służbie Kobiet, wchodzącej w skład Wojskowej Ochrony Powstania... pełniła funkcje referentki administracyjnej, a następnie komendantki  WSK  lewego obszaru powiatu  warszawskiego... awansowana do stopnia podporucznika. Za udział w walce podziemnej z okupantem  otrzymała Odznakę Pamiątkową  AK... w roku  1947  wyemigrowała do Kanady. Należała do  Stow.  Polskich  Kombatantów biorąc  czynny udział w wielu  akcjach  społecznych tej  organizacji.[290]

Antonina  Karaszewicz - Tokarzewska  (  1899 - 1976) " w  latach  1916  - 1920 pracowała w szeregach Polskiej  Organizacji  Wojskowej. W  odrodzonej Polsce...poświęciła się... pracy społecznej w  kołach wojskowych, a zwłaszcza  5-go  pułku piechoty Legionów Polskich. Pełniła  rolę opiekunki nad  bezrobotnymi  i  chorymi  legionistami i  ich  rodzinami. Opieką  otaczała  również  weteranów  powstania styczniowego...Za całokształt  swojej pracy społecznej  została wzróżniona w 1935 r., Złotym  Krzyżem Zasługi, a w  1937 r, orderem Polonia  Restituta. Do  Montrealu  przybyła razem z  córką Ireną w roku  1940...Była założycielką Stow.  Polskich  uchodźców   Wojennych  już  we wrześniu  1940 roku.  Przez  wiele lat  przewodniczyła  sekcji opieki  nad  żołnierzami polskimi  śląc paczki dla jeńców  przebywających w  Rosji.  Od  chwili  założenia Komitetu Pomocy  Dzieciom  Polskim była jego  członkonią a  potem  wiceprzewodniczącą ,  zajmując się propagandą  imprez.  Ogromną jej zasługą  było  wlączenie do Komitetu przedstawicieli  emigracji  przedwojennej,  wśród której  cieszyła  się  poważaniem i sympatią."[291]

Magdalena  Kiełczewska  ( 1928 - 1988) "Podczas  okupacji niemieckiej w wieku   12  lat wstąpiła do Zw.  Harcerstwa  Polskiego,  gdzie pełniła funkcje zastępowej.  W  ramach  Szarych  Szeregów brała czynny  udział w wielu  akcjach sabotażowych, a także kolportowała prasę podziemną, ukrywała i  przenosiła broń. Po  wybuchu  Powstania  Warszawskiego wstąpiła do  AK i  pełniła funkcje sanitariuszki i łączniczki.  Jej  zadaniem było utrzymywanie stałego kontaktu między szpitalem polowym  AK...a poszczególnymi  kwaterami  wojskowymi AK. Zajmowała się również opatrywaniem rannych  żołnierzy,  roznoszeniem posiłków dla nich  oraz  przenoszeniem  meldunków. Była trzykrotnie ranna.  Po  upadku Powstania... udało jej się uciec.  Za zasługi w walce podziemnej otrzymała  Odznakę Pamiątkową AK oraz Srebrny  Krzyż Zasługi  z  mieczami. Polskę opuściła w 1947 r... do  Kanady  przybyła w 1951 r. ...W latach 1960 - 1988 aktywnie uczestniczyła w pracach Koła Byłych  Zołnierzy  AK w  Montrealu oraz  udzielała  się w  polskich szkołach sobotnich."[292]

Olga  Krzyczkowska  (dr)  była jedną z pierwszych wolontariuszek Biblioteki  Polskiej im  W. Stachiewicz..."Pracowała niestrudzenie od początku wraz z gronem pierwszych  ochotniczek. Nie miała  ustalonej pozycji.  Poprostu pracowała tam i  robiła to  co w danym momencie było  ważne i potrzebne... Zorganizowała  wśród   przyjaciół  w  Kraju sieć osób skupujących co ciekawsze  książki.  Trzeba tutaj przypomnieć dwie rzeczy :  po pierwsze-  t.zw.  dobre  książki  wychodziły w  małych nakładach i  znikały prawie  natychmiast z  półek księgarskich;  po  drugie -  przesyłając pieniądze do kraju  i płacąc złotówkami,  zamiast dolarami via oficjalne źródła dystrybucji  książek,... można było nabywać  książki   w cenie między  50  centów, a  jednym dolarem. Ze swych częstych podróży przywoziła paczki  książek .  Nie tylko polskich...Robiła to  z  myślą o studentach Uniwersytetu     McGill... Dr.  O.  Krzyczkowska pracowała  w  Bibliotece Polskiej 35 lat... Przed  opuszczeniem Montrealu pani  Olga  przekazała   kwotę  10,000 dolarów na Fundusz  Biblioteki Polskiej... W uznaniu zasług  dr  Olgi  Krzyczkowskiej  w 1977 r ówczesny prezydent  RP w Londynie  nadał  jej Złoty  Krzyż  Zasługi za jej  wkład do rozwoju Biblioteki Polskiej w Montrealu.

Bożena  Łukomska -Khan  przybyła do Kanady w roku  1983 do  męża Kanadyjczyka i  zamieszkała w Port  Coquitlam, w mieście  należącym  do  konurbacji  Vancouveru. W chwili  jej przybycia  mieszkało tam  tylko  kilka rodzin polskiego pochodzenia.   Niezrażona trudnościami  spróbowała powołać do życia organizację polonijną o nazwie  Polonez  Tri -City, obejmującą    trzy  miasta  :  Coquitlam,  Port  Coquitlam i  Port  Moody.  Za promowanie kultury polskiej wśród imigrantów tego regionu  oraz za założenie polskiej  szkoły sobotniej i pracę  charytatywną zbierania i  wysyłania do Polski  paczek i pieniędzy,  a także  za zbiórkę  wśród całego społeczeństwa  Tri-City  pieniędzy na pomoc polskim powodzianom w roku 1977  Bożena  Łukomska-Khan została odznaczona w 1999 r., przez  prezydenta  Kwaśniewskiego  Złotym  Krzyżem  Zasługi.  Od Kongresu  Polonii Kanadyjskiej  otrzymała  Złotą  Odznakę  KPK  ,  Port  Coquitlam  nadał jej  Odznakę  Wolontariuszki roku  2002,  a  Tri - City  - Cultural  Harmony  Award.

Joanna  Matejko  deportowana  w  1940  roku  wraz  z  rodzicami  do  Związku  Radzieckiego  w roku  1942   znalazła się  w     ówczesnej  Rodezji, dziś  Zimbabwe,   gdzie  ukończyła  gimnazjum i  liceum. Stamtąd  wróciła do Kraju. W Polsce  ukończyła studia  historyczne  W  1968 r.  wyjechała do  Zambii a stamtąd do  Kanady  i  tu studiowała historię Kanady na   University of  Alberta  in  Edmonton.   "Wkrótce po  przybyciu  do Edmonton  rozpoczęła  badania nad dziejami Polaków w Kanadzie, a szczególnie w  Albercie  oraz  nawiązała współpracę z  Kanadyjsko - Polskim  Instytutem Badawczym w  Toronto.  Jest także  działaczką w  Federacji  Polek  w  Kanadzie,  Ogniwo  Edmonton,  przygotowuje komentarze do cotygodniowych polskich  programów radiowych.  W  1989 otrzymała Złotą Odznakę  Honorową  KPK a trzy  lata  później  Achievement  Award   od premiera  Alberty. W  roku  2002  prezydent  A. Kwaśniewski  przyznał  J. Matejko  Złoty  Krzyż Zasługi za  krzewienie kultury polskiej w  Kanadzie.

Anna Norton-Nowakowska    przybyła do Kanady w 1947 roku. Trzy lata  później zaczęła pracować społecznie w  Komitecie Opieki  Społecznej KPK.  Przez  15 lat była przewodniczącą   FPwK  Ogniwo  Toronto,   oraz  członkinią Zarządu Głównego FPwK. Za wieloletnią pracę  społeczną została odznaczona Złotą  Odznaką Honorową KPK oraz  Złotym  Krzyżem  Zasługi  przez  Rząd Polski  na Obczyźnie .

Krystyna Joanna  Orłowska  mając 14 lat zaczęła pracować w  RGO organizując paczki dla więźniów Pawiaka i niemieckich obozów koncentracyjnych.  Po  dwóch latach przeszła do  patrolu  sanitarnego w Tajnej Armii Polskiej, a następnie  w  AK/WSOP.  Przeszła  do kolportażu  Biuletynu  Informacyjnego  i do pracy w  Biurze Informacji i Propagandy. W  czasie Powstania Warszawskiego była łączniczką w  dowództwie AK/WSOP ok.  Warszawa. Po kapitulacji była więziona w  niemieckich obozach skąd została uwolniona w  roku 1945. Do  Kanady  przybyła w 1952 r.,  Udzielała się w  harcerstwie, awansując do  harcmistrzyni;  była członkinią Komitetu  Spraw  Ludzi  Starszych w  Toronto,  inicjatorką Fundacji  Pokoju w szpitalu Women's  College  Hospital,  członkinią pierwszej  Rady  Pastoralnej w  Archidiecezji Toronto i  członkinią Canadian  Institute of  Divine  Mercy, oraz  wieloletnią  członkinią Koła  AK w  Toronto . Otrzymała Brązowy  Krzyż  Zasługi z  Mieczami,  Krzyż AK,  Medal Lotnictwa,   War  Medal oraz polskie i kanadyjskie wyróżnienia za pracę  społeczną.


                    Hanna  Maria  Pappius, córka  pioniera polskiego lotnictwa  wojskowego i  cywilnego Józefa Bogdana Kwiecińskiego.  Neurochemik, studia ukończyła na McGill  University  (doktorat  1952), członek Wydziału Neurologii i  Neurochemii  tego  uniwesytetu,  od r. 1979  - profesor.  Członek  szeregu  kanadyjskich, amerykańskich i  międzynarodowych towarzystw  naukowych  z dziedziny   neurochemii. Przewodnicząca  komitetów organizacyjnych  (3rd  International  Workshop on  Cerebral Edema, Montreal  1976  oraz  Annual Meeting  of  the Society for  Neurochemistry, Montreal 1986). Autorka ponad 100  prac  naukowych z dziedziny  przemiany materii mózgu oraz konsekwencji uszkodzenia mózgu.  Od wielu lat pracuje społecznie dla Polskiego  Instytutu Naukowego w  Kanadzie (od 1985 r. wice-prezes  PINKu, a od 1988 r., także Dyrektor  Biblioteki  Polskiej w  Montrealu, wice-przewodnicząca  obchodów  50cio- lecia  PINK). Była także przewodniczącą  Komitetu  Wydawniczego  pięknego  trójjęzycznego  albumu Grafika Polska -  Estampes polonaises -  Polish  Prints  1918 - 1939  i  członkiem  Komitetu  Wydawniczego  publikacji Polskie groby  na cmentarzu w  Saint-Sauveur-des-Monts (Polish  Graves in St. Sauveur-des-Monts) 2000 -  2002. Ponadto  była członkiem  zespołu opracowującego  potrzeby bibliotek miejskich miasta  Montreal  przygotowujacego Sommet de Montreal 2002. W  dowód  uznania za swą pracę społeczną otrzymała  w 1991 r  Złoty  Krzyż  Zasługi  RP, a w następnym roku Dyplom  Uznania Ministerstwa Spraw  Zagranicznych RP  oraz Medal 125-lecia Konfederacji  Kanadyjskiej za specjalne  zasługi wobec Kanady i  Polonii kanadyjskiej.


Grażyna  Pawlikowska  z  d.  Smuszkiewicz,  doktór  pschychologii  jeszcze  z Polski  ; przybyła do Kanady z  Afryki, dokąd wyjechała razem  z  mężem w ramach pracy organizowanej przez  Polservis. W  Polsce była w  "Solidarności".  Po  przybyciu do Kanady zamieszkała razem z mężem w  Vancouverze w  Bryt. Kolumbii,  gdzie  chętnie włączyła sie do pracy  społecznej  w  tut.  Polonii.  po wstąpieniu  do  FPwK została wkrótce wybrana do  zarządu  Federacji (  4  lata  przewodnicząca)  i  do  zarządu  KPK, Okręg  Brytyjskiej Kolumbii (  5 lat  wice-przewodnicząca  i  2 lata   przewodnicząca). Wybrana także do Zarządów  Głównych  FPwK  i  KPK.  W  1999  otrzymała  od  Rządu  III  Rzeczpospolitej Złoty  Krzyż  Zasługi za  pracę  przy zbiórce  pieniędzy  na powodzian  polskich .  Zebrano  wówczas w  całej  Bryt.  Kolumbii  60,000 dolarów przekazanych następnie przedstawiciolom  Polski.

Jadwiga  Pierzchajło  w  czasie wojny należała do  AK,  miała pseudonim  Len i  rozprowadzała "bibułę".  Wywieziona do Niemiec  pracowała w  gospodarstwie rolnym w  Bawarii. Na wizę do Kanady  czekała wraz z mężem w obozie przesiedleńczym  4 lata. W tym  czasie  oboje studiowali na uniwersytecie w  Erlagen koło Norymbergii. Do  Kanady  przybyli  sponsorowani  przez dalekiego krewnego,  farmera z południowej Alberty,  dzięki czemu mogli sami  szukać pracy.  Mąż  znalazł pracę robotnika naprawiającego  tory kolejowe, a Jadwiga  została   sprzątaczką  szpitalną. Po  paru latach pracy poszła na studia  pedegogiczne na uniwersytecie w  Calgary , ale po przeniesieniu  się  do  Edmonton ukończyła je w stolicy Alberty. Mąż w  międzyczasie zrobił studia pedagogiczne i został nauczycielem  w katolickiej  szkole średniej. Pełna energii od samego początku pobytu w Edmonton   włączyła się do pracy społecznej  Polonii. Kiedy  najmłodsze z dzieci poszło do  szkoły Jadwiga  Pierzchajło  wstąpiła do  FPwK i  zaczęła swą  działalność w ramach  Federacji. Jej  zasługą  jest organizowanie wielu  polskich  imprez kulturalnych,  z jej inicjatywy FPwK  zakupiło  swój własny dom, ona też  wpadła na pomysł zorganizowania kasyna gier  hazardowych  dla  wspomożenia funduszy  FPwK w celu   sponsorowania Polaków z obozów  przesiedleńczych  w  Europie. Aby  uzyskać pozwolenie prowincjalne na urządzenie kasyna  pp.  Pierzchajłowie złożyli kaucję w wysokości 25,000 dolarów. Za zasługi  na polu pracy społecznej Jadwiga  Pierzchajło  otrzymała od  Rządu Polskiego w  Londynie Złoty  Krzyż  Zasługi,  od  KPK  Złotą  Odznakę Honorową a od premiera   Alberty  Achievement Award

  Alicja Parizeau ( z d. Poznańska) urodzona koło Krakowa, utraciła oboje rodziców  wieku  11 lat (rozstrzelani przez Gestapo  w 1941 r.)  W  czasie wojny wstąpiła do AK,  w  czasie Powstania   Warszawskiego  była łączniczką i  za dzielność została odznaczona  Krzyżem Walecznych.  "Wywieziona jako jeniec wojenny do  Oberlagen po wojnie  dostała się do Francji, gdzie jako  stypendystka Polskiej Misji  Wojskowej studiowała prawo na Sorbonie. W  1955 r., przybyła do Kanady i  wyszła zamąż za Jacques  Parizeau   profesora  ekonomii /na uniwersytecie montrealskim- mój dopisek/.  Przez  kilkanaście lat pracowała dla  miasta  Montreal jako  specjalistka  od rehabilitacji   społecznej, a od 1968 r. wykładała w  Centrum  Kryminologii Porównawczej  na  Universite de  Montreal. Jej  publikacje z dziedziny  kryminologii zyskały bardzo dobrą  opinię w Stanach  Zjednoczonych i  w  Europie"[293]Równolegle współpracowała z najpoważniejszymi  pismami Quebec'u  oraz  rozwijała  działalność pisarską. "W jej twórczości jest widoczna dwutorowość :  sprawa Polski głęboko odczuta i  zrozumienie Quebeku, kraju w którym  żyła.  Była bezkompromisową przeciwniczką  komunizmu"[294]  Na  Universite de Montreal  wspierała  podania o  stypendia post doktoranckie dla polskich młodych naukowców,  dzięki  czemu  szereg  z nich  przybywało  do Montrealu.  Działała także  w ramach  pomocy charytatywnej dla Borowej  Wsi  w Polsce.  Po jej  śmierci Jacques Parizeau  ofiarował  Bibliotece  Polskiej  im  W. Stachiewicz  5,000 dolarów a  przyjaciele jej zamiast  kwiatów złożyli 14,000 dolarów na rzecz  Borowej  Wsi. Jeszcze  za  życia,  w  roku  1987 otrzymała od rządu  kanadyjskiego  Order  Kanady.

Zofia  Pokusa   za swopją  pracę  społeczną  w  Kanadzie  otrzymała  Złoty  Krzyż  Zasługi  Rzeczpospolitej  Polskiej

Zofia Romer   (1897 - 1981),  pseudonim "Ziuta"  "...przed swoim  zamążpójąciem  w czasie  I  wojny światowej  była sanitariuszką przy Pierwszej  Brygadzie Strzelców Polskich i  przy  dywizjonie pułku ułanów krechowieckich". [295] W latach 1915-1917  służyła  na froncie  polsko - niemieckim jako  sanitariuszka, odznaczając się ofiarnością i brawurą w ratowaniu  polskich  żołnierzy. Wraz  z  koleżankami/ sanitariuszkami/  była dwa  razy  zatruta gazami  bojowymi, ponieważ  oddała swoją maskę przeciwgazową walczącym w okopach  Polakom. Na  przełomie   lat  1917/18  pełniła  funkcją  kurierki przewożąc  tajne dokumenty  od por. Dziewanowskiego do  gen.  Dowbór -  Muśnickiego,  dowódcy Pierwszego Korpusu polskiego  w  Rosji.  Później  w  1918  roku pracowała jako  siostra  Czerwonego  Krzyża  w polskim  szpitalu w  Cichiniczach pod Rohaczewem, (co opisała w swoich pamiętnikach  opracowanych później   przez  jej brata  Melchiora  Wańkowicza.) Wraz  z 3  innymi siostrami  Czerwonego  Krzyża, wykazała tam  bardzo wiele  bohaterstwa (niosąc pomoc ciężko  chorym  żołnierzom  oraz chroniąc ciała 11 osób personelu medycznego  zamordowanych przez   bolszewików).  Za  wykazane męstwo i odwagę  została  wzróżniona "pierwszą amarantową  wstążeczką", a  po uzyskaniu  niepodległości przez  Polskę otrzymała Krzyż  Walecznych.  W latach 1919-1920  jako  siostra  Czerwonego  Krzyża brała udział  w wojnie polsko-bolszewickiej organizując punkty  opatrunkowo-żywnościowe w okolicach Lwowa .Podczas  II  wojny światowej  jako  reprezentantka  polskiego  Czerwonego  Krzyża organizowała w  Afryce Południowej  pomoc dla ofiar wojny i  dla rannych oficerów polskich.[296]

Zofia  Rozwadowska  w czasie II  wojny światowej była członkiem  AK. Do  Kanady  przybyła w 1969 i osiedliła się w  Toronto. Od początku pobytu aktywnie działała w  Kongresie Polonii  Kanadyjskiej Okręg  Toronto, w  SPK,  PCAG i w Stow. Lotników Polskich Za pracę społeczną otrzymała Odznakę  Honorową SPK- Federacja Swiatowa Srebrny  Krzyż  Kombatancki,  Odznakę Honorową Rady Swiatowego Stow.  Lotników,  Złotą Odznakę Skrzydła Nr. 430 oraz  Odznakę Prowincji  Ontario za pietnastoletnią służbę społeczną.

Ludwika  Sas- Korczyńska   w  czasie  II wojny światowej  była kurierką Związku  Walki  Zbrojnej przechodząc przez  trasy od  Czarnohory do Lwowa  przez  Słowację na  Podczerwone.  Pod koniec  wojny wywieziona na roboty do Niemiec do Polski  nie wróciła.  Do  Kanady  przybyła w 1951 r.Najpierw  pracowała  w fabryce konfekcji damskiej w Montrealu,  następnie była analitykiem statystycznym  w  Min.  Opieki  Społecznej.  Była przewodniczącą Federacji Polek w Kanadzie,  redagowała  wydawnictwa  Federacji.  Zorganizowała program charytatywny  Operation Lifeline,  który w  latach  90-tych  ub. wieku przekazał do Polski ponad  72,000 dolarów przeznaczonych na rozbudowę urządzeń sanitarnych w zakonach   katolickich pomagających biednym. Jest współwydawcą książki p.t. Podstawy kultury polskiej.  Otrzymała  Krzyz Walecznych,  Złoty  Krzyż Zasługi za pracą  społeczną i  Medal  Wojska Polskiego.

Halina Sienko-Kwiatkowska  była łączniczką  W.S.K - AK,  Okręg Warszawa w  czasie  Powstania  Warszawskiego.  Była jeńcem niemieckich obozów Fallingbostell  i  Bergen Belsen.  Uwolniona  kontynuowała  służbę w łączności  w dowództwie 2-go  Korpusu we Włoszech.  W  Kanadzie od 1951 r..Tu  swoją  działalność społeczną  skoncentrowała na harcerstwie Jest  członkinią Byłych  Zołnierzy  AK i SPK.  Została odznacznona Brązowym  Krzyżem  Zasługi z  Mieczami,  Krzyżem Walecznych, Medalem Wojska 1,2,3,4,  Złotą Odznaką ZHP.  Dwukrotnie otrzymała Srebrny  Krzyż  Kombatancki  oraz  Złoty  Krzyż  Kombatancki.  Za pracę społeczną w  Ontario  otrzymała nagrodę ontaryjskiego Ministerstwa  Emigracji i Kultury.

Helena  Słotwińska  ( 1898  - 1993)  Uczestniczyła w obronie Lwowa w 1918 r za co otrzymała Medal Obrońców  Lwowa. Podczas wojny  była w  AK i walczyła pod pseudonimem Matylda.  Jako sanitariuszka brała udział  w Powstaniu  Warszawskim.  W 1953 r. została sprowadzona przez rodzinę do Montrealu.  Przez wiele lat pracowała  jako ochotniczka w polskiej  sekcji  Kanadyjskiego  Czerwonego  Krzyża...uczestniczyła w wielu  akcjach dobroczynnych organizowanych przez  Komitet Pomocy Dzieciom Polskim[297]

Wanda Stachiewicz  ( 1895  -  1995)  Żona ostatniego szefa sztabu Wojsk Polskich w roku  1939. Do  Kanady  przybyła  w 1940  r. z trójką  dzieci. Z  jej inicjatywy powstał w 1943 roku  Polski  Instytut Naukowy  w  Montrealu  (P.I.N.), afiliowany przy  McGill  University.  Początkowo  był to oddział  Polskiego  Instytutu Naukowego w  St.  Zjednoczonych opierający się na naukowcach polskich  z Nowego  Yorku,  ale w 1976 roku  usamodzielnił się i przyjął  nazwę Polskiego  Instytutu Naukowego  w  Kanadzie (P.I.N.K.)  Niemal  zaraz po uruchomieniu P.I.N. Wanda Stachiewiczowa podjęła ideę  utworzenia  biblioteki polskiej  przy  P.I.N..  Doprowadziła do  jej otwarcia jeszcze w  1943 r. Do  emerytury W. Stachiewicz była dyrektorką  Biblioteki Polskiej, a po przejściu na emerytutę zatrzymała tytuł kustosza  Biblioteki  Polskiej. W  roku 1984 Biblioteka Polska oficjalnie  zmieniła  nazwę  na  Biblioteka  Polska im.  W. Stachiewicz.  Oprócz pracy w  Bibliotece W. Stachiewiczowa  napisała kilka monografii  historycznych na temat  Mikołaja Kopernika oraz szereg artykułów publikowanych w polskiej prasie emigracyjnej.  Pod koniec  życia wydała własne wspomnienia  Journey  through History. Memoirs. Byla współzałożycielką  Komitetu Kobiet Wojennych uchodźców.  Otrzymując  Kawalerski  Krzyż Polonia Restituta który poprzedził przyznaną jej następnie Komandorię powiedziała  :"Cokolwiek  robiłam na emigracji było  naturalnie samorzutne i każdy by robił  to samo. Wynikało  to z mego  głębokiego  przeświadczenia, że winna  jestem mojej Ojczyźnie ofiarować część  mej pracy i serca, a nie zająć się wyłącznie własną karierą na emigracji".[298]

Genowefa (Genny)  "Nuta"  Staroń  wywieziona z rodzicami do Zw. Radzieckiego przeszła razem z Wojskiej Polskim  do Persji.  W  Teheranie wstąpiła do Pomocniczej  Wojskowej Służby Kobiet  i doszła do stopnia kaprala. Zdemobilizowana rozpoczęła studia   artystyczne w Polskiej  Szkole Malarstwa i Rysunku w  Bejrucie.  W  Kanadzie od 1949  roku w Toronto, gdzie kontynuuje malarstwo i rzeźbę. W   1960 otrzymała dyplom  mistrzowski rzeźbiarski oraz Medal Uznania. Utalentowana artystka  malarka,   rzeźbiarka,  i  gobeliniarka.  Bardzo  aktywna działaczka społeczna.  Pracuje w Zarządzie Głównym  KPK,  w  FPwK  jest członkiem  Towarzystwa  Przyjaciół  Harcerstwa  i  Polskiego  Klubu  Artystów.  W  latach 1985 - 88 była wolontariuszką  w zakresie opieki  społecznej  w Centrum  Zdrowia Sw.  Józefa  i  w  bibliotece  Domu  Kopernika.  W 1988 - 90  była   wiceprezeską Polsko-Kanadyjskiego  Towarzystwa Muzycznego Dwukrotnie została odznaczona za pracę społeczną przez  Ministerstwo Spraw Obywatelskich i Kultury w prowincji Ontario.

Józefa Stefankiewicz  ( 1910  -  1968)  wywieziona do Kazachstanu w 1940 r., urodziła  tam i straciła dwie córeczki. Po powrocie do Polski w 1946 r. nielegalnie przedostała się do męża  w brytyjskiej strefie okupacyjnej w Niemczech  Po  demobilizacji  oboje wyemigrowali do Kanady,  gdzie Józefa Stefankiewicz stała  się jedną z najbardziej  czynnych członkiń sekcji  Pań przy kole SPK Nr.  7,  za co  otrzymała Srebrną Odznakę Swiatowej Federacji SPK  ( Londyn)

Karolina Stockerowa  (1888  - 1965)  Podczas  II  wojny światowej,  dzięki  biegłej znajomości języka niemieckiego znalazła zatrudnienie w niemieckim sklepie skupu srebra... "Sklep  ów służył jako skrzynka kontaktowa dla działalności lwowskiego ruchu oporu, w którym  brała udział, roznosząc  pocztę podziemną. Po przeniesieniu do Warszaswy pracowała w niemieckim zakładzie naprawczym przyrządów wojskowych, takich jak  zegary i chronometry,  zatrudniającym 15 żydowskich zegarmistrzów.  Przez cały czas okupacji opiekowała sią ich rodzinami, ukrywającymi się w piwnicach tego budynku,  dostarczając  im  żywność, odzież, lekarstwa oraz inne artykuły pierwszej potrzeby".  W  1946  roku została  sprowadzona przez córkę do USA. Zmarła w Montrealu podczas odwiedzin u syna.

Wanda  Szczawińska  (1921  -1967)   swoją działalność społeczną w Polsce zaczęła od harcerstwa, ale " we wrześnie 1939 r. została zmobilizowana jako  harcerka i siostra Polskiego  Czerwonego Krzyża i włączyła  się w nurt pracy konspiracyjnej w szergach ZWZ, pełniąc funkcję łączniczki.  Za działalność w ruchu oporu została odznaczona Medalem Wojska, Złotym  Krzyżem AK oraz honorową Odznaką Zołnierza AK  Korpusu Jodła...  Podczas wojny ..."aresztowana z mężem przez hitlerowców..po  śledztwie została skazana  na 5 lat obozu koncentracyjnego dla kobiet i wywieziona do Ravensbruck.  Wolność  odzyskała w1945 r.  Przeżycia obozowe zawarła w niedokończonym cyklu opowiadań Spojrzenie z drugiej strony. Poza pracą  zawodową wiele czasu  poświęciła działalności społecznej. Należała do  zarządu Stowarzyszrenia Polskiego,  uczyła  młodzież  tańców ludowych.  Po  wprowadzeniu w Polsce stanu  wojennego w 1982 r. założyła Komitet Pomocy Solidarności, późniejszy Komitet Pomocy Polsce...Mobilizując Polonię montrealską i społeczeństwo  kanadyjskie do ostatnich chwil życia prowadziła zbiórki funduszy  oraz organizowała transporty żywności, leków i odzieży, które  wysyłano do kraju  na ręce episkopatu polskiego. Za swą pracę społeczną i ogromny wkład w działalność  na rzecz Polski  została wyróżniona  Złotą odznaką Kongresu i Medalem Komisji Charytatywnej  Episkopatu  Polskiego[299]

Jadwiga  Sztrumf  uczestniczka manifetacji przeciwko ustrojowi komunistycznemu w  Polsce,  harcerka,  pozostawała na "czarnej liście" aż do wyjazdu z Polski.  W  Kanadzie od 1969 roku, aktywna w działalności społecznej,  przewodnicząca Ogniwa  11( w  Ontario) Federacji Polek w Kanadzie,  uczestniczka  zjazdów KPK, organizatorka  ogólnokanadyjskiego  Sympozium Kobiet Związku Polaków,  Odznaczona Złotą  Odznaką ZWwK,  dyplomem Uznania za wolontaryzm,  dyplomem Uznania za 15-letnią pracę społeczną Ministerstwa Kultury w  Polsce oraz  Złotą  odznaką Honorową KPK

Maria  Róża Szylling  ( 1895 - 1986)  jeszcze w  młodości zbierała informacje do historii polskich rodzin szlacheckich osiadłych  na Rusi,  dzięki  czemu   w  Montrealu mogła opublikować  Monografię Klucza  Tulińskiego na tle genealogii właścicieli. W Polsce   przedwojennej, jako  żona Stefana Frankowskiego  zajmowała  się   pracą  społeczną w  Gdyni,  gdzie mieszkała,  a także gdzie  pełniła funkcje  radnej.  Za  swą  przedwojenną  pracę  społeczną  została odznaczona Złotym  Krzyżem  Zasługi.  Do  Kanady  przybyła z dziećmi z pierwszym transportem uchodźców wojennych w 1940 roku.  Zatrudniona w  RCA Victor,  dzięki swym   umiejętnościom  organizacyjnym  zaawansowała na stanowisko dyrektora  personelu  kobiet.  Korzystając z tej pozycji pomogła wielu nowo  przybyłym Polakom i Polkom znaleźć  zatrudnienie w tej  instytucji.  Była współzałożycielką Stow.  Polskich  uchodźców Wojennych,  aktywną  członkinią  Federacji  Polek,  Ogniwo w  Montrealu,  pracowała w  Komitecie Pomocy Dzieciom  Polskim  oraz  przewodniczyła sekcji Opieki nad  Grobami  Polskimi  w  Saint-Sauveur-des-Monts.  Dzięki jej inicjatywie utworzono w Archiwum Publicznym w  Ottawie dział  etniczny, w  którym została wydzielona sekcja poświęcona jej  drugiemu  mężowi generałowi Antoniemu  Szyllingowi  i  Armii  Polskiej.[300]

Nelli  Turzańska  członkini  organizacji  podziemnej i  uczestniczka Powstania warszawskiego,  więzień polityczny  1952-1955.  W  Kanadzie od 1958r., pracuje w  Laboratorium  Zoologii w  University  of  Toronto,  a następnie w  Laboratorium  Cytologii TGH w  Toronto.  W  1988 r.  organizuje wraz  mężem Fundację  Kulturalną im  W.N. Turzańskich.  Jest członkinią zarządu Koła   AK i  SPK.

Jadwiga  Wojda   podczas  Powstania Warszawskiego uczennica  czteroletniej  Szkoły Kupieckiej  w  Warszawie. W  czasie wyganiania z  mieszkań podczas  Powstania rodzice jej na jej  oczach  zostali zabici  przez  żołnierzy  prowadzących  konwój,  a ona sama została wywieziona do obozu  koncentracyjnego.  Po  wojnie w  staraniach o  emigrację do Kanady podanie jej zostało  odrzucone, ponieważ  była "overeducated" . Przy  ponownym składaniu podania zataiła fakt ukończenia warszawskiej  handlówki ,  podając tylko  szkołę  podstawową,  dzięki  czemu  otrzymała kontrakt  służącej w domu  profesora prawa na  Uniwersytecie w  Edmonton.  Miała bardzo  życzliwych  pracodawców, którzy byli zachwyceni jej  gotowaniem i prowadzeniem  domu. Jej  narzeczony,  tymczasem  po dłuższym  czasie wyczekiwania podpisał  kontrakt  na pracę  w kopalni  złota w  Ontario. Po  ślubie młodzi  zamieszkali w Edmonton,  gdzie  Jadwiga natychmiast włączyła się do pracy społecznej Polonii.  Jako  członkini  FPwK  zaangażowała się  przede wszystkim w prezentowanie polskiej kultury ludowej za co otrzymała kilka wyróżnień : dyplom  uznania od rządu w  Albercie,  Dyplom 125-lecia Kanady od rządu  federalnego Odznakę  Honorową z dyplomem od  Zarządu głównego  FPwK.  Uzdolniona artystycznie pracowała z zespołem  tanecznym a w latach 1957 - 67  występowała jako  sopran w  Albertańskiej  Operze.

Zofia  Wójcicka  jako  mała dziewczynka razem z  rodzicami  wyemigrowała przed wojną do Francji. Tam  zastała ją wojna. Podczas wojny ukończyła  szkołę pielęgniarską, a po wojnie uzupełniła ją studiami  po polsku. Po wyzwoleniu  Francji  Zofia razem  z siostrą  wstąpiły do Wojska Polskiego i  zostały w Korpusie Służby Zdrowia,  gdzie przeszły  przeszkolenie wojskowe w  Szkocji. Do  Kanady  Zofia przybyła  jako  żona psychiatry- Polaka, który otrzymał  pracę w szpitalu  psychiatrycznym w  North  Battleford w  prowincji  Saskatchewan.  Po  przybyciu na miejsce Zofia Wójcicka  zorganizowała polsko-kanadyjskie stowarzyszenie "Ognisko" zmierzające do  utrzymania  polskości starych i nowych imigrantów.  Następnie pracowała w  harcerstwie polskim,  Katolickiej  Lidze  Kobiet  i w  Kanadyjskim  Czerwonym  Krzyżu. Po  8 latach  pp.  Wójciccy przenieśli się do  Edmonton,  gdzie Zofia została członkinią Koła Kombatantów, a nieco później  FPwK.  Za zasługi w pracy społecznej otrzymała Medal Pamiątkowy 125- lecia Kanady.

Jadwiga  Zamoyska  ( 1908 - 1998)  wraz z mężem i dziećmi  przybyła do Kanady w 1948 roku. "..od młodości była niestrudzoną  działaczką społeczną..."przewodniczyła sekcji  żeńskiej Towarzystwa  Gimnastycznego Sokół,  wielkiej ogólnopolskiej organizacji  młodzieżowej propagującej wychowanie przez  sport... Dzięki jej ogromnemu patriotyzmowi i odwadze  pałac  kozłowiecki / siedziba  ordynacji kozłowieckiej - mój  dopisek/  stał się  w okresie okupacji hitlerowskiej magazynem  broni dla miejscowej AK oraz miejscem  schronienia dla uciekinierów. Między innymi  przebywał tam późniejszy prymas Polski ks.  Stefan Wyszyński. Wielokrotnie z narażeniem  życia broniła przez hitlerowcami chłopów z wiosek  należących do ordynacji, a współpracujących z partyzantami"[301]  Warunkiem  przyznania wizy kanadyjskiej  rodzinie  Zamoyskich w roku  1948  było ich osadzenie  na opuszczonej  i  zaniedbanej  farmie  w  Abercorn.  W  prymitywnych  warunkach  przepracowali  na niej  kilka lat, zanim udało się im  przenieść do Montrealu,  gdzie Jadwiga  Zamoyska zaraz włączyła się w nurt działalności społecznej.  Zajęła się przede  wszystkim organizacją polskiego  szkolnictwa  sobotniego. Popierana przez  Stow. Polskich Uchodźców  Wojennych w 1951 r.  założyła szkołę polską  im  Emilii Plater w  montrealskiej  dzielnicy Notre  Dame de  Grace. W  1953 roku na propozycje  jej i jej grupy powstała Rada  Szkolna, której   celem  było rozwijanie u młodzieży  emigracyjnej  świadomości   polskiego pochodzenia,  kultywowania  języka polskiego i polskiej  kultury. Zapisała się i  ukończyła kursy wychowania fizycznego na  Universite de  Montreal  i  aż do emerytury  była nauczycielką wychowania fizycznego w wielu  żeńskich szkołach okręgu  montrealskiego.  Z  ramienia Stow. Polskiego  przewodniczyła sekcji opieki nad  grobami  polskimi  na cmentaruu w  Saint-Sauveur-des-Monts.  Za zasługi w pracy społecznej  wśród imigracji polskiej w  Montrealu  otrzymała od  Rządu  Polskiego w Londynie Srebrny  Krzyż  Zasługi.

Maria  Zaścińska  jako młoda dziewczyna  wywieziona z rodzicami  w głąb  Kazachstanu przeszła przez  Teheran i po wojnie przyjechała do W. Brytanii. Do  Kanady przybyła w 1957 r. jako pierwsza z rodziny,  za nią   przybyło  jej rodzeństwo i  matka.  Po  początkowych   poszukiwaniach  zaczęła pracować jako  agent ubezpieczeniowy, jednocześnie podejmując prace społeczne. Została  przewodniczącą Komitetu  Pomocy Dzieciom  Polskim i odtąd jej działalność społeczna skupiła się  przede wszystkim na organizowaniu  corocznych   kiermaszy  oraz innych form  zbiórki pieniędzy,  które przekazywane były instytucjom w Polsce zajmującym  się sierotami,  niepełnosprawnymi i  opuszczonymi  dziećmi.  W  1995 roku za tę działalność została odznaczona  przez  prezydenta  III  Rzeczpospolitej  Kawalerskim Krzyżem  Zasługi.

Zofia  Zawidzka    za  pracę  na niwie  misyjnej  otrzymała  Krzyż  Papieski  " Pro  Ecclesiam et  Pontifice"

Maria F.  Zielińska  bibliotekarka,  działaczka  społeczna, w  Kanadzie od 1957 roku. Organizatorka w  Bibliotece Narodowej w  Ottawie programu Multilingual  Biblioservice, który  przez  sieć bibliotek  publicznych w  Kanadzie służy   wszystkim  grupom etnicznym. Opracowała i wydała Multicultural  Librarianship : An  International Handbook.  Jest    czynną  członkinią   Canadian Library  Assn.,  International Federation  of Library  Associations, Canadian  Library  Assn.,  American Library  Assn. Jest związana działalnością  społeczną  ze  Szkołą  Polską w  Montrealu i  w Ottawie,  z  Kołem Przyjaciół KUL-u,  Polskim  Instytutem  Naukowym w  Kanadzie,  Kongresem Polonii Polskiej,  Stow. Techników Polskich w  Kanadzie i Kołem Pań przy STP.  Odznaczona dwukrotnie przez Ministerstwo Obywatelstwa i Kultury w  prowincji Ontario,  Srebrną  Odznaką  KPK i  nagrodą Leonard Wertheimer Multilingual Public Library Award.

Ponadto  w związku  z  pracą społeczną  wykonywaną  w ramach  FPwK  i  KPK   w  Prowincji   Quebec  Danuta  Wróblewska Padowicz i  Maria  Kaszuba  otrzymały  Honorowe Odznaki  Srebrne i Złote  KPK.

  W    Ontario  Ewa  Zadarnowska otrzymała   Srebrną  Odznakę  Honorową  KPK  a  Elżbieta  Sawczyńska-Ganczarczyk   i  Janina  Pawlik  otrzymały odznaczenia prowincjonalne.

 W Albercie    Srebrne  Odznaki    Honorowe   KPK otrzymały  Teresa  Szlamp-Fryga oraz  Teresa  Chipiuk,  natomiast  Stanisława  Cyrynowska, Teodozja Machnio  Zofia  Paszkowska  i  Apolonia  Sliwińska  otrzymały  Brązowe  Odznaki Honorowe  KPK.

  Wreszcie w  Brytyjskiej Kolumbii   Złote  odznaki  KPK  otrzymały  Wanda Bułhak, Janina  Cavanagh,  Henryka  Filipowicz,  Ludwika  Kaliska, Jadwiga  Keats,  Zofia Łukaszewicz i  Jadwiga  Runcewicz.  Ponadto  Odznaki  prowincjonalne   otrzymały  Wanda  Bułhak, Henryka  Filipowicz i  Janina Sasinowska,  oraz  Maria  Pławska i  Henryka  Filipowicz  otrzymały  Srebrne Odznaki  Stow.  Kombatantów  Polskich.

 

 

 
  PODZIEKOWANIE


        Opracowanie  "Wizerunków  emigrantki Polskiej..."  byłoby  niemożliwe bez  bardzo znacznej pomocy wielu  osób  życzliwie  zainteresowanych  tematem. Pomoc  okazywana mi   wyrażała się  w  rozmaity sposób.  Od rozsyłania i  zbierania wypełnionych ankiet  przez  pomoc w  poszukiwaniach   źródeł,  przez  podawanie mi   nowych i  ważnych informacji, spontaniczne nadsyłanie  nowych dokumentów  aż do  gorącego  zachęcanie do  kontynuowania  pracy  i podkreślania jej  ważności. Bez  pomocy  dr. Marii  Wolskiej  i  Danuty  Wróblewskiej -Padowicz  akcja  ankietowania  nie  byłaby  możliwa. Dziękuję wszystkim  anonimowym  respondentkom  ankiety za  wypełnienie jej  oraz  (nierzadko)  opatrzenie  jej dodatkowymi  komentarzami.  Dały  mi  one   wglądy  w   życie   niejednej  emigrantki i w  złożone procesy  życia emigracyjnego.  Bardzo  dziękuję Panu  Stefanowi  Władysiukowi  za   liczne i  częste słowa  zachęty  oraz  obfite informacje  dotyczące   nowych  źródeł.  Jego pomoc w  gromadzeniu  nazwisk  wolontariuszek  Biblioteki  Polskiej  im.  W.  Stachiewicz  jest  ogromna. Mam  ogromny  dług wdzięczności wobec  zmarłej w  2003 roku  Wandy  Maciejewskiej,  która  nie szczędziła  czasu  na  rozmowy  ze mną  na  tematy  historii  polskch  emigrantek  powojennych.  Podobnie   zobowiązana jestem  Jadzi  Urbańskiej  i  dr Wiesławowi Urbańskiemu,  moim  wieloletnim  przyjaciołom, za  twórczą  krytykę  i  pomoc w  kontaktach  z  emigrantkami.Dziękuję  dr  Kazimierzowi  Patalasowi z  Winnipegu  za  dyskusje  na tematy emigracyjne, bardzo  wzbogacające  tematykę emigracji. Dr. Iwonie  Bogorya-Buczkowskiej  zawdzięczam  zwrócenie mi uwagi  na  trudny udział  emigrantek  w  budowaniu wielokulturowego  społeczeństwa  Kanady  Zachodniej.  Zyczliwości  i  cierpliwości  pań  Danuty Wróblewskiej -Padowicz z  Montrealu,  Anny  Zurakowskiej  z  Barry's  Bay, Zofii de  Witt  z  Winnipegu,  Joannie  Matejko z  Edmonton,  Grażynie  Pawlikowskiej  z  Vancouveru,  Bożenie Łukomskiej-Khan  z  Port  Coquitlam zawdzięczam  wiele cennych  materiałów  źródłowych.  Wielką  wdzięczność  jestem  także  winna  bardzo wielu  moim  anonimowym  (w niniejszym opracowaniu)  przyjaciołom i  znajomym, których uwagi trafnie charakteryzowały  procesy asymilacji  lub  wyobcowania  w  Nowym  Kraju.

 

 

                                                                      

Bibliografia według  autorów  publikacji


            Kenneth Bagnell : " The  Little Immigrants. The  Orphans  Who  Came To  Canada." New  ed. The  Dundurn  Group. Toronto  2001

Jean Barman : "The  West Beyond the  West. A  History Of  British  Columbia".  Revised  Edition.  University  of  Toronto  Press.  Toronto 1996

Morton  Beiser : " Strangers  At The  Gate.  The  Boat  People"s First Ten  Years in  Canada." University  of Toronto Press. Toronto  1999

Pierre  Berton : " Canada"s  Turninig  Point. A  Chronicle Of  Canada"s Centennial Year". Seal Books. McClelland-Bantam Inc.  Toronto 1967

Pierre  Berton : " The  Great  Depression 1929-1939".  Anchor  Canada. 1999

Pierre  Berton :  "  The  Promised  Land. Settling The  West 1886- 1914."  New ed. Anchor  Canada 2002

Pierre  Berton : " The  Last  Spike. The  Great  Railway 1881-1885"  Anchor  Canada.1971

J.Burgon Bickersteth :" The  Land Of Open Doors. Being Letters From Western Canada  1911 - 13." University of  Toronto Press.  Toronto 1976

Georgina Binnie-Clark : " Wheat And Woman." 1st ed. Toronto 1914

Biuletyn -  Bulletin 2000. Vol XVII  Polski  Instytut Naukowy w  Kanadzie i Biblioteka Polska im  W. Stachiewicz. Montreal 2000

Biuletyn - Bulletin  2001. Vol  XVIII.  Polski  Instytut Naukowy i  Biblioteka Polska im. W. Stachiewicz. Montreal  2001

Biuletyn - Bulletin  2002. Vol.  XIX.  Polski  Instytut Naukowy i  Biblioteka Polska im. W.  Stachiewicz. Montreal  2002

Robert  Bothwell  and J.L.  Granatstein ." Our  Century. The  Canadian Journey in the Twentieth Century." McArthur & Co.  Toronto 2000

Barry  Broadfoot. "The Immigrant Years.  From Europe and Britain to  Canada 1945 - 1967. "  Douglas & McIntyre. Vancouver 1986

Barry  Broadfoot . " Ten Lost Years 1929 - 1939." Memories Of Canadians  Who  Survived The  Depression. A  Douglas Gibson Book. Toronto 1973

Olgierd  Budrewicz : " Rodacy spod klonowego li"cia". Wyd. Interpress. W-wa 1980

Maria  Carlton (red) :" 40 ( czterdzie"ci)  lat Federacji  Polek w  Kanadzie. Ogniwo nr. 3 (Edmonton) 1958 -1998. Polsko"ć niejedno ma imię.  Artykuły, biografie, wspomnienia, wywiady."  Federacja Polek w Kanadzie - Ogniwo nr. 3 Edmonton 2000

Robert  Collins : " You  Had To  Be  There. An  Intimate Portrait Of The Generation That  Survived  Depression, Won  The  War And Re-invented Canada." McClelland & Stewart The  Canadian  Publishers Toronto  1997

Bogdan   Czaykowski,, Małgorzata Tworzecka, Elżbieta Fedyczkowska( red) :  "Polacy w  Brytyjskiej  Kolumbii.  Zbiór szkiców i materiałów."  Towarzystwo "Watra"  Vancouver 1988

Federacja  Polek w  Kanadzie. Informator  Grudzień  2002  nr. 174  oraz Czerwiec  2003  nr.175

Charlotte  Gray : "  Flint & Feather. The Life And Times Of E.  Pauline Johnson, Tekahionwake.  Harper  Flamingo  Canada. Toronto  2002

Phyllis Harrison (red) . " The  Home Children: Their Personal Stories." Watson & Dwyer Publ.  Ltd.  Winnipeg 1979

Benedykt  Heydenkorn (red) :"Ale i  słaby nie zginie. Różne oblicza  Kanady.  Pamiętniki imigrantów polskich 1981 - 1989."  Prace nr.21  Canadian Polish  Research  Institute Toronto  1990

Benedykt  Heydenkorn (red) . " Pamiętniki  imigrantów polskich w  Kanadzie."  T.  II. Prace nr. 12  Kanadyjsko  Polski  Instytut  Badawczy. Toronto  1977

Benedykt  Heydenkorn (red) :" Zawiedzeni, rozczarowani,  zadowoleni.  Pamiętniki  imigrantów polskich okresu 1958 -1981"  Kandyjsko  Polski  Instytut  Badawczy. Toronto  1984

Edward  Hoagland : Notes From  Century Before.  A Journal From British Columbia" The Modern Library. New York 2002

Dirk  Hoerder : "Creating  Societies. Immigrant Lives In Canada". McGill-Queen"s University Press.  Montreal 1999

Stephen  Hume :  Frontier Women in  B.C.  - Portait of a   Nation"s  soul.  The  Vancouver  Sun. Special  Report.  December  2002

Informator FPwK  rok  2002  i  2003

Jadwiga  Jurkszus -Tomaszewska : Kronika  pięćdziesięciu lat. Zycie kulturalne Polskiej  emigracji  w  Kanadzie. 1940 - 1990" Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy. Toronto 1995

"Kto jest Kim w Polonii Kanadyjskiej 1993  Słownik  Biograficzny." Edycja II: ogolnokanadyjska. KTO Toronto 1993

Beth  LaDow : Medecine Line. Life And Death On A  North American Borderland.  Rutledge. New York 2002

John  Lukacs : "Five  Days in  London. May  1940." Yale Univ. Press.  New  Haven 1999

Joanna Matejko (red) "Polacy w Albercie.Wspomnienia i  życiorysy". Polish  Alliance  Press Ltd.  Toronto 1979

Susan E.  Merritt : Her Story II. Women  From  Canada"s Past. Vanwell  Publ. Ltd.  St.  Catherines 1995

Danuta  Mostwin : "  Trzecia  warto"ć. Formowanie się nowej tożsamo"ci polskiego  emigranta w  Ameryce."  Katolicki  Uniwersytet Lubelski.  Instytut Badań nad Polonią i Duszpasterstwem Polonijnym.K.U.L. Lublin 1985

Rosemary  Neering :  Wild West Women. Travellers, Adventurers, and Rebels.  Whitecap Books. Vancouver 2000

Hanna  Pappius  :  wydruk  internetowy dotyczący  Wandy  Stachiewicz

Kazimierz  Patalas  (red):  Przez  Boje, przez Znoje,  przez  Trud.  Kombatanckie losy. Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w  Kanadzie. Koło  Nr. 13 w  Winnipegu. 1996

 "Polskie groby na cmentarzu w Saint-Sauveur-des-Monts. Quebec. Przewodnik."  Dokumentację  zebrała i opracowała Ewa Iłowska. Polski  Instytut Naukowy w  Kanadzie. Montreal 2002

"Alicja Poznanńska - Parizeau  par elle meme" nota biograficzna

Henryk  Radecki with  Benedykt Heydenkorn : A Member  Od A  Distinguished  Family. The Polish Group in Canada. McClelland & Stewart in  assoc. with the Multiculturalism  Program, Dept. of the  Secretary of State of Canada and the Publ.  Centre, Supply and Services. Canada  1976

Barbara  Ratyńska (red) : "Pamiętniki  emigrantów. Kanada. Nr 1 - 16" Instytut Gospodarstwa  Społecznego.  Książka i Wiedza. Warszawa 1971

Anna Reczyńska :  "Piętno wojny. Polonia kanadyjska wobec polskich problemów lat 1939 - 1945"  Prace Instytutu Polonijnego Uniwersytetu  Jagiellońskiego . Kraków 1997

Wanda  Stachiewicz : Journey Through History. Memoirs. The Canadian Polish  Research  Institute.  Toronto

William I.  Thomas &  Florian  Znaniecki :  "The Polish Peasant in  Europe and America. Dover Publ.  Inc.  New York

Andrzej  Wołodkowicz : "  The Polish Contribution To  Arts  And  Sciences in  Canada." Montreal 1969

Wydruk  internetowy  dot.  Danuty  Wróblewskiej Padowicz i jej  rodziny

 Tomasz  Wyd"ga . "Na "cieżkach Kanady". Wydawnictwo  Literackie . Kraków 1961

Krzysztof  Zanussi :  "Człowiek  wykorzeniony"  Polityka nr 28 z dn. 12  lipca 2003

Aleksandra  Ziółkowska : "  Kanada,  Kanada...  Wyd Polonia.  Warszawa 1986

Anna Zurakowska (red) ." The Proud Inheritance. Ontario"s Kaszuby. " The Polish Heritage Institute- Kaszuby. Ottawa  199

 

 

PRZYPISY



[1]  W  drugiej połowie XIXgo  wieku aż do  czasów  I wojny  "wiatowej bogate rodziny angielskie wysyłały młodszych synów ( zwykle  "le wykształconych nierobów ,lub  pijaków)  do swoich  kolonii z  nadzieją, że będą tak  daleko  od W. Brytanii,  że pogłoski o ich wybrykach nie dotrą do kraju  macierzystego. Dla zapewnienia sobie spokoju  rodziny wysyłały in  stałe zapomogi  finansowe (  remittance),  pozwalające na wygodne,  czasem  hulaszcze życie w  koloniach. Por. Mark  Zuehlke : Scoundrels, Dreamers & Second Sons.  British Remittance Men in  the  Canadian  West.  2nd  ed. Rev. expanded. The Dundrum Group. Toronto 2001. Pod  koniec  XIXgo wieku bogate  anglo-saskie  rodziny kupców z Toronto  zaczęły imitować mieszczaństwo angielskie  i "nieudanych synów"  wysyłać  na zachód Kanady,  aby tam nabrali  ochoty do  powrotu  na drogę pracy i  bogacenia się.  Byli  to więc kanadyjscy "remittance  men".

[2]  H, Radecki & Benedykt  Heydenkorn :" A Member of a Distinguished Family. The Polish Group in Canada " McClelland and  Stewart in  association  with the Multiculturalism  Program,. Department of the Secretary of State of  Canada, and the  Publ.  Centre,  Supply and Services. 1976  :  "The first arrivals, the precursors of mass Polish immigration of  the  1896-1914  period, were received with all the curiosity and at best aroused by any people who  came in "outlandish" garb  speaking an incomprehensible language,  exhibiting "peculiar" customs. Within a few years with growing number of  the  arrivals curiosity changed to anxiety, then to  alarm. The  newcomers  were too  strange ! Illiteracy and backwardness would retard  the development of  Canada" society. Their customs and traditions made them  unsuitable"subjects for Canadian  citizenship.  "str.  44   I  dalej  ci sami  autorzy   piszą  " The Poles  (and other Slavs) were depicted as  ignorant and cruel, a dirty, uncivilized people frequently  giving  vent  to lawless outburst which strained  the existing agencies to the  utmost.  The customs  and  traditions in  which  they  had taken  pride were regarded with contempt, even despised. It  was belived that they  were  only  suitable  for the  most menial work in  farming, building roads, digging  for coal  and similar tasks, under the supervision or direction of a Canadian." Str. 45  / moje podkre"lenie/

[3] por. Pierre  Berton  : " The  Promised  Land. Settling the  West 1896 - 1914" str.44 i nast.

[4]  Dirk  Hoerder :  " Creating  Societies, Immigrant Lives in  Canada". McGill-Queen"s University  Press 1999.  str. 156

[5] Tamże  str.156  za  J.Matejko : "Polish  Settlers in  Alberta"

[6] Pierre  Berton : "The Promised Land.  Settling The West 1896-1914"  Anchor Canada  2002  str. 294

[7] W.L.MacKenzie  King, który po raz pierwszy był premierem Kanady w latach 1919-1926  powiedział :  " The people of Canada do not wish, as a result of mas  immigration, to make a fundamental  alteration in the character of our  population.,Por.H  Radecki & B. Heydenkorn : A member  of a Distinguised Family. The Polish Group in Canada." McClelland and Stewart  in  association with the Multiculturalism  Program, Department of the Secretary  of State of Canada  and the  Publ.  Centre, Supply & services  Canada  1976   -  motto  na wstępie

[8] Robert  Collins :"You Had To Be  There. An  Intimate Portrait of The  Generation That Survived The Depression,  Won  The  War, and  Re-invented Canada." McClelland & Stewart  Inc.  Toronto 1997

[9] Por. O Budrewicz :" Rodacy  spod klonowego li"cia".  Wyd. Interpress. W-wa 1980  oraz A. Ziółkowska :  "Kanada, Kanada", Wyd. Polonia. W-wa 1986

[10] Morton  Beiser  :  "Strangers at the  gate. The Boat  People"s  First  Ten Years in Canada". University of  Toronto  Press.  Toronto  1999

[11] Robert  Bothwell & J.L.Granatstein :  " Our  Century.The  Canadian Journey in the  Twentieth  Century" McArthur &Co.  Toronto 2000  :  "" One  historian had it precisely  right."Canada is a  peculiar nation - he wrote- Peopled by  immigrants, it is a country that  hates  immigrants"  str.27

[12]  Minister  Spraw  Wewnętrznych  Kanady,  Clifford  Sifton  nie pozwalał   wspominać  o  surowo"ci  zimy w  preriach,  co  najwyżej można było  używać   zwrotu  "invigorating  climate"- ożywczy klimat

[13] Anna  Żurakowska (red) : " The Proud Inheritance. Ontario"s Kaszuby."  The Polish  Heritage Institute " Kaszuby. Ottawa 1991

[14] M.Beiser :" Strangers at the  Gate The  Boat People"s First Ten Years  in  Canada."  University of Toronto  Press,  Toronto 1999.  Preface.

[15] Por.  Pierre  Berton :" The  Promised Land.Settling the West 1896-1914" Anchor  Canada  1894

[16] William I.Thomas & Florian Znaniecki :  " The Polish Peasant in  Europe and America"  Vol  II. Dover Publ. Inc. New  York  :" " The  Polish  American  society as a  whole is indeed  slowly evolving from  Polonism  to  Americanism, so shown by the fact that its members, particularly those of the second  generation, are continually  acquiring more  American  attitudes and being more influenced by  American civilization. But this "assimilation" is not an individual but a group phenomenon, to be compared with such  processes as  the  progressive Germanization of  Czech society up to a hundred years ago or  the adoption of French culture by Polish, Russian and German aristocraties in the  course of the  18th century.str .1469

[17] Instytut  Socjologii w  Warszawie -  Institute of Social  Economy

[18] Barbara Ratyńska  (red) : "Pamiętniki  emigrantów. Kanada. Nr. 1-16" Instytut Gospodarstwa  Społecznego W-wa 1971

[19]  D. Mostwin :  "Trzecia warto"ć.  Formowanie się nowej  tożsamo"ci polskiego  emigranta w  Ameryce.  Katolicki Uniwersytet Lubelski.  Instytut Badań nad Polonią i Duszpasterstwem  Polonijnym. Lublin 1985

[20]  Pojęcie  "trzeciej  warto"ci" zostało  wprowadzone przez Jana  Łukasiewicza, filozofa , logika i profesora  uniwersytetów w  Warszawie, Lwowie i Dublinie.

[21] D. Mostwin :  "Trzecia warto"ć:  Formowanie się nowej  tożsamo"ci polskiego emigranta w  Ameryce." Katolicki  Uniwersytet  Lubelski. Instytut Badań Nad Polonią i  Duszpasterstwem Polonijnym.  Lublin 1985.  str.  33

[22]  Tamże  rozdział  pod tym  samym tytułem  str.51 do 64

[23] Tamże  str. 53

[24]  Tamże  str. 35

[25] Anonimowa  mini-ankieta z 1998/99r. Respondentka oznaczona symbolem ZC

[26]   B. Heydenkorn (red) : "Ale i  słaby  nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 -1989" Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy.  Toronto  1990 :  Malwa :  "To nie jest   kraj  moich  marzeń"  str. 439 i440

[27] D. Mostwin : " Trzecia warto"ć.Formowanie się tożsamo"ci polskiego  emigranta w  Ameryce"Katolicki  Uniwersztet Lubelski. Instytut Badań nad  Polonią i  Duszpasterstwem Polinijnym. Lublin  1985  str.53

[28] Marie A. Jabłońska : " My Cultural Shock in Canada" w J.Matejko (red) : "Polacy w Albercie. Wspomnienia i  biografie." Polish Alliance  Press Ltd. Toronto 1979 ...What I intend to describe is the series of  cultural shocks that average  middle-class European would experience on  arrival in North  America, in  the fifties as a penniless immigrant. But before I begin to get  into  this"that ..I  am  perfectly adjusted to life here, I do not regret our decision of choosing Canada as our adopted country and I do not intend to go back to Europe except to visit old friends"Secondly I do not want  to be misunderstood. My purpose is not to criticize or ridicule anything Canadian. I simply  want to point out some differences as I saw them,  between the ways and attitudes I  was  used to in   Europe and the ones I found here.  And believe me, I was  constantly surprised, shocked and often very critical. No wonder,since I brought with me the whole baggage of European snobbery and prejudices

[29] Agatha  Puzianowski :  Experiences of a Domestic and Miner"s  Wife" w  J.Matejko :" Polacy  w Albercie. Wspomnienia i biografie. Polish Alliance Press  Ltd.  Toronto 1979 ..." In  those days you never said no to your parents, so I  just listened."..str156.  także D. Hoerder :  "Creating Societies .Immigrant Lives in Canada." McGill-Queen"s  University Press.Montreal 1999.  str.170

[30] Nie znalazłam żadnej publikacji na ten  temat i opieram  się tylko na opowiadaniach pani  Marii  G., których  słuchałam w 1965 r w  Ottawie, podczas mego tam pobytu.

[31] Por.  Barbara  Ratyńska (red) "Pamiętniki emigrantów. Nr. 1-16. Kanada."  Książka I Wiedza.  Warszawa  1971. str.459

[32]  R. Collins : You  Had To Be There " McClelland & Stewart Inc. Toronto 1997 :   "  As  the  "Post" lamented  -   Because so many  women are interested in  marriage,  high salaries seem to  have little effect in  boosting  the supply of secretaries, steno and typists" str.158

[33] Nawet  po  wojnie praca zarobkowa mężatek była uważana za ujmę honoru  męża, który powinien był dosyć zarobić  na utrzymanie swojej  żony

[34] W  ten sposób w roku  1966 młody  polski inżynier tłumaczył mi wyra"ne rozgraniczenie "wiata jego i jego  żony.

[35]  Respondentka mini  ankiety o symbolu  A

[36] Tylko  jedna z respondentek mini-ankiety ( o symbolu K ) przybyła przed  rokiem  70-tym,  i  cztery respodentki z lat 1986 i następnych ( o  symbolach 0,U,ZA,ZB)  podkre"liły że wzrosła ich duma narodowa.

[37]  Zobojętnienie wobec Polski i jej kultury podkre"liło 16 respondentek , natomiast 11 o"wiadczyło że ich stosunek do Polski i jej spraw się nie zmienił .

[38]  J. Matejko (red) :" Polacy w  Albercie. Wspomnienia i  życiorysy."Polish Alliance Press Ltd. Toronto 1979 : Agatha  Puzianowski :" Experiences of a Domestic and Miner"s Wife" ..."Time passed.I  began to like my  job very much. Money was coming steadily.  Each week I put three dollars in the bank, bought myself something  for my hope-chest. After eight or nine months I  had save one hundred and eighty dollars,  fixed my teeth and had all  the clothes I could wear. I  was sitting pretty !  str.158

[39] D. Hoerder :  "Creating Societies.Immigrant Lives  in Canada." McGill-Queen"s University Press. Montreal 1999.  str.134

[40]   R. Collins: " You Had To Be  There" McClelland &Stewart  Inc. Toronto 1997 "" Going into  fifties the  National Empoyment Service had  4,296  vacancies  for women in  Toronto alone and only 2,453  applicants."  Str.159

[41] W  niejednym  małżeństwie imigranckim po kilkunastoletnim  albo nawet dłuższym pożyciu  dochodziło do rozwodu,  ponieważ żona,  "wiadoma swojej  samodzielno"ci finansowej stawiała  mężowi nowe  warunki.

[42]  B  Heydenkorn (red) : "Ale i słaby nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 - 1989." Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy. Toronto 1990 :  Kasia : "Wolna i niezależna" str.485

[43] Anegdota powtarzana w "rodowisku  polonijnym w latach  60-tych  ub. wieku

[44] J. Matejko (red): "Polacy w Albercie. Wspomnienia i życiorysy."Polish  Allince Press. Toronto 1979  oraz  H.Radecki with  B. Heydenkorn : "A Member of a Distinguished Family. The Polish Group in  Canada" McClelland &  Stewart  in  assoc. with the  Multiculturalism  Program,  Dept. of the  Secretary of State of Canada and the  Publishing  Centre, Supply and Services. Canada 1976.

[45] . "Polacy w  Brytyjskiej  Kolumbii". Tow.  "Watra" Vancouver 1988. Przedmowa str 11 i 12

[46]   Tamże  str.11-13

[47]    CPR (  Canadian Pacific Railway)  była  prywatną  linią kolejową zbudowaną w latach 1881 - 1885

[48]  Pierre  Berton :  " The  Promised  Land. Settling the West  1896-1914" Rozdział  4 " Issac Barr"s  Lambs"  str. 102 i następne

[49]  Por.M. Zuehlke : " Scoundrels, Dreamers &  Second Sons.  British  Remittance Men In  The  Canadian  West." The Dundurn  Group. Toronto  2001

[50] Na udany  zakup  jakiego" brakującego   zazwyczaj  towaru mówiono  np "toż to istna Kanada"

[51] Pierwszych  pó"niejszych osadników Wilna Kanada   przyjęła jako  pracowników budowy  drogi w  Ontario. Ponieważ  przybyli oni  z rodzinami więc  przenoszenie tymczasowych obozów było utrudnione i imigrantów skierowano na "wieżo otwierane  tereny w  okolicy  Barry" Bay,  Ontario. Ziemia tam  była mało  urodzajna, ale tereny przypominały  faliste wzgórza polskich  Kaszub.  Osadnicy wybrali więc  swoje działki, które  zagospodarowywali  wspólnym  wysiłkiem całej  grupy. Razem stawiali  budynki na poszczególnych  farmach i  razem  żniwowali. Kobiety w tej  wspólnocie miały wielki udział. One razem zbierały pokłosy za żniwiarzami, one przygotowywały  posiłki dla pracujących załóg, one leczyly domowym sposobem chorych (  pó"niej  pielęgniarstwo było drugim zawodem  najczę"ciej   wybieranym  przez  córki i  wnuczki tych  osadników)..

Imigranci powojenni z  Ottawy -  jedynego  większego miasta położonego  we względnej blisko"ci   Wilna -  bardzo się   zainteresowali polskim osadnictwem   kanadyjskich  Kaszub  zaczęli   budować tam swoje domy   letniskowe, pomogli w zorganizowaniu O"rodka harcerskiego i w  promowaniu  polsko"ci  ontaryjskich  Kaszub. Dzi" istnieje Instytut Polskiego D ziedzictwa  Kaszubów-  The Polish  Hetitage Institute -Kaszuby, którego  obecną  przewodnicząca  jest  Anna Zurakowska

[52]  H. Radecki & B. Heydenkorn :  "A Member of a Distinguished Family. The Polish  Group in Canada".McClelland and Stewart in  association with   Multiculturalism  Program,  Dept. of the  Secretary of State of Canada 1976  :"  I  think a stalwart  peasant in a sheep-skin  coat,  born on the soil,  whose forefathers have been  farmers for ten generations,  with  a  stout wife and a half dozen children is good quality"str. 43. W ten sposób C.Sifton w 1897 roku publicznie o"wiadczył swoje poparcie dla zasiedlania Prerii przez  rodziny emigrantów z  Europy  centralnej. Wypowied" ta  wzbudziła wiele dyskusji w społeczeństwie wogóle niechętnym imigrantom.

[53]  Tamże  str.45

[54]  J. Matejko ( red) : "Polacy w  Albercie.  Wspomnienia i życiorysy" Polish  Alliance  Press  Toronto  1979 :  " Carolina  Dziurzyński : " ...We arrived in  Halifax  dizzy, pale and tired of the sea. Julia had some relatives in Toronto.  She  planned to  go  there. Rumors were, that Western Canada  was  shivering from  cold and lots of snow, similar to Siberia,  therefore many immigrants were going East to Ontario. Many of us decided to leave our suitcases on the train and get off somewhere  in  Ontario.  We put our best clothes,  grabbed whatever we could, and when  the train  stopped  few of us ran to the washroom and waited there. We hoped that as soon as the train left the station we would be able to get out and look  for work.  We did  not suspect that we were watched and counted. As soon as we crowded inside the  washroom the police knocked at the door. We tried to be quiet and not make any sound.  The policeman pushed the door open and grabed me by the arm while policewoman took  Julia. They  took  us back to the train under arrest.They  took  our documents and addresses and isolated us from the rest of passengers.  I will  always remember the way those immigrants would sneak out at smaller stations and never  come back.  Julia and I  were going to Winnipeg with the rest,  quiet as mice, afraid to get off the train when it stopped at station. In W innipeg, a Polish priest told us to be careful, not to  run  away, go to our  destination, learn Engish as soon  as we could and everything  will be fine""  str. 84

[55] Granica  międzynarodowa  kanadyjsko-amerykańska nigdy nie stanowiła zapory przed   kontaktami pomiędzy ludno"cią obu krajów. Było naprzykład  sprawą zupełnie normalną robienie zakupów w bliższym miasteczku czy osadzie amerykańskieij  aniżeli w odleglejszych miastach  kanadyjskich. Por. Beth LaBow : "  Medecine Line.Life and death on a  North American  Borderland " Routledge.  New York 2002

[56] J. Matejko (red) : "Polacy w  Albercie. Wspomnienia i  życiorysy." Polish  Alliance Press. Toronto  1979: Paweł  Piskunowicz: "A  Homesteader.  str.403

[57] D.Hoerder : "Creating Societies. Immigrant  Lives in  Canada".McGill-Queen"s  University  Press. Montreal  1999  podaje za  Laure  Salverson : To my  excited  fancy, they seemed a race of hairy monsters stewing in  their own reek, like animals in the circus. I  could not skip throught them  fast enough. That is  how I came to trip, sprawling on a huge fellow who  lay spilled out in peace"I  lost"my gift of flowers and if I didn"t scream, it was because the fright was shocked out of me when a huge bolster jacked-up like spring and the big bearded face"crinkled in smiles. What was more, the surprising creature retrieved the boucquet of flowers" a woman beside him snatched them from  his hand and buried her grimy face in the sweet petals. " str.125

[58]  tamże  : "A  standard  pattern of  family reunification  emerges  from  the life-writings : the shack prepared by the man would elicit a  horrified look  from  the arriving wife,  who immediately set to work to provide some feeling of comfort"  str. 170

[59]  J. Matejko (red) :" Polacy w Albercie. Wspomnienia i  życiorysy." Polish  Alliance Press. Toronto 1979:  W.M. Zientarski : "In Honor Of Polish  Settlers"   str. 425  

[60] Pierre  Berton : " The  Great  Depression 1929- 1939." Anchor  Canada  2001  str.109 i 110

[61]  J.  Matejko (red) : "Polacy w  Albercie.  Wspomnienia i życiorysy." Polish  Alliance  Press.  Toronto 1979 :  Evangeline Yagos : " The Jakubiec Family" : " Theresa helped  Mike  with almost everything. She milked the cows  and sold  butter, eggs and cheese which she made  from  fresh milk. The demand was  always greater than supply.  Theresa always kept a large garden and made her own syrup, jams and jellies from  saskatoons and  chuckberries. She also canned meat, poultry and fat and made  her own barley sausages ( kiszki), headcheese and pork  sausages. She was clever with sewing machine and made all the children clothing and all the household linen. She  taught her daughters to sew, embroider, knit, crochet, weave and hook the rugs the way she has been  taught in Poland. Making rugs was her winter  hobby and Theresa used her own desins."  Str. 97

[62]  Leslie Pietrzyk :  "Pears on a Willow  Tree" Avon  Book 1998.  "  There was no  choice for me Helen,-  my grandmother said.  If I didn"t cook, we didn"t eat. Life was simple that way. There were  two  choices only, cook  and  eat, don"t cook and go  hungry"/ i następnie/ But when I  think of those days when every  meal was a struggle"I worked for every  meal, I  thanked God for every potato and every shred of cabbage, every drop of soup, each crust of bread." Str.  3  i  5

[63]  Bywało np  w  Bryt. Kolumbii,  że do lekarza szło się tydzień jak pisał Stephen  Hume w  "Frontier  Women in  B.C" :Special  Series. Vancouver Sun.  Saturday Dec. 7  2002.

[64] J.Matejko (red): "  Polacy w  Albercie.  Wspomnienia i  życiorysy." Polish Allliance Press.  Toronto 1979 : "The Andreyczuk  Heritage"  str.  28

[65]   Tamże  :Agatha  Puzianowski : "Experiences of a Domestic and a Miner"s  Wife  : "One Sunday afternoon when  everything was done and I  had a few hours to myself, I  found I had no-where to go and no-one to talk to. I said to myself  "This is the day.I must end it all. I have no reason to go on  living"   I walked to the   barn,  took the halter rope from the stall and went through pasture into the  woods.  This was the same pasture that calves were  kept  in. I  found myself a good sized tree climbed  up and  tied the rope around a thick  branch. I got down and did a prayer to God, asking Him to forgive me what I was about to do. I was just finishing  my  prayer when  those pesky calves stared to  stamped towards me" The calves must come to me to  seek protection, and without a second thought, I grabbed a stick and chase the dogs away. Those  few  minutes  changed everything.  Everything looked somhow different and I didn"t feel the same . I  felt some power from God. Call it what you wish but those calves that plagued me for three years paid their due   by saving my life." Str.154

[66] Ze wspomnień  mojej  matki słuchającej w pierwszych dziesięcioleciach  XX wieku w  Polsce opowie"ci o. Kulawego (OMI) o jego  działalno"ci misjonarskiej w dalekich preriach  kanadyjskich,  opowiadanych  mi  przez  nią w latach  pó"niejszych.

[67] Informacje dostępne wówczas nowym osadnikom ze "ródeł oficjalnych często  były bardzo skąpe ( por. D. Hoerder)

[68]  J. Matejko (red)  :  "Polacy w  Albercie. Wspomnienia i  życiorysy." Polish  Alliance Press. Toronto 1979 :  A. Puzianowski: " Experiences of a Domestic and a  Miner"s Wife"  :"By the time I  was a jack of all trades. I could  cook,  wash,  iron, drive a team, milk cows and even stack  grain;  so  I was not afraid of any kind of work"  str.155

[69] Tamże  : One Sunday  morning my  father came to take me home for dinner" Father was extra nice to me. I couldn"t figure out why he was treating me lika a special guest. All of sudden he came out with the idea that I should be thinking of becoming someone"s wife" I didn"t answer yes  or no.  In  those days you  never said no to your parents,  so I just  listened"Around two o"clock the two  bachelors  arrived for dinner" They  looked like my grandfathers, never mind my  husbands"  str.156

[70] Smaczne I obfite posiłki  były w owych czasach ważnym czynnikiem  przyciągania robotników sezonowych. To  też gospodarze dokładali starań aby sława posiłków u nich była  szeroko znana

[71] W. Thomas &  F. Znaniecki: " The Polish Peasant in  Europe and America" VOl  2. Dover  Publ. Inc.  New  York : " And striking phenomenon, the central object of our investigation, is the  formation of the coherent groupe out of originally incoherent elements, the creation of a society which in structure and prevalent attitudes is neither Polish nor American  but constitutes a specific new product whose raw materials have partly been drawn from Polish traditions,  partly from the conditions in  which the immigrants live""  str.1469

[72]    B. Heydenkorn (red) :  "Ale i  słaby nie zginie.  Różne oblicza Kanady.  Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 -1989"  Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy. Prace Nr.  21 Toronto  1990  : Anna : "Uporczywie do celu"  str.276

[73] To  był o tyle szczególny  przypadek, że w pierwszych latach emigracji Polacy byli  przeważnie zbyt biedni, aby  podróżować zaprzęgiem koni,  więc przemierzali przestrzenie  trzech prowincji  preriowych pieszo. Podczas tych  wędrówek  zdarzało się,  że (  zarówno mężczy"ni jak i kobiety) tonęli w rzekach, ginęli napadnięci przez  dzikie zwierzęta, lub w zimie poprostu zamarzali.  Sporo też było wypadków związanych z pracą w polu lub buszu.

[74] R. Radecki & B. Heydenkorn : "A Member of a Distinguished Family. The Polish  Group in  Canada." McClelland & Stewart in assoc. with the  Multiculturalism  Program, Dept.  of the Secretary of State of Canada and the  Publishing Centre Supply and Services, Canada  1976  :"  and they/Poles/ Were of great concern to police forces when  accused of drunkenness,  brawling,   political radicalism or truancy"  str.  44

[75] Ella  Constance  Sykes, bogata I  wykształcona Angielka  przypłynęła do Kanady w 1910 roku, aby  opisać  swoją wyprawę w "wiat pionierów kanadyjskich.  Po  6 miesięcznym pobycie powróciła do Anglii.

[76]  Pierre  Berton  :  "The  Promised Land.Settling the West 1896 -1914." Anchor  Canada 1984  "" I  remember asking him what was the  colour of our bedroom paper, as I wanted to  get a toilet-set to match it. He didn"t  say much then, but I  shall never forget my feelings when I  found our new home was just a one-roomed wooden  shack divided in  two with curtain, and not papered at all. It was awful shock to me"But now that you are well off your life is much easier isn"t it ś zapytała Miss Sykes. The reply astonished her : I  had less work when I  began my married life as a poor woman than  I have now. It was,  she said,  the farmer"s passion to  buy more and more land :  They will  sacrifice everything to that and the house and its comforts have to come last.  My husband buys  every acre he can  get and of course has to  engage hired men to work his farms; and the more men there are, the more work it is for a woman"" str. 157

[77] Tamże "" The fastidious Miss Sykes was taken  aback at first to  find that meat,  potatoes,  vegetables, and dessert were  all served on  the same plate,  but relieved later to realize that this meant nine fewer dishes to wash. The three children she found "rough, mannerless and unruly" and ascribed these failings to the fact that, as in many similar cases,  their parents were simply too  busy,  toiling from dawn  to  dusk, to pay much attention to  them. Mrs.  Brown was comparatively young, but looked  older than  her years,  worn out by ceaseless toil" She couldn"t rest and take things easy"I haven"t a single good word for the prairie,  she said, and I  got to  hate the very sight of a man when I  am there. Why ś Because a man meant preparing a meal""  str.  161

[78] Tamże  ..." Aren"t  there some women who love the  life ś she  asked. In  England we hear so much of "the call of the  prairie . There may  be some, but I  never met them. All my  friends hated the loneliness and the lack of amusement and the same dull round day after day. Do you know, if I  ever sat down and wrote or did some sewing, Kitty( her daughter) would come up to me to ask whether it were Sunday, so  astonished was she to see me resting,  as on  weekdays I  was on  the  "go" all  the time." Str.  161

[79]  Dancing  girls  nie  były  prostytutkami.  Zarabiały na życie  pokazami  tanecznymi, niekiedy graniczącymi z akrobacją  oraz  na zachęcaniu  mężczyzn  do  picia alkoholu. Na dowód swoich  wpływów  w tym  zakresie,  zbierały  korki  z  pustych  butelek i  pó"niej na tej podstawie   rozliczały się  z wła"cicielami  barów  otrzymując procent od  ich   zysków

[80] Taką  wędrowną poetką-recytatorką  była Paulina  Johnson- T ekahionwake,  córka  wodza Mohawk  i matki Angielki z  Ontario.  Dzi" uważana za  jedną z wybitnych poetek kanadyjskich.

[81]  D.Hoerder :" Creating Societies. Immigrants  lives  in Canada." McGill- Queen" University  Press. Montreal 1999. : ""  some of them carried their trade out along "Just a rough floor, not even with  planed lumber, with couple big tents over.There"d be a piano player and the sell whiskey and other  drinks.  Each of the girls would have their own little tent. It"d be  there  three to  five dollars or up to  eight  dollars / in the 1910s/ to go and visit them  there. And every few weeks when main  camp moved that  dance hall set-up would pack up and move right along with them.  Str. 146

[82]  Pierre  Berton : "The Promised Land.  Settling The West 1896 - 1914."  Anchor Canada  2002. : " In  Regina"s  Germantown there were five hotels with saloons, seven pool  halls,  but onle three dance halls. These were crowded and noisy,  frequented by prostitutes, and plagued by  drunken brawlers, but for many a lonely immigrant they provided the only  respite from a harsh existence." Str. 295

[83] W niektórych latach przed  I  wojną "wiatową przez  prerie przesuwało się ponad 100 000 samotnych mężczyzn.

[84]  Dirk  Hoerder :" Creating  Societies.Immigrans Lives  in Canada." McGill-Queen"s University Press. Montreal 1999 : za Rolf  Knight,  Bill Johnstone i  Bickersteth : "Neither sex workers nor customers would have considered themselves immoral. What was angrily mentioned by women was sexual harassement." Str. 147

[85] Rosemary Neering :  "Wild West Women. Travellers, Adventureres and Rebels." Whitecap Books. Vancouver 2000  str.78

[86] Pierre Berton : "Promised Land.Settling The West  1886-1914". Anchor Canada 2002 "" And it was to Beaman that Chief McRae went for help in  the switch of location  Beaman  bought twenty-two buildings and resold them to the madams at sky-high prices, making a total profit of seventy thousand dollars before he vanished. He was almost certainly a front man for the chief or the  chief"s friends, or the local politicians, or perhaps all three   str.297

[87] Rosemary Neering:  "Wild West Women. Travellers, Adventurers and Rebels." Whitecap  Books. Vancouver 2000  str.  78

[88] Por. T. Wyd"ga: " Na scieżkach Kanady" Wyd. Literackie. Kraków 1961 str. 139 i140

[89] W  czasie wycieczki po Prowincji  Albercie wraz z kolegami z University of Edmonton w roku  1966 zostali"my  zaproszeni do  domu polskiego  farmera pamiętającego dobrze  kryzys lat  30-tych. Jego  żona domorosła poetka opowiadała nam o znaczeniu posiadania domu i o  tym  jak można się do niego  przywiązać. Ona sama napisała wierszem  "Odę do mojego domu"  jako pożegnanie przed  nadchodzącą sprzedażą  farmy i przenosinami  naszych miłych  gospodarzy do miasta. Niestety wiersz  i nazwisko poetki  zaginęły mi podczas przeprowadzek.  Pozostała w  pamięci intensywno"ć uczucia z jaką owa para starszych ludzi odnosiła się do domu  zbudowanego ich własnymi rękami.

[90] Pierre  Berton :" The  Great Depresssion 1929 -1939." Anchor  Canada 1990  "  They present a problem at any time that should rest primarily upon local resources". Deserted  wives  and single girls should be taught housework. Women on  mothers"  allowances did not " form a justifiable charge"  str.138

[91] Barbara  Ratyńska (red): "  Pamiętniki  emigrantów. Kanada  Nr. 16" Książka i W iedza. Warszawa 1971  (  żona robotnika-pończosznika, córka rolnika,  ur1920)  pisze o  życiu  w małym  quebeckim  mie"cie

[92]  Tamże  str. 459

[93] Znajoma  moja, zmarła  przed  laty,  magister  sztuk  pięknych i tłumaczka ze szwedzkiego na angielski opowiadała mi  o  swoim pierwszym  mieszkaniu w  Montrealu,  krótko  po  wojnie, u  zasymilowanej  dawno Polki " A to powiedziała moja gospodyni wskazując na łańcuszek przy  WC w ubikacji -  służy do "ciągania wody-  Tak,  wiem, odparła moja znajoma -  Ach tak,  zdziwiła się  gospodyni -  ja nie wiedziałam". Oczywi"cie obie rozmawiały po angielsku bo gospodyni już   dawno zapomniała  polskiego.

[94]  D. Hoerder : "Creating  Societies. Immigrant  Lives in  Canada". McGill-Queen"s University  Press. Montreal 1999.  str.  134

[95] H.Radecki$ B  Heydenkorn :  "A  Member of a Distinguished  Family.The Polish Group in  Canada.McClelland &  Stewart in  assoc. with  Multiculturalism Program,  Dept. of the  Secretary  of State of Canada and The Publishing Centre, Supply and Services. Canada 1976  str, 45 i  46

[96] Pierre  Berton : " The  Great  Depression 1929-1939"  Anchor  Canada 2001  str.  142

[97] Pierre  Berton : "The  Great  Depression 1929-1939."Anchor  Canada 2001  str 240  i  następne

[98] Zjawisko  to  było  wielokrotnie  opisywane i  dokumentowane

[99]  Towarzystwo Białego Orła założone zostało w  Montrealu w 1902 r. Pod początkową  nazwą Towarzystwa Synów Polski pod Opieką Matki Boskiej  Częstochowskiej  dla obrony wspólnych interesów Polaków osiadłych w Montrealu, biednych, nie znających języka i wyobcowanych. Ponieważ w  początkach  XX-go wieku  w  Montrealu mieszkało ogółem 274 Polaków a w momencie zakładania Tow. Białego Orła liczyło tylko  8 członków więc dołączone zostało do amerykańskiej  organizacji  polonijnej Związku Narodowego Polskiego z siedzibą w  Chicago. Por. Radosław Rzepkowski(red) : " Księga Pamiątkowa.  100 lecie Towarzystwa Białego Orła i Polonii  Montrealskiej.  Montreal 2002

[100] Autorka nie mogła zautoryzować nazwiska szcę"liwej Polki z  jej  żyjącą spadkobierczynią, dlatego posługuje się pseudonimem  Kopciuszka.

[101] Podobnie jak w  poprzednim przykładzie nie mogłam zautoryzować tego wspomnienia wobec tego posługuję się tylko inicjałem

[102] Kazimierz  Patalas (red) : " Przez  Boje, przez  Znoje,  przez Trud. Kombatanckie losy." Stow.  Polskich  Kombatantów w Kanadzie.Koło  Nr. 13 w  Winnipegu.  1996  str. 355

[103] Już  w  maju  1940  roku  znalazło  się w  Anglii  ponad  100 000  uchod"ców z różnych  krajów Europy okupowanej  przez  Hitlera. Por.  John Lukacs :  Five Days in London.May 1940. Yale Univ. Press 1999. str. 173 i nast.

[104] Istnieją niezgodno"ci co do liczebno"ci grupy " inżynierów polskich"  i  dokładnej daty ich  przybycia do Kanady.  Por. Andrzej  Garlicki : "Polacy w  Kanadzie".   Biuletyn jubileuszowy Polski Instytut  Naukowy w  Kanadzie i  Biblioteka  Polska im.  Wandy Stachiewicz.  Montreal 1993 str. 24 i nast.

[105] Por.  Anna  Reczyńska :" Piętno wojny. Polonia  kanadyjska wobec polskich problemów lat 1939 - 1945".  : " Używano w stosunku do nich okre"lenia  "inżynierowie", mimo, że nie wszyscy w tej  grupie posiadali aż tak  wysokie kwalifikacje" str. 129 i 130

[106] Terminy Starej i  Nowej Emigracji i  Starej i  Nowej  Polonii  są widocznymi znakami różnic pomiędzy dwoma kolejnymi  etapami napływu Polaków

[107] A. Reczyńska : " Piętno  wojny.Polonia kanadyjska wobec polskich problemów lat 1939-1945". Prace Instututu Polonijnego Uniwersytetu  Jagiellońskiego. Kraków 1997  str. 125

[108]  Tamże  str.  125 i 126. Należy  dodać że jeszcze przed  drugą wojną działały w  Kanadzie grupy komunistów, finasowane i kierowane przez ZSRR. Ubodzy polscy imigranci, pozbawieni własnych polsko-kanadyjskich wzorców sukcesu społecznego ,ciągle jeszcze bardzo słabo  wykształceni byli przed i po   II wojnie  "wiatowej  częstym  przedmiotem zabiegów kanadyjskich komunistów, którzy  żerowali na dysproporcjach ekonomicznych w całym społeczeństwie. Pismo  "Związkowiec" wydawane w  Toronto miało przez  pewien  czas w okresie II  wojny  "wiatowej redakcję wyra"nie znajdującą się pod wpływami komunistów.Por.  także H.  Radecki & B.  Heydenkorn : A Member of a Distinguished  Family. The Polish  Group in  Canada. McClelland & Stewart in  assoc.   with the  Multiculturalism Program, Dept.  of the  Secretary  Of State of  Canada and the  Publ. Centre, Supply and services Canada  1976  str. 44

[109]  R. Collins :  You  Had To  Be  There. An  Intimate Portrait Of  the Generation That Survived The Depression, Won The War, and Re-invented Canada". McClelland & Stewart  Toronto 1997.  Rozdział  p.t. "The Sens of A Woman" str. 156-191

[110]  J.Bobak :" Uchod"cy czy  karierowicze"  Związkowiec 21 lipca 1940

[111] Autentyczna historia opowiedziana mi  przez generała Antoniego  Szyllinga, męża mojej dalekiej  ciotki.

[112]  W  Stachiewicz :  "Journey  Through  History.  Memoirs". Canadian-Polish Research Institute.  Toronto "  "I had to  make all the decisions on my  own, and  for that purpose I had to develop a new facet of my personality- to become toughter and less sensitive when  faced with  human indifference.  Also I had to  forget about pride. I  confess  it left me drained." Str.  88  i   89.

[113]  W.  Stachiewicz:  "Journey Through History. Memoirs."  Canadian-Polish Institute Toronto. :"This resulted in my giving a series of lectures on Polish history at McGill University, illustrated with  films, music and poetry recitals."  Str. 97  i  98

[114]  Tamże ..." I  requested that the two Canadian ladies be  awarded  a Polish decoration.  My recommendation  was accepted, and both  Eleanor Whitehead and Nora MacDowell were awarded the Golden Cross of Merit""  str.  94

[115] Tamże: ..." From  the moment I  came to Canada,  I nurtured in my mind the idea of organizing a cultural centre for Polish intellectuals where they could meet and work with Canadian scholars and introduce them  to Polish  culture". Str .  111

[116] Przez pierwsze lata istnienia P.I.N. był oddziałem Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym  Yorku,  ponieważ tam osiadła większo"ć polskich naukowców-  uchod"ców wojennych.

[117] Por. Paweł  Wyczyński : ť  Institut polonais  des arts et des sciences au Canada. ť./ Biuletyn jubileuszowy 1993. Polski Instytut Naukowy w  Kanadzie i Biblioteka Polska im. Wandy Stachiewicz. Montreal 1993  str. 3

[118] W  pierwszych latach wojny  popularno"ć Polakówna w"ród Aliantów  była  znacznie  większa aniżeli w pó"niejszych latach   zmagań wojennych, kiedy  zarówno Churchill  jak i  FD Roosevelt domy"lali  się lub wiedzieli  już o  ekspansjoni"mie Stalina. W  Kanadzie jednak proces zmiany nastawienia do  polskich  imigrantów  był  znacznie bardziej  skomplikowany, ponieważ w pierwszych latach wojny   Kanadyjczycy jeszcze  ciągle my"leli o  Polakach w  kategoriach  pogardzanych imigrantów -  nieuków, ale  już w 1940 r., w  generałowa   Stachiewiczowa  wygłaszała  w Montrealu  szereg  wykładów( z  prze"roczami  i muzyką)  o  polskiej  historii i  kulturze  podkre"lając  wkład  kulturalny jaki Polacy wnie"li do kultury  "wiata. To  oczywi"cie   wywoływało  zamieszanie w umysłach  wielu  m łodych Kanadyjczyków  popychające ich do  głębszego  studiowania kultury polskiej. Imigranci  wojenni  znale"li na to niemal natychmiastową odpowied" w  postaci oferty założenia Centrum Studiów Słowiańskich na Uniwersytecie Montrealskim pod  kierownictwem  prof.  Teodora Domaradzkiego,  który otworzył je w  Montrealu  w 1948.Podobne wydziały studiów słowiańskich  otworzył następnie   na uniwersytetach w Windsor i  Ottawie. T.  Domaradzki  był  dyrektorem    Centrum w  Montrealu i jego   profesorem literatury polskiej i  słowiańskiej   od 1948 do  1976 roku.

 

[119] W latach 80-tych zdarzyło mi się, że polski  hydraulik, emigrant po-solidarno"ciowy zapytał mnie jak to możliwe, że mówię o szczegółach najnowszej  historii polskiej zupełnie mu nieznanych. W odpowiedzi podałam mu  adres Biblioteki polskiej im. W. Stachiewiczowej.  Kiedy spotkałam go po paru latach podziękował mi za tę informację

[120] Hanna  Pappius : wydruk  z Internetu  p.t. " Wanda  Stachiewicz ( 1895-1995)"   sporządzony w ramach Biblioteki Polskiej im Wandy Stachiewicz.

[121]  Tamże

[122] W. Thomas & F. Znaniecki: "The Polish Peasant in  Europe and in America"  Vol.  2. Dover  Publication Inc.  New  York  str.1469  i  nast.

[123] Z  przyczyn politycznych Polacy emigrowali do Kanady w  wieku XVIII oraz po obu powstaniach w  XIX wieku. Emigracja ekonomiczna  zaczęła się dopiero pod sam koniec  XIX-go wieku

[124] "Polskie  groby na cmentarzu  w  Saint-Sauveur-des-Monts,  Quebec.Kanada" Przewodnik. Dokumentację zebrała i opracowała Ewa  Iłowska. Polski Instytut Naukowy w Kanadzie.  Montreal  2002

[125]  według własnych słów A. Bortnowskiej

[126] Janusz   Zurakowski : "Nie tylko o lataniu"  Polski Fundusz  Wydawniczy w Kanadzie. Toronto 2002

[127] " Kto jest Kim w Polonii  Kanadyjskiej"1993. Słownik  biograficzny. Edycja II : ogółnokanadyjska. KTO Toronto 1993  oraz  Jadwiga  Jurkszus-Tomaszewska : "Kronika Pięćdziesięciu lat. Zycie  kulturalne Polskiej Emigracji  w Kanadzie 1940-1990. Kanadyjsko-Polski  Instytut Badawczy. Toronto  1995

[128]  Informacja zaczerpnięta z  "Polacy w  Brytyjskiej Kolumbii"  Zbiór  szkiców i  materiałów. Tow."Watra" Vancouver  1988  str. 12

[129]  por.  Andrzej  Garlicki : " Polacy w  Kanadzie" Biuletyn jubileuszowy 1993.Polski  Instytut  Naukowy i  Biblioteka Polska im.  Wandy  Stachiewicz 1993: ..."Fala ta...była dla Kanandy potężnym  zastrzykiem fachowców wysokiej  klasy..." str.  25

 

 

 

 

 

 

[130] Losy  takich przymusowych robotników opisuje T.  Wyd"ga w " Na scieżkach  Kanady"  Wyd.  Literackie.  Kraków 1961

[131]  Zaraz  po II  wojnie "wiatowej  Kanada   przeżywała masowy  powrót Kanadyjek do domów i do  zakładania rodzin, a rosncy dobrobyt  pozwalał im na zatrudnianie pomocy  domowej. Por.  R.  Collins :  "You Had To  Be  There. An  Intimate Portrait Of The Generation That Survived Depression  Won  The War, And Re-invented Canada ". McClelland & Stewart. Toronto 1997.  Rozdział "  The Sens Of     A Woman"

[132]  T.Wyd"ga : "Na scieżkach  Kanady" Wyd. Literackie.  Kraków 1961

[133]  J.Matejko (red) : "Polacy w  Albercie.  Wspomnienia i  życiorysy"  Polish Alliance Press. Toronto  1979  : Marie A. Jabłońska : " My  Cultural  Shock in  Canada"   " " We  landed in  Canada in  1949 and  came directly to Edmonton,  where a  friend of my  husband made an  arrangement with one of the local  farmers to employ  us as farm hand.  In  those days it was  impossible for anybody to  enter Canada on an  immigration visa,  unless one signed a contract to work as a farm hand or in  case of women as domestic help. Even having  three doctorates  each would not have change anything.  On  the  contrary it would ruined a person"s chance.  You  had to pretend that you  were an ordinary labourer. Canada did not want  educated people from  outside, and it was  better to keep  quiet about it.  After a  few  years everything  changed and suddenly there was a  need for people skilled in  all sorts of professions and  trades.  Unfortunately it came too late for us.  There was an age limit for jobs in  my  husvand" line and he had to  settle for something less. We were  lucky we did not have to work for our farmer."  Str.  33

[134] Fabryki  w  Montrealu i  okolicznych miasteczkach, otwierane podczas wojny,  wyciagały ze wsi  quebeckiej tylu młodych ludzi,  że wiele farm zostało kompletnie opuszczonych.

[135] W  tej  szkole między innymi jazdy  konnej uczyły się dzieci Jacques  Parizeau, pó"niejszego  premiera Quebec"u.  Jego pierwsz żona  była  Alicja z domu  Poznańska,  bohaterska uczestniczka Powstania  warszawskiego w 1944r.

[136] Maria  Carlton (red) : " 40 lat Federacji  Polek w  Kanadzie -  Ogniwo nr.  3 ( Edmonton)  1968- 1998"  Federacja Polek w Kanadzie,  Edmonton 2000. str.292


[142]
  Por. Kazimierz  Patalas : "Przez Boje, przez  Znoje, przez Trud.Kombatanckie losy." Stow.  Polskich  Kombatantów w Kanadzie. Koło Nr. 13 w  Winnipegu 1996 : streszczenie przemowy Bernarda Dubieńskiego w  Senacie Kanady 18 czerwca 1947 r. str. 4 do  13

[143]  Zdanie to  było  szczególnie często powtarzane  w  latach  60-tych

[144]  W  1867 roku przedstawiciele  wszystkich północno-amerykańskich kolonii brytyjskich z  wyjątkiem  Nowej Fundlandii za zgodą W.  Brytanii przekształcili te kolonie w  Dominium of Canada

[145] Pierre  Berton : " 1967 Canada"s Turning Point"  McClelland-Bantam Inc. Toronto 1967

[146] Tak  wła"nie okre"liła swoją imigrację do Kanady jedna z Polek  w Montrealu.

[147] Według słów własnych  Ireny Sikory  z  Calgary,w  Albercie

[148] według słów Ireny Sikory.  Irena  Sikora  jest  siostrą generałowej  Kasprzyckiej

[149] "  Alice  par elle meme"  -  z  życiorysu  Alicji Poznańskiej  Parizeau 

[150]" Tamże

[151] A. Ziółkowska :  Kanada, Kanada.  Wyd.  Polonia 1986  str. 204

[152]  według  wydruku internetowego  nadesłanego mi przez  Danutę Wróblewską-Padowicz

[153] Dirk  Hoerder :  "Creating  Societies. Immigrant lives in  Canada" McGill-Queen s University  Press.  Montreal 1999 podaje za  Frampton i Henderson "The Long  Trail" :""To force George to  leave" some men beat him  up in  a very unfair fight. George was coming home from the badlands with a load of brush for fuel.  They rode up beside him and whipped him with their riding quirts, then threw his entire load of brush of the wagon and scattered it to the four winds.  Later  my  father" s bull was missing. One of the  fellows that whipped George "told my father that he had found the bull near Mazury  place" with a leg broken intentionally. (My  father was Justice  of Peace at this time and this fellow thought this would be a good way to get rid of George). Because of the  hardship  of homesteading, and misery and discomfort caused him by some of his neighbors,  George and his wife moved away."  Str.  167 i 168

[154] J.Matejko (red) : "Polacy w  Albercie.Wspomnienia i życiorysy." Polish  Alliance Prtess.Toronto 1979  :  Jadwiga  Pierzchajło :  "A dream Fulfiled": " To my  surprise one day as I  was scrubbing the operating room,  Dr.  George Boorman approached me and said  "Would you and your husband like to come to my  house for supper.   My wife and I  would love to have you".  Nothing could have astonished me more than  this invitation.  Who ever heard of a cleaning woman and a railway worker being  invited by the town" s  doctor for supper"  str. 257

[155]  respondentka o  symbolu  N  przybyła do Kanady w 1972 roku

[156] Respondentka o  symbolu P  przybyła do Kanady w 1972 roku

[157] Respondentki H( przybyła do Kanady  w 1965 roku ) i  oznaczona  symbolem rospondentka  J przybyła do Kanady w 1967 roku

[158]  Respondentka o  symbolu F,  przybyła do Kanady w  1957 roku

[159] Respondentka  o  symbolu 0 przybyła do Kanady w  1977 roku

[160]  Respondentka o  symbolu  P  przybyła do Kanady  w  1972 roku

[161] Irena  Kostrowicka (red) : " Pamiętniki  emigrantów.  Kariery  zawodowe" Fragmenty pamiętników emigrantów nadesłanych na konkurs IGS  SGH. Instytut Gospodarstwa Społecznego  Szkoły Głównej Handlowej. Warszawa  1995. str.44-52

[162]    Tamże  str.48

[163] "Kto  jest  Kim  w  Polonii  Kanadyjskiej 1993"  Słownik  biograficzny.  Edycja  II: ogólnokanadyjska.  KTO  Toronto  1993  str. 262 i  263

[164]   Tamże

[165]  Wołodkowicz  Andrzej : " Polish  Contribution To  Arts  And  Sciences In  Canada" Montreal  1969  hasło  Cienciała.

[166]   Tamże -  hasło  Maria-Teresa Dobija-Domaradzka

[167] Kto  jest  Kim w  Polonii  Kanadyjskiej  1993 " Słownik  Biograficzny. Edycja  II:  ogólnokanadyjska  - hasło  Wanda   de  Roussan

[168] Tamże -  hasło  Hanna  Maria  Pappius

[169]  Tamże -  hasło  Nelli  Turzańska

[170]  Tamże -  hasło  Iwona  Bogoria-Buczkowska

[171] Tamże -  hasło Julita  Teodorczyk- Injeyan

[172] Maria F.  Zielińska, mgr  bibliotekoznawstwa pracuje od 1973 roku w  Bibliotece Narodowej w Ottawie.  Jest specjalistką od spraw wielokulturowo"ci w  bibliotekarstwie

[173]  Andrzej  Wołodkowicz : Polish  Contribution To  Arts and Sciences in  Canada. Montreal 1969

[174]  Tamże

[175] "Kto jest Kim w Polonii  Kanadyjskiej.  Słownik  biograficzny". Edycja II: ogolnokanadyjska.KTO Toronto 1993

[176] według słów własnych  Ireny  Tomaszewskiej

[177] Tecia  Werbowska napisała i wydała  7 powie"ci po"więconych tematyce  emigrantek, które przybyły na kontynent  północno  amerykański i przeżywają  "culture  shock",  nostalgię i trudno"ci adaptacji.  Niektóre z tych  powie"ci np. "Le mur entre nous"  zostały przetłumaczone na inne języki, między innymi na czeski  To tłumaczenie zostało następnie  dostosowane do  wymagań  teatru isztuka została   wystawiona w  Czechach,  także  wyemitowana  przez  BBC. Tecia Werbowski  pisze swoje powie"ci  po polsku i po angielsku.

[178] Według  słów  własnych  Ireny  Tomaszewskiej

[179] według strony  internetowej  Ireny  Bellert

[180] Według listu od J. Urbańskiej  z     dn. 06.09. 2002

[181]  Według własnych słów  J. Urbańskiej

[182]  J. Urbańska :  e-mail do mnie z dn. 21  grudnia 2002

[183]  Cytat  pochodzi z roku  1965, opowiadano  mi  go podczas spotkania w licznym polsko-kanadyjskim  gronie

[184]  Respondentka oznaczona symbolem J  przybyła do Kanady w 1967 roku

[185] Respondentka oznaczona  symbolem 0 przybyła do Kanady w 1977 roku

[186]  Respondentka oznaczona symbolem F  przybyła do Kanady w 1957 roku

[187] Respondentka o  symbolu  E  przybyła do Kanady w 1956 roku

[188] Respondentka o  symbolu  H przybyła do Kanady w 1965 r.

[189] Respondentka  o  symbolu  C  przybyła do Kanady w 1951 r.

[190]  W  anonimowej mini-ankiecie na  11 respondentek trzeciego etapu ( 1957-1979),  9 kobiet  podało,  że nie znalazło w religii pociechy po  tęsknocie za Polską, albo,  że nie są  religijne

[191]  Respondentka o  symbolu  0 przybyła do Kanady w 1977r.

[192]  por.  J  Matejko (red)  :" Polacy w  Albercie.  Wspomnienia i  życiorysy," Polish  Alliance Press Ltd. Toronto  1979 :  Maria  Jabłońska : "M y  Cultural Shock in  Canada"

[193]   Z moich osobistych obserwacji : "  przecież  nie przyjechała" tu po  to  aby zostać  profesorem, ale żeby zdobyć męża.  Której  z nas  chcesz go odebrać"ś   zapytała mnie żona kolegi w dwa lata po zaangażowaniu  mnie na stanowisko  "assystent  professor".  Nie mie"ciło jej się w głowie, że ja wła"nie miałam plany kariery,  a nie zamążpój"cia

[194]  A  Ziółkowska : " Kanada, Kanada"  Wyd. Polonia. Warszawa 1986. Rozdział pt. "Nina, czyli w Kanadzie znalazłam impuls do tworzenia"  str. 205

[195] B. Heydenkorn (red) : "Ale  i  słaby nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki imigrantów polskich  1981- 1989".Kongres  Polonii  Kanadyjskiej. Prace  Nr. 21  Canadian Polish  Research  Institute. Toronto 1990  str.22

[196] Tamże : Rozbitkowie . "Nie rezygnować"     str.375

[197]  Respondentka o  symbolu 0  przybyła do Kanady w roku  1977

[198] Respondentka o  symbolu W przybyła do Kanady  w roku  1990

[199] Respondentka o symbolu 0  przybyła do Kanady w roku 1977.

[200] Respondentka o  symbolu P  przybyła do Kanady w roku  1972

[201] Respondentki o  symbolach  C,F,I K,,M,  Q,R, X,  Y, ZC, ZE  przybyły do  Kanady w  latach  1947,  1951, 1957, 1966,  1969,  1972,  1981, 1983, 1990, 1993, 1995

[202]   Respondentka  B  przybyła do Kanady w 1947 roku

[203]  Respondentka  D przybyła do Kanady w 1951 roku

[204] Respondentka o  symbolu  T  przybyła do Kanady w roku  1986

[205] Respondnetka o  symbolu  U przybyła do Kanady w 1987 roku

[206] Respondentka o  symbolu ZD przybyła do Kanady w  1993 roku

[207] Respondentka oznaczona symbolem Z  przybyła do Kanady w 1991 roku

[208]  B.  Heydenkorn (red) :  " Ale i  słaby nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki   imigrantów polskich 1981-1989" Kongres  Polonii Kanadyjskiej Kanadyjsko Polski Instytut Badawczy.  Prace nr. 21. Toronto 1990 : Kasia : "Wolna i niezależna"  str. 484

[209]  Tamże  str.  476

[210]  B.  Heydenkorn (red) :" Ale  i  słaby nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 -1989" Kongres  Polonii  Kanadyjskiej Prace nr. 21.  Jerzy  Swiech :  "Jestem u  siebie"  str.522  i 523

[211]  Tamże  str.  544

[212]  Respondentka  opatrzona symbolem ZC,  przybyła do Kanady w 1993 r.

[213] Respondentka oznaczona symbolem  0 przybyła do Kanady  w 1977 r.

[214] B.  Heydenkorn (red) : " Ale i słaby nie zginie.  Różne oblicza  Kanady. Wspomnienia imigrantów polskich  1981 -1989." Kongres Polonii  Kandyjskiej  Prace nr.  21. Kanadyjsko   Polski  Instytut Badawczy. Toronto  1990 :  Rozbitkowie :  " Nie rezygnować  str. 374

[215]  Tamże  :  Anna :  "Uporczywie do celu"   str.267 i 268

[216] Tamże :   Iwona Majewska :  "Inaczej i dobrze"  str.  77

[217] Tamże :  Kasia : " Wolna i niezależna"..  str. 485

[218]  Tamże :  Szczę"ciara  "  Zawsze być sobą"  str. 353

[219]  Tamże :   Ba"ka  "W drodze do raju.. str. 171

[220]  Tamże :  Malwa  " To nie kraj moich marzeń" . str. 429

[221]  Tamże :   Ba"ka: " W drodze do raju. str. 246 i 247

[222]  Respondentka oznaczona symbolem P przybyła do Kanady w 1972 r.

[223] Respondentka oznaczona  symbolem R przybyła do kanady w 1983 r.

[224] Respondentka oznaczona szmbolem T przybyła do  Kanady w 1986 r.

[225] Respondentka oznaczona symbolem W  przybyła do Kanady w 1990 r.

[226]  Respondentka o  szmbolu  ZA przybyła do Kanady w 1992r.

[227]Respondentka oznaczona symbolem  ZC  przybyła do Kanady w 1993

[228] Respondentka oznaczona symbolem Q  przybyła do Kanady w 1981r.

[229]  Respondentka oznaczona symbolem S  przybyła do Kanady w  1983 r.

[230]  Respondentka oznaczona symbolem T  przybyła do Kanady w 1986 r.

[231]   Respondentka oznaczona symbolem Z przybyła do Kanady w  1991 r.

 [232]   Respondentka oznaczona symbolem S przybyła do Kanady w 1983 r.

[233]    Respondentki oznaczone symbolami S,  T,  W  przybyłe do Kanady w latach 1983,  1986,  1990

 [234]   Respondentka oznaczona symbolem  Y przybyła do Kanady  w 1990 r.

[235]   Respondentka oznaczona symbolem ZB  przybyła do Kanady w 1992 r.

[236]   Respondentka oznaczona symbolem ZD przybyła do Kanady w 1993 r.

[237]  Autentyczne pytanie zadane przy powitaniu grupy  imigrantów polskich na lotnisku   Montrealu  w roku 1981 przez delegatkę Polonii witającą nowoprzybyłych, opowiedziane mi przez członka tej  grupy

[238]  respondentka oznaczona symbolem 0  przybyła do Kanady w  1977r.

[239] tamże

[240] respondentka oznaczona symbolem T przybyła do Kanady w 1986 r.

[241]  B. Heydenkorn (red) :"Ale i słaby nie  zginie.Różne oblicza Kanady. Pamiętniki  imigrantów polskich  1981 - ˛1989." Kongres  Polonii  Kanadyjskiej  Prace 21.  Canadian Polish  Research Institute. Toronto 1990.  Przedmowa str.  22

[242]   Respondentka oznaczona symbolem C  przybyła do Kanady w 1951 r.

[243]  Rozmowę    zapisałam w Montrealu w 1972 roku

[244]   B. Heydenkorn (red) "Ale i słaby nie zginie. Różne oblicza  Kanady. Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 - 1989." Kongres polonii  Kanadyjskiej  Prace nr.  21 Kanadyjsko Polski  Instytut Badawczy  Toronto  1990  : Anna : "Uporczywie do celu " . str. 304

[245] Dopóki nowoprzybyli nie otrzymają rządowego ubezpieczenia zdrowia, pacjent albo jego sponsor muszą ponie"ć wszystkie koszty leczenia.  To bardo łatwo może i"ć w dziesiątki tysięcy dolarów, których sponsorujący mogą wcale nie mieć, a wtedy mogą zostać zlicytowani do czysta przez  szpital i lekarzy.

[246]  B.   Heydenkorn (red) :" Zawiedzeni, rozczarowani, zadowoleni. Pamiętniki  imigrantów polskich okresu 1958 - 1981".Kongres Polonii  Kanadyjskiej. Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy.  Prace nr. 18 Canadian Polish  Research  Institute Toronto  1984 :  Samotna  Magda : " Zmiana na gorsze"  str. 69

[247] Zdarzało się że Polacy w obozach przej"ciowych za udzielenie sponsorstwa musieli  sponsorom płacić do"ć duże sumy, bo dochodzące do 5 000 dolarów od głowy

[248]  B.  Heydenkorn (red) :"Ale i słaby nie zginie.  Różne oblicza Kanady.  Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 - 1989." Kongres  Polonii  Kanadyjskiej.  Kanadyjsko  Polski Instytut Badawczy Prace nr.  21. Canadian  Polish  Research  Institute.  Toronto  1990 :  Ba"ka .  "W drodze do raju"str.  175  i  182-185

[249]  Tamże :  Kasia : "Wolna i niezależna"  str. 479

[250] Kasia  spędziła  jaki"  czas  w  Arabii, gdz jej mąż pracował na kontrakcie, a ona sama miała czas  i  wolę  obserwowania życia krajowców 

[251] B.  Heydenkorn (red) : "Ale i słaby nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki  imigrantów polskich 1981 -1989." Kongres  Polonii  Kanadyjskiej.  Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy.  Prace nr.  21. Canadian Polish Research  Institute. Toronto  1990. : Kasia : "Wolna i niezależna"  str 494

[252] Por.  Joanna  Podgórska : Za chlebem i ogórkiem"  "Polityka" nr. 41 z dnia 12 pa"dziernika 2002

[253] Kazimierz  Patalas  (red) : "Przez Boje, przez  Znoje, przez Trud. Kombatanckie losy."  Stow. Polskich  Kombatantów w  Kanadzie. Koło  Nr.  13 w  Winnipegu  1996  : " Helena Bator. Wspomnienia"  str. 41

[254] Por.  "Federacja Polek w Kanadzie" w " 100lecie  Towarzystwa Białego Orła i Polonii montrealskiej"  Polska Fundacja Społeczno-kulturalna w  Quebecu. Montreal  2002.  str.  130

[255] patrz  Ewa  Konopacka  : "Karta  Załobna Ogniwa nr. 8 w  Ottawie.  Maria  Zaborska" Federacja Polek w Kanadzie. Ogniwo  nr. 8 Ottawa

[256]   Tamże

[257] "Kto jest Kim w Polonii  Kanadyjskiej" 1993.Edycja II : ogólnokanadyjska. KTO  Toronto 1993  str.21 i  22  oraz  Biuletyn Jubileuszowy: 1993. Polski Instytut Naukowy w Kanadzie i  Biblioteka Polska im  Wandy Stachiewicz  str.190

[258]  Informator  FPwK Nr.  174,  grudzień  2002 "  Słowo  Przewodniczącej"

[259] Por.  Jadwiga  Jurkszus-Tomaszewska : " Kronika Pięćdziesięciu Lat. Zycie kulturalne polskiej emigracji w  Kanadzie 1940-1990". Kanadyjsko-Polski Instytut Badawczy. Toronto 1995.str.  330

[260] Z  wydruku  w Internecie  opracowanego przez   Federację  Polek w Kanadzie : "Historia Ogniwa nr. 8 Ottawa  1964 - 2002"  wstęp.

[261] Informator  FPwK  nr. 175,  czerwiec  2003  Ogniwo nr.  8 -  Ottawa

[262] tamże

[263] Pierre  Berton : " The Last  Spike. The  Great Railway 1881-1885" Anchor  Canada 1971  str. 222

[264] D. Hoerder :" Creating Societies. Immigrant Lives in  Canada".McGill-Queen"s University Press. Montreal 1999    "  The once thriving interracial communiuty turned into a conglometat  of hostile ethnic segments under an English-speaking elite as prosperous as it was narrow-minded" .str.121

[265]  Z  listu   Zofii  de  Witt   do mnie z dn.15  pa"diernika 2003 

[266] Według słów własnych  Zofii  de  Witt

[267] Według słów własnych  Zofii de  Witt

[268] Informator  FPwK nr. 174,  grudzień  2002

[269]  Federacja Polek w  Kanadzie. Informator.  Grudzień  2002  Nr.  174 :  Sylwetki -  Zofia de Witt

[270]  według słów własnych  Zofii  de  Witt

[271] Maria  Carlton (red) :  "40 lat Federacji  Polek w  Kanadzie - Ogniwo nr. 3 ( Edmonton)."  Rozdział: Nasze drogi do Kanady.  Irena Domecka . Federacja Polek w  Kanadzie Ogniwo  Nr. 3. Edmonton  2000  str. 290

[272]  W  jednej  tylko publikacji  D.  Hoerdera Joanna Matejko  ma około  czterdziestu  odno"ników

[273] Por.Charlotte  Gray . "Flint & Feather.  The  Life And Times Of  E. Pauline Johnson  Tekahionwake" Harper  Flamingo  Canada  Toronto  2002 str 352

[274] Polacy w   Bryt. Kolumbii.  Zbiór  szkiców i  materiałów.  Tow.  Watra.  Vancouver 1988 str.  32 i 33

[275] Dzi" niemal  całą   wyspę  Lulu   pokrywa miasto Richmond

[276] Polacy w  Brytyjskiej  Kolumbii.  Zbiór szkiców i materiałów.  Tow.  Watra.  Vancouver 1988 str.  48

[277]  tamże  str.339

[278]    Por.  : " Polacy w  Brytyjskiej Kolumbii.  Zbiór szkiców i materiałów:" Tow.  "Watra" Vancouver 1988.

[279] Polacy w  Brytyjskiej  Kolumbii.  Zbiór  szkiców  i materiałów.  Tow.  Watra.  Vancouver  2000.  str 346

[280]   Według słów G. Pawlikowskiej

[281] Według słów  G. Pawlikowskiej

[282]   według słów  Grażyny Pawlikowskiej .

[283]  według własnych słów  B.  Łukomskiej-  Khan

[284]    Krzysztof  Zanussi : "  Człowiek  wykorzeniony".   Polityka  nr 28 z  dnia  12 lipca 2003.

[285] Polskie  groby na cmentarzu w Saint-Sauveur - des-Monts,  Quebec, Kanada Przewodnik.  Dokumentację zebrała i opracowała Ewa Iłowska. Polski Instytut Naukowy w  Kanadzie. Montreal 2002. str. 106

[286] Kto jest Kim w Polonii Kanadyjskiej. 1993. Słownik  biograficzny. Edycja  II: ogólnokanadyjska.  KTO. Toronto 1993

[287] tamże str. 99

[288] Tamże  str.  80

[289] tamże  str. 73 i 74

[290] tamże  str. 87

[291] tamże  str. 92

[292] tamże str. 125

[293]  pamphlet  :Alice  Parizeau  par elle meme

[294] tamże

[295] Polskie groby na cmentarzu w  Saint-Sauveur-des-Monts, Quebec,  Canada. Przewodnik. Dokumentację zebrała  i opracowała Ewa Iłowska. Polski  Instytut  Naukowy  w  Kanadzie. Montreal  2002 str.67

[296] tamże str.66 i nast.

[297]  Tamże str.  135

[298]  Anna Lubicz-Łuba (Bartholomew): " Służba ideałom najwyższym nakazem." Biuletyn Jubileuszowy 1993. Polski Instytut Naukowy w Kanadzie i Biblioteka Polska im  W. Stachiewicz. Montreal  1993. str. 151

[299]  Polskie groby na cmentarzu w Staint -Sauveur-des-Monts,  Quebec,  Canada. Przewodnik. Dokumentację  zebrała i opracowała Ewa Iłowska. Polski Instytut Naukowy w Kanadzie. Montreal 2002 str. 118

[300]  Polskie groby na cmentarzu w  Saint-Sauveur-des-Monts,  Quebec, Canada.  Przewodnik. Dokumentację  zebrała i opracowała Ewa Iłowska. Polski  Instytut Naukowy w  Kanadzie. Montreal  2002. str. 57 i 58

[301] tamże  str.  77