WSTĘP
Zapytała mnie kiedyś jedna z Polek, imigrantek w Kanadzie, co to właściwie oznacza być imigrantem. Dlaczego
niektórzy ludzie mieszkając całe życie poza swoim krajem macierzystym nigdy nie
są imigrantami, a inni stają się
nimi natychmiast po opuszczeniu granic kraju urodzenia. Czy więc jest to stan
umysłu, postawa wewnętrzna człowieka, czy też warunki od niego niezależne,
które czynią z niego
imigranta. Dlaczego o
Polakach mieszkających za granicą mówi
się, że są imigrantami,
a nie mówi się tak
o Francuzach lub
Brytyjczykach?
Ci ostatni przybywali na przykład do Indii
jako administratorzy
lub wojskowi i będąc
w tej roli ani przez chwilę nie przestawali być Brytyjczykami, przebywającymi
poza granicami W. Brytanii. Ich pobyt w Indiach służył
celom Brytyjskiego Imperium
, byli zwierzchnikami ludności miejscowej, która z kolei nie
była uważana za im równą.
Dlatego np.
ogromna większość Brytyjczyków unikała przyswajania
sobie miejscowych kultur
Indii, a małżeństwa mieszane
były wręcz zakazywane lub bardzo
utrudniane. Po 1947 roku, kiedy India uzyskała niepodległość, pewna
część członków administracji brytyjskiej zdecydowala się
pozostać w kraju,
w którym nieraz przeżyła większość życia
i w którym członkowie
jej mieli więcej
osobistych kontaktów, aniżeli w
kraju macierzystym. Decydując się
wówczas pozostać w Indii zmienili swój status społeczny i stali się expatriots czyli ludźmi,
którzy żyją w obcym
kraju zachowując swój paszport i więzy kulturalne z krajem
macierzystym, ale podlegają lokalnym prawom na równi ze wszystkimi jego mieszkańcami. Expatriotami byli także młodsi synowie bogatych angielskich rodzin, którzy w końcu XIX-go i w początkach XX-go wieku byli
przez rodziny wysyłani do kolonii, ponieważ zgodnie z angielską
tradycją nie mieli praw
do tytułów i spadków, a nie byli przygotowani do
pracy zarobkowej lub
jej nie chcieli. W Kanadzie
nazywano ich remittance
men
gdyż otrzymywali z
W. Brytanii stałą pomoc finansową. Nigdy
nie stali się oni kanadyjskimi imigrantami i nigdy nie
próbowali włączyć się w lokalną ludność, która zresztą w najlepszym razie
ich tylko tolerowała. Z chwilą wybuchu I-szej wojny światowej
prawie wszyscy natychmiast wrócili do Wielkiej Brytanii.
Natomiast ubodzy Europejczycy
z południa i środkowego wschodu kontynentu,
w tym także Polacy, którzy w początkach XX-go wieku byli
masowo sprowadzani
do Kanady, uważali się za emigrtantów już od chwili
opuszczenia swojej wsi
i gotowi
byli się szybko asymilować do
społeczeństwa i kultury
Nowego Kraju.
Jednak po przybyciu do Kanady ogromna
większość z nich
była traktowana przez Kanadyjczyków jako ubodzy i niemile widziani petenci,
wpuszczeni do Kanady po to,
aby wykonywać najcięższe prace nie zawadzając przy
tym Kanadyjczykom. O
stosunku ludności miejscowej do polskich imigrantów
tak pisze H.
Radecki
i Benedykt Heydenkorn : "Pierwsi
, którzy przybyli,
prekursorzy masowej imigracji polskiej z lat 1896 -
1914 byli przyjęci
z ciekawością i w najlepszym razie zainteresowaniem
ludźmi, którzy byli śmiesznie
ubrani, mówili niezrozumiałym językiem i zachowywali dziwaczne
obyczaje. W ciągu kilku lat wzrastająca liczba przybyszów
spowodowała, że
ciekawość zamieniła się w
niepokój, a następnie w
alarm. Nowo przybywający
byli zbyt dziwaczni! Analfabetyzm
i zacofanie ich
- mogą opóźnić postęp
kanadyjskiego społeczeństwa. Ich obyczaje i tradycje czyniły ich nieodpowiednimi.... do
przyjęcia kanadyjskiego obywatelstwa..." Dalej
ci sami autorzy
piszą Polacy ( i inni Słowianie)
byli uważani za ignorantów, okrutnych,
brudnych, niecywilizowanych ludzi często wybuchających nieusprawiedliwioną
złością, co dla agencji /w
domyśle - rządowych/ było w
najwyższym stopniu
denerwujące. Zwyczaje i
tradycje, z których oni byli dumni były uważane za
obrażające, pogardzano nimi.
Było ogólnym
przekonaniem, że ci ludzie nadają się jedynie do
prymitywnej pracy fizycznej w rolnictwie, przy budowie dróg, wydobyciu węgla i w
podobnych pracach wykonywanych pod kontrolą i kierownictwem
Kanadyjczyków. "
Oni sami
natomiast gotowi byli ciężko pracować aby ziścić sny, z którymi płynęli do
Kanady. Kanada jednak nie zamierzała im pomóc
w tych marzeniach. Zostali przecież przyjęci jako siła robocza
potrzebna do realizacji wielkich
planów rozwoju kraju, albo
jako pionierzy-osadnicy na
bezludnych kanadyjskich
preriach, właśnie otwartych,
ale to nie oznaczało, że mają mieć te
same prawa co lokalna ludność. Wielu bowiem uważało, że Galicians nie
są odpowiednim materiałem na obywateli kanadyjskich.
Obietnice agentów
imigracyjnych werbujących w
Europie z reguły były przesadzone. Na naiwnych wieśniakach
"z Galicji" lub innych części
Polski pod rozbiorami zaczynano żerować od momentu opuszczenia rodzinnej
wsi. Roiło się od austro-węgierskich i niemieckich
urzędników, którzy
wymagali łapówek na wydanie zgody na
wyjazd, na podróż koleją . Agenci podróży, lekarze sprawdzający ich stan
zdrowia, obsługa jadłodajni, w których emigranci
stołowali się podczas podróży, aż po załogi
statków,
którymi odpływali z
Europy wykorzystywali
naiwność
wieśniaków pierwszy raz
udających się "za morze". Tak samo zresztą postępowali cwaniacy
w miastach Kanady wyciągając
emigrantom ostatnie
grosze z kieszeni.
Prace do których byli zakontraktowani, jak cięcie
drzew w lasach, budowa
dróg i linii kolejowych, lub
wydobycie węgla były
zazwyczaj sezonowe, poprzedzielane
okresami bezrobocia i nawet bezdomności i naogół kończyły się poszukiwaniem działki
osadniczej. Te ostatnie dostępne europejskim emigrantom
były zazwyczaj oddalone od miasteczek z połączeniami
kolejowymi, w
których nowi osadnicy musieli się
zaopatrywać w żywność i sprzęt rolniczy. Bez pieniędzy,
w buszu, musieli zdobywać się
na heroiczne wysiłki, aby
przeżyć. To
też czterech osadników z każdej dziesiątki nie zdołało
przetrwać na swych "farmach" więcej
niż trzy lata. A
jeśli zapragnęli wrócić do Startego Kraju to zwykle okazywało się, że nie
stać
ich na bilet okrętowy,
więc, aby żyć
musieli nadal pracować w Kanadzie bez względu na dyskryminację i trudności, i
... powoli przyzwyczajali się do Nowego Kraju. Dirk Hoerder podaje,
że
gorzkie doświadczenia
życia
ogromnej większości imigrantów z
pierwszej połowy XX-go wieku
najlepiej wyrażają się w przysłowiu
popularnym wśród ówczesnej rosyjskiej
i niemieckiej emigracji w
Kanadzie Zachodniej : death
to the first generation, need to the
second, bread to the
third (pierwszemu
pokoleniu śmierć, drugiemu nędza a chleb dopiero dla
trzeciego). Dodatkową udręką ogromnie utrudniającą
życie imigrantów na wsi i w miastach Kanady Zachodniej były
coroczne plagi komarów.
Osadnicy dla ochrony przed komarami przy pracy w buszu
nosili na plecach kubły
z dymiącym drewnem . Ponieważ większość
nowoprzybyłych żyła w najbardziej prymitywnych warunkach, tak
na wsi, jak i w miastach,
bez bieżącej wody, bez żadnych
urządzeń sanitarnych, w byle jak
zbudowanych chatach lub
mieszkaniach, więc chmary komarów żyjących wokół wiejskich osad i
miejskich przeludnionych
mieszkań przenosiły także choroby
. Stąd śmiertelność, szczególnie
niemowląt i
małych dzieci, była bardzo wysoka. Pierre Berton podaje jako przykład, że w 1913 roku, reporterka gazety w Winnipegu, odwiedzająca
owe "slumsy" spotkala imigrantkę, która urodziła dziesięcioro dzieci, ale
zdołała wychować tylko troje. Epidemie biegunki, tuberkuł i innych chorób powtarzały
się nader często
w środowiskach imigranckich i ówczesna
medycyna nie umiała znaleźć na nie
odpowiedzi.
Surowe przepisy imigracyjne rządu federalnego
wymagające dowodów na przyzwyczajenie do ciężkiej pracy fizycznej wynikały w
dużej
mierze z pierwszych doświadczeń Kanady z początku XX-go wieku. Dwa z tych doświadczeń były
dla rządu kanadyjskiego szczególnie kłopotliwe.
Pierwsze związane było
z osadzeniem
Dukoborów w
Saskatchewanie w okolicach Battleford, a drugim sprowadzenie
kilku tysięcy
angielskich rodzin jako kandydatów na osadników preriowych. W pierwszym przypadku duża grupa Dukoborów, zwących się swobodnikami w jakiś czas po osadzeniu postanowiła poszukać
Jezusa
i raju na ziemi
i w czasie zimy
1903 roku opuściła
swoje wioski,
aby wędrować po
preriach, żywiąc się surowymi kartoflami
i mielonym owsem, aż dopóki kilkaset mil dalej na południe
Królewska
Konna Policja nie zaaresztowała ich i nie odstawila
do ich osiedli. Krótko po tym z powodu sporu z rządem federalnym większość Dukoborów porzuciła już zagospodarowane
przez siebie tereny w Saskatchewanie
, które otrzymała za
darmo od rządu kanadyjskiego i przeniosła się do wnętrza Brytyjskiej Kolumbii idąc za swoim duchowym przywódcą Viereginem.
W drugim
przypadku pastor
-misjonarz w ferworze misyjnym sprowadził na prerie kilka
tysięcy Anglików z rodzinami obiecując im nieprawdopodobnie wygodne
życie w nowej
kolonii Britannia w północnym Saskatchewanie. Przyszli osadnicy, w
ogromnej większości angielska drobna burżuazja i biedota miejska nie mieli pojęcia o trudnościach życia
w prymitywie
pionierów na preriach, natomiast przynieśli ze sobą swoje angielskie snobizmy
i przesądy . W konsekwencji rząd kanadyjski poniósł ogromne
wydatki a zyskał niewielu osadników, ponieważ znaczna
część Anglików powróciła do Anglii. Odtąd też przestano wierzyć w osadnictwo Anglików na preriach, a wszystkich kandydatów na imigrantów poddawano nawet ścisłej kontroli jak
np. sławne oględziny rąk - spracowane ręce pozwalały przypuszczać, że kandydat
da sobie radę w preriach, natomiast delikatne powodowały odmowę wpuszczenia
kandydata do
Kanady
Do lat
czterdziestych ub wieku kandydat na
emigranta z poza
W. Brytanii, który miał wyższe wykształcenie poprostu nie
był przez Kanadę
akceptowany,
ponieważ rząd kanadyjski obawiał się, że imigracja inteligencji
innej niż brytyjska, mogłaby negatywnie oddziałać na anglosaski charakter jej społeczeństwa. Trzeba było
dopiero II wojny światowej, aby pod naciskiem konieczności
dostarczania zaopatrzenia wojskowego
Wielkiej Brytanii, rząd federalny zgodził
się na przyjecie wysokiej klasy specjalistów-uciekinierów
z krajów europejskich okupowanych przez
Hitlera, w tym także dużej grupy inżynierów i techników polskich. Zadaniem tych wszystkich specjalistów było uzupełnienie kadr potrzebnych do szybkiego rozwoju strategicznych przemysłów wojennych oraz do kontynuacji dalszego rozwoju gospodarczego Kanady po zakończeniu wojny.
Ten
przełom
w dotychczasowej kanadyjskiej polityce imigracyjnej został wymuszony
naciskami W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych oraz
sytuacją rozwijającej
się II wojny
światowej.
W
ciągu dziesięcioleci powojennych dzięki
nowej polityce imigracyjnej, Kanada otworzyła
drzwi setkom tysięcy
zdemobilizowanych na Zachodzie żołnierzy różnych krajów europejskich oraz DP ( Displaced
Persons) w popularnym
skrócie DiPisom,
czyli cywilom, którzy nie mogli, lub nie chcieli
powrócić do swoich krajów. Dzięki nim Kanada
zrealizowała swój ogromny skok gospodarczy i kulturalny lat powojennych.
II wojna światowa
spowodowała
nie
tylko szybki wzrost
zamożności społeczeństwa kanadyjskiego, ale
także, zdarzyła się w czasie kiedy
jak pisze Robert Collins, pod
wpływem własnych ciężkich doświadczeń wielkiego kryzysu lat
30-tych Kanadyjczycy próbowali znaleźć dla
siebie nową formułę społeczeństwa. Zaczęte wówczas przemiany w
ich mentalności
dokończyły świadectwa okropności II
wojny światowej widziane
z pozycji żołnierzy
wyzwalających wygłodniałe miasta i wsie północno wschodniej Francji, Holandii i terenów nad reńskich. Obrazy z wyzwalanych niemieckich
obozów
koncentracyjnych na długo zapadły w pamięć kanadyjskich żołnierzy.
Wreszcie był to także czas, kiedy
dzieci i wnuki
pierwszych
imigrantów z kontynentu
europejskiego, już kompletnie zasymilowane
i wykształcone w szkołach kanadyjskich zaczęły sięgać po studia, a następnie po
możliwości
włączenia się w życie
publiczne i polityczne swego kraju.
Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia
jest mówiący po
polsku syn polskich emigrantów, dr Stanley Haidasz, lekarz z
Toronto i długoletni
poseł do kanadyjskiego parlamentu.
Posłami do parlamentu byli także Jesse Flis i
Tadeusz (Ted) Glista,
również potomkowie pierwszych
emigrantów polskich.
Wiele dzieci i wnuków polskich
emigrantów weszło także
do administracji Kraju i uważając się poprostu
za Kanadyjczyków zaczęło brać
aktywny udział w
życiu publicznym, w tym także określać jaką Kanadę widzą
dla siebie
i swoich rodzin.
Tak zwana
revolution tranquille
w prowincji Quebec w latach 50-tych
rozpoczęła
ostatni etap przekształcania
się Kanady brytyjskiej
w kraj wielokulturowy. Spór o
supremację francuską w Quebecu, który w następnych
dziesięcioleciach rozrósł się
aż do prób uzyskania
suwerenności Quebecu miał między innymi
oczywiste konsekwencje w
polityce
imigracyjnej Kanady. Kiedy
w latach
80-tych Partia Quebecka (PQ) postawiła na
język francuski i korzenie ludności de vielle souche
(francusko- języcznych Quebecczyków od
wielu pokoleń) , rząd
federalny i razem
z nim anglo-języczna część ludności postawiły na spójność całego terytorium kanadyjskiego.
Stało
się wówczas oczywiste,
że les allophones (różno
języczni) w Quebecu są
języczkiem u wagi, w minimalnym procencie wygrywając dla Kanady dwa referenda. Rząd federalny,
który już
wcześniej zaczął zmieniać swoją politykę imigracyjną zdobył
jeszcze jeden dowód ,
że
postawa les allophones w sporze o Quebec
zadecydowała o całości terytorium kanadyjskiego i dowiodła
brytyjskiej i anglojęzycznej
części Kanadyjczyków znaczenia i
ważności
protegowania
kultur wszystkich grup etnicznych
Kanady, a co za
tym idzie,
potwierdziła, że tolerancja w
wielokulturowym państwie jest
spoiwem społecznym.
Około lat sześćdziesiątych zaczęły się zmieniać przepisy
imigracyjne. Imigranci z
cenzusami posiadający zaproszenia do pracy w kanadyjskich
przedsiębiorstwach lub
instytucjach stali się mile widziani w
urzędach imigracyjnych i ich
wykształcenie było uznawane za czynnik pozytywny. Ich udział
procentowy w całości
liczby imigrantów zaczął szybko rosnąć. Kanada
jednak jako kraj jeszcze
ciągle nie była
całkowicie przygotowana
do wchłonięcia
powojennej masy imigrantów i zapewnienia im natychmiastowego zatrudnienia. Stąd
długo
po wojnie bardzo się przydawał
stary system obowiązkowych kontraktów dla wszystkich, których
sponsorował rząd
kanadyjski. Tysiące zdemobilizowanych
żołnierzy i
DiPisów niezależnie od poziomu wykształcenia
i zawodu zaczynało
wtedy swoje życie w Kanadzie od pracy fizycznej na farmach lub w obozach drwali.
Dla kobiet rezerwowano
nadal
stanowiska sprzątaczek, lub służących
na farmach albo po miastach,
to jest w zawodach w których istniał chroniczny brak siły roboczej. Obowiązani byli do niej imigranci
nawet o najwyższych kwalifikacjach, do których często się nie
przyznawali przy składaniu podań o kanadyjską wizę.
W atmosferze coraz bardziej
opartej
na współczuciu dla uciekających spod
reżymów komunistycznych i dyktatorskich, a
także w dobrze zrozumianym
interesie
własnym,
rząd kanadyjski wprowadził
wreszcie w 1971 roku prawo o
wielo-etnicznosci Kraju. Zasada ta
zastąpiła dawne prawo anglo-saskiej dominacji.
Położono nacisk na procesy
adaptacyjne imigrantów. Urzędy imigracyjne
zwiększyły swą troskę o
świeżo przybyłych, o ułatwienie
im pierwszych kroków w nowej ojczyźnie. . Rząd rozumiał, że początkowa pomoc
nowo-przybyłym
opłaca się szybszą i lepszą asymilacją i większą produkcyjnością ich pracy.
Wielu imigrantów,
którzy przybyli w różnych okresach drugiej połowy XX-go wieku do Kanady z trudem jednak dawało
sobie radę z asymilowaniem się do Nowego
Kraju. Oczywiście im dalsza od kanadyjskiej była ich rodzima kultura, tym trudniejszy był proces asymilacji . Wielu uciekinierów albo imigrantów "mimo
woli" wcale nie
było mentalnie przygotowanych do przyjęcia
kultury dnia codziennego
Kanady. Stąd konfrontacja ze
statusem imigranta była szokiem psychicznym. Jak pisze Morton Beiser, profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii
w Vancouverze o imigrantach ostatnich dziesięcioleci minionego
stulecia: w Kanadzie znalazło się wielu imigrantów szczególnie
z krajów Azji,
którzy z wielkim trudem latami przystosowywali się
do nowej kultury i nie zawsze osiągali w
tym sukces. Zdarzało się to i Polakom, że
po latach pobytu
w Nowym Kraju pod byle
pretekstem zaczynali odstawać
od zaakceptowanej kultury i
nawracać do swojej dawnej, co w
konsekwencji prowadziło do ich wewnętrznej izolacji. Zdarzały się
nawet wypadki samobójczej śmierci. Inni dziwaczeli, szczególnie niechetnie patrząc na swoich
współrodaków, którzy proces
asymilacji przeszli bez większego trudu. Z takimi trudnościami asymilacji wiąże się dość
wyraźnie sprawa nieznajomości społeczeństwa Nowego Kraju wykazywana przez
kandydatów
na imigrantów.
Można się założyć, że około 90 % Polaków i
Polek, którzy wybierali
się na emigrację do Kanady wiedziało
albo bardzo
niewiele o
tym kraju albo
poprostu nic i w
zastępstwie prawdziwej wiedzy posługiwało się własną, lub cudzą imaginacją. Przyczyniały
się także do tego reportaże
z podróży Polaków odwiedzających Kanadę. Taka publikacja
jak "Kanada pachnąca żywicą" Arkadego Fiedlera, przedstawiała Kanadę widzianą okiem turysty zachwyconego pięknem jej borów i jezior, rozległością
terytorium oraz bohaterskimi, jak z kina Hollywood wziętymi, traperami lub
osadnikami. To były barwne i ciekawe
opisy wspaniałego kraju,
nie mające nic wspólnego z szarą rzeczywistością przeciętnego imigranta
z Polski, zmagającego się z obcością kultury dnia codziennego oraz powszechną
dyskryminacją trwającą więcej niż pół wieku. Ale na takich właśnie
reportażach przyszli
emigranci budowali swoją wiedzę o
Kanadzie. Książka Melchiora
Wańkowicza "Tworzywo"
poruszała wprawdzie trudności życia pierwszych osadników polskich w preriach,
w
początkowych latach ich pobytu, ale i on nie
ustrzegł się od hollywoodzkiego zabarwienia jej polską bohaterszczyzną
Aż do
lat powojennych Kanadyjczycy
byli społeczeństwem imigrantów nielubiących imigrantów . Przewojenni chłopi
i robotnicy wyjeżdżający
za chlebem wiedzę
swoją o Kanadzie albo opierali na
obietnicach werbujących ich agentów
w kanadyjskich biurach w Europie, albo na informacjach pochodzących
z
listów krewnych lub przyjaciół już mieszkających
w Kanadzie. Agenci imigracyjni, a
nawet członkowie owczesnego rządu federalnego świadomie przesadzali dobre
strony rozwijającego się
kraju. Agenci zresztą często
sami wiedzieli
bardzo niewiele o trudnościach jakie w
Kanadzie
zachodniej mieli napotkać
ubodzy emigranci z
Europy centralnej,
wschodniej i południowej. O
powszechnej wówczas dyskryminacji "innych" czyli imigrantów nie pochodzących z wysp brytyjskich oczywiście wogóle się nie
mówiło, a to przecież
była jedna z najcięższych
przeszkód w życiu jeszcze nie
zadomowionych
imigrantów. Z listów krewnych i przyjaciół
też niewiele można
się było dowiedzieć
o dyskryminowaniu i przerażających
trudnościach życia w
pionierskich preriach.
Powojenni emigranci
natomiast wyrabiali sobie
fałszywe wyobrażenie o
Kanadzie na jeszcze innej podstawie. W wygłodzonej Europie czasów wojny i lat powojennych Kanada była symbolem obfitości podstawowego pożywienia
takiego jak masło, mleko,mięso, jaja, a
spontaniczna życzliwość
kanadyjskich żołnierzy
wkraczających do wygłodzonej Europy dawała pozór społeczeństwa z kraju błogostanu. Jak
mogły pasować do niego przeżycia pierwszych lat
imigracji na pracach kontraktowych, u przedsiębiorców, jakże często bezwzględnych i wykorzystujących każdą odrobinę siły emigranta? Dyskryminacja imigrantów europejskich, szczególnie Słowian, była powszechna. Obraźliwe przezwiska "Bohunk" i "Pollack" były na porządku dziennym Dopiero po
latach gorzkich doświadczeń, upokorzeń
i bardzo powolnej poprawy
losu powojenni imigranci polscy
zaczynali się "urządzać". Przenosili się do
miast, kupowali domki,
aby oszczędzić na
rosnącym czynszu za mieszkanie lub uniknąć dyskryminujących
gospodarzy domów czynszowych. I przeważnie wówczas okazywało się, że sąsiedzi, Kanadyjczycy patrzą na nowo przybyłych z życzliwością i
nawet akceptują
ich obcy akcent Wrastanie w
społeczeństwo odbywało się bardzo powoli i w dużej mierze było nieświadomie. Trzeba było przede wszystkim zarobić na życie
codzienne, na naukę dzieci, później myślano o emeryturze, więc
poza nielicznymi wyjątkami
chwytano się prac
dostępnych w danym miejscu,
bez oglądania się na
wyniesione
z Polski wykształcenie
i doświadczenie. Robienie "kariery" było przywilejem niedostępnym większości imigrantów wojennych i
powojennych.
Tak, jak ich
poprzednicy, ludzie z
PRL-u przybywali
w większości nie znając ani
kraju ani stosunków międzyludzkich w nim panujących. Dla
nich słowo Kanada oznaczało
wszystko co
najlepsze,
więc i tego spodziewali
się po społeczeństwie do
którego ich urzędy imigracyjne wpuszczały. Mieli jednak pewną przewagę nad swoimi poprzednikami
. Kanadyjczycy już wtedy wiedzieli, że
potrzebują ludzi wykształconych i, że w wyścigu ze Stanami Zjednoczonymi, Australią i Południową
Afryką w przechwytywaniu fachowych imigrantów, muszą kandydatom
ofiarować lepsze warunki startu od tych, jakie otrzymywali przybysze z poprzedniej epoki.
Pierwsi
przybysze
z PRL-u byli
naogół onieśmieleni bogactwem Kanady
rzucającym się w oczy
i doceniali każdy przywilej (np. bezpłatne
lekcje
angielskiego, bezpłatne mieszkanie,
opiekę lekarską, które im
Kanada ofiarowała) Ale i oni w
większości nie byli przygotowani
na trzy stałe atrybuty
imigracji: wykorzenienie, izolację
kulturalną i samotność. Kanada jednak
oczekiwała od nich pracy w wyuczonych
zawodach i tylko od nich zależalo jak
daleko się w nich posuną. Dyskryminacja
oficjalnie zakazana od początku od lat powojennych
przestawała być problemem bo społeczeństwo było już dobrze
poinformowane o przydatnej
roli imigrantów w rozwoju gospodarczym kraju. Ofiarowywane emigrantom
wówczas przywileje były
normalną częścią składową startu kanadyjskiego i perspektywy kariery migotały przed prawie wszystkimi.
Wreszcie zmienili się
także imigranci, z
potulnych i wdzięcznych "bezpaństwowców" formalnych, lub rzeczywistych stali
się pewniejszymi
siebie i swoich praw kandydatami na
robienie kariery w wielkim świecie, ludźmi, którzy
wyjeżdżali ze swego kraju, jaki by on nie byl, ale istniejącego i oficjalnie
uznawanego przez rządy
innych państw.
Jeszcze w końcu XIX-go wieku ( nieliczne)
i
następnie w ciągu XX-go wieku znacznie
liczniejsze powstawały
w rejonach wiejskich ugrupowiania takie
jak np. Little Italy, albo Little Swiss, w których
współrodacy - emigranci
mieszkali stosunkowo
niedaleko i
utrzymywali stałe osobiste kontakty na
wzór dawnych wspólnot społecznych
( np. wiosek)
w Starym Kraju. Po drugiej wojnie
światowej
zjawisko to było
przez administrację federalną życzliwie oceniane ale polskich imigrantów
już
wtedy nie dotyczyło.
W dziejach emigracji
polskiej do Kanady, powstanie
pierwszej wspólnoty, odbyło się jeszcze
w XIX-tym wieku
w Ontario. Kaszubi, którzy
pracowali przy budowie
dróg w Ontario (Opeongo Road) mogli następnie wybrać sobie
działki rolnicze w nowo
otwieranych
częściach tej Prowincji, i wybrali sobie
okolice obecnego miasta Barry's Bay, ponieważ
tamtejsze pagórkowate tereny
przypominały
im ich
rodzinne strony. Okolice te,
chociaż malownicze nie miały jednak dobrej gleby i nowi osadnicy z trudnością na nich
gospodarowali.
Dopiero
po II wojnie
światowej , polscy imigranci
z Ottawy odkryli turystyczne wartości tych
okolic, poważnie
przyczyniając
się do ich rozwoju gospodarczego i kulturalnego. Zaskoczył
ich przy
tym fakt, że ontaryjscy
Kaszubi nadal
posługiwali się językiem polskim, pomimo, że od przybycia
pierwszych osadników minęło już okolo 100
lat. Dynamika powojennej emigracji
spowodowała, że osadnictwo polskie w ontaryjskich Kaszubach
stało się wkrótce przedmiotem
szeregu publikacji w języku
polskim i angielskim a następnie powstał Polish
Heritage Institute -
Kaszuby, dwujęzyczna
instytucja propagująca turystyczne zalety
okolicy, ale i dokumentująca
zabytki kulturalne Kaszubów
zachowane do dziś..
Na zachodzie Kanady niektóre wiejskie
parafie polskie w preriach organizowane przez pierwszych
polskich księży Oblatów,
a szczególnie trzech
braci oo. Kulawych i o. Scella zbliżały się
charakterem do takich właśnie etnicznych wspólnot
wiejskich, ale nigdy
nie były dostatecznie zwarte, aby zasłużyć
na nazwę Małej Polski.
Kanada, która według M. Beisera jest
obecnie w czołówce 7 krajów
uważanych za najbardziej humanitarne
zainicjowała na przełomie lat 70-tych i 80-tych
kilka kierunków studiów nad skomplikowaną naturą
asymilacji w
Nowym Kraju. Trzy z tych
badań związane z pracą M. Beisera koncentrują
się na analizie odporności
epidemiologicznej imigrantów i na
badaniu zdrowia psychicznego
uczestników Refugee
Re-settlement Project (projektu
osiedlenia
uchodźców), który jednak odnosi
się do imigrantów azjatyckich. Liczne są natomiast tematy badań znacznie wcześniejszych,
bo
sięgających nawet lat
przedwojennych i
50-tych ub. stulecia. Dotyczą one wielokulturowości oraz
analiz tematycznych z dziedzin zatrudnienia
emigrantów. Niektóre z
badań uniwersyteckich
zajmowały się nawet sprawami
nostalgii za Starym Krajem.
Są one oparte na starannie zebranej obfitej dokumentacji. Do dziś dnia nia ma jednak pełnej analizy
przebiegu adaptacji do Nowego
Kraju. Ciekawostką jest, że większość tych studiów była prowadzona albo z punktu widzenia
imigrantów jako takich
bez rozróżniania ich płci, albo
najczęściej z punktu widzenia
imigrantów mężczyzn. Dopiero
ostatnie lata kończącego się XX-go wieku przyniosły studia
o kobietach
imigrantkach .
Do bardzo niedawna w imigracji liczyli się przede
wszystkim mężczyźni. Oni byli odpowiedzialni za otwieranie nowych terenów,
za pionierskie osadnictwo
i tworzenie zrębów nowego
społeczeństwa. To oni budowali domy,
uprawiali pola, siali i zbierali żniwa, to oni byli właścicielami farm,
sklepów, przedsiębiorstw i oni zbierali słowa uznania za ciężko przepracowane życie i za
zasiedlony kraj. Było
jednak wiadomo od
dawna, że mężczyźni emigranci bez kobiet są mniej stateczni, łatwiej ulegają nałogom, są
skłonni do włóczęgi i tak naprawdę to
dopiero obecność kobiet cywilizuje
męski świat mocy i przemocy
i przekształca przypadkową
zbieraninę emigrantów w
grupy społeczne. Kobiety
emigrantki rzadko kiedy były widoczne
spoza szerokich męskich pleców , a napewno nie było badań związanych z adaptacją emigrantek polskich
do Nowej Ojczyzny.
W naszym
szkicu
będziemy często przeciwstawiali sobie obie
płci. Wynika to z faktu, że świat taki jaki był w XX-tym wieku i jaki jeszcze jest
dzisiaj, zarówno
Polska jak i Kanada, to świat w którym
o porządku społecznym i
gospodarczym
decydują mężczyźni. Prawa
imigracyjne były więc
ustalane przede wszystkim pod kątem
praw
i obowiązków imigrantów-mężczyzn. Nawet dziś,
kiedy Kanadyjki uzyskały
już wiele równouprawnień,
podstawy
polityki imigracyjnej i jej analizy
odnoszą się głównie do imigrantów rodzaju męskiego. Stąd i my będziemy się często odwoływać do przykładów
z życia
mężczyzn, jak i ich udziału w ogólnej sytuacji imigrantów.
Drugą przyczyną dla
której w
opracowaniu dotyczącym kobiet często
jest mowa o mężczyznach
jest oczywiste powiązanie obu płci. Tak jak w życiu mężczyznom
potrzebne są
kobiety, tak samo w życiu kobiet
ogromną rolę odgrywają meżczyźni i nie
ma powodu do eliminowania ich udziału
w kształtowaniu wizerunków
imigrantek polskich. Nie
sposób także mówić o kobietach imigrantkach, dla
których takie zjawiska jak izolacja,
wykorzenienie, asymilacja są elementami rzeczywistości, w której
rozgrywa się ich życie i odbijają się stosunki międzyludzkie
jeśli pomija się mężczyzn pojawiających
się w ich życiu.
Na koniec należy dodać, że opracowanie
niniejsze jest
próbą uporządkowania (ale nie inwentarzem),
pod względem czasowym
i merytorycznym zebranych wypowiedzi własnych polskich
imigrantek na temat ich życia, przedstawioną na
szerszym tle ówczesnej
polityki i rzeczywistości
kanadyjskich i polonijnych.
Jest wysoce subiektywne, nacechowane goryczą bieżących konfrontacji
dwu kultur, czesto związane z
entuzjazmem planów na nowe życie. Mówi
o trudnościach i osiągnięciach
Polek, które znalazły się na emigracji
w Kanadzie w
momentach stosowania
różnych zasad polityki imigracyjnej
i rozwoju gospodarczego
Kraju. Takie uporządkowanie
czasowe nie zmierza do podkreślania większego
lub mniejszego cierpiętnictwa
poszczególnej fali imigracyjnej, ale do
pogłębienia
obrazu ewolucji naszych kobiet i ich reakcji na bądź co bądź , niesłychanie ważną
decyzję życiową. Nie mogłam więc pominąć krótkich szkiców
postaci wybitnych imigrantek, ktore swoim życiem
w Kanadzie przyczyniły się do
budowy Polonii, społeczeństwa kanadyjskiego
oraz tworzenia,
przekształcania i wzbogacania wizerunków imigrantki polskiej. Opisując procesy przemian w
Polonii posługiwałam się
informacjami zaczerpniętymi przede
wszystkim z informatorów polonijnych, wspomnień opublikowanych, lub nieraz tylko
opowiadanych o znanych
przedstawicielkach imigracji. Wreszcie sięgnęłam także do wiadomości nazbieranych dzięki
życzliwej pomocy współrodaczek i współrodaków
zainteresowanych niniejszym opracowaniem.
Jest oczywiste, że nie
wymieniłam wszystkich zasłużonych kobiet
pracujących w Kanadzie
na
niwie tak szerokiej jak
wielka jest rozpiętość
zainteresowań, możliwości i dziedzin życia społecznego,
kulturalnego, politycznego
i ekonomicznego w tym ogromnym kraju. Napewno nie zdołałam wymienić i naszkicować wszystkich wybitnych przedstawicielek imigracji polskiej w Kanadzie. Nie
zrobiłam tego, ani z niechęci, ani z lenistwa,
ani
z faworytyzmu. Jednak ograniczona własnymi możliwościami, częstą nieufnością
kobiet, do
których się zwracałam i licznymi
odmowami wypełnienia ankiety
rozesłanej w 1998/99 roku, musiałam dokonywać wyboru na podstawie
dostępnych mi publikacji oraz faktów publicznie znanych. Tylko
w tym ostatnim przypadku pozwoliłam sobie
na zastosowanie mojej subiektywnej oceny wielkości
wkładu poszczególnej imigrantki w
całość życia polonijnego,
pozycji Polaków w
Kanadzie i jej udziału w
pomocy, lub pracy na rzecz
społeczeństwa polskiego lub jego części w PRL-u oraz w III Rzeczpospolitej.
Z tej racji unikałam
używania
suchych danych statystycznych, dając przede wszystkim głos
samym imigrantkom. Jest
także oczywiste, że w gromadzie tych kobiet znajduję się i ja, imigrantka od prawie 40 lat. Jako taka pozwolilam sobie włączyć
do
naszego opracowania moje osobiste
spostrzeżenia, zapamiętane uwagi
oraz wnioski, które w ciągu długich lat nazbierałam nie tylko
na podstawie własnych doświadczeń, ale także
i tych, które przekazane mi zostały przez innych jako
ostrzeżenia, wyjaśnienia, lub
poprostu obserwacje różnic kulturowych pomiędzy Polską i
Kanadą.
Nazwiska imigrantek i imigrantów
wymienione w
naszym
opracowaniu zebrałam,
jako powszechnie znane dzięki ich działalności
społecznej ,
albo znalazłam je w dokumentach
opublikowanych. Natomiast cytowane w
tekście ustne uwagi osób, z
którymi rozmawiałam w
różnych okresach podczas mego pobytu w Kanadzie
pozostawiam anonimowe, ponieważ nie mam
możliwości ich autoryzowania. Z przyczyn ode mnie
niezależnych nie dotarłam głębiej do dokumentacji
dotyczącej szczegółów
działalności organizacyjnej wielu polskich imigrantek, nie wymieniłam również nazwisk
wszystkich wolontariuszek
poświęcających setki tysięcy
godzin pracy społecznej
na
rzecz Polonii i Polski,
ponieważ było ich za dużo, a dotarłam tylko
do niewielkiej ich części.
Z uwagi na zupełną
wyjątkowość
wyników działalności Wandy Stachiewiczowej
w Kanadzie poświęciłam jej więcej miejsca w mym
opracowaniu aniżeli innym
wybitnym imigrantkom. Załuję, że bogatego wkładu innych imigrantek
polskich do dorobku Polonii
i społeczeństwa kanadyjskiego
nie
mogłam omówić równie szczegółowo. Z uwagi na swoje bogactwo, temat ten mógłby się stać osobnym długo
falowym projektem.
Ograniczenie się przede
wszystkim do szczegółów wydobytych
z biografii oraz wypowiedzi
pojedyńczych imigrantek odpowiadających na anonimową mini-ankietę z roku 1998/99 wymagało
uzupełnień w postaci opisu ogólnych sytuacji, w
których
znajdowała się imigracja polska w Kanadzie w różnych epokach rozwoju tego Kraju. Tło powstawało z uogólnień opartych albo
na doświadczeniach indywidualnych
wielokrotnie powtarzanych,
albo na
sytuacjach, które
grupowo tworzyły podobne losy : etapy adaptacji,
klęski i sukcesu życiowego
itd. Było ono
także budowane
przez politykę imigracyjną w różny sposób
stosowaną nie
tylko
w czasie ale i
w miejscu i wreszcie przez reakcje społeczeństwa kanadyjskiego na napływ
imigrantów.
Poruszając temat prostytucji
w Kanadzie Zachodniej w
latach 1900-1939
posłużyłam się
informacjami opublikowanymi na ten temat,
próbując oddać specjalny społeczno-moralny klimat
Kanady Zachodniej z tamtych
czasów.
W żadnym
wypadku
zebranej informacji nie traktowałam jako pełnej i
kategorycznej, która by
wykluczała odmienne warianty życiowe. Jest jasne, że los poszczególnej
imigrantki zawiera elementy
związane wyłącznie z
jej osobą. Tym ważniejsze jest
jednak poszukiwanie uogólnień tła na
tyle otwartych, że obejmują one elementy typowe w życiu licznych imigrantów
i dzięki temu dają pełniejszy
obraz sytuacji w
danym miejscu i
w danym czasie.
Pozostają jeszcze do
omówienia
używane przeze mnie określenia
emigrantki-imigrantki. Wprawdzie oba te
słowa odnoszą się
do tego samego zjawiska,
ale nie są to słowa zamienne, ponieważ każde z nich dotyczy innego punktu widzenia. Emigrantka
oznacza kobietę,
która opuszcza lub opuściła
swój kraj rodzinny, czyli wychodzi
lub wyszła z kręgu
kulturowego społeczeństwa
Starego Kraju. Natomiast
imigrantka - to kobieta, która urządza lub
już urządziła nowe życie
sobie
i swojej rodzinie w Nowym Kraju, czyli podjęła kroki
odpowiednie
do związania się ze społeczeństwem
Nowego Kraju . W kolejności czasowej z punktu widzenia Nowego Kraju emigrantki przekształcają się
w
imigrantki
w chwili zmian w ich statusie
formalnym w Nowym Kraju, to znaczy przez nabycie prawa stałego pobytu,
a
następnie obywatelstwa. Ponadto
członkowie Polonii, którzy
dla Polski są emigrantami, dla
Kanady są imigrantami a
następnie Neo-Kanadyjczykami lub Kanadyjczykami (po otrzymaniu obywatelstwa
kanadyjskiego).
Rozróżnienie
to odzwierciedla
także
zmiany w legalnych uprawnieniach jakimi Kanada
obdarzała
emigrantów w ub. stuleciu. Na
koniec warto dodać, że wielu zasymilowanych
Kanadyjczyków polskiego pochodzenia jest bardzo
czułych na
przymiotnik "polonijny", ponieważ w
niektórych wypadkach, szczególnie w
kontekście mowy o kulturze, może on oznaczać coś, co nie
jest polskie, bo nie
powstało nad Wisłą lub Wartą, ale w Toronto, Montrealu lub
zgoła na preriach kanadyjskich lub nad Pacyfikiem.
Takie stawianie
sprawy jest dla członków Polonii kanadyjskiej
bolesne,
bo odmawia uznania ich przywiązania
do polskości, a nawet jak w niektórych przypadkach bardzo
jaskrawych (to
Polonus, a nie Polak), przerywa ciągłość historyczną,
kulturalną i emocjonalną, którą tak wielu
członków
Polonii kanadyjskiej, zarówno mężczyzn jak i
kobiet
budowało z
zaparciem się siebie i ze stratą
własnych korzyści. świadoma tego, używam
przymiotnika
polonijna/y tylko w znaczeniu pochodząca/y lub
przynależna/y do Polonii jako całej grupy polskiej w
Kanadzie, grupy przywiązanej i przechowującej
polską kulturę i polski język.
CZĘŚĆ PIERWSZA : Etapy imigracji
ROZDZIAŁ I
O emigracji polskiej w Kanadzie wogóle
Dla zrozumienia polskiej emigracji do Kanady w wieku XX-tym
wydaje się ważne podkreślenie dziwaczności jej korzeni. Ta
dziwaczność wynikała
ze sprzeczności
pomiędzy decyzją
polityczną rządu dominialnego, a
dokładnie Ministra Spraw
Wewnętrznych Clifforda
Siftona dotyczącą otwarcia prerii kanadyjskich dla biednych Europejczyków
i zasadą
zachowywania "czystości anglosaskiej rasy"
głoszoną zarówno przez rząd
jak i w pełni
akceptowaną przez ówczesne społeczeństwo Dominium.
Przez pierwsze połowę ub. wieku
społeczeństwo kanadyjskie wcale nie
chciało przyjmować Polaków
i innych Słowian jako
emigrantów, pogardzało nimi,
uważając że nie nadają się na
obywateli kanadyjskich.
Zostali mu oni
narzuceni przez
Clifforda Siftona, ministra
Spraw Wewnętrznych Kanady na
przełomie XIXgo i XXgo wieku i jego linię polityczną dążącą
do szybkiego zaludnienia powstających trzech prowincji preriowych.
Zbieżne z tym były też interesy
transkontynentalnej kompanii kolejowej Canadian Pacific Railway (CPR
), która dążyła do szybkiego wzrostu zaludnienia Kanady zachodniej , aby
zapewnić
sobie zyskowność
przez przewozy
pszenicy produkowanej na
preriach.
Clifford Sifton istotnie
doprowadził do szybkiego zaludnienia prerii,
przyjmując
do Kanady osadników z
całej Europy, ale społeczeństwo kanadyjskie zareagowało niechęcią na masowy napływ imigrantów z centralnej,
wschodniej i południowej Europy.
Dyskryminacja ich stała sie
ich chlebem powszednim przez
następne dziesiątki lat.
Potem przyszła II wojna
światowa
i naciski Wielkiej Brytanii
przyczyniły się do narzucenia
Kanadzie imigrantów, których Dominium Kanadyjskie do czasu wojny nie chciało, nie
wpuszczało i nadal
nie miało zamiaru
wpuszczać. Tym razem chodziło
o wykształconych fachowców pochodzenia nie brytyjskiego. W. Brytania
także wymogła na Kanadzie
przyjęcie europejskich
uciekinierek wojennych pochodzących
z wyższych klas społecznych ich
krajów, ponieważ brytyjskie zapasy żywnościowe podczas hitlerowskiej blokady prędko się kurczyły, więc Anglia pozbywała się z wyspy kogo tylko było
można.
Obie grupy wojennych przybyszów spełnily bardzo ważne role
dla Polonii i Kanady. Stworzyły bowiem nowe role-models dla Polaków
na emigracji w Kanadzie
(powielane później masowo) i w
społeczeństwie kanadyjskim wypracowały
miejsce dla polskiej kultury,
równocześnie zachowując swój udział w zmienianiu rolniczego Dominium w
kraj o zaawansowanej gospodarce przemysłowej . Ten udział wojennej
emigracji w prawie błyskawicznym przekształcaniu prowincjonalnego, a przy tym bardzo
słabo zaludnionego
państwa w kraj,
należący do pierwszej dziesiątki
najbardziej rozwiniętych
krajów na świecie był niezwykłym dowodem elastyczności jego społeczeństwa, ale
także wprowadził do
niego ferment, który spowodował głębokie przemiany w tymże społeczeństwie, paręnaście
lat później stawianym
już jako wzór
humanitarnego
traktowania przybywających emigrantów. Wszystkiego
tego dokonało społeczeństwo
kanadyjskie nasycone tysiącami imigrantów, w
tym Polaków, mężczyzn i kobiet tęskniących za Polską, obolałych psychicznie
konsekwencjami traktatu jałtańskiego, a
równocześnie zmagających
się ze zwykłymi trudnościami
ubiegłowiecznego życia emigranckiego.
Tożsamość imigrancka
Asymilacja do Nowego Kraju
wiąże się ściśle z tożsamością
imigrancką. Im większe są różnice pomiędzy kulturami obu krajów (Starego i
Nowego) tym wyraźniejsze i bardziej widoczne stają się przemiany zachodzące w tożsamości
przybysza asymilującego się do Nowego
Kraju. Asymilacja jest długim
procesem, czasami trwającym
przez całe życie
i przeważnie nie
odbywa się
łatwo. Jej pierwszym elementem jest nauka nowego języka
i swoboda posługiwania się nim. Elementem równie
ważnym jest zrozumienie, później przyswajanie
sobie nowych sposobów bycia,
typowych dla Nowego Kraju, przejmowanie
sposobów życia i świętowania
istniejących w Nowym Kraju, akceptowanie przekonań, którymi posługuje się na codzień jego społeczeństwo,
udział w kształtowaniu się tego społeczeństwa, rozumienie jego norm,
nakazów i zakazów, według których toczy się życie i układają się
wszystkie elementy stosunków międzyludzkich.
Tożsamością imigrantów
polskich w Ameryce zajmowano się w Ameryce od czasów I wojny światowej . Jednym z najbardziej znanych pośród socjologów
był Florian Znaniecki,
który wspólnie z Williamem
Thomasem opublikował
dwa grube
tomy Pamiętników Chłopów Polskich w Europie
i Ameryce. Autorzy
omawiali zebrane przez siebie
życiorysy
imigrantów polskich przede wszystkim z końca XIX-go
wieku. Zdaniem obu autorów asymilacja jest wynikiem
rozwoju grup emigranckich, a nie jednostek
. Polsko-Amerykańskie
społeczeństwo owego czasu - według nich - ewoluowało powoli jako całość od
polonizmów do amerykanizmów. Dowodzi tego fakt, że członkowie jego, szczególnie
druga generacja, nabywali coraz więcej
postaw
amerykańskich i byli pod
coraz większym wpływem
amerykańskiej cywilizacji.
Według obu
autorów ta "asymilacja jest na tyle
zjawiskiem grupowym, że
można ją
porównać z
takimi procesami jak germanizacja społeczeństwa czeskiego, trwająca od stu lat, albo jak przyjmowanie w ciągu XVIII wieku kultury francuskiej przez polską,
rosyjską i niemiecką arystokrację".
Dla
naszego opracowania dwa
punkty
są tu ważne. Pierwszy, że proces
asymilacji , tak jak pojmowali go Thomas i Znaniecki jest
długi i powolny. Rozciąga się najczęściej
na drugą generację
imigrantów. Drugim ważnym punktem jest opinia autorów, że
asymilacja może się odbywać tylko grupowo, poparta jakimś centrum, które
musiało wcześniej wykrystalizować
najważniejsze dla siebie
elementy polskości na
obczyźnie, a dopiero potem narzucało je
wprost albo pośrednio jednostkom które skupiły się wokoło niego. Obaj autorzy są
świadomi, że badane przez
nich grupy
polsko-amerykańskie miały jednorodne pochodzenie chłopskie lub chłopsko robotnicze i że
ten fakt ułatwiał tworzenie się lokalnych
polsko-amerykańskich
centrów przyciągania.
W badanych
przez nas
etapach
emigracji polskiej do Kanady w XX-tym wieku, a
więc, w czasie
późniejszym od okresu opisywanego
przez Thomasa i Znanieckiego uderza brak podobieństw do sposobów asymilacji
arystokracji polskiej, rosyjskiej i
niemieckiej XVIII-go
wieku do kultury francuskiej.
Wynika to zapewne zarówno z odmiennego charakteru
etapów imigracji polskiej do
Kanady jak i z
odmienności jej przyczyn.
Oprócz tego naszym zdaniem liczni imigranci polscy pozostawali
długi czas w rozproszeniu, np polskie
służące na kanadyjskich
farmach, lub w miastach często
asymilowały się
poza ośrodkami
krystalizującymi i dlatego ten proces nie
wszędzie przechodził w
taki sam sposób. Nie mówiąc o tym, że o asymilowaniu się do
kultury francuskiej decydowała moda, a
o asymilacji w nowym kraju -
życiowa konieczność.
W okresie miedzy wojennym pamiętnikami Polaków w Kanadzie
zajmował się Instytut Gospodarstwa
Społecznego w Warszawie.
W roku 1936-tym
ogłosił on konkurs z
nagrodami na
życiorysy
członków wychodźctwa polskiego planując publikacje tych pamiętników
jeszcze w
roku 1939-tym.
Prace zostały przerwane wojną, a ocalałe
oryginały pamiętników oraz
ocalała odbitka drukarska przygotowanego do druku tomu pamiętników z Kanady pozwoliły Instytutowi Gospodarstwa Wiejskiego
w Warszawie w
roku 1971 na publikację
p.t. Pamiętniki emigrantów.
Kanada. Nr. 1-16. To opracowanie Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego nie pretenduje
jednak do analizy procesów
asymilacyjnych.
Za czasów PRL-u
próbowano kontynuować zbieranie pamiętników
emigrantów, ale dla nas nie przedstawiają one
żadnej wartości ze
względu na swój bardzo propagandowy, a
mało prawdziwy charakter.
Po drugiej
wojnie
światowej tożsamością imigrantów polskich w Stanach Zjednoczonych zajmowała się socjolog
i imigrantka dr. Danuta Mostwin, również zamieszkała
w Stanach Zjednoczonych.
Jej opracowanie Trzecia wartość
poświęcone jest
dyskusji na temat stanu i
rozwoju
tożsamości emigranckiej Polaków w US. Uwzględniając powolne
przeistaczanie się indywidualnego Polaka w Amerykanina.
Mostwin zastanawia
się nad pytaniem czy asymilujący się w Stanach Zjednoczonych imigranci
przestawali być
Polakami. W tym celu wprowadza pojęcie trzeciej
wartości i następnie
opiera na nim klasyfikację stopni asymilacji
równorzędnej do zachowywania lub tracenia poczucia polskości. W ten sposób otrzymuje 5
kategorii
opartych na wyrażaniu stopnia polskiej lub amerykańskiej
tożsamości.
1 -
tożsamość polska
2 -
tożsamość polska zmierzająca ku tożsamości
dwukierunkowej
3 -
tożsamość dwukierunkowa
4 -
tożsamość
amerykańska
5 -
sprzeczności w obrębie tożsamości etnicznej.
Tej ostatniej kategorii używa Mostwin w szerszym niż poprzednie znaczeniu.
Imigranci 1-szej kategorii uważają się za Polaków i są
tak samo oceniani przez Amerykanów. W drugiej i trzeciej, procesy odchodzenia od polskości i adaptacja do amerykańskości są już w toku.
Osoby drugiej kategorii uważają się za Polaków, lecz
wiedzą, że Polacy w Polsce mówią o nich jako o
Amerykanach, podczas gdy oni sami
czują się w nowym środowisku
przybyszami dostatecznie
różnymi, aby Amerykanie traktowali ich jako Polaków. Jak uważa
Mostwin przyczyną tego odizolowania
subiektywnie odczuwanego, jest brak pełnego udziału w życiu
jednej i
drugiej narodowości.
Osoby trzeciej
kategorii uważają się za
Polaków, lecz wiedzą,
że są uważani
za Amerykanów zarówno przez Polaków
jak i Amerykanów. Ich
tożsamość jest
bezpieczna i chłonna, ponieważ, pisze
D. Mostwin,
mają
nieprzerwaną więź z kulturowymi wartościami
dawnego i nowego środowiska
i wpływami ich
wzorców wychowawczych.
"Tożsamość dwukierunkowa
jest nieszkodliwa dla równowagi psychicznej
i dla członka grupy etnicznej jest
tożsamością - idealną.."..
Kategoria czwarta obejmuje osoby, które Polacy nazywają
zazwyczaj Amerykanami polskiego
pochodzenia. Ich tożsamość jest wyłącznie
amerykańska.
Wprowadzając tę klasyfikacje Danuta Mostwin zakłada, że tożsamość amerykańska powoli wypycha ze świadomości imigranta jego tożsamość polską i że dopiero po zakończeniu tego procesu
następuje pełna asymilacja.
W
dalszym ciągu rozważań D. Mostwin zastanawia się nad zachowaniem
i przekazywaniem wartości kultury polskiej poza krajem Przy tej okazji próbuje
ustalić teoretyczny układ dziesięciu wartości kulturowych polskich,
jak twierdzi zależnych jedna od
drugiej, ułożonych hierarchicznie, a następnie omawia
tożsamość etniczną podkreślając,
że ... etniczność nie równa się zakresowi pojęcia kultura... Równa się natomiast układowi polskich wartości
kulturalnych
przeniesionych w klimat kultury
niepolskiej. Dynamika
interakcji pomiędzy tymi dwoma kulturami
wytwarza elementy nowe...
prowadzi do wytworzenia
etniczności. Stąd D. Mostwin rozróżnia
odcienie etniczności odpowiadające krajom, w których polska
diaspora znajduje się
i
wymienia 3 typy etniczności : kulturalną, religijną i narodową. Dla naszych
rozważań nad wizerunkami imigrantki
polskiej propozycje dr.
Mostwin nie są konieczne,
ponieważ
nam zależy przede
wszyskim na skutkach
asymilacji, czyli na reakcjach imigrantek
i imigrantów na Nowy Kraj. Mniej interesuje nas
natomiast teoretyczne budowanie modeli tożsamości imigranckiej
Interesujące jest jednak kiedy Mostwin porównuje swoje
kategorie tożsamości z
satysfakcją zawodową i przynależnością do amerykańskich
organizacji społecznych i
przytacza przy tym urywki wypowiedzi
niektórych respondentów
na rozesłaną przez nią ankietę. Dla
nas może najciekawszą jest wypowiedź
respondenta, który liczbę
lat potrzebnych do tego, aby móc się uważać za Amerykanina uzależnia od :" 1) rodzaju wspomnień
(szczęśliwych lub nie)
jakie zachowujemy z życia w
dawnej Ojczyźnie; 2)
liczby lat przeżytych w
Starym Kraju; 3)
postawy ludzi tutejszych jak i od postawy
ludzi z autorytetem. Te postawy uważam za
bardzo pozytywne, tzn przyspieszające
proces asymilacji..." Z punktu
widzenia niniejszego opracowania wydaje się, że o
stosunku imigranta do
jego
nowej ojczyzny decyduje
jednak więcej
czynników. Ważne są
pytania czy imigrant dobrowolnie opuścił starą ojczyznę, czy też pod przymusem?
Ile lat liczył w chwili przybycia do Nowego Kraju Czy jego kulturalne
uwarunkowanie było zgodne z
planami ponownego rozpoczynania życia
na nowej ziemi? Jakie
plany albo
oczekiwania poprawy/ pogorszenia losu
, kariery wiązał
z emigracją i czy te
plany miały możliwości
spełnienia
się, czy wyjazd miał charakter
emocjonalnie
negatywny, to znaczy czy dominowała
chęć opuszczenia Starego
Kraju za wszelką cenę, czy też pozytywny
- budowania nowego życia
dla siebie i rodziny?
Jak znosił
początkowy okres wyobcowania i samotności i co w
nim z tego okresu pozostało?
Czy w Starym
Kraju, tak jak w
Polsce po roku 1989, zaszły ważne
zmiany? I wreszcie czy decyzja
wyjazdu była jego własna
czy też nie? Dla kobiet imigrantek wszystkie
te
pytania są bardzo ważne, a
szczególnie ostatnie pytanie ma dużą wagę,
ponieważ bardzo wiele emigrantek przybyło do Kanady jako towarzyszki
swoich mężów. Ich priorytetem często bywało zatem
uniknięcie rozłąki rodzinnej, a opuszczenie kraju i wyjście z polskiego kręgu kulturowego znajdowało sie na
drugim
albo trzecim miejscu.
W ciągu dwudziestego wieku nie wszystkie imigrantki naprawdę
chciały opuścić swoje
rodziny i grupy przyjaciół
w Polsce. Niektóre
uległy
namowom narzeczonych, lub
mężów, inne myślały, że ich
pobyt za granicą będzie chwilowy, jeszcze
inne przed wyjazdem budowały
sobie
obraz Kanady na wzór Polski. Wreszcie spora ich część opuściła Polskę
podczas wojny i po 1945
roku obawiała się powrotu
do Polski
pod reżymem komunistycznym. Stąd
nawet pobieżna
znajomość Nowego Kraju
zastępowana była często
wyobrażeniami, które mogły mieć charakter marzeń
nie wiele mających wspólnego z krajem i jego
społeczeństwem. Ten rozdźwięk
pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością
mógł następnie zamienić się w nieusprawiedliwioną pretensję, którą jedna
z moich znajomych zamknęła w retorycznym pytaniu dlaczego
Kanada jest tak bardzo inna? Tak jakby to było winą Kanady, że jest inna niż
Polska. W miarę
upływu czasu rozdźwięk pomiędzy początkowymi marzeniami
i rzeczywistością na ogół zanikał, ale czasami wraz ze świadomością, że to
już jest stały pobyt
w tym nowym obcym kraju - przeradzał się w gorycz, która hamowała
możliwości głębszej asymilacji. Przykładem są tu ostre
słowa jednej z respondentek na mini-ankietę z roku 1998/99.
Na pytanie czy uważa się za osobę o
podwójnej kulturze : polskiej i kanadyjskiej, respondentka
oznaczona symbolem ZC odpowiedziała : tylko
polskiej, bo nie cierpię quebeckiej
kultury. (Respondentka mieszka w prowincji Quebec). Jakże
gorzka jest
wypowiedż autorki ukrytej pod pseudonimem Malwa. W życiorysie zatytułowanym To
nie jest Kraj
moich marzeń pisze
ona :...Jestem
coraz więcej podenerwowana, ogarnia
mnie coraz większa niechęć
do tego kraju. Sama wybrałam moją drogę,
zdecydowałam
się przyjechać tutaj,
więc nie mogę i nie powinnam
się skarżyć, zresztą komu .
W Polsce pracowałam w swoim zawodzie, miałam rodzinę, przyjaciół, ludzi
bliskich i
kochanych a
wybrałam niepewność, obcość /autorka przybyła do Kanady, aby
wyjść zamąż za człowieka, którego wcześniej
poznała - mój przypisek/
. Zastanawiam się
teraz dlaczego myślałam że Kanada jest czymś lepszym od Polski, dlaczego
oczekiwałam czegoś dobrego od tych obcych ludzi? Dlaczego nie
pomyślałam
wcześniej o wyobcowaniu i samotności
jaka musiała mnie tu spotkać...
Dalsza różnica pomiędzy
założeniami
D.Mostwin i naszymi polega na rozumieniu słowa
polskość i kultura polska
dnia codziennego. Mostwim nie definiuje
swojego pojęcia polskości.
Wydaje się jednak, że dla
niej polskość oznacza przede wszystkim stosunek
emocjonalnej przynależności imigranta
do Starego Kraju, jego losów,
historii, tradycji i kultury pisanej
wielką literą. Kultura dnia codziennego, która obejmuje postawy jakimi reaguje się na drobne codzienne
wydarzenia
i preferencje w wyborze norm społecznych, jest
dla Mostwin zamknięta
w dziesięciu wybranych przez nią
wartościach, które ułożyła według pewnej hierarchii. Mają one tworzyć
harmonijną
całość i zbiorowo odpowiadającą na
pytanie jak należy postępować
. Ma to więc być wzorzec postępowania
emigranta a nie jego postępowanie.
Natomiast dla nas ważna jest przede
wszystkim kultura dnia
codziennego, ten automatyczny,
niekontrolowany sposób reagowania na
środowisko, na sposób wychowywania dzieci, na
rozładowywanie napięć w rodzinie, na
ocenianie postępowania
ludzi
spotkanych na ulicy, lub w sklepie według
standartów Starego lub Nowego Kraju, a nawet na
układanie
sobie tych bajek,
które każda i każdy z nas opowiada sobie
codziennie o sobie i które decydują o naszym
poczuciu wartości. świetnie
ilustruje to Marie A.
Jabłońska w swoim życiorysie ... Co zamierzam tu
opisać to serię
kulturalnych szoków jakie przeciętny Europejczyk
ze średniej klasy
doświadcza po swoim przybyciu
do Północnej Ameryki jako
ubogi imigrant. Zanim
zacznę to
opisywać...chcę dodać, że dziś
jestem doskonale zaadaptowana do życia
tutaj i nie zamierzam wrócić do Europy. Po wtóre
nie chcę być źle zrozumiana. Moim celem nie jest krytykowanie
albo wyśmiewanie
czegokolwiek w Kanadzie.
Poprostu chcę podkreślić różnice w
postawach i
zachowaniach tak jak je widziałam wtedy, kiedy się tu znalazłam. I
wierzcie
mi, byłam nieustannie
zdziwiona, zaszokowana i często bardzo
krytyczna. Nic w tym nie
było dziwnego, ponieważ
przywiozłam ze sobą cały bagaż europejskiego snobstwa i przesądów.
W ciągu lat pobytu na obczyźnie
ten
bagaż kulturalny codziennego użytku modyfikuje się pod wpływem wieku, stanu zdrowia, ale także pod
uderzeniami codziennej rzeczywistości Nowego Kraju.
Asymilujący się imigranci prędzej czy później
zastępują w nim dawne postawy
sposobami nabytymi od lokalnych ludzi, w czasie
interakcji z instytucjami,
urzędami itd. Zaobserwowane
i może nawet nieświadome przyswajanie sobie nowych
form i nawyków jest poszukiwaną przez nas
podstawą
odbywającej się asymilacji imigranta.
Drugie pokolenie wyrosłe już na
nowej
ziemi ma znacznie mniejszy zasób bagażu kulturalnego ze
Starego Kraju,
ponieważ od młodości chłonie zwyczaje i
postawy kolegów szkolnych i środowiska,
w którym wzrasta przy jednoczesnej
coraz słabszej znajomości zwyczajów i postaw Starego Kraju.
Nawet jednak te i ci imigranci, którzy świadomie lub nieświadomie bronią się przed asymilacją wprowadzają zmiany
w przywiezionym ze
sobą bagażu polskiej kultury dnia
codziennego. Czasami w rezultacie tych zmian następuje automatyczne odrzucanie wszystkiego co pochodzi z Nowego Kraju, kiedy indziej swoista i spontaniczna selekcja przestarzałych odruchów przetwarza przywiezioną kulturę dnia codziennego w wyidealizowany obraz,
który jednocześnie pozwala na pozorną
adaptację do kultury
życia codziennego Nowego Kraju. Wygląda to wówczas tak, jakgdyby imigrant lub
imigrantka mówili sobie "wszyscy
zachowujemy się
tak, jak tego wymagają
normy
Nowego Kraju, ale tak
naprawdę wiemy, że tylko
nasze dawne postępowanie jest wyrazem prawdziwej
kultury". To też jest sposób na
rozładowywanie swoich kompleksów niższości wynikających z poczucia izolacji w Nowym Kraju.
Większość wytwarza sobie swoją osobistą mieszankę
kulturową, którą posługuje
się na codzień, powoli zwiększając w
niej swój wkład
kanadyjski, aż do
punktu kiedy kultura dnia
codziennego Polski jest używana tylko przy
spotkaniach z rodakami
i to nie ze wszystkimi.
Wśród
imigrantów Kanady zachodniej z pierwszej połowy XX-go wieku
istniał szczególny rozziew
pomiędzy nagromadzeniem
doświadczenia kanadyjskiego przez mężczyzn, którzy zwykle
przybywali pierwsi i przez przybywające
później kobiety. Ponieważ
w praktyce uzbieranie kwoty
pieniędzy potrzebnej na sprowadzenie rodziny często zajmowało sporo lat, więc
w chwili kiedy rodzina wreszcie
przybywała, mężczyzna był już "doświadczonym Kanadyjczykiem",
podczas gdy jego żona i dzieci
zaczynały się dopiero
oswajać z nową rzeczywistością.Ta
różnica dawała mężczyznom
dodatkową przewagę
w rodzinie. Stąd polski
ludowy patriarchalizm i
hierarchiczna
forma struktury rodzinnej wyniesione ze
wsi Starego Kraju bywały w
Kanadzie wzmacniane przez nabytą przez ojca
znajomość Nowego
Kraju i jego praw. W początkowych latach imigracji
dla
rodziny, czyli kobiet
i dorastających dzieci,
decyzje ojca były więc w
wielu
rodzinach absolutnie niepodważalne W tamtych latach dzieci
nie mogły się nie zgodzić z decyzją rodziców, musiały słuchać Agata Puzianowski
autorka powyższej uwagi nie odważyła się
wprost odmówić swemu ojcu wyboru
męża dla niej,
ale broniąc się przed narzuconym narzeczonym za namową swojej kanadyjskiej znajomej
poprostu
uciekła z domu. Czyli
milcząco przyjmując wybór dokonany
przez ojca zachowała się jak Polka, ale
uciekając z domu
przed narzuconym narzeczonym postąpiła już jak dziewczyna
kanadyjska.
W Kanadzie wschodniej, gdzie
emigranci polscy z XIX-go wieku i z pierwszej
połowy XX-go osiedlali się przede wszystkim w miastach,
patriarchalizm rodzin polskich mógł nie występować w tak jaskrawych formach jak
na zachodzie Kanady, dlatego
że zarówno większa gęstość zaludnienia,
jak i ciągłe kontakty z
różnorodnymi kulturami etnicznymi
mogły działać łagodząco
na polskie wiejskie tradycje. Ponadto, w miastach
łatwiej było się wyłamywać spod kontroli ojca,
ponieważ było znacznie więcej okazji do
usamodzielnienia się. Z
większymi możliwościami zarobkowymi
córek, łączyła się większa możliwość wyprowadzenia
się z domu. Wreszcie
w ośrodkach miejskich Kanady wschodniej osiedlały się także emigrantki z Polski, przybyłe
samotnie. W środowisku
polskiej imigracji były one traktowane
jako potencjalne żony, które
mogły sobie wybierać mężów według swojej woli. Z tych
co jechali doKanady było parę rodzin rusińskich,
kilkanaście dziewcząt, które
jechały jako służące albo do narzeczonych, a reszta to
żony z dziećmi . Był to rok 1930.
Aż do przełomu lat
50-tych i 60-tych ub wieku
emigrantka w mieście miała
bardzo niewielki wybór zawodów.
Najczęściej zatrudniana była jako służąca, nianka, ewentualnie opiekunka małych
dzieci. Rzadziej, dopóki
II wojna światowa nie
wywołała boomu produkcyjnego w miastach Kanady wschodniej , znajdowała miejsce pracy w różnych
mniejszych lub większych fabrykach
rozwijających się w takich ośrodkach jak Montreal lub
Toronto, ponieważ brak
znajomości języka zwykle uniemożliwial
jej pracę w środowisku fabrycznym, z wyjątkiem pracy w sweatshops bardzo popularnych w czasie
Wielkiego Kryzysu.
Po zakończeniu wojny i
powrocie kanadyjskich żołnierzy do domów Kanadyjki masowo rzucały pracę zawodową i wracały do domów,
aby zakładać rodziny i
rodzić dzieci.
, stąd nieznaczny procent imigrantek
biegłych w języku angielskim i
znających maszynopisanie oraz
inne prace biurowe mógł
teoretycznie już wówczas
szukać prac
sekretarek, recepcjonistek,
telefonistek itp. Nieco później po
wojnie wielkie magazyny i duże sklepy zaczęły
także przyjmować
imigrantki jako sprzedawczynie,
lub kasjerki, a małe przedsiębiorstwa usługowe,
powstające licznie w latach powojennych, chętnie
zatrudniały
osoby znające różne europejskie języki, ponieważ ich klientela często
tylko takimi władała.
Imigrantki z krajów
Europy wschodniej były także chętnie
widziane w urzędach rządu federalnego, gdzie
znajomość różnych języków była potrzebna w pracy. W sklepach nikt
się nie zastanawiał, czy nowo przyjęta
sprzedawczyni jest
zamężna czy nie, ponieważ wiadomo było, że imigrantki mężatki są tak samo
gotowe
pracować jak kobiety niezamężne Prace zarobkowe
podejmowane przez nie
często
pozwalały
mężowi, jeszcze niepracującemu,
na
znalezienie lepiej płatnej pracy,
albo zrobienie kursu językowego lub zawodowego,
który z kolei
mógł
mu zapewnić lepsze zarobki i wyższy
dochód w rodzinie. Stąd zarobkowanie mężatek w większości
traktowane było wśród Polaków jako chwilowe
i mąż nadal był uważany za głównego żywiciela rodziny. Mimo tej idee
generale dominującej wśród Polonii
z lat wojennych i powojennych praca
zawodowa imigrantek przeważnie
wydłużała się w czasie, bo w miarę powstawania nowych
planów życia
powstawały nowe potrzeby, jak np studia
dla dzieci, lub kupno nowego domu.
Zachęcała kobiety do pracy zawodowej także
i ogólna atmosfera kraju, gdzie
wzrost potrzeb imigrantów był
pochwalany jako normalny element asymilacji, a samodzielność była
jednym
ze świętych przykazań
społeczeństwa kanadyjskiego. Polskie
imigrantki na ogół chętnie
podejmowały pracę
zarobkową. Czasami szczególnie
atrakcyjna była ona dla młodych mężatek, które w pracy zawodowej
widziały dla siebie furtkę uwalniającą je od roli housewife, skoncentrowanej wyłącznie
na prowadzeniu domu i wychowywaniu
dzieci i z którą "mąż nigdy nie
rozmawiał o swojej pracy
zawodowej, a nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że o sprawach
publicznych i
zawodowych można by rozmawiać
z kobietą" Bunt przeciwko tej patriarchalnej
postawie męża znalazł się w odpowiedzi jednej z respondentek na mini-ankietę, imigrantki po wyższych
studiach przybyłej do Kanady 10 lat po drugiej wojnie. Pisze ona że
pierwszą swoją
pracę zawodową " podjęła wbrew woli męża. Mąż pogodził
się z moją decyzją, ale na jego warunkach.
Gdy nie kolidowało to z planami jego i dzieci." W
dalszym ciągu ta sama respondentka
tłumaczy dlaczego nie
lubiła swojej pierwszej pracy : "
Pracowałam tam gdzie miałam środek
transportu, lub możność dojścia w czasie wolnym od
obowiązków domowych. Z
powodu częstej przeprowadzki
z miasta do miasta ( awanse
męża w pracy) musiałam brać prace bez dłuższego zobowiązania."
Ta "chwilowość" zatrudnienia
kobiety powodowała, że etapy jej asymilacji opierały się
przede wszystkim na osobistej zdolności
adaptacji imigrantki do otaczającego ją środowiska od którego uczyła
się
języka, postaw i manier w kontaktach z ludźmi oraz
noszenia się po kanadyjsku. Etapy tej
adaptacji przebiegały
w różnych częściach Kanady w różny sposób. Także czas
przybycia imigrantki, jej status społeczny w Starym Kraju
oraz
jej wiek odgrywały poważną rolę w procesie asymilacji do kultury kanadyjskiej. To też
inaczej przechodziły proces asymilacji Polki które
przybyły do Kanady podczas wojny,
albo zaraz po niej, a inaczej te, które
później uciekały z komunistycznej Polski,
lub przybyły na fali "solidarnościowej"
emigracji.
Wydaje się, że po wojnie
w zetknięciach z Polonią zadomowioną już w
Kanadzie, nowo przybyłe
kobiety odczuwały potrzebę publicznego podkreślania swoich
więzów ze
Starym Krajem. Imigrantki z okresu wojennego i powojennego często
niejako z obowiązku partiotycznego
czuły potrzebę publicznego wyrażania swego przywiązania
do Polski, swojej dumy z polskiego
pochodzenia, tak
jakby w ten sposób chciały zbalansować
odczuwane w Kanadzie izolację i
wykorzenienie.
W miarę przedłużania się pobytu na obczyźnie ten stan emocjonalnej egzaltacji mijał i sprawy ongiś w Polsce
uważane za ważne
większości respondentek obojętniały, chociaż
dla wielu z nich ich stosunek do Starego Kraju i
jego
kultury się nie zmienił
Niewątpliwie kobiety,
które przybyły do
Kanady przed 1939-tym rokiem zaczynały
swą adaptację do Kanady przez
najniżej kwalifikowaną pracę zarobkową podobnie jak ich mężowie lub ojcowie. One wiedziały, że
wyjazd ze
Starego Kraju miał oznaczać wypracowanie sobie lepszego losu i
uzyskanie tego
celu było zależne od szybkości ich adaptacji i od ilości zebranych przez nie pieniędzy. "Czas płynął.
Zaczęłam lubić moją pracę (autorka
smażyła hamburgery) Dolary stale
napływały. Co tydzień odnosiłam
do banku $ 3, kupując sobie coś do
mojej wyprawy. Po ośmiu czy
dziewięciu miesiącach miałam odłożone 180 dolarów,
wyreperowane
zęby i
wszystkie ubrania jakie mogłam nosić. Dobrze mi się powodziło."
A skoro poprawa losu
oznaczała
adaptację do zwyczajów i
sposobów życia w Nowym Kraju,
to jak najszybciej należało dostosować
się do lokalnej społeczności, ponieważ
wtedy można było łatwiej i lepiej zarobić. Czasami jednak przywiązanie do postaw wyniesionych ze Startego Kraju bywało silniejsze aniżeli chęć zarobku. Taki przykład podaje D. Hoerder cytując
Annę Polkę, która uciekła do"
Indian" ze służby u "bogatego
państwa", w domyśle, ponieważ nie
traktowali jej tak jak ona
by sobie życzyła
Emigrantki czasu II wojny światowej
i pierwszych lat powojennych,
osiadłe przede wszystkim w miastach Kanady wschodniej znajdowały
w
swoich pracach zarobkowych znacznie
mniej zachęty do asymilacji. Otwarte dla nich zawody
sprzątaczki, służącej, lub nianki byly
i nadal są w pojęciu
ogromnej większości Polek imigrantek poniżeniem społecznym,
którego należalo unikać. Nieco lepiej było być
robotnicą w fabryce lub sprzedawczynią w sklepie, chociaż i to było
wyrazem
deklasacji społecznej, a i zarobki w
większości oznaczały raczej przeżycie
aniżeli perspektywy poprawy losu. Jednak już 10
lat po wojnie, kiedy Kanadyjki nadal
licznie zakładały rodziny zaczęły się pojawiać wolne
miejsca w
zawodach biurowych. Imigrantki znające wystarczająco angielski lub
francuski mogły więc, przy odrobinie szczęścia przejść
od pracy fizycznej do pracy biurowej.
Bardzo powoli zaczęto także brać pod
uwagę możliwości zatrudnienia imigrantek
odpowiednio do
ich wykształcenia, co do
czasów wojny światowej było
poprostu nie do pomyślenia. Powojenne
braki na rynku pracy przy jednoczesnej kontynuacji
rozwoju gospodarczego
Kanady powoli wymuszły więc
lepsze prace także i dla kobiet.
Ta nowa
pozycja polskiej imigrantki
na rynku pracy zaskoczyła do
pewnego stopnia niektórych członków
Polonii. Fakt, że dawała ona kobietom więcej
samodzielności i
lepsze pensje nie zawsze
spotykał się z aprobatą
ich mężów. Niektórzy
z nich
byli zadowoleni, że w ten sposób rodzina miała więcej pieniędzy, inni jednak
reagowali na nową
samodzielność ich kobiet
niezadowoleniem i poczuciem zagrożenia własnej
pozycji żywiciela i pana domu.
Z drugiej strony
samodzielność finansowa
mężatki potrafiła
czasami bardzo zmienić na gorsze jej stosunek do męża. Drobne
rodzinne nieporozumienia zaczynały w
takich rodzinach urastać do poważnych problemów. Niekiedy trwało to
miesiącami, kiedy indziej latami,
aż dodatkowe presje związane z pracą i trudnościami adaptacji w Nowym Kraju jednej lub drugiej strony doprowadzały do rozłamu w
rodzinach. Wiele małżeństw poprostu nie
wytrzymywało takiej próby. Kasia, autorka życiorysu "Wolna
i niezależna" pisze następująco
..." Bardzo dużo miejsca poświęciłam w
niniejszym opracowaniu mojemu małżeństwu. Były ku temu dwa powody. Po pierwsze zdarzenia te były przedmiotem największej mojej troski
w tym okresie. Po drugie zdarzenia te w sposób pośredni
ilustrowały moje
przejście z
jednej kultury w drugą. W Polsce
tragiczna sytuacja polityczna i ekonomiczna nie sprzyjała dojrzewaniu psychicznemu młodych ludzi.
Nie kształtuje się w nich
w sposób naturalny odpowiedzialności za
własne życie. Dlatego też przez lata na
wysiłki mego męża zmierzające ku uzależnieniu
mnie, reagowałam po przez próby albo zgody na jego warunki,
albo
przez wypracowanie sobie większej wolności. Trochę jak nastolatek starający się
albo być grzeczny,
albo wywalczyć sobie większą wolność ze strony rodziców, gdybym była dojrzałą kobietą taka
sytuacja nigdy nie
zaistniała by. Odpowiedzialność
za własne postępowanie i za
własne decyzje brałabym jako
pewnik. Byłabym przeświadczona
o swoim prawie do samostanowienia,
a jakiekolwiek próby uzależnienia
mnie trafiałyby w próżnię. Ponieważ nigdy przed ślubem takiej dojrzałości
nie osiągnęłam to i prawo do samostanowienia nie było
czymś naturalnym dla mnie." Jeden ze
znajomych polskich
lekarzy, u którego leczy się wiele
rodzin polskich imigrantów, uważa że
do dziś częściej mężowie aniżeli żony nie wytrzymują stresów związanych z
imigracją.
Od czasu
II wojny
światowej w takich
miastach jak
Montreal lub Toronto rozwój społeczności polonijnej
następował bardzo szybko. Duży napływ imigrantów z rodzinami po zdemobilizowaniu wojska
polskiego na Zachodzie oraz
DiPisów z różnych obozów
rozsianych po różnych kontynentach
sprzyjał powstawaniu dość zwartych grup polskich kontynuujących tradycje i
zwyczaje Starego Kraju, według których kobieta uważana była za
strażniczkę ogniska domowego i do jej
obowiązków należalo przechowywanie kultury i tradycji
narodowych. Żołnierze
armii polskiej na
Zachodzie, którzy ściągali
swoje narzeczone z Polski,
albo szukali
Polek na żony także oczekiwali
od swoich wybranek, że stworzą
im domy na modłę polską,
kontynuując polskie katolickie
wartości kultury i tradycji i przekazując
te wartości ich dzieciom. W tych oczekiwaniach brała
często udział miejscowa Polonia pielęgnując
atmosferę tradycyjnej roli Polki urządzającej święta według polskich
tradycji, biorącej udział w
imprezach polonijnych,
włączającej się w
działalności społeczne
:
polskie szkółki sobotnie
lub niedzielne,
zespoły tańców
polskich,
udział w organizowaniu kas
samopomocowych, witanie
nowo przybyłych,
przygotowywanie
kursów języka angielskiego, a także organizowanie
różnych związków lub
komitetów pomocy
imigrantom oraz społeczeństwu
polskiemu.
W pojęciu społeczności polonijnej
natomiast asymilacja kobiet do Kanady była sprawą
drugorzędną, prywatną każdej
nowo-przybyłej emigrantki i jako taka nie była w planach zainteresowań
społeczności polonijnej.
Nie było na przykład polonijnych kursów językowych dla kobiet, chociaż Polonia organizowała
kursy zawodowe i językowe dla mężczyzn.
Stąd dla wielu imigrantek
mężatek drugiego i trzeciego etapu (1940-1979) najczęstsza droga do asymilacji prowadziła albo przez pracę zarobkową albo przez
bezpośredni
kontakt
ze społeczeństwem kanadyjskim, na przykład podczas cotygodniowych zakupów żywnościowych w
wielkich magazynach żywnościowych, w
których
wystarczała nawet minimalna
znajomość języka. O tym jak bardzo kulawa bywała taka asymilacja
świadczy montrealska anegdota ze środowiska
kanadyjskich sędziów przepytujących kandydatów na obywateli kanadyjskich.
Otóż na standartowe pytanie jednego z nich
co
kandydatka robi w Kanadzie, pewna
polska starsza pani odpowiedziała szczerze Me, go to Steinberg, then push, push my cart. Na
szczęscie w latach powojennych sędziowie kanadyjscy przejęci
zasadą
łączenia rodzin przyjęli
to kulawe zdanie jako wystarczającą znajomość wymaganego języka angielskiego i dali jej obywatelstwo kanadyjskie. W nieco lepszej sytuacji asymilacyjnej znajdowały się
imigrantki
matki mające dzieci w wieku
szkolnym. Obowiązek uczestniczenia w
szkolnych zebraniach rodziców, współpraca z nauczycielami, udział w
organizowaniu różnych szkolnych imprez oraz
wszystkie
inne kontakty ze szkołą zmuszały polską
matkę do rozszerzania swego minimum językowego,
a także zapoznawały ją z różnymi kanadyjskimi instytucjami życia
społecznego. W rezultacie przy dobrej woli imigrantki
asymilacja osiągnięta dzięki tym kontaktom bywała nieraz
o
wiele głębsza aniżeli można było przypuszczać.
Źródła
Opracowanie niniejsze jest próbą
uporządkowania informacji zaczerpniętych
przede wszystkim z wypowiedzi
indywidualnych
emigrantek, ich autobiografii, biografii, wspomnień
i biogramów publikowanych
w mało licznej dokumentacji dotyczącej
polskiej imigracji kobiecej w Kanadzie.
Ponadto opiera się na anonimowej mini-ankiecie przeprowadzonej przeze mnie w latach 1998-1999, której celem było uzyskanie
dodatkowych informacji o tym jak polskie
imigrantki w Kanadzie z drugiej połowy
XX-go wieku patrzą na siebie
i swoje życie na obczyźnie. Otrzymałam odpowiedzi 30-tu respondentek,
co stanowi około 10 % rozesłanych ankiet. Posługując
się przyjętym podziałem na cztery etapy imigracji
otrzymałam 5 odpowiedzi od
imigrantek z drugiego etapu
(1940-1956 ), 11 odpowiedzi
nadeszło od imigrantek z trzeciego
etapu (lata 1957-1979) i
14 odpowiedzi z
czwartego
etapu (1980-2000).
Oba źródła
mają charakter osobistych wypowiedzi i
wskutek tego zawsze są subiektywne w
ocenie sytucji, w
której znajdowały się kolejne fale polskiej emigracji. Dlatego trzeba było je
uzupełnić
informacjami zaczerpniętymi z publikacji omawiających
ogólną
sytuację imigrantów w poszczególnych
okresach czasu, w tym
także, ewolucję
kanadyjskiej polityki imigracyjnej w minionym stuleciu oraz
ewolucję Polonii
kanadyjskiej.
Ponadto sięgnęłam do
kilku publikacji
polskich imigrantów oraz kilku reportaży Polaków,
którzy w ciągu drugiej
połowy XX-go wieku
odwiedzali Kanadę. Z uwagi na małą prawdziwość romantycznych książek Melchiora Wańkowicza, dotyczących
imigracji polskiej
w
Kanadzie nie uznałam ich za
wartościowe źródła, podobnie
pominęłam publikacje Arkadego Fiedlera,
którego reportaże nie mają żadnej wartości
poznawczej dla naszego tematu
kobiet polskich
w Kanadzie.
Sporo informacji dostarczyły
mi wydawnictwa polonijne
jak słowniki biograficzne,
publikacje omawiające dorobek
kulturalny Polonii, pamiętniki
,życiorysy, wspomnienia oraz
biuletyny, informatory, księgi
pamiątkowe
itp publikacje różnych organizacji polonijnych.
Wreszcie opierałam się
także na własnych spostrzeżeniach, notatkach i
obserwacjach uzbieranych podczas prawie czterdziestoletniego pobytu w
Kanadzie.
We wszystkich tych źródłach szukałam
elementów odnoszących się do wizerunków polskich emigrantek, ale
ponieważ są
one najczęściej ściśle związane z
doświadczeniami emigracyjnymi ich mężczyzn, więc opisując imigrantki polskie
nie
sposób było nie mówić
o ich partnerach, mężach,
ojcach,
braciach oraz o ogólnej roli mężczyzn
uznawanych do dziś przez
znaczną część Polonii za głównych bohaterów imigracji.
Notatki, wspomnienia,
biografie samych emigrantek
cechują się charakterystyczną
stronniczością informacji.
Historycznie są
zróżnicowane ilościowo i
jakościowo. Biografie i
wspomnienia pierwszego
(1900-1940), trzeciego
(1957-1979) i
czwartego (1980-2000) etapu napisane są przeważnie
w
odpowiedzi na apele instytucji polskich
lub polsko-kanadyjskich.
Znalazłam także
dwie krótkie biografie
napisane przez kobiety z drugiego
(1940-1957) etapu. Wszystkie
były publikowane w trzech
instytutach badawczych.
Przed II
wojną światową w roku 1936 Instytut Gospodarstwa Społecznego
w Warszawie
zorganizował konkurs z nagrodami
pieniężnymi na pamiętniki emigrantów polskich na
świecie, w tym także
i w Kanadzie.
W roku 1957 tygodnik "7 dni" w PRL-u ogłosił następny konkurs na pamiętniki emigrantów.
Cele tego
ostatniego
zamierzenia były jednak wyłącznie propagandowe.
Po wojnie
Kanadyjsko Polski Instytut
Badawczy przy Kongresie Polonii Kanadyjskiej w Toronto rozpoczęł zbieranie pamiętników i biografii
emigrantów w Kanadzie .
Pamiętniki emigrantów wydane przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w Warszawie przedstawiające
pierwszą falę imigracyjną noszą na sobie
znak czasu. Są one opublikowane "w
stanie surowym", to znaczy bez dokonywania selekcji
pod kątem przydatności do
badań socjologicznych, albo stawianych hipotez
i dzięki temu są bardzo wiarygodne. Także
co bardzo
charakterystyczne, są wszystkie poza jednym
pisane przez mężczyzn.
Jedyny pamiętnik napisany przez kobietę, żonę
robotnika w fabryce
pończoszniczej odnosi się do życia jej i
jej męża w prowincji Quebec.
Przedstawia
on
ciągły proces porównywania życia w Polsce i w Kanadzie i
podkreśla
walory życia w Nowym Kraju, mimo dyskryminacji
i samotności tej rodziny.
Wspomnienia, biogramy i życiorysy publikowane
w Kanadzie są często opracowywane, skracane, tłumaczone
z polskiego na angielski lub odwrotnie, a czasami redagowane przez ekipę
badawczą
i redakcję publikacji
(por. Polacy w Albercie
pod redakcją J. Matejko).
Część ich
przedstawia wspomnienia
rodzinne, w których dzieci lub wnuki opisują poświęcenie, pracowitość i
pomysłowość matek i ojców na tle ogólnych warunków życia
rodziny. We wspomnieniach
pisanych przez
kobiety
uderza programowy optymizm ;
było ciężko, - ale daliśmy sobie
radę, było dużo roboty
i było samotnie, - ale
przybyło więcej osadników i teraz jest lepiej, spotykamy się z
sąsiadami i urządzamy wspólne śpiewy i
zabawy taneczne itd. To dzieci i wnuki, a czasami mężowie piszą jak było ciężko i ubogo i jak praca
ponad
siły oraz częste porody
wyczerpywały zdrowie imigrantek, które przybyły do Kanady młode i
zdrowe, aby zrealizować swój sen
o dobrobycie na kanadyjskiej
farmie.
W prawie wszystkich przypadkach są to
wspomnienia kobiet, które mówią o sukcesie ich życia i z jednej
strony są dumne z siebie, że tyle osiągnęly, a z drugiej uważają ten sukces
za
wynik zachowania wartości,
w
których
zostały wychowane, szczególnie owej back breaking work, która w ich
pojęciu jest należną ceną
za późniejszy sukces.
Pojęcie
sukcesu jest przy
tym subiektywne, czasami
oznacza tylko długość drogi przebytej
pomiędzy
startem
w warunkach największego prymitywu, a skromnym zabezpieczeniem na starość w
postaci niewielkiej rodzinnej
farmy, innym
razem jest to prawdziwy sukces na wielkiej i bogatej farmie, albo w przedsiębiorstwie
miejskim. Prawie zawsze przebija duma
ze spełnienia obowiązku
rodzicielskiego
i zapewnienia dzieciom możliwości
wykształcenia i awansu społecznego.
Pamiętniki kobiet z lat powojennych są nieliczne.
Kobiety z grupy uchodźców
politycznych
były niechętne pisaniu własnych
wspomnień uważając niesłusznie: "że pamiętniki powinny pisać osoby wybitne, mężowie stanu, żołnierze, którzy spełniali heroiczne czyny, wielcy artyści, albo ludzie, którzy mają naprawdę
wielkie osiągnięcia. A co może napisać zwykła emigrantka
"? Stąd niechęć
do spisywania własnych dziejów tak charakterystyczna w grupie, wychowanej w przedwojennym przekonaniu, że życie kobiety toczy się małą scieżką obok życia
jej mężczyzny i wogóle jest mniej ważne niż życie mężczyzn.
Zmianę stosunku do
pisania pamiętników widać dopiero wśród powojennych
emigrantek z pokolenia urodzonego
i wychowanego w Polsce Ludowej. W tej grupie
imigrantki nie wahają się opisywać swoich i rodzinnych
sukcesów, niepowodzeń, trudności
napotykanych z powodu
bezdusznej biurokracji albo nawet dyskryminacji.
Podkreślają swój udział lub swoją rolę w rodzinie pisząc "ja zdecydowałam...", "ja byłam czujna"...,
"moja wrażliwość"...,
podczas
gdy poprzednie pokolenia
imigrantek używały określeń "mąż zdecydował"... lub "zdecydowaliśmy"...,
" Opisują swoje problemy osobiste, często wspominają o swoim wpływie
na
mężów i o roli mężów i dzieci w
adaptowaniu się do Nowego Kraju, o tęsknocie za Polską
i urządzaniu się
w Kanadzie. Robią
uwagi ogólne
porównywujące życie w
Kanadzie i w Polsce, wyjaśniają powody, dla
których wyjechały z Polski,
tęsknią,
cieszą się i złoszczą
na nieprzewidziane sytuacje, chętnie
dzieląc się z czytelnikami
własnym poczuciem ważności.
Osobiste wspomnienia,
autobiografie i biogramy są także
obciążone kryteriami wyboru do publikacji
nadsyłanych wspomnień. Są to
bowiem odpowiedzi na apel zbierania życiorysów.
Polki,
których wspomnienia i autobiografie zostały opublikowane
w Polacy
w Albercie. Wspomnienia i życiorysy oraz w Pamiętnikach emigrantów
nie były wybrankami losu,
znakomitościami o których wszyscy
wiedzieli, albo osobami szczególnie
ważnymi. Wręcz przeciwnie. Ich świadectwo
było jednostkowym opisem
warunków życia emigranckiego nie
wiele odbijającego od losów życia
przeciętnych emigrantek z
różnych etnicznych grup ( poza Brytyjczykami) żyjących w Prowincjach preriowych
w XX-tym wieku.
Nasuwają się przy tym dwie uwagi. Pierwsza
to, że dokumentacja dotycząca kobiet,
które nie stały się przypadkami sukcesu jest bardzo nikła. Druga uwaga wymaga, że dla obiektywnej
oceny osiągnięć
polskich emigrantek konieczne jest tło, w
którym ich życie
się rozgrywało. Pustki dotyczącej przypadków
przegranych marzeń i nie udanego życia nie udało mi się wypełnić
analogicznymi przykładami z życia
kobiet z innych grup etnicznych, ale charakterystyka ogólnych warunków życia w danym okresie
czasu i miejscu
Kanady wschodniej i zachodniej przynajmniej pozwoliła
na nazwanie najważniejszych przyczyn
ciężkiego życia. Stąd także wywodzą się konieczne uzupełnienia dotyczące ogólnych
warunków społecznych,
ekonomicznych i polityczno prawnych w poszczególnych prowincjach
i w całej Kanadzie. One
to bowiem
określały rezultaty imigranckich wysiłków i osiągnięć, a
więc także i polskiej
emigracji. Konieczne było
także wzięcie pod uwagę ważnych przemian społecznych i gospodarczych
dokonywujących się w Kanadzie nie tylko
pod wpływem masowej imigracji z pierwszej połowy XX wieku i wynikających z niej przemian,
ale także rozwijających się pod wpływem
sytuacji światowej, a
przed wszystkim Wielkiego Kryzysu
i II wojny swiatowej, jej
skutków lokujących nagle
Kanadę wśród najbardziej liczących się
krajów świata. Głębokość
przemian ekonomicznych i politycznych
wywołanych tym nowym stanowiskiem
zaważyła na mentalności społeczeństwa kanadyjskiego do tego stopnia, że
w ciągu paru dziesięcioleci jego skala
norm i wartości uległa całkowitej zmianie.
Jak w tych przemianach partycypowały
emigrantki polskie jest jednym z pytań na które w niniejszym
opracowaniu poszukujemy
odpowiedzi. Faktem jest, że polskie
imigrantki w Kanadzie mają
znaczną kartę w budowie
nowoczesnego społeczeństwa kanadyjskiego, nie tylko
dlatego, że uczestniczyły
we wszystkich etapach przemian, ale także ponieważ swoją pracą, inicjatywą
oraz uporem w utrzymywaniu
własnego bagażu kulturowego przyniesionego
z Polski przyczyniły
się
do rozwoju Polonii kanadyjskiej,
aktywnej we wszystkich dziedzinach życia społecznego oraz
w zachowaniu kultury polskiej na obczyżnie.
Etapy masowej emigracji do Kanady
Podziały
czasowe
emigracji polskiej w Kanadzie
bywają różnie wyznaczane.
Naogół
wszyscy są zgodni, że emigrację
polską do Kanady można podzielić
na kilka okresów, które różnią się
między sobą liczebnością i
warunkami w Nowym Kraju. Bogdan Czaykowski,
profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii w Vancouverze
dzieli prawie całe stulecie (1901-1988) na 3 fale. Pierwsza
(1901-1940) przedwojenna objęła między
150 a 170 tysięcy Polaków. W drugiej fali w której wydziela 3 podokresy
:
wojenny (1940-1945), powojenny
pierwszy (1945-1957) i powojenny drugi (1957-1981) liczba ogólna polskich imigrantów wyniosła
około 100 tysięcy osób.
Trzecia fala, która wg. B.
Czaykowskiego stanowi
emigrację "solidarnościową",
która zaczęła się
w roku 1981 i trwała do końca wieku. Aż do roku 1984 objęła około 20 tysięcy Polaków.
Z racji
charakteru naszego studium podział czasowy
emigracji wprowadzony
przez prof. Czaykowskiego
musiałam nieco zmodyfikować, ponieważ trzeba było
uwzględnić różnice występujące pomiędzy
poszczególnymi grupami kobiet, a
związane ze zmieniającą się sytuacją w Polsce oraz
ze zmianami odbywającymi się w Kanadzie. Z tej racji minione stulecie polskiej
emigracji w
Kanadzie podzieliłam na
następujące cztery historycznie umotywowane etapy.:
I. (1900-1940) obejmował czas, w
którym cała emigracja
(
poza brytyjską) do Kanady
była dobierana według zapotrzebowania
na niekwalifikowaną siłę
roboczą;
II. (1940-1957) opierał sie na nowych planach osiedleńczych
Kanady wymuszonych wojną i składał się przede wszystkim ze
zdemobilizowanych
żołnierzy oraz DiPisów. Kobiety
imigrantki tego okresu to war
refugees, żołnierki i DiPiski, do
których Kanada początkowo odnosiła się
bardzo niechętnie;
III. (1957-1979)
obejmował lata w których większość polskich emigrantów wyjeżdżała z
Polski
Ludowej, pół- legalnie, nielegalnie i
najrzadziej legalnie.Po gorzkich doświadczeniach okresu
stalinowskiego, frustracjach rządów Gomułki, po
niepokojach społecznych za
Gierka imigranci
chcieli przede wszystkim wybrać
wolność. Imigrantki z tego okresu były naznaczone złymi doświadczeniami
w Polsce i ich
decyzja opuszczenia Polski była tego wynikiem. Kanada
natomiast coraz wyrażniej
poszukiwała już wówczas wykształconych kandydatów na
imigrantów.
IV. (1979-2000) obejmuje zarówno okres rosnącego
fermentu społecznego przygotowującego rozpad komunistycznej
władzy w Polsce jak i pierwszą
dekadę niepodległości
III-ciej Rzeczpospolitej. Emigranci
polscy tego okresu są obarczeni frustracją
przeżytą w Polsce, ale różnią się od swoich poprzedników postawą
osobistych
oczekiwań wobec własnej emigracji, a
także tym, że urodzili się i
wychowali w PRL-u
Podział wprowadzony
przez nas
uwzględnia
więc z jednej strony przyczyny, dla
których Polacy emigrowali do Kanady , a
z drugiej zasady wyboru
dokonywanego przez Kanadyjczyków
w masie potencjalnych kandydatów na
emigrantów dobijających się
do drzwi tego Kraju.
Pierwszy etap emigracji (od
około roku 1900 do roku 1940) , miał charakter wyłącznie
ekonomiczny i cechował się
jednorodnością społeczną przybyszów, ponieważ kanadyjskie
kryterium przyjmowania emigrantów
z kontynentu europejskiego
wpuszczało do Kanady tylko ludzi
nawykłych do ciężkiej pracy
fizycznej. Mieli to być robotnicy
potrzebni przy budowach
dróg, transkontynentalnych kolei, w przemyśle
górniczym, przy eksploatacji
lasów,
nieco rzemieślników, a
wreszcie
osadnicy rolni kolonizujący puste,
bo zaledwie otwarte dla
osiedlania partie trzech prowincji
preriowych. Podobnie bezludna, a może nawet jeszcze bardziej, była Brytyjska Kolumbia, gdzie
parę
dziesiątek lat wcześniej skończyła się właśnie gorączka złota i masy odpływających poszukiwaczy
złota pozostawiły po
sobie setki
pustych obozów, osiedli i ghost towns ( pustych miast.)
Spekulacja ziemią oraz
słabo rozwinięta infrastruktura
administracyjna we wszystkich czterech terytoriach,
a następnie prowincjach zachodnich sprzyjały powstawaniu różnego rodzaju form osadniczych. Obok ogromnych farm bydła
wypasanego okrągły rok na pustych przestrzeniach południowo
zachodniej prerii i we
wnętrzu Kolumbii Brytyjskiej, linia
kolejowa CPR
posiadała miliony akrów
ziemi podzielone na townships - dystrykty wielkości 6 mil kwadratowych.
Te z kolei podzielone na 30 sections
- kwadratów
po 4
działki o powierzchni 160 akrów każda, przeznaczone do osadnictwa. Wszystkie dystykty
były ponumerowane. Zasadniczo osadnik otrzymywał 1 ćwiartkę sekcji
(160 akrów)
za symboliczną opłatę i miał ją zagospodarować. Sprytniejsi,
lub bogatsi korzystając
z informacji dotyczących
lokalizacji stacji kolejowych
wybierali sobie najlepsze działki lub
poprostu kupowali całe
sekcje podstawiając członków
rodziny jako potencjalnych osadników. Następnie w miarę jak cena ziemi szła w górę sprzedawali
ją po kawałku,
dobrze na tym
zarabiając. Inni
starali się odkupywać działki już przygotowane pod uprawy
od osadników, których
z braku kredytów nie stać było na dalszą
uprawę, lub których w
rozmaity sposób można było
przekonać, że się na
nich nie utrzymają ani nie wyżywią rodziny. Spekulacja ziemią w Kanadzie Zachodniej od dawna miała swoje rozliczne
rozgałęzienia wśród
lokalnych notabli , tworząc często niekorzystne dla ubogich imigrantów warunki osadnicze. Tereny pozostawiane dla nich bywały więc oddalone od istniejących
już miast, znajdowały się w gęstym buszu, lub, jak
w Peace River Region
położone była daleko na północ od bardziej
zaludnionych części Alberty i Brytyjskiej Kolumbii.
Na początku XX-go wieku parę tysięcy brytyjskich imigrantów znęconych zupełnie
fałszywymi ogłoszeniami
o wspaniałej okazji osadniczej
w zachodniej Kanadzie
przybyło do Saskatchewan
z zamiarem
skolonizowania okolic miasteczka Battleford Brytyjczycy, którzy dali się na
te ogłoszenia nabrać nie mieli
pojęcia jak pusty
i dziki był
wówczas Saskatchewan poza tym większość z
nich nie znała rolnictwa ani pracy na roli a
co najważniejsze nie
miała żadnych funduszy,
które pozwoliły by im na budowę własnych farm. Toteż jeszcze w drodze
do swoich
miejsc osadzenia, w mieście Saskatoon, w dopiero co powstałej w roku 1905 Prowincji Saskatchewan w którym było wówczas więcej namiotów aniżeli budynków, zniechęceni Anglicy stali się ciężarem rządu federalnego,
który musiał im zapewnić dach nad głową i zorganizować wyżywienie
dla bezradnych
przybyszy z Wielkiej Brytanii. W rezultacie wielu z
nich wróciło do kraju
macierzystego i
tylko jedna niewielka kolonia brytyjska powstała wokoło miasteczka Lloydminster.
W
końcu XIX-go i
początkach XX-go wieku powstawały także gentelmen farms czyli farmy czasami mające być także
szkołami hodowli lub rolnictwa, organizowane
dla synów bogatych brytyjskich
rodzin, tzw remittance men.
Byli to przeważnie
młodsi synowie
bogatej klasy mieszczańskiej,
również nie mający pojęcia o
rolnictwie wogóle, a tym bardziej o szczególnych
trudnościach rolniczych
Kanady zachodniej. Dla
bardzo wielu z nich celem
pobytu w Kanadzie było
stworzenie angielskich enklaw imitujących życie gentelmen farmers, takich
jacy wówczas istnieli
w W. Brytanii. Na ich farmach bywały więc
częstsze zabawy i polowania uzupełniane dużą ilością alkoholu, aniżeli praca w polu. W sąsiedztwie takich gentelmen
farmers nierzadko rozwijała się
pomiędzy kanadyjskimi
hodowcami bydła i osadnikami rolnymi ostra, czasem
krwawa
rywalizacja
o wodę i ziemię. Remittance men zwykle jej nie zauważali, zajęci
reprodukowaniem angielskich wzorów farm opartych na
najemnej sile
roboczej w słabo zaludnionych
regionach, w których stałej lokalnej najemnej siły roboczej
praktycznie było bardzo niewiele. Niewątpliwie takie właśnie
doświadczenia z naborem brytyjskich imigrantów leżały u podstaw dążeń Partii Liberałów do zasiedlenia prerii przez sheepskin men i ich rodziny.
Polacy, podobnie jak i inni europejscy
imigranci, którzy przybywali na prerie
kanadyjskie przed I-szą wojną światową zazwyczaj wybierali tereny
zalesione.
Trzeby było najpierw je wykarczować, a
dopiero potym
osadnik mógł zacząć uprawiać ziemię.
To wymagało ogromnej pracy w bardzo
prymitywnych warunkach i często bez podstawowych narzędzi,
dlatego jako ubodzy imigranci zaczynali od
pracy najemnej u innych farmerów, lub zimą w obozach
drwali , aby uzbierać
sumę potrzebną
na zakup sprzętu ułatwiającego karczowanie
buszu, orkę
oczyszczonych pól no
i zakup ziarna
potrzebnego do siewu
na częściowo uprawianych polach.
Drugi etap imigracji polskiej
do Kanady został spowodowany II wojną światową. Zaczął
się w
roku 1940-tym i sięgał
aż po mniej więcej 1957 rok. W tej fazie dominowało uchodźctwo polityczne z dużą
domieszką polskich wyższych klas społecznych
oraz zdemilitaryzowanych wojskowych. Uchodźcy
ci byli zróżnicowani
pod względem wykształcenia i
wieku. Wszyscy cechowali się
wyrażnie i otwarcie manifestowanym patriotyzmem i większość z nich starała się przenieść
do miast natychmiast po zakończeniu prac kontraktowych w rolnictwie.
Po roku 1957 zaczęli do Kanady napływać Polacy, którzy uciekali
z Polski spod reżymu komunistycznego. W fazie tej polityka
kanadyjska świadomie poszukiwała
wśród uciekinierów zza Żelaznej Kurtyny ludzi
posiadających albo wyższe
wykształcenie albo dobre kwalifikacje
zawodowe. Z
drugiej strony w okresie tym Polacy w Polsce
postrzegali Kanadę jako
kraj niemal idealny, do tego stopnia, że samo słowo Kanada używane było jako oznacznik najwyższej jakości
lub
wyjątkowego szczęścia.
Polacy opuszczający Kraj legalnie lub nielegalnie
znajdywali w tym czasie w
Kanadzie już niegołosłownie życzliwe przyjęcie.
Ostatni etap zaczął się kiedy wielu
młodych Polaków, sfrustrowanych
sytuacją w Kraju w latach 80-tych ruszyło zagranicę, ponieważ
"w Polsce już nie dało się żyć". W
kilka lat później dołączyli
do
tej grupy aktywiści z
"Solidaności" często
wybierający emigrację jako
alternatywę więzienia. Wreszcie w pierwszych latach
niepodległej III
Rzeczpospolitej wyjechało z Polski wielu
młodych którym transformacje
ustrojowo-gospodarcze wydawały się o wiele
trudniejsze aniżeli zaczynanie życia
od początku w Nowym Kraju.
Podział na
4 etapy jest oparty z
jednej
strony na konkretnej polityce
imigracyjnej rządu kanadyjskiego, a z
drugiej na różnicach charakteryzujących
polskie imigrantki. Jest to
o tyle ważne, że na ogół
emigrację traktuje się jako jednostronną decyzję
osób gotowych opuścić swój kraj, rzadko zdając sobie sprawę, że w
procesie imigracyjnym rola kraju przyjmującego jest decydująca
w
wyborze potencjalnych obywateli. Zmieniając jej kryteria
można manipulować charakterem imigracji, odpowiednio do zmian polityki wewnętrznej.
Jak kiedyś powiedziała
mi Lilian, moja
zmarła przyjaciółka, imigrantka
z Irlandii "w twoim Starym Kraju myślą, że to
ty wybrałaś sobie miejsce i
rodzaj pracy, a nie wiedzą że
to od ciebie nie zależało".
CZĘŚĆ DRUGA: W pojedynkę
ROZDZIAŁ II
Etap pierwszy ( 1900 -1940 )
W pierwszej połowie ub.wieku Polki
emigrowały do Kanady
przeważnie jako żony lub narzeczone wcześniej przybyłych imigrantów,
ewentualnie jako dorastające
córki. Łączenie rodzin następowało zwykle
po kilku, lub nawet kilkunastu latach
oczekiwania, podczas których
mężczyzna zbierał pieniądze
potrzebne do sponsorowania i
sprowadzenia rodziny,
a także odpracowywał swoje zobowiązania
podpisane przy podaniu o
imigrację do Kanady. Wielkie prace
budowania kolei, łączących powstające
miasta, popierane przez
rządy prowincjalne albo nawet przez rząd federalny wymagały robotników
,
których łatwo można było przenosić z miejsca na
miejsce w miarę
postępu robót.
Stąd w pierwszych dekadach XX wieku świeżo przybyły Galician, być może polski ubogi imigrant, najpierw
wędrował po różnych obozach drwali ,
po obozach przy budowie linii kolejowych,
pracował w kopalniach węgla lub różnych metali i znów wracał do obozów drwali. Zycie miał monotonne i prymitywne : praca, posiłki i sen.
W dnie wolne od pracy jeździł do najbliższego miasteczka ; tam mógł wydać zarobione pieniądze na wódkę i
prostytutki. Jeśli miasteczko
było daleko lokalne prostytutki zakładały
w pobliżu drwali swoje
przenośne pomieszczenia
z salą do tańca i barem z
alkoholami. Niektórzy mieszkańcy oburzali
się na niemoralność, ale
przeważnie zajęci byli
swoimi własnymi
sprawami, a dopływ pieniądza
zawsze się w miasteczku
przydawał. Mieszkańcy jego, z
własnego doświadczenia wiedzieli, że
młodzi, samotni mężczyźni
potrzebowali
odprężenia. Było powszechnie
wiadomo, że wielkie kompanie
potrzebują robotników, których można bez
trudności przenosić z miejsca na
miejsce i nowi imigranci świetnie tę
rolę spełniali.
Dziewiętnastowieczny eksperyment z emigracją całej parafii z Kaszub w Polsce, prowadzonej
przez polskiego księdza,
który wyjechał z Kraju razem z emigrującymi
rodzinami
zakończył się wprawdzie sukcesesm i
zbudowaniem osiedla Wilno koło Barry's Bay, w Ontario,
ale więcej razy nie
został powtórzony, a od
końca XIX-go
wieku Kanada
kładła nacisk na młodych
samotnych mężczyzn, którzy mogli być przerzucani z miejsca
na miejsce do pracy gdziekolwiek by ona była. W konsekwencji w owym czasie przez Kanadę przesuwały
się masy samotnych mężczyzn, pracujących
lub poszukujących pracy
albo stałego
miejsca zamieszkania. Oprócz Chinczyków i Japończyków
byli to popularnie nazywani "brudno biali" czyli emigranci z Grecji,
Włoch, Portugalii oraz
Europy wschodniej i centralnej,
w tym także i Polacy. Po zakończeniu kontraktów na pracę
europejscy imigranci pozostawieni sami
sobie, zaczynali
wędrować po preriach
w poszukiwaniu dla
siebie i swoich rodzin własnego miejsca w
Nowym
Kraju. Na stałe osiadali, kiedy przybywały ich rodziny.
Koncepcja ruchomej siły roboczej
imigranckiej, często
nie mającej prawa sprowadzenia rodziny (
jak np Chinczycy i Japończycy) okazała się jednak sprzeczna z potrzebą planowanego zasiedlenia
Kanady zachodniej. Idea, że osadnicy z Europy z żonami i dziećmi są w preriach
potrzebni
została wyrażona publicznie już w XIX-tym wieku przez Clifforda Siftona,
ministra Spraw Wewnętrzynych
rządu federalnego . "Myślę, że silny i zdrowy wieśniak w owczym kożuchu,
rolnik
z dziada pradziada, z tęgą,
zdrową żoną i pół tuzinem
dzieci jest tym czego nam
potrzeba" . Przemowa ta otworzyła nowy okres
w polityce imigracyjnej,
chociaż trzymała się zasady, że ludność
Kanady ma zachować swój brytyjski charakter.
Clifford Sifton
zrozumiał jednak, że angielscy farmerzy nie są zainteresowani emigracją do Kanady, a amerykańscy farmerzy, którzy zaczęli się
licznie przesiedlać do
Kanady - szczególnie do Alberty- mogliby zanadto prerie zamerykanizować , więc aby zapewnić
Kanadzie dostateczny
napływ osadników i powiedział po raz pierwszy w historii , że
narodowość
ubogich Europejczyków (sheepskin men) jest znacznie
mniej ważna aniżeli liczba ich dzieci. Z jego
punktu widzenia liczyło się bowiem dopiero drugie
pokolenie osadników, urodzone na ziemi
kanadyjskiej i wychowane w miejscowych
szkołach, w założeniu już zasymilowane i
ono dawało rękojmię, ze tereny preriowe
zostaną trwale zasiedlone. Stąd na początku XX -go wieku zasada
łączenia rodzin imigrantów europejskich obok sprowadzania
rodzin stała się
pierwszą podstawą oficjalnej linii
politycznej
rządu kanadyjskiego. Od tego
czasu imigracja kobiet europejskich do
Kanady zaczęła się odbywać na dużą
skalę.
Samotni
imigranci zabiegali o żony w rozmaity sposób. Najczęściej pisali listy do dziewcząt
znanych
im jeszcze w Starym Kraju proponując
sponsorowanie ich przyjazdów
i małżeństwo.
Tak powstało znane w ówczesnej Kanadzie
i Europie określenie mail
order
bride ( narzeczona z
przesyłki pocztowej), która często
mało, a nawet wcale nie znając swego
narzeczonego natychmiast po
przybyciu do Kanady brała z nim ślub i
wyruszała na jego "farmę". Ile było
nieporozumień, ile niedobranych małżeństw i zawiedzionych
nadziei wynikających z tej formuły małżeńskiej,
nikt nie dociekał. Podobnie jak nikt nie
pytał
kobiety, świeżo przybyłej
z polskiej wsi, stającej przed dugout (ziemianką), która odtąd miała
być jej domem; czy w tym
prymitywie poradzi sobie z życiem
i wychowaniem dzieci. Wiadomo jednak, że
niektóre
kobiety nigdy nie potrafiły się
otrząsnąć z pierwszego szoku i razem
z mężem pracować nad wspólną
przyszłością. Związane z obcym sobie mężczyzną, w obcym i przerażająco
prymitywnym buszu , miesiącami zupełnie samotne w swoich lepiankach czasami uciekały same nie wiedząc dokąd,
czasami poprostu marły z
głodu i wycieńczenia.
Przedmiotem łowów małżeńskich
była każda
dziewczyna, które pokazała się w
preriach. Wielu mężczyzn uważało, że córki osadników
preriowych były lepszym materiałem
na żony, ponieważ znały już pionierskie dugouts,
sodhouses, shacks, shanties i bunkers i potrafiły sobie radzić z
niejedną robotą nieznaną a nawet
niewyobrażalną w Polsce.
Znamienne, że poza
nielicznymi wyjątkami przeważająca większość
imigrantek polskich z
tego pierwszego okresu jest dziś
bezimienna. Nikła jest bowiem
dokumentacja ich życia. Często analfabetki
z Polski pod zaborami, a
robotnice rolne lub służące w Kanadzie
nigdy nie zdobyły łatwości wysławiania
się w starym i nowym języku, a już
napewno w pisaniu. Ich angielski był uproszczony, pozwalając na pracę i
życie w
różno - etnicznych środowiskach prerii, ale płynność języka i łatwość
wyrażania się w nim należały do wyjątków.
Dopiero po powstaniu niepodległego
państwa polskiego w 1918 roku
i po wprowadzeniu w niepodległej Polsce
powszechnego obowiązku
szkolnego zaczęły przybywać
do Kanady imigrantki,
które umiały czytać i pisać i które
wobec tego, jeśli chciały
mogły opisać historie swego życia. Dzięki temu w latach dwudziestych wśród zbiorów życiorysów polskich imigrantów pojawiają się także życiorysy pisane przez kobiety. Jest ich jednak niewiele, a jeszcze
mniej, wspomnień
i życiorysów
jest opublikowanych. Charakterystyczne w tych wspomnieniach lub life-writings jest zawsze podkreślenie,
że lata ciężkiej
pracy nie
zostały zmarnowane, bo autorki doceniają
to do czego doszły one same i ich
rodziny.
Oprócz żon przybywających do mężów przeważnie do pionierskiej Kanady, do miast płynęły
na kontrakty
służących, rzadziej robotnic
fabrycznych, młode niezamężne dziewczęta
z Polski. Podobnie
jak mężczyźni musiały
one podpisywać kontrakty,
które obejmowały dwa lub trzy lata pracy w domu, który uprzednio zgłosił zapotrzebowanie na służącą.
Zakładano, że po tym okresie
znajdą sobie męża
i ich dzieci powiększą liczbę mieszkańców Kanady.
Ich pracodawcy byli w zasadzie zobowiązani
do
odpowiedzialności za moralne prowadzenie się zatrudnionej
dziewczyny, ale troską pani
domu w tym zakresie było zwykle tylko uczestnictwo służącej w obrządku religijnym w niedzielę, a i to bywało nieraz
utrudniane, ponieważ pracy
domowej zawsze było sporo, a poza tym po
małych miastach lub wsiach
większości prowincji kościoły
rzymsko-katolickie (poza prowincją Quebec) były nie
częste. Zwykle było to jedyne wychodne, na
które
pracodawcy się godzili. Poza tym jeśli młodej dziewczynie " zdarzyła
się wpadka" i zaszła w ciążę,
była bezpardonowo i
natychmiast wyrzucana z pracy. System rządowych
kontrolerów wobec służących
imigrantek nie był stosowany, i o godzinach pracy w domu decydowała
pani domu. To też z reguły wysokość zarobków bywała
bardzo różnorodna, a godziny odpoczynku służącej rzadkie. Mała była także kontrola dotrzymywania kontraktu
ze strony imigrantki, która,
jeśli jej
się warunki u pracodawców nie
podobały, a nauczyła się
już jak sobie
dawać radę w Kanadzie, to poprostu mogła
zniknąć i szukać pracy gdzieindziej (pod
warunkiem, że nic nie ukradła), ale wybór innej pracy miała
niewielki.
Jak pisali H. Radecki i B.
Heydenkorn rynek pracy
dla służących był jednak ograniczony i wielu
ludzi uważało że Kanada nie
potrzebuje tego typu imigracji. Stąd większość polskich emigrantek z tego
okresu odrazu kierowana była na zachód - uważano
bowiem, że jeśli tam
nie
pójdą na służbę to zostaną żonami osadników. Zdarzało
się, jak to
opisała emigrantka z lat 20-tych, że zakontraktowane
dziewczyny
próbowały uciec z pociągu, który je wiózł na zachód i znależć pracę w
miastach Kanady wschodniej
: ...Przybyłyśmy do Halifaxu
pijane morską podróżą, blade i
zmęczone. Julia miała jakichś krewnych w Toronto. Planowała dostać się
do
nich. Chodziły plotki, że
Zachodnia Kanada lodowata tak jak Syberia i
pełna śniegu, dlatego wiele emigrantek
postanowiło zostać w Ontario. Wiele z
nas zdecydowało zostawić walizki w pociągu, a samym wysiąść
gdzieś w Ontario.
Ubrałyśmy się w nasze najlepsze
rzeczy, wzięłyśmy co która mogła
i jak pociąg stanął pobiegłyśmy do ubikacji, aby
tam przeczekać jego
odjazd.
Miałyśmy nadzieję, że jak pociąg odjedzie wyjdziemy na miasto i
poszukamy w nim
roboty. Nie podejrzewałyśmy , ze byłyśmy
obserwowane i policzone. Jak tylko upchałyśmy się
w
ubikacji policja zaraz
zastukała do drzwi. Starałyśmy się siedzieć
cicho. Policjant otworzył drzwi i za ramię wyciągnął mnie podczas kiedy
inna
policjantka wyciągała Julię.
Zaprowadzili nas do pociągu,
zabrali nasze dokumenty i adresy i
oddzielili od reszty pasażerów.
Pamiętam
sposoby jakich używali niektórzy imigranci, którzy znikali na małych
stacjach i
nigdy do pociągu nie wracali.
My, Julia i ja dojechałyśmy do Winnipegu cichutkie
jak
myszy,
bojąc się wysiąść nawet jak pociąg stał
już na stacji. W Winnipegu polski ksiądz
powiedział nam, żebyśmy były ostrożne, nie uciekały jadąc do miejsca przeznaczenia i starały się nauczyć
angielskiego tak szybko
jak to możliwe, a wszystko będzie
dobrze.
Być gospodynia
na własnej farmie
Zdawać by się mogło, że teza stawiana w
polityce imigracyjnej Kanady, o
potrzebie szybkiego zaludnienia prowincji preriowych między innymi ze względu na rosnące niebezpieczeństwo
amerykanizacji zachodniej części Kanady przez dynamicznie
rozwijające się Stany Zjednoczone
powinna by przekładać się
na tworzenie łatwiejszych warunków życia dla osadników w preriach. Jednak w
rzeczywistości ani Kanada
nie
miała odpowiednich możliwości, ani założenia polityki imigracyjnej nie wymagały
organizowania pomocy nowym
przybyszom. Toteż z chwilą przybycia
na miejsce docelowe, nowi imigranci, byli
pozostawiani samym sobie. Do nich
należało organizowanie
sobie życia - dachu nad głową i strawy
w garnku na dzień pierwszy i
wszystkie następne po nim. Dla
kobiet także nie było taryfy ulgowej.
Po podróży statkiem przez ocean, przybywały one pociągiem do
Winnipegu. Podróż
pociągiem dla wielu była
przerażająca . "... Jechaliśmy dwa dni
(w nocy przynajmniej
niczego nie
było widać), a tu cały czas
same skały zarośnięte lichym
świerkiem, na lewo i prawo, od czasu
do czasu szałas stoi przy
torze kolejowym, nigdzie żadnej drogi, ani
ludzi i żadnego życia nie widać. Na
twarzach emigrantów było przerażenie, strach , załamanie
się, a nawet zrezygnowanie. Kobiety płakały.
Pół wieku
nie mogę zapomnąć jednej baby, która z
płaczem, przeklinając Kanadę lamentowała - Boże, o Boże, gdzież on mnie tu
wiezie " ..."
W Winnipegu
niezamężne dziewczęta były kierowane do kontraktorów, z którymi
podpisały umowy, a mężatki miały czekać, aż przybędzie
mąż, a jeśli się spóźnił, albo
nie mógł dojechać to w hali dworcowej, pełnej ludzi
mówiących wszystkimi językami świata,
zakurzonej i przegrzanej zawsze można było znaleźć
kawałek podłogi, aby doczekać przybycia
męża lub jego
wysłannika. Laura Salverson w swoim life-writing
opisuje spotkanie na dworcu w Winnipegu
: "..W mojej egzaltowanej
fantazji ci ludzie wygądali jak
jakieś monstra gotujące się we własnym smrodzie, jak zwierzęta w cyrku.
Spieszyłam
się żeby przeskoczyć przez nich w
pośpiechu i własnie wtedy potknęłam się
i rozciągnęłam jak długa na ogromnym chłopie , który leżał na ziemi. Z
ręki
wypadła mi moja wiązanka kwiatów i
jeżeli nie krzyczałam, to dlatego że przeraziło mnie kiedy ten wielki
kłąb
odzieży i tłomoków skoczył na równe nogi a jego wielka brodata twarz rozciągnęła się w uśmiechu. Co więcej, ten
zdumiewający stwór podniósł z
ziemi moją wiązankę kwiatów... wtedy
nagle kobieta leżąca obok niego wyrwała mu ją z ręki i zanurzyła w niej swoją zmiętą twarz.." Niepiękny to musiał być widok tłumu na
podłodze winnipegowskiego dworca.
Potem była droga do DOMU, czasem lokalną kolejką, czasem pieszo, czasem na wozie ciągnionym przez woły,
czasem tylko kilka godzin, ale bywało i
parę dni zanim nareszcie kobieta z rodziną
dotarła do
tego co przez następne lata nazywała swoim domem. A "domy" bywały różne.
Do
najczęstszych na terenach lesistych
należały shacks albo
loghouses, czyli
maleńkie jednoizbowe chałupy, lub kabiny sklecone z pni drzewnych w których wycinano niewielkie
otwory na okno i drzwi.
Przypominały one bardziej jednoizbowy
bunkier z klepiskiem zamiast podłogi aniżeli dom mieszkalny.
W ścianach
pnie często nie przystawały do siebie i przez szpary wpadał wiatr, deszcz i
śnieg dopóki dom
nie został ogacony gliną pomieszaną z trawą lub sieczką.
Często to
była pierwsza praca
kobiety i
od jej umiejętności zależało czy wypełnienie szpar było trwałe.
Mężczyźni
naogół nie mogli sobie dać rady z ogaceniem lub nie
dbali o przekształcenie zbudowanego bunkra w rodzaj domostwa. Z
licznych life-writings
wyłania się zawsze ten sam obraz chwili przybycia do
"domu"-
..."przerażone spojrzenie kobiety, która natychmiast zabierała się
do
roboty, aby choć odrobinę
ocieplić jej nowe domostwo" Wokoło
bunkra znajdował się pas
ziemi oczyszczony z krzaków
i drzew buszu, który w przyszłości mógł zostać ogródkiem na ziemniaki i niektóre
warzywa, a w
międzyczasie mógł służyć jako teren zabaw dla dzieci. Jeśli gospodarz był na tyle
zasobny że
miał
konia lub wołu, obok bunkra stała szopa
dla nich, a nawet może i dla krowy. Zwykle dopiero po latach, gdy
farmer się
zasiedział i wzbogacił
zaczynał myśleć o ulepszeniu starego
domu a lata później o wybudowaniu
prawdziwego domu, w którym były
podłogi, kuchnia, a nawet pokój dla dzieci, później na starość - dla
gości. Często jednak zanim
do tego doszło niejeden osadnik sprzedawał
swoją farmę, ponieważ karczowanie buszu okazywało się zbyt ciężkie lub
zbyt
kosztowne, albo poprostu nie miał już sił lub nie mógł już on i jego rodzina dłużej wytrzymać
samotności w buszu. Z
uwagi na podział całych prerii na kwadraty dystryktów dom
osadnika stał zawsze samotnie
na jego działce,
daleko od sąsiadów. Dlatego
na
preriach nie było wsi, a często nawet nie było widać swiatła
w domu sąsiada.
W części prerii
gdzie nie
było drzew, pierwszymi
domami zwykle bywały ziemianki, sod houses
pokryte darnią. Niewielkie samotne pół-domostwa
składały się z dużej piwnicy wykopanej w połowie
jakiegoś wzgórka falistej
bezleśnej prerii, nad tą piwnicą
układano
skośne oszalowanie dachu z grubych dość gęsto położonych kijów. Na to kładziono siano na wysokość mniej więcej stopy,
przykryte następnie
dużymi kawałami twardej darni.W ten sposób powstał "pokój" wsparty
na
kilku
słupach. Miał on klepisko jako podłogę,
maleńkie okienko i drzwi.
Im grubsza
była warstwa darni na dachu, tym
cieplejszy był "dom"
. Pośrodku stał żelazny piecyk, który
jednocześnie ogrzewał pomieszczenie i
służył do gotowania posiłków. Taki
dom czasami elegancko zwany darniowym
był ciemny, ciasny i pełen dymu. W zimie w mrozy dach przemarzał
i wewnątrz z
jego
mokrej powały zwisały
sople lodowe, na wiosnę zaś, kiedy ziemia
rozmarzała ciekło z niego jak z
sita. Fotografie z tamtych czasów pokazują przed takim
samotnym sod-house
rodziny złożone z rodziców i
kilkorga dzieci. Dla emigrantki nawet z
najbiedniejszej polskiej wsi musiał to być
potężny szok zamieszkać w sod house,
ale ponieważ nie było odwrotu, więc od jej pomysłowości, pracy i siły zależało ile
dzieci wyżyło i wyrosło i czy gospodarstwo
domowe
funkcjonowało. Kiedy dzieci
trzeba było ubrać, kobieta szyła im
ubrania z worków po mące, lub rzadziej po cukrze. (Wielu
osadników nie kupowało cukru, bo ich na to
nie było stać). Jeśli kobieta umiała,
to ze skór zwierzyny ubitej przez męża szyła rodzinie kapce na okresy
mrozów,
ale poza tym często chodzono
boso.
W części
prerii gdzie były większe
wzgórza wykopywano w zboczach inne ziemianki
zwane dugout .
Były to
pomieszczenia bez okiem, wsparte na ściętych przez osadnika pniach, ,
czasem
podzielone na tak zwane pokoje i kuchnię, z której wystawała na
zewnątrz rura
od pieca kuchennego. Z reguły we
wszystkich tych domach spało się albo na
sianie albo dla większego
komfortu na wypchanych trawą siennikach i
jadło z misek drewnianych, często blaszanych , wyklepanych z puszek po
konserwach., wyjątkowo na
naczyniach przywiezionych przez kobietę
ze Starego Kraju.
Tuż za
progiem ubogiego domostwa czekało wiele
niebezpieczeństw, które przerażały niejedną początkującą
imigrantkę. Ksiądz Scella ( czasami Szylla, Scylla lub Schylla), misjonarz OMI ,
który służył potrzebom
duchowym osadników polskich w
Albercie w pierwszych dekadach XX-go
wieku, tak opisywał ówczesne warunki
życia w okolicy Edmonton : "
Prawdziwą plagą dla ludzi i zwierząt
były komary. Na głowy koni i wołów trzeba było nakładać worki, aby
uchronić
ich oczy i uszy.
Dla ochrony zaś siebie w podróżach i w pracy osadnicy
nosili ze sobą w kubłach dymiące ogarki.
Często ku przerażeniu
kobiet i dzieci, niedźwiedzie rozbijały
drzwi i płoty niszczyły naczynia i meble,
włamując się do domów w
poszukiwaniu
pokarmu. Niejednokrotnie bowiem kobiety musiały na dłuższy czas
pozostawać same
na swych życiodajnych, choć tak jeszcze mizernych działkach, gdy
mężczyźni szli
na zarobek do sąsiadów, albo
pracowali przy budowie kolei,
lub przy wyrębie drzewa."
W odkrywkowych
kopalniach węgla w południowym Saskatchewanie górnicy zazwyczaj mieszkali w domostwach należących
do kompanii w
której byli zatrudnieni. To jednak nie oznaczało że
ich pomieszczenia były
lepsze od
opisanych powyżej domów. W
bezleśnej, półpustynnej okolicy miasteczka Estevan były to
pół-szałasy i
pół-schroniska z
papy i desek
(... tar-paper shasks that companies constructed...)
.
. Zimą do takich
domostw wiatr
przez szpary wwiewał śnieg,
a podczas burz
dach przeciekał.
Mebli w nich bywało bardzo
niewiele, ponieważ kompanie nie dostarczały podstawowego umeblowania.
Również przy takiej
osadzie tylko wyjątkowo bywały zorganizowane
łaśnie i pomieszczenia sanitarne. Nie mniej latami mieszkały w nich całe
rodziny. Jeszcze inne pomieszczenia miały 3 ściany zrobione
ze skrzyń po dynamicie, za czwartą mając stok
wzgórza .
Mieszkaly w nich zazwyczaj
rodziny robotników
nie mających jeszcze obywatelstwa kanadyjskiego, albo tak zwani transients,
czyli robotnicy bez
stałego miejsca
zamieszkania.
Katastrofy takie jak
powodzie lub pożary buszu, same w sobie
bardzo przerażające, łatwo niszczyły życie i
dorobek
farmerów. Pożary buszu
lub lasu bywały tak strasznym przeżyciem, że wiele kobiet po latach jeszcze wspominało je jako koszmary. Niektóre
traciły z
tego powodu
rozum, uciekały z domów wędrując bez celu po preriach.
Nieoczekiwane
przymrozki, susze, plagi szarańczy potrafiły także
doszczętnie
zniszczyć dorobek kilku, a nawet kilkunastu
lat pracy. Wyniszczenie pracą nad siły,
samotnością w buszu i nieleczonymi chorobami
zmuszały wielu gospodarzy
do opuszczenia, lub
sprzedaży farmy i przeprowadzki do
miasta. Sporo było kobiet "
opętanych buszem", albo
cierpiących na "szaleństwo
preriowe" (prerie madness),
ktore
po prostu nie wytrzymywały mentalnie izolacji i pracy nad siły.
Niektóre
z nich
uciekały z własnych domów i włóczyły się bez celu po prowincji,
umierając z
wycieńczenia, lub bywały zabite przez
niedźwiedzia, pumy itp.
Życie osadników kręciło
się wokół pracy i posiłków i obowiązkiem kobiety było
nakarmienie rodziny. W ogromnej
większości pieniądz był rzadkim gościem u nowych osadników. Mąkę i zboże
często nabywano za uzbierane w lesie jagody. Bogatsi
farmerzy sprzedawali
mleko,
jaja, i co
tylko mogli wyprodukować. Dlatego od pomysłowości i pracowitości
kobiety
zależało nie tylko jakie posiłki będą jadali ale i co
zdoła wyprodukować w swoim
warzywnym ogrodzie, jak
zatroszczy się o krowy i kury i czy nazbiera dziko rosnących jagód. Kiedy farma zaczynała przynosić
dochód i gospodarz mogł sobie
pozwolić na kupno dodatkowych narzędzi rolniczych, wołów, albo krów
praca żony
przyczyniała się do zaczynającego się dobrobytu. Evangeline Yagos tak opisuje zajęcia
swojej matki Teresy Jakubiec,
żony zamożnego farmera
:" Teresa pomagała
Mike'owi w prawie wszystkich pracach. Doiła krowy,
i sprzedawała masło, jaja, ser, który robiła ze
świeżego
mleka. Kupujących było zawsze więcej
aniżeli zdołała wyprodukować. Teresa
zawsze miała duży ogród, wyrabiała swój
własny syrop, dżemy i galaretki z
saskatoons i chuckberries.
Zaprawiała na zimę mięso, drób i tłuszcz,
robiła własne kiełbasy ( kiszki),
głowiznę i kiełbasy wieprzowe. Przepisy kuchenne wymieniała
z
sąsiadkami i przyjaciółmi. Była bardzo
zręczna w szyciu i przy pomocy maszyny
do szycia szyła
dziecięce ubrania i rzeczy
potrzebne w
gospodarstwie. Córki
swoje uczyła szyć, robić na drutach i na
kółkach ( crochet), tkać i robić chodniki ( rugs)
tak jak to robiła w Polsce. Robienie
chodników było jej zimowym hobby, sama wymyślała
wzory."
Aby wykonać wszystkie te prace
Teresa Jakubiec musiała dysponować
nieprzeciętną witalnością, wytrzymałością fizyczną oraz nadzwyczajnym zdrowiem.
W regionach lesistych Manitoby, Alberty i
Brytyjskiej Kolumbii obficie rosną
dzikie jeżyny i one stanowiły mile widziany
dodatek do wielu posiłków. W Saskatchewan,
Albercie i Kolumbii
Brytyjskiej rośnie do dziś saskatoon berry, krzak
ze
słodkimi owocami powszechnie jadanymi
przez osadników. Już Indianie używali
saskatoon berries do
produkcji pemmican,
czyli
suszonego mięsa bizonów sproszkowanego i zmieszanego z
saskatoons. Dla bardzo
wielu osadników, których nie stać było na cukier, którzy
często niedojadali lub zgoła chodzili
głodni, te dziko rosnące
jagody były jedynymi przysmakami, a jednocześnie źródłem
potrzebnych witamin. Jak pisze Amerykanka Leslie
Pietrzyk w swojej pół-autobiograficznej powieści Pears
on a Willow Tree : " ...
nie miałam wyboru Helenko - powiedziała moja babka. Jeśli
nie ugotowałam to nie jedliśmy. W ten sposób życie
było proste. Były dwie
możliwości gotować i jeść, albo nie gotować i być głodnym... A jak myślę o
tamtych dniach, kiedy każdy posiłek to
była ciężka walka. Ja
pracowałam przy
sporządzaniu każdego posiłku... Dziękowałam Bogu za każdy
ziemniak, za każdy strzęp kapusty,
każdą kroplę zupy czy
okruszek
chleba."
Żona osadnika bardzo wiele czasu spędzała
samotnie, bo mąż często wynajmował się u innych już zagospodarowanych
farmerów, a w zimie
szedł do obozów drwali ciąć
drzewo. Do porodów czasami miała
pomoc sąsiadek mieszkających niedaleko, świadomych
potrzeb rodzącej matki, ale często
rodziła samotnie. Mimo
dużej życzliwości osadników
gotowych pomóc nowo przybyłym w potrzebie,
odległości dzielące ich,
ograniczały pomoc
sąsiedzką do najgroźniejszych wypadków. Doświadczone sąsiadki
czasami odwiedzały nowo
przybyłą, zawsze przynosząc ze sobą jakiś
niewielki, ale pożyteczny dar i dawały rady (o ile
mówiły
tym
samym językiem) przy chorobach dzieci,
bo
lekarze mieszkali daleko po miastach a
i pieniędzy na nich przeważnie nie
było. Taki lekarz, aby odwiedzić chorych musiał często pokonywać konno
lub
łódką duże odległości i zdarzało się że przybywał za
późno. Na
rozpacz po stracie dziecka też nie było
wiele czasu. Trzeba było
zaraz wracać do codziennej pracy, ugotować
uprać, uszyć nazbierać suszu na
opał, nazbierać jagód, jeśli były w okolicy,
wody nanosić,
chleb upiec, zadbać o resztę dzieci.
Dnie mijały szybko i następne dziecko przychodziło
na świat. Zycie mijało i jak w przypadku
Marii Andreyczuk, kiedy umarła, to syn
nawet nie miał pieniędzy na trumnę,
więc pochował matkę
w zbitej przez siebie skrzyni.
Ale nie tylko matki musiały się oswajać z
samotnością. Kiedy dzieci podrastały
ojciec oddawał je na służbę do znajomych
farmerów.
Bywało, że do tego momentu nie miały
kontaktu z językiem angielskim. Stąd kiedy 16-letnia dziewczyna musiała iść na służbę do
wybranego przez ojca
farmera,
przeważnie mało znała jeszcze
angielski. Musiała się więc zmagać nie
tylko z ciężką pracą
od świtu do nocy, ale i z samotnością
i izolacją wynikającą z braku angielskiego Jeśli farmer i jego żona
nie czuli pod jakim naciskiem
ich nowa robotnica żyje, to, to wyobcowanie
było czasami nie do zniesienia, a ucieczka do domu była tylko chwilową
ulgą, bo wkrótce i tak ojciec
ponownie odwoził ją na służbę, wracając tylko po
odbiór zarobionych przez nią
pieniędzy. Agatha Puzianowski
w
swojej biografii pisze, że jako szesnastolatkę ojciec
oddał ją na służbę
do sąsiada dość odległego od ich
gospodarstwa. Nie znając zupełnie języka czuła się tam tak
bardzo nieszczęśliwa, że pewnego dnia
postanowiła się powiesić na drzewie wybranym w buszu.
Już sobie zakładała sznur na szyję, kiedy pasące się
niedaleko cielęta, przez nią na
farmie obrządzane, wystraszywszy się psów przybiegły do niej po
ochronę. Fakt, że jednak jest
komuś, a tym wypadku cielętom, jest potrzebna odwócił jej myśli
od popełnienia samobójstwa, więc razem ze
swoim stadkiem wróciła na farmę.
Zazwyczaj początki nauki języka
przełamywały poczucie kompletnej izolacji i braku własnej
wartości, a kiedy dziewczyna
nabierała wprawy w angielskim
rosły także jej szanse na prędkie zamążpójście. Warto
dodać, że zarobione przez dziecko pieniądze z reguły
zabierał ojciec na potrzeby jego farmy i rodziny.
Swoista wzajemna pomoc
osadników była
zrozumiałą zasadą pionierskiego życia w preriach.
Niedawni imigranci
świadomi trudności swoich pierwszych lat w nowym kraju przeważnie,
choć nie zawsze,
byli sobie życzliwi. Było w zwyczaju niesienie pomocy w
przypadkach pożarów,
poszukiwania zaginionych w drodze itp., drzwi domostw
nigdy nie były zamykane
na
klucz - bo i po co - i każdy wędrowiec, który przechodził
w pobliżu był witany
o każdej porze dnia i nocy.
Było to szczególnie ważne,
ponieważ w tamtych czasach imigranci zwykli
pieszo pokonywać odległości, które dziś
wydają się nieprawdopodobne. Do miasteczka po mąkę, sól albo
inne produkty pierwszej
potrzeby bywało,
że szło się dwa lub trzy
dni i droga powrotna
z workami na plecach wydawała się jeszcze
dłuższa. Zamożniejsi farmerzy wiedli jednak bardziej urozmaicone życie towarzyskie. Do sąsiadów
chodzili na chrzciny, albo śluby, na
pogrzeby a nawet
na tańce organizowane z racji ukończenia zbiorów, albo kanadyjskiego święta. Wówczas często i nocami spieszono do domu. Oczywiście kto mógł zabierał się
furmanką sąsiadów.
Wielkim wydarzeniem były wizyty księży katolickich. Zdarzały
się
rzadko, ponieważ oblaci OMI,
którzy jeszcze w XIX-tym wieku przejęli
opiekę nad polskimi imigrantami w
Kanadzie , nie
byli liczni a
na dodatek wszędzie chodzili pieszo, bo
nie było ich stać na wóz i konia. Dopiero,
kiedy zbudowano
kościół
i powstawała parafia, księża nabywali
swoje zaprzęgi i wozy,
którymi wizytowali parafian. Zanim to
jednako nastąpiło
niestrudzenie pieszo
odwiedzali jednego osadnika po drugim, przemierzając
wielkie połacie prerii, czasami nocując u
odwiedzanych, innym razem w lesie, albo na
preriach, zawsze chętnie witani przez osadników. Przy na prędce
zorganizowanych ołtarzach
spowiadali,
komunikowali , dawali
śluby, często jednocześnie chrzcąc
dzieci nowożeńców, odprawiali modły
za chorych i zmarłych, pouczali o życiu w wierze i moralności. Ale
też przynosili wiele ważnych
wiadomości z " wielkiego świata".
Mówili o powstawaniu parafii,
o zbiorach, o nowych przepisach
i prawach osadników, o
tym co się wydarzyło nowego w Kanadzie
a nawet w Polsce, pytali o nowych sąsiadów
i o
drogę do nich. Byli szczególnie witani przez kobiety, które na
równi spragnione były rozmowy w języku polskim jak i kontaktu z
autorytetem znanym im jeszcze ze Starego
Kraju. Dla znacznej większości
polskich imigrantek z
pierwszej połowy XX-go wieku ojciec misjonarz,
a później kiedy już
zbudowany został kościół,
ksiądz proboszcz stanowili
główny kontakt z obyczajami i kulturą polską, a więc z młodością spędzoną w Starym
Kraju, ale
także byli ludźmi, którzy dobrze orientowali
się w
zagadnieniach życia publicznego prerii. Odwiedziny księdza
nie tylko przerywały nieustającą samotność, ale wiązały domostwa
nowo-przybyłych pomiędzy
sobą i światem
osadników. Czasami
ksiądz dał święty obrazek, jakąś
książeczkę z
modlitwami, wysłuchał długo tajonych żalów, czasem poradził, a
zawsze
był autorytetem, do którego można się
było odwołać. On też kształtował
światopogląd polskich osadników
i zwolna budował wspólnoty, z których następnie w prowincjach preriowych wyrastały polskie
parafie. To
on
przynosił także wiadomośći o wydarzeniach z za oceanu, on organizował polskie
święta
narodowe, składki na wojennych
uchodźców w latach 40-tych, a w latach 80tych
zachęcał do sponsorowania Polaków z obozów przejściowych.
Jego wizyta była wydarzeniem , o którym
się długo pamiętało. To też nie do przecenienia jest rola ojców Oblatów w
tworzeniu społeczności polsko-kanadyjskich w preriach,
w utrzymywaniu
polskości
wśród osadników, i w budowaniu nowego porządku w
ich małych
lokalnych światach twardej i bezlitosnej wtedy Kanady.
W pierwszych dziesięcioleciach
XX-go wieku dzieci osadników w dystryktach
już zasiedlonych chodziły do obowiązkowych szkół , zlokalizowanych zawsze na centralnej sekcji jednej ćwiartki dystryktu i zwykle dopiero
tam
zaczynały się uczyć angielskiego. Ale dzieci osadników, których farmy były w jeszcze nie zasiedlonych sekcjach miały daleką drogę
do funkcjonującej szkoły. Jeśli osadnicy nie mieli środków transportu,
aby dzieci mogły
bezpiecznie przebyć tę odległość , to szły do szkoły dopiero wtedy, gdy zostala ona otwarta bliżej,
albo dopiero wtedy kiedy były na tyle dorosłe, że
rodzice nie obawiali się
już ich wędrówek po buszu i przepraw przez rzeki.
Ze względu na chroniczny brak rąk roboczych na
farmach młode i silne dziewczęta były chętnie
przyjmowane
do pracy jako farm hand ( robotnice na
farmach), gdyż według zwyczaju zarobki ich były niższe od parobczanych, a
właściwie wykonywały prawie wszystkie
prace parobków na farmie. W
razie zaś kiedy właśnie zabrakło prac
rolnych zawsze mogły pomagać zapracowanej
gospodyni
domu.
Dla wielu dziewcząt to
była najlepsza ,
choć ciężka
okazja do wyrwania się spod
twardej ręki ojca, który rodzinę swą
trzymał ciągle w tradycji
patriarchalnej i nierzadko rozciągał
swą władzę nawet na dorosłe dzieci.
Polki, z
natury rzeczy chętne
do socjalizacji starały się na ogół dobrze żyć
z sąsiadami i brać udział w lokalnych
wydarzeniach. Biletem wstępu i polem do
popisu była zdolność
gotowania. W miarę polepszania się
warunków bytowych osadników umiejętność
gotowania stawała się dumą gospodyni i
atutem w najmowaniu sezonowych robotników , którzych ze względu na
krótki
okres żniw zawsze
było za mało. W okresach zbiorów, z uwagi na
klimat przeważnie odbywających się
w pośpiechu, robotnicy
sezonowi wyraśnie wybierali sobie farmy z
dobrą kuchnią. Dlatego żona, znana w okolicy z tego że smacznie
gotuje, ułatwiała swemu
mężowi
najem robotników
sezonowych, a tym samym przyczyniała się do ukończenia żniw na czas. Inną okazją do wykazania się swą sztuką kulinarną były uroczystości religijne i obchody świąt nieraz gromadzące
różne
grupy etniczne. Gotowanie
nie było bezmyślną pracą
usługową, wymagało inwencji, gdyż łączono
lokalne produkty i potrawy ze znanymi sobie
przepisami kuchennymi
ze Starego Kraju. Szczególnie obfite
w Manitobie, Albercie,
Saskatchewanie i Bryt.
Kolumbii czarne jagody i jeżyny oraz saskatoons i salmon berries były
używane do produkcji różnych
pies (ciasto
z owocami). W miarę jak początkowa nędza ustępowała i
adaptacja do Nowego Kraju
posuwała się naprzód, rozwijała
się także i socjalizacja.
Zgodnie z lokalnymi zwyczajami, jeśli to nie był czas
robót rolnych od czasu do
czasu w soboty
odbywały się tańce, często
połączone z
konkursami kulinarnymi, a przy okazji świąt
lub obchodów narodowych szykowano wspólne biesiady, albo zgoła lokalne festyny.
Dla
niezamężnych dziewcząt były to ważne, czasami jedyne okazje poznania młodych mężczyzn z Polski,
lub innego językowo i kulturalnie pokrewnego
narodu. Dla mężatek, jeszcze
jeden sposób do nawiązywania znajomości, a nawet może
przyjaśni, poznawania sąsiadek, posłuchania
ploteczek i powolnego zdobywania sobie miejsca
w nowo
powstającym wieloetnicznym społeczeństwie preriowym.
Bagaż kulturalny polskich
emigrantek
z lat 1900-1939, zawierał
przede wszystkim dwa podstawowe czynniki ,
to jest chłopski konserwatyzm i
patriarchalne zrozumienie
własnej roli w rodzinie i
społeczeństwie. Zetknięcie
się z rzeczywistością kanadyjskich prerii z pierwszej połowy XX-go wieku było
więc dla nich niewątpliwym szokiem. Rozmaitość kultur, brak podziałów klasowych, swoista rubaszność mężczyzn, których maniery
bywały aż za
bardzo "pionierskie",
płynność takich pojęć jak
moralność, posłuszeństwo dzieci, prawa i
obowiązki kobiety i mężczyzny, spoistość rodziny, bezwzględność
i tolerancyjność
praw, wszystko to testowane
w codziennym doświadczeniu, lub obserwacji
dla niejednej polskiej
matki na
emigracji było trudnością ponad siły. Co wybrać, co
odrzucić, czy zgodzić sie na asymilację czyli przyjęcie preriowego sposobu życia z jego
lekceważeniem autorytetów, swobodą własnych
decyzji, tolerancją wobec różnic religijnych
i społecznych, czy też
zamknąć się
wewnętrznie
i trwać w kategoriach wartości wchłoniętych w młodości
w Polsce i te same
wartości wbijać dzieciom
do głów?
Nie ulega wątpliwości, że wsród tego zamętu skal
wartości Kościół i jego proboszcz odgrywali wśród osadników wielką rolę . Ludowa obrzędowość parafii polskich w
Kanadzie była niejednokrotnie katharsis dla skołowanej
duszy naszych emigrantek. Własne wspomnienia z dzieciństwa
w Starym Kraju
i religijno-narodowa atmosfera w polskich
parafiach w Kanadzie zlewały się w pojęcie
nowej, kanadyjskiej polskości
w której
katolicyzm stawal sie
synonimem Polski zamrożonej
na poziomie folkloru, recytacji
patriotycznych wierszy i
odpływających coraz dalej wspomnień pomieszanych z otaczającą je kanadyzacją
dnia
codziennego Powstałe parafie
polskie oraz inne
struktury społeczne stopniowo rozbudowywane wokoło
parafii jak
związki regionalne, kasy zapomogowo-pożyczkowe, niedzielne szkółki
polskie itp
doskonale pasują
do teorii W. Thomasa i F Znanieckiego :"
uderzającym zjawiskiem,
przedmiotem centralnym naszego badania jest
tworzenie się
zwartych grup z
elementów chaotycznych,
powstawanie społeczności, w której zarówno
struktura jak i przeważające
postawy nie są ani polskie
ani amerykańskie , ale są
produktem, który czerpał
swoje źródła częściowo z polskich tradycji a
częściowo z warunków w których
imigranci żyją."
W
tych powstałych strukturach polsko-kanadyjskich
kobiety miały od początku role wyraźnie
określone. Były organizatorkami festiwali, nauczycielkami, sekretarkami kas
zapomogowo-pożyczkowych, ale nigdy, aż do czasów drugiej wojny
światowej nie zajmowały w
nich stanowisk decyzyjnych. Pozycje
prezesów i dyrektorów zawsze przypadały mężczyznom.
Powolne krzepnięcie tej swoistej asymilacji
polsko-kanadyjskiej w preriach znalazło dwukrotnie dość niespodziewane ujście. Pierwszy
raz w czasie II
wojny światowej, a drugi
podczas "rewolucji solidarnościowej" w
Polsce, kiedy kilka
ubogich parafii z Kanady
zachodniej zdobyło się na wysiłek
sponsorowania grupy imigrantów z
Polski. W obu wypadkach te
szlachetne gesty ze strony, jak by nie było osadników przeważnie o
ograniczonych środkach materialnych, zakończyły
się
kompletnym nieporozumieniem i obopólnym zgrzytem. W pierwszym przypadku uciekinierki z
czasów wojny nie przyjęły wyciągniętej ręki, a w drugim nowo przybyli
Polacy nie zgodzili się na pracę
fizyczną na farmach ich sponsorów stawianą im jako warunek pomocy. "Nasz
sponsor ze
Starej Emigracji był
tłumaczem, niektóre rzeczy z rozmowy
rozumiałam, ale nie dokładnie. Stosunek
naszego sponsora do nas jest jak do
intruzów. Jest niesympatyczny.
Kiedy zapytaliśmy go gdzie
moglibyśmy przetłumaczyć dyplomy,
odpowiedział: po co wam to ? Ci którzy przybyli wcześniej
przed
nami, twierdzą że chce zrobić nas parobkami na swojej
farmie za talerz kapusty, bo inaczej
podobno nie płaci. Każdy
tam był i pracował kilka dni,
potem wszyscy się wykręcali, bo wiedzieli, że nie chce
płacić"
Przywiązanie do dawnych zwyczajów szło w parafiach polskich w parze z niechęcią wobec
wszelkich "nowinek", czy to były przemiany dokonujące
się w Starym Kraju, czy też przechodzenie
kanadyjskiego społeczeństwa na stronę tolerancji wobec ludzi o innych
poglądach lub wyglądzie. Trzeba przyznać, że
postawa ta wywołana była często reakcją na akcje
komunistów
kanadyjskich, którzy podczas kryzysu
lat 30tych i w
czasie II wojny światowej wykorzystywali nieludzko ciężkie
warunki życia ubogich
i organizowali werbunek
na członków partii wśród biednych i często
skołowanych imigrantów. Kanada, pełna
pół-zasymilowanych lub słabo
zasymilowanych imigrantów, bardzo
biednych i dyskryminowanych
była wdzięcznym polem szerzenia komunistycznej ideologii na którą dawali
się nabrać ubodzy wszystkich nacji. Niektórzy polscy imigranci z
pierwszej połowy
XX wieku , także ulegali czarowi propagandy komunistycznej. Były przez pewien czas
polsko-języczne gazety wychwalające Związek Radziecki
i jego ideologię, a ostro krytykujące "zgniły
kapitalizm". Bańki
złudzeń co do prawdziwych intencji ZSRR pękały po kolei. Pierwszą z nich
zniszczyli "inżynierowie polscy" w Toronto
już w czasie
II wojny światowej. Następne pękały pod
wpływem wydarzeń Zimnej Wojny, ale jeszcze
w latach 60-tych
i 70-tych komunistyczna
partia kanadyjska liczyła w swoich szeregach
polskich imigrantów.
Z upływem
lat, powolna adaptacja
do nowego środowiska,
zapewniała
coraz pewniejsze osadzenie w nowej rzeczywistości i pewniejsze zrozumienie
zasad wychowywania dzieci po kanadyjsku. Ostrożne
imigrantki-matki z konserwatywnych stawały
się pragmatycznymi i godziły
się na coraz szerszy zakres tolertancji
i
wolności dzieci. Ograniczały się do
wpajania dzieciom zasady szacunku dla
rodziców, poczucia silnej więzi
rodzinnej, przynależności
do kościoła rzymsko-katolickiego
i szacunku dla
ciężkiej pracy, która
pozwoliła
rodzicom na powolne podnoszenie standartu życia
całej rodziny. Podkreślały też wyraźny
podział ról. Chłopców
zachęcano do
kończenia szkół, a nawet do studiów
w szkołach położonych
w innych
prowincjach, dziewczęta
natomiast uczyły się obowiązków przyszłych
żon i matek. Ten schemat ról
społecznych dość wcześnie jednak był zmieniany przez wpływy kanadyjskiej szkoły
i system
jej
stypendiów. Dzieci raczej
wcześnie opuszczały dom rodzinny,
aby pracować zarobkowo dla siebie, a
następnie samodzielnie budować
własne życie.
Przedstawiony szkic postaci
i życia polskiej
imigrantki w Kanadzie zachodniej jest jednak niepełny z dwu powodów. Po pierwsze
opiera się na życiorysach, które pisali
tylko ci
i te, którym się
powiodło i po latach pracy osiągnęli pewną
stabilność finansową, a jednocześnie
ich związki z dziećmi a może nawet z wnukami
pozwoliły im patrzeć na przeżyte w Kanadzie lata jako na dobrze zapracowany sukces. Po drugie wiemy, że wśród Polek tak samo jak i wśród
kobiet innych grup
etnicznych pewien procent nie wytrzymywał nadzwyczaj ciężkich warunków
życia w pionierskich preriach Kanady, zbyt mrożnej zimy, za gorącego
lata, nieustannej
walki z komarami....,
samotności, za ciężkiej pracy.. Wiele z nich umierało po
krótkim
pobycie
na emigracji, ponieważ nie wytrzymywały trudnych
warunków życia, przy porodach, z wycieńczenia,
inne ginęły
w buszu lub w trudach podrózy jak
owa młoda matka, która wypadłszy z sań
znaleziona została dopiero zmarznięta martwa. Jeszcze inne nie wytrzymywały samotności i dzikości
kraju i uciekały
do miast, gdzie przepadały bez
wieści. Na inne spadały nieszczęścia w
postaci choroby lub śmierci męża -
żywiciela. Nie wszystkie były tak
silne, żeby sobie samej poradzić. Jeszcze inne
zostały przez swoich partnerów opuszczone z dziećmi lub bez i nie miały siły pozbierać się.
Wreszcie niektóre były poprostu za słabe na trudne
pionierskie warunki zarówno w buszu jak i w osiedlach czy nawet miastach.
Niedobrym lekarstwem na te wszystkie
nieszczęścia był alkohol, łatwo dostępny,
bo cichaczem pędzony na
przedmieściach miast lub
w buszu. W
opinii lokalnego społeczeństwa ..." polscy
imigranci należeli do
pijących chętnie i często, szczególnie
w chwilach niepowodzeń lub klęsk."
Nikt nie wie ile polskich imigrantek z pierwszej połowy XX
-go wieku zniknęło w piekle pijaństwa.
Nikt również nie wie
ile imigrantek z
tego samego okresu zeszło na drogę prostytucji.
Dwa światy kobiet w kraju
pionierów
Kanadyjski kraj
pionierów, do którego płynęła większość polskich żon i narzeczonych w początkach XX
wieku był
przede wszystkim krajem
mężczyzn.
To oni stanowili dominującą większość
mieszkańców nowo zakładanych miast i miasteczek, oni
w pojedynkę lub grupami
przybywali z
Kanady wschodniej i ze Stanów Zjednoczonych, aby
robić biznes, zakładać przedsiębiorstwa, organizować
administrację miejską, otwierać nowe tereny pod
osadnictwo, pracować w kopalniach, w
transporcie, w obozach drwali...Oni nadawali styl pracy, ogólną atmosferę
podniecenia możliwościami
zrobienia dużych pieniędzy w krótkim czasie, oni otwierali nowe tereny i budowali koleje. Oni też nadawali charakter rozrywce istniejącej
wówczas w Kanadzie
zachodniej. . Dla nich powstawały saloons,
pubs i bars jak grzyby po deszczu gdzie wyszynk, legalnego
i nielegalnego alkoholu i burdy pijackie
należyły do zwykłych widoków,
a spotkanie
pijanych na ulicach nie było rzadkością. Poza pracą pito często i dużo i to było
najczęstszą rozrywką po miastach i osiedlach.W saloons
i barach było także sporo kobiet lekkiego prowadzenia, kwitła specyficzna prostytucja, typowa dla pionierskich
obszarów Ameryki północnej. Sam fakt, że było znacznie więcej
mężczyzn
niż kobiet i że tysiące samotnych
młodych mężczyzn nieustannie
wędrowało po kraju, w
którym ciężka praca fizyczna
przeplatała się z okresami wolnego czasu, świąt, lub bezrobocia sprzyjał rozwojowi
prostytucji. Kanada na zachod od Winnipegu długo była jeszcze tak dzika i pionierska, że
wielu mężczyzn miesiącami, a nawet zdarzało
się
- latami nie widziało białych kobiet w miejskim stroju. Nagłe pojawienie
się sylwetki kobiecej w miejskim stroju, obowiązkowym kapeluszu i w rękawiczkach ,
potrafiło wywoływać wtedy w pionierskich
obozach lub osiedlach zamieszanie trudne dziś do zrozumienia. Bo sylwetka
kobieca taka jaką znamy
z ówczesnej
Kanady wschodniej i Stanów Zjednoczonych lub Anglii była w Kanadzie zachodniej zjawiskiem
zupełnie niepasującym do pionierskiej
rzeczywistości z początków XXgo wieku.
Przybywające imigrantki nie liczyły się.
Nie
tylko były biedne
i natychmiast zabierane
przez mężów do przygotowanych
domów, niezależnie od tego czy to były istotnie domy czy
też ziemianki. Nie
znały języka , były
niepewne siebie
, dziwacznie, nie
po kanadyjsku ubrane
i nie znały lokalnego
savoir vivre.
Poza nimi jednak tylko bardzo niewielki procent samotnych kobiet odważał się na opuszczenie rodzinnego domu na
wschodzie Kanady lub w
Europie i
zaangażowanie się w pionierską przygodę. W większości były
to
młode kobiety lub dziewczyny poszukujące męża,
które jednak często nie znajdywały lokalnych kandydatów ponieważ ci oceniali je bardzo
krytycznie, uważając, że nie nadają się na
żony
pionierów. To też wiele z nich , a szczególnie te
które przybywały z Anglii,
gdzie mit kanadyjskich
prerii
długo był w modzie decydowało się na
powrót do W. Brytanii, ale nie
mając pieniędzy na powrót do rodzinnych
domów musiały zarobić na bilet powrotny. Na
preriach najbardziej poszukiwane były służące do bogatszych
farm, więc po
powrocie do domów wiele z nich mogło
się pochwalić tym doświadczeniem. Tu jednak rzeczywistość nie była
tak piękna jak mit., bo praca służącej na farmie była bardzo ciężka..
Kandydatki na służące
najczęściej nie były przygotowane ani
na ilość
pracy, którą musiały wykonać
ani na szybkość
nadchodzących
bez przerwy żądań.
Zony farmerów
same ciężko i nieustannie pracując oczekiwały tego samego
od swoich pomocnic.. Pierre
Berton cytuje
jako przykład
rozmowę między zamożną i wykształconą Angielką
Ellą Constance Sykes,wystarczająco ekscentryczną, aby z ciekawości
próbować przekonać się
jak się naprawdę
żyje kobietom na preriach kanadyjskich.
Już podczas podróży
statkiem do
Kanady Ella Sykes dowiadywała się o trudnościach ich życia. Jedna z bogatych farmerek
powracających z wizyty w Starym Kraju, opowiedziała
jej swoją historię
: Pamiętam, że pytałam go o kolor
tapety w naszej sypialni, ponieważ
chciałam dobrać
odpowiedni zestaw w
łazience. On to pytanie wtedy
zbył,
ale nigdy nie zapomnę moich uczuć, kiedy
zobaczyłam, że nasz
dom to poprostu jednoizbowa
drewniana chałupa kurtyną podzielona na
dwie części i oczywiście bez
żadnej tapety. To był straszny szok
dla mnie.
Ale teraz, kiedy jesteście bogaci,
twoje życie jest znacznie
łatwiejsze - zapytała panna Sykes. Odpowiedź
zdumiała
ją. Miałam mniej roboty
kiedy zaczynałam moje małżeńskie zycie jako biedna kobieta aniżeli mam
teraz. Mówi się że pasją
farmera jest ciągłe dokupowanie ziemi : Oni
są temu gotowi wszystko
poświęcić i dom i jego
komfort nic dla nich nie znaczą. Mój mąż kupuje każdy akr który może dostać i
oczywiście
zatrudnia
najętych robotników do pracy na roli.
A im więcej jest robotników,
tym więcej
roboty ma
kobieta....
Kiedy następnie Ella Sykes
dała
ogłoszenie, że poszukuje pracy jako pomoc domowa na farmie,
zgłoszenia pojawiły się natychmiast. Pracowała w pięciu rozmaitych domach. Między innymi pracowała przez 2
tygodnie u Mr.
Brown , bogatego farmera, który miał żonę
i troje dzieci. Wybredna panna Sykes
początkowo była zdumiona, że mięso,
kartofle, jarzyny i desery jadało się na
tych samych
talerzach. Prędko jednak zrozumiała że
dzięki temu ma
o dziewięć talerzy
mniej do mycia.
Trójka dzieci była jej zdaniem hałaśliwa, pozbawiona manier i nieposłuszna...tak jak to bywa, kiedy
rodzice poprostu są zbyt
zająci od świtu do nocy, aby zwracać
uwagę na zachowanie dzieci. Pani Brown stosunkowo młoda
kobieta
na swoje lata wyglądała staro,
zużyta nieustanną
ciążką pracą... Ona nie mogła odpoczyć
ani chwili, ani zwolnić tempa
swoich robót ... Nie mam ani jednego słowa pochwały dla prerii, powiedziała i kiedy
tam jestem zaczynam
nienawidzieć każdego mężczyznę. Dlaczego? Ponieważ
mężczyzna oznacza przygotowywanie posiłku..
Ogromna
większość żon farmerów
pracowała zbyt ciężko, aby mieć ochotę
i czas i zadbać o siebie. W dalszym ciągu cytując pannę Sykes, Pierre Berton pisze : Czy nie ma kobiet które kochają życie w preriach? zapytała /Miss Sykes/ " W Anglii zew prerii jest bardzo
znany - .
Być
może są takie kobiety, ale ja nigdy ich nie spotkałam / powiedziała pani Brown/. Wszystkie
moje przyjaciołki nienawidzą tej samotności, braku
rozrywki i tej
samej rutyny dzień za
dniem. ... czy wiesz że
jeśli usiądę i zacznę
pisać albo szyć moja
Kitty (córka) pyta mnie czy to niedziela, bo
w dnie powszednie jestem ciągle na nogach.
Przeciążanie
żon farmerów pracami domowymi było rezultatem ogólnej atmosfery entuzjazmu ludzi, którzy wokół siebie widzieli ciągle
nowe możliwości bogacenia się. Farmerzy,
którzy przybyli na prerie z większymi funduszami
, lub dorobili się
ich , natychmiast
próbowali wykorzystać wyjątkową okazję do dalszego bogacenia się i pośpiesznie rozwijali swoje farmy.
Wiedzieli także, że napływ nowych imigrantów
zapewniał im najemnych robotników, których oczywiście, zwyczajem
krajowym, jego
żona musiała karmić i opierać
niezależnie od
tego że i tak
już była zajęta
rodzeniem dzieci i własnym gospodarstwem domowym.
Kiedy
byli biedni musiała
wszystko robić sama, bo nie było pieniędzy na pomoc
dla
niej, ale kiedy się wzbogacili ogólny
brak kobiet na preriach powodował trudności ze znalezieniem
pomocy dla niej
. Dziewczyn gotowych objąć posady służących na farmę było niewiele,
ponieważ było wiadomo,
że praca
służącej nisko
płatna, nieustanna i jak to na
farmie od świtu
do
nocy, zniechęcała wiele kandydatek Pozostawały tylko córki nowo przybyłych imigrantów, te jednak jak tylko mogły
wychodziły za mąż - na
swoje. Dziś można
powiedzieć, że
w zaludnieniu i rozwoju trzech prowincji preriowych w
pierszych dekadach XX
wieku wielką choć niezauważaną zasługę miały żony i córki farmerów, owa bezpłatna siła robocza, która między 1900 i 1929 rokiem zapewniała rozwój rolnictwa preriowego. A jak dalece była niezauważalna, świadczy fakt, że dopiero w latch 70-tych ub. wieku podczas jednego z procesów rozwodowych pary farmerskiej, sąd po raz pierwszy w
historii prerii
kanadyjskich uznał prawa żony do części majątku,
zbudowanego pracą
obojga i
przyznał jej
odpowiednie odszkodowanie.
Także
i w miastach Kanady zachodniej brakowało służących. W Brytyjskiej Kolumbii
mimo szybko rosnącej
liczby ludności ciągle było za mało służących. W Victorii
i Vancouverze zamożne
mieszczki zastępowały nieistniejące służące Chinczykami,
którzy godzili się na niskie
płace, byle
pracować w
Ameryce Północnej.
Niekiedy na
prerie przybywały samotne kobiety,
ktore pociągnęła
egzotyka pionierstwa i nieznajomość Kanady zachodniej,
tak jak bogatą
i wykształconą Ellę Konstancję Sykes.
Inne przybywały jako
nauczycielki bo one
w Kanadzie
zachodniej, a
szczególnie w Brytyjskiej Kolumbii były lepiej
płatne niż w Kanadzie
wschodniej. Przybywały też lekarki i misjonarki, kucharki szukające pracy w
nowo
powstających miastach i
hotelarki otwierające swoje
przedsiębiorstwa tam gdzie budowa prawdziwych
hoteli
dopiero ruszała. Wreszcie
przyjeżdżały na występy
także dziewczyny zarabiajające na
życie tańcem, dancing
girls, ale żadna z nich nie chciała zamieszkać na
farmie jako służąca.
Najczęściej jednak przybywały prostytutki.
Do lat dwudziestych ub. wieku w
miastach i miasteczkach zachodniej Kanady zorganizowana
legalna
rozrywka ograniczona była
do wyszynku alkoholi i
okazyjnych zawodów pokazujących siłę
fizyczną i sprawność młodych
mężczyn. W zasiedziałych już miejscowościach gdzie mieszkały rodziny z
dziećmi urządzano od czasu
do czasu lokalne
festiwale z tańcami, Od
1915 roku w Calgary odbywały się corocznie Stampedes czyli wyścigi wozów pionierskich, chwytanie bydła na lasso, ujeżdżanie młodych koni, jazdy na bykach itp, męskie, pionierskie rozrywki mocno podlane spożyciem
alkoholi, strzelaniem
z broni krótszej lub dłuższej do celu lub w powietrze.
Czasami do
miast i
miasteczek położonych przy szlakach kolejowych ze wschodu na zachód sprowadzano objazdowe trupy artystów -
show people, poetów
recytujących swoje wiersze, iluzjonistów,
ludzi imitujących ptaki,
drugorzędnych skrzypków i
spiewaków i
także "tańczące
dziewczyny" przywożone
z wielkiego
świata przez swoich
impresarios na parę występów. Dziewczyny tańczyły
na scenie w naprędce
zorganizowanych salach wnosząc wesołość, lekkość i
powiew wielkiego świata, poczem szybko
znikały, już w drodze do następnej miejscowości, pozostawiając
za sobą frustracje niespełnionych nadziei. Na miejscu pozostawały prostytutki. Przez pionierów
były one postrzegane
jako normalny
fakt życia w świecie,
w którym było
za mało kobiet.
Były tolerowane, a czasami nawet podziwiane za
swoją zdolność przeżycia, za
odwagę z jaką wędrowały po niezmierzonych przestrzeniach
prerii albo buszu tylko po
to, aby w
sąsiedztwie jakiegoś obozu budowy jeszcze jednej linii kolejowej,
drwali w lasach
lub kopalni
węgla zainstalować prymitywne budy, gdzie można
było
potańczyć
i zapomnieć o ponurej codzienności. Jak pisze Hoerder
za Edwinem Alm ..." niektóre z tych kobiet
otwierały swoje
biznesy w pobliżu obozów robotniczych...Wystarczyła
byle jaka
podłoga nawet bez położonych
porządnie desek, dachy nad
namiotami, ktoś
grający na pianinie, kontuar gdzie sprzedawano parę gatunków wódek. Wokoło stały namioty każdej z
dziewczyn. Wizyta u nich kosztowała 3
- 5 $, a
nawet w "dobrym" roku 1910
aż 8$. Co parę
miesięcy, a czasem tygodni, kiedy obóz
robotniczy przenosił się dalej, dziewczyny
zwijały swoje " budy", pakowały
namioty i ruszały za robotnikami..." ich zdolność adaptacji do
trudnych
warunków połączona z elementami wyszukania i elegancji ( choć często fałszywej) niejednokrotnie osładzała
jednostajność życia i ciężkiej pracy.
Czasami wieczorom weekend'ów nadawała elementy odświętności i oczekiwania. Ceniono
także umiejętność
fizycznego przeżycia i odporność psychiczną tych kobiet pracujących najczęściej w warunkach kompletnego prymitywu, przeważnie
traktowanych szorstko, lub nawet
gwałtownie przez odreagowywujących
się na nich mężczyznach. " W Regina, /stolicy prowincji Saskatchewan/,
w tzw. Germantown czyli dzielnicy
imigrantów było 5 hoteli połączonych z "saloons", 7 pool halls i
tylko 3 sale taneczne. Te ostatnie
zatłoczone, hałaśliwe pełne prostytutek i
pijanych rozrabiaczy dla
niejednego samotnego imigranta
stanowiły jedyną odmianę w jego nędznym życiu..." Właściciele lub właścicielki domów
publicznych bywali bogaci jeśli pracujące u nich
dziewczęta umiały przyciągać klientów. Z powodu braku
kobiet
z którymi drwale, górnicy, robotnicy rolni i przemysłowi
mogliby się ożenić
w niektórych latach przed I
wojną światową prostytutki w Kanadzie zachodniej były
tak
liczne, że zakaz wpuszczania do Kanady "bezwstydnych
kobiet "/of
moral turpitude/ z roku 1906 cztery
lata później został ponowiony z dodatkowym podkreśleniem że dotyczy kobiet "przybywających w celach
niemoralnych". Tymczasem ani
prostytutki, ani ich klienci nie
uważali, aby w ich postępowaniu było coś niemoralnego.
Natomiast prostytutki skarżyły się często na
brutalność
mężczyzn w stosunkach z nimi.
Były dwa typy prostytutek: przyjezdne
i lokalne. Pierwsze były bardziej
doświadczone, sprytniejsze, czasami
więcej utalentowane, śpiewały, tańczyły, a przed wszystkim
umiały natychmiast wyłowić bogatszych mężczyzn i przyciągnąć ich
do siebie. Były wśród
nich
kobiety, które przekładały samodzielne życie prostytutki ponad
społeczną
nieskazitelność kobiety zamężnej, legalnie
podległej mężowi. Wiele
podróżowało pomiędzy Kanadą
i Stanami Zjednoczonymi. Niektóre przybywały znęcone plotkami o
bogactwie pionierów czasami
przesadzonymi i po krótkim okresie sprawdzania znikały. Jeszcze inne
widziały w
prostytucji drogę do stosunkowo
uregulowanego życia samotnej kobiety w miastach prerii lub Kolumbii Brytyjskiej,
często
obarczonej utrzymaniem dzieci. Celem wielu
prostytutek było
uzbieranie takiej ilości gotówki, aby
mogły kupić sobie nieruchomość i otworzyć dom publiczny w mieście, lub
trwałej
osadzie, ponieważ dopiero wówczas ich biznes stawał się naprawdę
opłacalny.
Ponadto posiadanie własnej nieruchomości stawialo je w znacznie
lepszej
pozycji społecznej wobec władz osiedla, czy
miasteczka, a nawet policji. Wówczas bowiem,
dzięki posiadanej własności ziemskiej
stawały
się
one obywatelkami miasteczka
.W razie potrzeby np pożaru, albo powodzi w miasteczku, chętnie
wspomagały groszem poszkodowanych, wiedząc,
że w ten sposób kupują sobie przychylność ojców
miasta,
albo lokalnej policji RCMP, mężczyzn,
których często przecież znały jako
swoich klientów.
Czasami
trudno było zgadnąć kto
najwięcej zarabiał na prostytucji. Kiedy
przed II wojną światową w Winnipegu szef
policji chciał usunąć domy
publiczne sprzed
oczu szanownych obywateli, zwrócił się o pomoc do
podejrzanego handlarza nieruchomościami. "Ten w ciągu roku sprzedał
lokalnym burdel-mamom 20 nowych posesji
z dala od "respectable population" za
niesłychanie wyśrubowane ceny zarabiając na tym $ 70,000,
po czym zniknął. Prawie
napewno był podstawiony przez
szefa policji, jego
przyjaciół, lub lokalnych polityków." Nie wiadomo więc było w czyim interesie
działał.
Dobre stosunki w
miasteczkach lub osadach bywały bardzo pomocne
w
licznych sprawach sądowych, które nieuchronnie spadały na prostytutki.
W wielu pionierskich
osiedlach i
miastach domy publiczne
spełniały rolę ośrodków odpoczynku i zabawy. Zawsze pełne
muzyki, hałasu i alkoholu pozwalały
klientom na chwile relaksu.
Czasami zdarzało się ze niektórym mężczyznom
w pionierskim
miasteczku tak obrzydła
wieloletnia
samotność (kobiet ciągle było mniej
niż mężczyzn), że próbowali
przekupić swoje ulubione
prostytutki i namówić je, aby wyszły
za nich zamąż. Oczywiście takie
propozycje musiały być
poparte dowodami zamożności,
a i to nie wszystkie prostytutki decydowały
się zamienić swoją wolność
na klatkę ówczesnego małżeństwa, choćby nawet złotą.
Drugą grupę prostytutek,
znacznie liczniejszą tworzyły młode kobiety,
lokalne
mieszkanki lub imigrantki,
które uciekły z domu lub zostały
opuszczone przez męża albo
kochanka, czasami wdowy, dla których
prostytucja była jedynym sposobem na
przeżycie własne i dzieci. To były kobiety pracujące
w ubogich, bardzo
prymitywnych "ruchomych" domach
publicznych, przy obozach
drwali, gdzieś
na końcu świeżo
założonych dróg, albo prostytutki
miejskie niskiej klasy, których pełno było w barach
i piwiarniach. Te ostatnie miały zwykle "opiekunów",
zabierających im sporą część zarobków,
ale za to stanowiących pewną
protekcję kiedy klienci stawali się zbyt brutalni.
Często także kobiety
musiały się opłacać właścicielom wyszynków
za prawo szukania kientów w ciepłym lokalu. Ponieważ
były to czasy prohibicji w Stanach Zjednoczonych, więc
wielu średnio zamożnych
Amerykanów przekraczało granicę
kanadyjską, aby użyć
alkoholu "until they
show a profit" i przy
okazji poznać nowe girls.
W miarę
upływu czasu i zaludniania
się Kanady Zachodniej
żonaci
osadnicy coraz liczniej
wypełniali miasta, pustkę prerii i puszczy. Budowano domy,
krzepły
struktury społeczne, a życie stabilizowało się i dostosowywało do
osiadłego społeczeństwa. Domy publiczne brały
udział w tych przemianach. Nierzadko umieszczone przy najlepszych ulicach
zaczynały irytować swoją
obecnością wpływowych sąsiadów szczególnie, że wielu klientów
mniej lub więcej podchmielonych myląc
adresy, dobijało się
do domów prywatnych . Stąd ojcowie miasta i zwierzchnicy policji starali
się "oczyścić " ważne ulice
z niemoralności." Odbywało
się to prawie
zawsze przez przenosiny z centralnych
ulic na bardziej peryferyjne a
więc mniej rzucające
się w oczy.
Pastorzy protestanccy, księża
katoliccy i prawosławni
naciskali
na budowę kościołów i powstawanie
parafii. Organizowano grupy cywilne głoszące życie według wartości
chrześcijańskich i przywódcy
tych grup publicznie potępiali
rozpustę i pijaństwo biedoty miejskiej.
Jak zawsze pierwsze poparcie znajdywali wśród zamężnych kobiet i matek
rodzin,
które nadawały ton miastu. Tworzyła
się
klasowość
etniczna, rozwijał się rasizm
i podwójna moralność poparta
pracą ojców miast pastorów, księży i policji.
Prawie
równocześnie ze zmianą akceptacji społecznej standartów moralnych
pojawiły się
w Kanadzie zachodniej objazdowe
kina, zaczęto organizować
parki i tereny gier sportowych. Domy publiczne, jeden po
drugim przestawały być głównymi
atrakcjami miejskimi, więc ojcowie miast starali się wypchnąć
je na przedmieścia, gdzie
mieszkali
przeważnie imigranci i uboga
ludność miejscowa.
Pojawiały się nowe zawody dla
kobiet, wzrastało zapotrzebowanie na
służące i niańki z
rekomendacjami oraz na
robotnice w fabrykach.
Prostytutek jednak nadal
było bardzo dużo. Ale
prostytucja widziana przez pionierów jako fakt
oczywisty przewagi ilościowej mężczyzn nad kobietami
przestawała
być uważana za
jeden ze sposobów na przeżycie kobiety bez męża. Została zepchnięta
do kategorii społecznych
wyrzutków. Żywot, który
prowadziła większość prostytutek
przypominał nadal życie ważek- efemeryd; kobieta wykonywała swój fach tak
długo, jak zdrowie i młodość jej
pozwalały, a potem znikała nie
pozostawiając po sobie żadnych śladów.
Czy wśród
polskich emigrantek były także prostytutki ? Nikt
dzisiaj nie dojdzie. Zapewne
przy braku pracy
dla kobiet zarówno w pierwszej połowie
XX-go wieku jak i po drugiej
wojnie światowej
niejedna młoda imigrantka nie wahałaby
się w ten sposób uzupełnić swego budżetu , ale
napewno ograniczenia związane
z różnicami etnicznymi bardzo
jej utrudniały podjęcie tego
fachu.
Podobnie jak we wszystkich innych grupach
etnicznych tak i w polskiej
przywiązanie do tradycji wyniesionych
jeszcze z wiejskiej Polski narzucało imigrantkom silne
hamulce moralne. Ponadto pragmatyzm
polskich imigrantek wyrażał się koncentracją na
jednym tylko celu, a mianowicie na
założeniu rodziny i wychowaniu dzieci. Jeśli któraś
emigrantka w czasie podróży do Kanady
miała ciekawość świata i związane
z tym
aspiracje, to pierwsze lata nadzwyczajnie ciężkiej
pracy, prymitywnych warunków i licznych upokorzeń, prędko
pozbawiały ją złudzeń. W kraju, w którym kultura pokrywania milczeniem swoich
porażek była podstawą stosunków międzyludzkich i , w którym
skarga na los spotykała się z pogardą
lub kpinami, uboga polska emigrantka dawniej w Polsce
zawsze otoczona grupą
gotową ją moralnie wesprzeć,
w nowej ojczyżnie czuła się obco i
niepewnie. Dla takiej bezdomnej emigrantki mąż
i dach nad głową były konkretami i głównym celem. Aby
zastąpić
poddasze, komorę na strychu lub w bejzmencie u
pracodawcy w mieście lub na farmie warto było ciężko pracować
nawet po 14-16 godzin dziennie, każdy
grosz przybliżał bowiem realizację najświętszego marzenia - własnego domu.
Bo dom,
to nie tylko zakładanie
rodziny i wielki postęp na szczeblach awansu społecznego, ale także
ochrona
byłej najemnej pracownicy przed upokorzeniami
i niepewnością jutra.
A nawet jeszcze coś
znacznie więcej, bo razem
z poczuciem własności domu
znikała świadomość bezdomnej
emigrantki, a zastępowała ją świadomość gospodyni na swoim z poczuciem przynależności do tego Nowego
Kraju, w którym dzieci się rodziły
i uczyły dla nowej, lepszej
przyszłości i gdzie
starzejący się rodzice w spokoju mieli dożywać
swoich dni
. Tradycyjna rola żony i matki skoncentrowanej wyłacznie na rodzinie i
pracy nabierała w tym kontekście podstawowego
znaczenia, bo dzięki niej
rodzina zdołała
przeżyć i następne pokolenie mogło się zacząć piąć po szczeblach
społecznego
znaczenia i dobrobytu.
Pragmatyczna, pracowita, odpowiedzialna za
rodzinę, ale niechętna nowinkom społecznym,
a nawet wroga "wymyślnym fantazjom kobiet ,co zapomniały
o ich miejscu w społeczeństwie", bezimienna emigrantka polska z okresu
1900-1940 była najważniejszą
podstawą istnienia i rozwoju Polonii
tego okresu, a jednocześnie miała znaczny udział w budowaniu
kanadyjskiego Zachodu
. Do dziś nie ma dokumentacji
jak wiele zależało od tych
kobiet, które na codzień
pracowały w domu i na farmie, rodziły i chowały
dzieci , a od święta na festiwalach
polonijnych i obchodach parafialnych
piekły, gotowały,
ozdabiały i sprzątały sale,
organizowały występy lokalnych chórów i
zespołów tanecznych, a następnie niemal automatycznie
wycofywały się za plecy swoich mężów i
swego proboszcza, pozostawiając im honor
reprezentowania środowiska polskiego.
Imigrantki w miastach
Urbanizacja Kanady
naprawdę nabrała
rozpędu dopiero od końca II
wojny światowej.
W okresie poprzedzającym ją
istniały w Kanadzie
tylko dwa duże miasta : Montreal i Toronto, kilka
pomniejszych jak Halifax w Nowej Szkocji, Winnipeg
w Manitobie, Calgary
i Edmonton w Albercie i Vancouver nad Pacyfikiem.
Poza tym były osiedla
często zasługujące
raczej na nazwę miejscowości,
osad lub wsi aniżeli
miast. Ogromna
większość miast prerii rosła niezwykle szybko, ale ponieważ startowały
od budynku stacji
kolejowej jako jedynej
budowli w "mieście" , więc
długo nie mogły
dorównać miastom Kanady
wschodniej. Po za
tym ich rozwój widoczny w
stawianiu imponujących
gmachów
i błyszczących bogactwem pałaców nuworyszów nie szedł w parze z tworzeniem się tkanki społecznej opartej na szerokiej
bazie obywateli miejskich Po pierwsze obywatelami miasta byli tylko ludzie, którzy
posiadali w tym mieście nieruchomość ziemską, wszyscy inni nie mieli prawa głosu nawet w najbłahszych
sprawach municypialnych.
Po drugie
w miastach
prerii przed
I wojną światową najlepszym biznesem był obrót ziemią. Ponieważ spekulacja wybuchała
co chwila w coraz
to
innym miejscu prerii,
przez które akurat wtedy
budowano kolej
więc ludzie, posiadający odpowiednie informacje zarabiali fantastycznie na handlu działkami ziemskimi,
w zasadzie przeznaczonymi
dla osadników. W ten sposób w powstających miastach od
pierwszego momentu realna
władza pozostawała w
rękach przeważnie tych
samych członków, albo krewnych i przyjaciół grupy zbierającej śmietankę z otwierania prerii. Dominowali
w
niej Anglo-Sasi i byli Amerykanie tworząc warstwę uprzywilejowaną i
nadającą ton
zarówno przez
swoje wpływy polityczne jak
i przez bogactwo.Warstwy niższe
były natomiast wieloetniczne. Ich członkowie
nie tylko nie byli uprawnione do glosowania
- bo
nie posiadali nieruchomości
miejskich, ale także jako robotnicy
najemni, byli uzależnieni
od
pracy u bogatych przedsiębiorców. Rozwój miast
preriowych był więc z jednej strony bardzo dynamiczny ale z drugiej
chaotyczny, nie sprzyjający powstaniu klasy
średniej. Istniał
antagonizm między oby grupami. Wynikał on z eksploatacji i dyskryminacji
siły
roboczej w różnych
miastach prerii i przybierał słabsze
lub ostrzejsze formy,
ale zawsze przeszkadzał w
powstawaniu tkanki społecznej danego miasta. Jednym
z miast w którym istniała ostra
eksploatacja i dyskryminacja imigrantów i robotników był Winnipeg
, ówczesne centrem
przemysłowe prerii. W jego fabrykach odzieżowych pracowało bardzo wiele
imigrantek. Ich warunki pracy często urągały
regułom zdrowia i hygieny, a ponieważ kobiety tam zatrudnione, pracowały na
akord, więc najmniejsze
przerwy w pracy oznaczały obniżenie i tak bardzo niskich
zarobków. Ponieważ inspektorów
pracy nie było więc ta sytuacja nikogo nie interesowała. W 1911 roku, na społecznej scenie
Winnipegu pojawiła się Nellie
McClung, członek
Local Council of Women -
Lokalnej Rady Kobiet ,
która za cel postawiła
sobie między
innymi poprawę losu robotnic fabrycznych. Dzięki swojej
zawziętości i
uporowi Nellie McClung szybko zdobyła popularność wśród uboższej ludności
miasta, a następnie
pozyskała sobie polityczną
opozycję rządu Manitoby.
Kiedy po kilku latach walki z Liberałami konserwatywny premier
Manitoby przegrał wybory i do
władzy doszli Liberałowie,
najgorsze przekroczenia
przeciwko hygienie pracy w
fabrykach zostały ujawnione, a w 1916 tym
roku rząd
Manitoby dał kobietom
prawo głosu.
W ten sposób w emancypacji kobiet Manitoba wyprzedziła wszystkie inne prowincje
Kanady.
Na wschodzie Kanady w tym czasie urbanizacja rozwijała się w sposób
bardziej uporządkowany.
Tam miasta i
miasteczka dawno wytworzyły warstwę średnią wraz z jej
lokalnymi odmianami
kulturowymi, rozbudowały
struktury i instytucje
miejskie, rozwinęły dominującą
życie
mieszkańców lokalną opinię społeczną,
opartą na zasadach, przesądach i
odmianach ksenofobii, albo
tolerancji zgodnej z głównymi zrębami
dominującego wyznania
i zależnej od stopnia
odosobnienia lub kontaktów ze światem
zewnętrznym.
Duże
miasta z większymi grupami różnych etnicznie
imigrantów cechowały się większą
tolerancyjnością i do
nich to ciągnęły przede wszystkim polskie imigrantki. Wiadomo, że niektóre z nich próbowały
ucieczką z pociągu
do Winnipegu uwolnić się
od
podpisanego kontraktu - jak
to opisywała Carolina
Dziurzyński - i znaleźć pracę na wschodzie
Kanady. Rzadko zdarzało się jednak, że po
odpracowaniu kontraktu zobowiązującego dziewczynę
do pracy służącej
na zachodzie
Kanady, imigrantka ruszała na wschód
szukać lepszych warunków w
Toronto lub innym mieście Prowincji Ontario, najczęściej
prędko wychodziła zamąż za lokalnego
mieszkańca. (Dlatego niektóre
dziewczęta pouczone listami krewnych
lub przyjaciół odrazu wybierały pracodawców we wschodniej Kanadzie.) A jeśli
żona osadnika - imigranta
owdowiała
lub została opuszczona
na farmie,
to zwykle, aby
przeżyć, musiała farmę sprzedać i przenieść się do
pobliskiego miasta. Za pieniądze
uzyskane ze sprzedaży farmy mogła wtedy kupić na
spłaty, stary i możliwie duży dom, w
którym
odnajmowała pokoje przejezdnym robotnikom imigrantom. Ten bardzo skromny dochód uzupełniała zwykle
praniem dla swoich lokatorów lub okolicznych mieszkańców. Wiele
imigrantek nie
wiedziało, że w latach
dwudziestych były już
w miastach
Kanady agencje miejskie wspomagające finansowo samotne matki z dziećmi. Podczas wielkiego kryzysu lat 30-tych agencje te, z uwagi na niewielkie własne zasoby zostały zmuszone do ograniczenia swojej pomocy
tylko do określonych kategorii dawnych mieszkanek danego
miasta. W roku 1932, w
Vancouverze inspekcja przeprowadzona przez Charlotte Whitton, specjalnego wysłannika ówczesnego Premiera Kanady R.B. Bennett'a,
uznała na
przykład, że kobiety
w średnim wieku,
które nigdy przed kryzysem nie pracowały (bo
zgodnie z panującym zwyczajem, żony nie powinny były pracować) nie
mają prawa
do zasiłków związanych z
kryzysem,
ponieważ ich potrzeby
nie wynikały
bezpośrednio z
kryzysu. One przedstawiają problem
istniejący w każdym czasie i który powinien przede
wszystkim dotyczyć lokalnych funduszy. Opuszczone żony i samotne
dziewczyny powinny być uczone pracy
domowej. Kobiety na zasiłkach
macierzyńskich nie są
obciążeniem usprawiedliwionym "form a
justifiable charge" W ten
sposób opuszczone
żony lub wdowy wpadały
w przegródkę
administracyjną, według której ich nędza nie była wynikiem kryzysu, więc pomoc im się nie należała .
Kiedy zaczęła sie imigracja Polek do Kanady
wschodniej nie wiadomo. Dokumentacja
dotycząca
polskich imigrantek na wschodzie Kanady
jest bardzo uboga .Dla okresu 1900 - 1940
poza jednym pamiętnikiem nie znalazłam żadnej
biografii, ani wspomnień
autorstwa kobiety polskiej. Wiadomo
jednak, że jeszcze w XIX-tym wieku w Montrealu
i Toronto, a także w kilku innych miastach Ontario
byli polscy rzemieślnicy,
drobni kupcy, przewoźnicy,
najemni pracownicy większych przedsiębiorstw
kanadyjskich. Niektórzy
przybywali z
Europy, inni napływali z niedalekiego Detroit, lub z odleglejszego New York. Większość
ciągnęła do
Toronto, chociaż i w Montrealu
rozwinęła się w początkach
XX-go wieku grupka polskich imigrantów. Wielu z nich pożeniło się z miejscowymi
dziewczynami,
inni uporczywie pisali
o żony do Polski. Jak pisze żona pończosznika
mieszkającego w jednym
z quebeckich miast, wracając z
wizyty w Polsce
w roku 1930-tym spotkała grupę kilkunastu
dziewcząt płynących do swoich
narzeczonych w Kanadzie albo na kontrakty służących.
Jakie to były dziewczęta, skąd pochodziły
i co
umiały, trudno dziś
dociec. Nie mówią o tym
rejestry parafialne ani inne pisane żródła. Niechętne
wspomnieniom
swoich początków jako służące
były także i same kobiety. Te spośród
nich, do których się los uśmiechnął wolały nie
wspominać
doświadczeń pierwszych lat ubóstwa w
Nowym Kraju. Mniej szczęśliwe podobnie
jak w Kanadzie zachodniej znikały bez
słowa lub wspomnienia.
Można jednak oprzeć się na kilku założeniach, które pozwalają
nam
określić typ kobiety przybywającej z Polski gotowej
startować
samodzielnie w swoim nowym życiu w Kanadzie. Przede wszystkim taka
imigrantka
musiała mieć inicjatywę i upór w
dążeniu do swoich celów. Następnie musiała
być zdolna do zrozumienia różnic pomiędzy marzeniem polskich
bezrolnych chłopów o posiadaniu gospodarstwa rolnego, a jej własnymi możliwościami w Nowym Kraju. Jeśli pochodziła z miasta
to już siłą rzeczy
wolała i w Nowym
Kraju urządzać się w mieście. Musiała być samodzielna,
aby chcieć decydować o sobie, a nie
czekać na decyzje rodziców, lub
ewentualnie męża. Wreszcie musiała
rozumieć co to znaczy pracować w Kanadzie
jako służąca, pomocnica kucharki, niańka do
dzieci, albo wyjątkowo
jako robotnica w małej fabryce. Prawdopodobnie z listów
od krewnych lub przyjaciół
dawniej przybyłych do Kanady potrafiła
sobie wyrobić opinię, że zdoła się
utrzymać przy życiu i może dobrze
wyjdzie zamąż. Musiała się prędko nauczyć podstawoweych
informacji o warunkach miejskich w Kanadzie
ze znacznie wyższymi
wymaganiami hygieny, punktualności oraz ogólnego sposobu
poruszania się wśród obcych, od których była
zależna. Musiała też zapomnieć
o wielu przesądach
polskich, ponieważ przesądy w Kanadzie były inne i te
polskie spod zaborów rosyjskiego, niemieckiego lub austriackiego były
pogardzane i wyśmiewane.
W pierwszych jej
krokach było konieczne
oswojenie się z samotnością, z której
można było uciec tylko na kilka sposobów. Przede
wszystkim przez odnalezienie polskiej parafii,
lub jakiegoś polsko-kanadyjskiego
związku czy stowarzyszenia, których we wschodniej Kanadzie było więcej niż na zachodzie, następnie przez nawiązanie przyjaśni z niektórymi koleżankami po fachu,
imigrantkami bardziej
doświadczonymi , choć
często innej narodowości i
wreszcie przez znalezienie
mężczyzny, który by w przyszłości mógł zostać jej mężem.
Zaden z tych celów nie był łatwy ponieważ samotna
imigrantka naogół bardzo niewiele wiedziała
o społeczności polonijnej i jej organizacji w mieście, do którego skierował ją podpisany
kontrakt. W większych miastach było jednak powszechnie
wiadomo
gdzie znajdują się dzielnice imigrantów i jak się do nich dostać. Już
więc na początku swego pobytu mogła
zdobyć wiadomości gdzie mieszkają i pracują polscy imigranci, to też poczucie jej samotności
wśród społeczeństwa o
odmiennych obyczajach i innej kulturze
dnia codziennego było o wiele
mniejsze aniżeli
samotność żony osadnika w preriach pozostawianej
samej sobie na wiele miesięcy
w mizernej
ziemiance lub chałupce.
Pozostawała jednak następna
warstwa samotności z braku kogoś bliskiego z którym możnaby
porozmawiać, pośmiać się, a nawet robić
plany wspólnej przyszłości. Jednak i ten rodzaj samotności mógł
dość szybko zniknąć. Z uwagi na coroczny napływ imigrantów, Kanada była krajem, w
którym kobiet było ciągle mniej niż mężczyzn. Tym ostatnim samotność doskwierała
równie mocno jak nowo przybyłym kobietom. To też każde
stowarzyszenie, nie
mówiąc o parafii zawsze miało na
agendzie życie towarzyskie swoich członków. W soboty urządzano tańce,
organizowano miejscowe chóry,
grupy muzyczne, festiwale
związane ze świętami kościelnymi lub narodowymi, podawano sobie informacje
o nowo przybyłych i szukano sposobów,
żeby ich włączyć do istniejących już organizacji, zakładano kasy
pożyczkowe, później zaczęły być organizowane szkółki parafialne języka
polskiego.
Jedną z
przedwojennych działaczek
polonijnych była
Krystyna Idziak,
żona polskiego sklepikarza
w Toronto, która posiadała
duży zmysł organizacyjny. Jej to
zawdzięczała Polonia torontońska
organizację zespołów śpiewu i tańca, tak
dobrze rozwijających się pod jej kierownictwem, że
w eliminacjach doszły
do
występów
na festiwalach etnicznych całej Kanady.
Parafie z reguły były ośrodkiem życia społecznego
i kulturalnego lokalnej Polonii. Wywieszały
tablice, na których poszczególni członkowie
wymieniali
informacje dotyczące dnia codziennego
np.przyjmowanie lokatorów na
pokoje, udzielanie porad prawnych , poszukiwanie
znajomych, przyjaciół, nawet członków
rodzin itp. Równocześnie życie w mieście wywierało wielki
nacisk na uczenie się języka i młoda służąca
z Polski od pierwszego
dnia
musiała go używać.
Służba w prywatnych domach zmuszała do stałego
poszerzania znajomości kultury angielskiej lub francuskiej. Obyczaje "państwa"
odnoszące się do codziennego porządku, posiłków jadanych w
domu, przyjmowania gości, chorowania,
kłótni
domowych i tych wszystkich detali, w
których służąca lub niańka
automatycznie uczestniczyła, kształtowały jej własne maniery i sposób oceniania świata.
Na ogół służące i niańki należały do zawodów
nisko płatnych i pozbawionych
wyraźnych godzin wolnych od pracy.
Pani domu ustalała ilość
wykonywanej pracy i czas jej
długości. Od niej zależało
czy służąca była
wykorzystywana
przez rodzinę "państwa",
dyskryminowana z powodu śmiesznego
akcentu, " przesadnej" religijności, braku znajomości "Canadian way of life" i błędów,
które robiła próbując przetlumaczyć sobie niezrozumiałe
słowa i reakcje kanadyjskiego społeczeństwa. Zdarzały
się wypadki, że
służące
zmęczone nieustanną dyskryminacją poprostu odchodziły z
pracy bez
wypowiedzenia, a nawet
odebrania ostatniej wypłaty. O takiej "służącej Annie
Polce" w Winnipegu krótko wspomina D. Hoerder, podając że poprostu uciekła
do Indian.
Nie wiemy co spowodowało
jej ucieczkę, czy to było zniszczenie
jakiegoś sprzętu, zbicie porcelany, lub
szkła, które służąca Anna powinna była
zapłacić z własnej pensji. Nie wiemy
czy przed ucieczką odebrała swoją
cotygodniową wypłatę. A może
slużąca Anna spała na
zimnym strychu lub w wilgotnym
i ponurym "bejzmencie".
Może ta "ucieczka"
spowodowana była uszczypliwymi uwagami pod jej adresem.
W tamtych czasach
ludność anglosaska patrzała
na
Polaków z góry i z niechęcią. Uważano,
że Polacy są kłótliwi,
łatwo unoszą się honorem i wtedy szukają zaczepki albo
znikają. A może to "dziwaczna"
religijność oparta na chłopskiej obrzędowości przeszkadzała bogatym Anglosasom
i Anna wolała ubóstwo
" Indian" aniżeli służbę u "państwa." Może
wreszcie zaszła w ciążę i zgodnie z obowiązującą moralnością groziło jej wydalenie
z awanturą. Nie
wiadomo także, co właściwie
oznacza określenie , że "uciekła do
Indian". W ówczesnej gwarze Indianie
uważani byli za najniższą z niskich i
najuboższą z grup ludnościowych. Czasami więc pójść do Indian było
zwrotem figuratywnym oznaczającym
zupełne zniknięcie ze społeczeństwa, dzięki
gotowości przyjęcia najgorszych warunków życiowych,
takich jakie
były udziałem Indian. Nie wiadomo nawet w
jakim czasie incydent z
Anną Polką miał
miejsce.
Z pewnością przyjąć można, że
gdyby owa służąca Anna pracowała w
mieście Kanady wschodniej, jej ucieczka nie musiałaby się kończyć "u Indian". Po
pierwsze dlatego ponieważ w miastach Kanady wschodniej
dyskryminacja imigrantów była bardziej ograniczona warunkami ekonomicznymi,
a po wtóre
ponieważ w obu największych miastach Montrealu
i Toronto miałaby pomoc grup polskich
istniejących tam już od
początku XX-go wieku. Obrotna i zaradna
dziewczyna, niezadowolona z kontraktu
służącej, dającego jej prawo
wstępu do Kanady mogła sobie znależć inne
miejsce służby lub zatrudnienia wśród
różnych małych i niewielkich fabryk, przedsiębiorstw
handlowo- usługowych, które w tych
miastach
funkcjonowały.
Praca
robotnicy nie miała
przewagi nad pracą służącej. Warunki pracy w fabrykach bywały bardzo
różne od urągających hygienie i zdrowiu aż po znośne.
Godziny pracy były długie ( czasami z bardzo krótką przerwą
na
obiad sięgały 12-14 godzin), ale do czasu wielkiego kryzysu bywały określone, płaca
była niska, lecz
wypłacana dość regularnie co tydzień, czego nie
zawsze można było
powiedzieć o wynagrodzeniu służącej,
zależnej od kaprysów "pani". Zdarzało się że właściciele fabryk
uzurpowali
sobie prawo fizycznego karania robotnic, ale służące
również nieraz otrzymywały razy od poirytowanych pracodawców.
Wreszcie czas wolny po pracy w fabryce nie był kontrolowany przez pracodawcę, ponieważ robotnice nie mieszkały u niego.
Sytuacja
pracy w fabrykach mocno bardzo się
pogorszyła w okresie kryzysu
lat 30-tych. Przede wszystkim godziny pracy bywały wydłużane bezlitośnie,
a zarobki były
znacznie obniżane i często nie wypłacane na czas.
Oprócz
prac w fabryce polska imigrantka mogła
znaleźć zatrudnienie w małych
przedsiębiorstwach usługowych. Restauracje
i jadłodajnie potrzebowały kobiet w kuchni, do smażenia hamburgerów,
kelnerek do obsługi gości, zawsze szukano odpowiedzialnych
kasjerek. Drobne sklepiki obsługujące
przede wszystkim grupy etniczne chętnie przyjmowały do pracy uczciwe i rzetelne imigrantki. Tam też
młode kobiety łatwo spotykały samotnych
mężczyzn poszukujących życiowych partnerek.
Dziewczęta z którymi płynęła w roku 1930-tym do Kanady żona pończosznika
z małego quebeckiego
miasta, nie wiedziały
jeszcze wtedy, że Kraj, do
którego płyną jest bardziej dotknięty kryzysem aniżeli Europa i że
"wielka depresja" jak
zjawisko to
nazywano, będzie trwała
w Kanadzie całe 10 lat.
Specyficzna struktura gospodarki kanadyjskiej opartej na
eksporcie, siedem lat suszy w prowincjach
preriowych, dwa lata klęski
szarańczy i epidemia chorób pszenicy
zniszczyły właściwie w latach
30-tych
prawie
całą gospodarkę Kanady, a w
zachodniej części wyludniły trzy prowincje preriowe. Nieudolne
rządy w Ottawie obu głównych
partii - konserwatystów i liberałów, ich próby
ratowania gospodarki przez organizowanie akcji bardziej
zmierzających do skłócenia społeczeństwa aniżeli tworzenia nowych miejsc pracy pogłębiały
jeszcze więcej nędzę i głód nękające zarówno wieś jak
i miasta. Wprowadzone
mizerne zasiłki dla
najbardziej
poszkodowanych uderzały przede
wszyskim w imigrantów,
którzy mogli zacząć je otrzymywać dopiero po otrzymaniu obywatelstwa kanadyjskiego.
Oskarżenia że imigranci odbierają
pracę Kanadyjczykom zamykały ponadto i tak już niewielkie możliwości znalezienia
pracy, a najbłahsze podejrzenia o komunizm lub radykalizm kończyły
się
deportacją
W ciągu
pięciu lat, od 1930 - 1935 deportowano z Kanady ponad 28 000 mężczyzn i
kobiet ponieważ uznano
ich za "radykałów" albo poprostu dlatego że jako imigranci
złożyli
podanie
o zasiłek
Odmawiano także zezwoleń
na sprowadzanie narzeczonych
lub żon, nawet jeśli składający
podania
imigranci mieli dobrą
pracę lub prosperującą farmę.
Zmieniły
się także na
gorsze wymagania pracodawców.
Wielu wielkich pracodawców wykorzystywało istniejące bezrobocie dla obniżania zarobków i przedłużania
godzin pracy.
W przemyśle odzieżowym,
gdzie
pracowały w większości
kobiety, wielkie magazyny jak
np Eaton, Simpson , Woolworth i Kresge prowadziły między sobą wojny
cen i w tym
celu stosowały politykę obniżania zarobków oraz wydłużania czasu pracy
swoich pracowników do ponad
60 albo nawet więcej godzin tygodniowo, uzyskując
dzięki temu towar,
który następnie sprzedawano poniżej cen konkurencji. Dopiero
opublikowany przez Komitet do Badania Warunków Pracy raport
o sposobie
zatrudnienia w przemyśle i
handlu w
Kanadzie w
roku 1934
wykrył ten
niesłychany wyzysk i wymusił stopniową poprawę warunków pracy robotników
i
robotnic oraz zwiększenie ich zarobków. Jak w tych czasach
dawały
sobie radę młode samotne Polki, które
właśnie przybyły, aby podjąć pracę służących? Jeśli, przed
deportacją zdążyły wysiąść
w Halifaksie lub Montrealu i zgłosić
się na
służbę, a przy
odrobinie szczęścia pracodawcy
je przyjęli to prawie
napewno otrzymywały
obniżone pensje przy przedłużonych godzinach pracy. Paradoksalnie,
ci z pracodawców, którzy
nie zostali dotknięci kryzysem zachowali swój standart życia i
swoją służbę, a ogólna
deflacja powodowała, że wartość realna każdej pensji
była wyższa aniżeli
przed kryzysem Były to
jednak rzadkie wyjątki
pomiędzy powszechną i
wzrastającą z roku na rok nędzą większości społeczeństwa kanadyjskiego.
Nagminne
bankructwa małych i średnich przemysłowców
i handlowców wiązały
się ściśle z znacznym zmniejszeniem
się zapotrzebowania na służące i niańki. Służące zwalniane
przez zbankrutowanych pracodawców miały wówczas bardzo
nikłą szansę na
znalezienie innej pracy,
z drugiej strony, jeśli prosiły o zasiłek, to były
deportowane
z Kanady. W tej sytuacji polskie imigrantki w miastach
nie mając innego wyboru najczęściej chwytały
się najniżej
płatnych prac akordowych
szycia odzieży dla wielkich magazynów. Przeważnie
zatrudniano je na
akord według wzoru chałupniczego lub u subkontraktorów, którzy przez restrykcje i wysokie wymagania
wyciskali ostatnie
krople potu z
zatrudnionych robotnic.
Jednocześnie jednak nikogo tam nie obchodziło czy znają język angielski czy nie.
Dla polskich imigrantek z Kanady wschodniej podobnie jak dla
ich
sióstr z Zachodu małżeństwo
było najważniejszym i ostatecznym celem
kobiety i dla tego celu gotowe były
poświęcić bardzo wiele ze swojej samodzielności. Rozumiały one doskonale, że
tylko przez małżeństwo mogły dojść do
statusu
społecznego cieszącego się pełnym szacunkiem
społecznym i co ważniejsze -
mogły dojść do
posiadania własnego domu. Żadna z nich
także nie zamierzała zrezygnować z dzieci,
które przecież miały być
ukoronowaniem ich życia. Mężów poznawały w parafiach, podczas festiwali
etnicznych, czasami w pracy. Przed ślubem omawiano
plany życiowe i
kobiety chętnie popierały
przedsiębiorczość swoich
wybrańców. To też już w latach dwudziestych ub. stulecia w Montrealu i
Toronto
pojawiały się małe rodzinne polskie sklepiki albo przedsiębiorstwa
obsługujące lokalne dzielnice, a przy tym
i klientelę etniczną. Rześnicy, piekarze, przedsiębiorstwa remontowe i
warsztaty (shops) w
których reperowano co popadło, budowniczowie,
malarze, blacharze, hydraulicy
i wiele innych
fachów opartych na współpracy małżonków rozwijało się
aż do czasu Wielkiego Kryzysu
lat 30-tych. Ten ostatni
zmiótł z powierzchni Kanady bardzo wiele ze zdobyczy
poprzedniego, długiego -
bo 35 lat
trwającego - okresu pomyślności i drobnych przedsiębiorców w
dużej mierze zredukował do
roli nędzarzy często bezdomnych. Już w 1932 roku jedna trzecia całej ludności Kanady
żyła na rządowych, bardzo mizernych zasiłkach żywnościowych
oraz innej pomocy charytatywnej zwykle związanej z denominacją religijną
oraz długością pobytu
petenta w danym
mieście. Nowym imigratom podobnie jak i przesiedleńcom z innego miasta lub
wsi pomocy rządowej
nie wypłacano. Podobnie działo się w preriach, ale tam do kryzysu z początków lat
30-tych doszło następnie siedem lat wielkiej suszy, głodem wyganiających
farmerów
i ich rodziny z zagospodarowanych farm w południowych zachodnich częściach Manitoby i południowych
częściach Saskatchewanu i Alberty.
Początkowe lata kryzysu
były dla imigrantów szczególnie straszne
ponieważ
widziano w nich "obcych" którzy
odbierali pracę miejscowej
ludności więc też odpowiednio wrogo się do nich
odnoszono. Dopiero
nieprzemijająca nędza i bezrobocie końcowych lat
tej dekady spowodowały, że
zubożeli Kanadyjczycy zaczęli w nich widzieć podobnych sobie biednych
i bezrobotnych,
a nie wrogów.
Niektórzy imigranci z lat dwudziestych jeszcze
przed II wojną światową
organizowali swoje polonijne
stowarzyszenia, związki, koła itp. Miały one służyć
obronie dyskryminowanych
polskich imigrantów oraz
dawać namiastkę dumy
narodowej jak np. Towarzystwo
Białego Orła w
Montrealu druga najstarsza
organizacja polonijna w Kanadzie lub Stowarzyszenie
Weteranów Polskich w Toronto grupujące
byłych żołnierzy polskich (z
I wojny światowej),
którzy w
latach 20-tych wyemigrowali do
Kanady. Były to jednak
organizacje męskie. Były też organizacje pomocy jak Polska
Liga
Katolicka
w Montrealu, która została
zorganizowana w latach 30-tych
przez wspomnianą już
działaczkę społeczną pierwszego
okresu imigracji - Krystynę Idziak. Ona
także była prezeską
kółka amatorskiego "Zorza",
skupiającego osoby starsze, którym
w czasie kryzysu żyło się szczególnie
trudno. Krystyna Idziak była
także jedną z założycielek
Polskiej Szkoły Tańców Ludowych , związanej z
Tow. Wzajemnej Pomocy w
Montrealu Działała również w polskiej sekcji Kanadyjskiego Czerwonego Krzyża. Tuż przed II wojną światową kierowała stuosobowym zespołem tanecznym, który w
roku
1940 nie tylko zdobył pierwszą nagrodę
na Festiwalu Grup Etnicznych
Kanady, ale także współpracował z
Polskim Chórem filharmonicznym w Montrealu, bardzo
popularnym wśród Montrealczyków. Krystyna
Idziak razem z mężem Stefanem zdołali przetrwać wielki kryzys i po
przeprowadzce do
Montrealu w poczatkach
wojny prowadzili tam sklep żywnościowy
chętnie i często
odwiedzany przez Starą i
następnie, Nową Polonię. Gościnność, życzliwość Idziaków i
pomoc
udzielana każdemu kto jej potrzebował wypływała z głębokiego
poczucia solidarności z Polską i daleko wykraczała
poza granice dzielące dwie Polonie. Kiedy w roku 1953 Zofia Romer
założyła wraz z grupą kobiet z uchodźctwa
wojennego Komitet
Pomocy Dzieciom Polskim, a chodziło o sieroty lub zagubione dzieci
polskie
powracające po wojnie z
Niemiec do Polski, Krystyna Idziak natychmiast w tę pracę włączyła się
mimo mnóstwa zajęć
w swoim sklepie i
innych pracach społecznych.
Drobni przedsiębiorcy polscy, to
przeważnie rodzinne sklepy, warsztaty
naprawcze lub usługowe itp., w których żona
była ważnym, a często jedynym pracownikiem.
Do jej
obowiązków
należała zazwyczaj kasa
i księgowość. Ona sprzedawała w sklepie,
nadzorowała w warsztacie, odbierała telefony i przyjmowała
zamówienia. Wiele
z
tych niewielkich przedsiębiorstw nie przeżyło kryzysu
lat 30-tych, inne
powstały na początku II wojny
światowej i wreszcie spora grupa takich drobnych polskich businessmen'ów skorzystała z szybko rosnącego
w latach wojny
ekonomicznego dobrobytu
Kanady i po wojnie znalazła
się już
wśród poważnych często bogatych
przedsiębiorców. Zwykle wiązała się z tym
ewolucja w
obowiązkach żony, która
w miarę jak przedsiębiorstwo się rozwijało
wycofywała się z aktywnego udziału
w jego prowadzeniu. Mąż
przejmował nadzór, omawiał zamówienia
i dostawy, księgowość
przechodziła w ręce fachowego
specjalisty, w sklepie pracowały
zatrudnione sprzedawczynie, co w konsekwencji dawało żonie więcej czasu
na zajmowanie się domem i dziećmi i ewentualną pracą społeczną.
Ta
ewolucja powrotu przedwojennej
imigrantki i żony polskiego
przedsiębiorcy w miastach Kanady
wschodniej do domu zgodna
była z linią rozwoju
społeczeństwa kanadyjskiego, które
nadal w latach wojny i zaraz
po jej zakończeniu
przestrzegało zasady pozostawiania żon w domu. Była ona także zgodna z wiejskim patriarchalizmem
polskich imigrantów, nawet po wielu latach
powielających stereotyp
rodziny hierarchicznej
opartej na podziale ról męża
i żony. Wielu polskich imigrantów, stosunkowo młodych
jeszcze mężczyzn tego okresu zdołało nabrać przekonania o
ograniczeniach umysłowych
kobiet wynikających poprostu z faktu ich
kobiecości i dlatego jak tylko mogli sobie
na to
pozwolić ze względów finansowych, to poprostu automatycznie odsuwali swoje
żony od udziału w życiu zawodowym lub publicznym. Dziś
można powiedzieć, że ta patriarchalna
tendencja była związana z asymilacją
polskich imigrantów
do obyczajów kanadyjskich.
Jednak w latach powojennych
dynamika
zmian społecznych i gospodarczych
Kanady poszła w innym kierunku, a była
tak silna,
że w ciągu
jednego pokolenia zasady dawniej święcie
przestrzegane zostały zupełnie zmienione. Na zmiany
te zareagowały także dzieci polskich
imigrantów Starej Polonii. Nie tylko
sięgnęły po wykształcenie, ale i po stanowiska o których ich rodzice
nawet nie
zamarzyli. Pierwsze kroki robili
oczywiście synowie, to oni ruszli
w Kanadę studiowali na uniwersytetach i
następnie znajdowali pracę i karierę
daleko poza domem rodzinnym. Następnie dołączyły do nich i córki lub
wnuczki
polskich imigrantów. Dzięki
temu około lat 60-tych pojawiają się wśród Starej Polonii dyrektorki
i prezeski kierujące odziedziczonymi przedsiębiorstwami. Niektóre z
nich na dodatek przekroczyły barierę
oddzielającą od siebie Starą i Nową Polonię,
wychodząc za mąż za
Polaków przybyłych do Kanady po II
wojnie światowej.
W przekazie słownym
polskiej imigracji z czasów po II wojnie
światowej istniało w Kanadzie wschodniej
kilka przykładów spełnienia się bajki o Kopciuszku, co to zaletami osobistymi zdobyła "księcia"
dla siebie. W jednej z tych
historii młoda uboga polska imigrantka,
która w latach
przedwojennych przybyła w poszukiwaniu pracy, znalazła Kanadyjczyka,
który nie tylko docenił
jej zalety jako pracownicy,
ale także jako kobiety i ożenił się z nią, a
że był zamożny, więc wprowadził ją w świat
dobrobytu. Kopciuszek prędko zasymilowała
się i wsiąkła w
środowisko kanadyjskie.
Po
II wojnie światowej, już po śmierci męża i
po podziale
spadku, owdowiały Kopciuszek
była nadal zamożna i mieszkała w pięknym zabytkowym domu w śródmieściu Montrealu,
a przypomniawszy
sobie swoje polskie korzenie odnalazła wśród
emigrantów swoich krewnych i sprowadziła ich do Montrealu.
Wśród powojennej Polonii
montrealskiej przez lata nie było końca zachwytom
nad szlachetnością owej Kanadyjki
polskiego pochodzenia.
Z osobistych wspomnień
dodam, że w
pierwszych latach
mego pobytu w Kanadzie, to jest około roku 1965 spotkałam
inną Kanadyjkę,
pasującą także do roli polskiego
Kopciuszka. Siostra tej pani,
przybyła za chlebem do Kanady w latach
dwudziestych ub. wieku i także wyszła zamąż za
zamożnego Kanadyjczyka, pana G. Przeżyli ze soba wiele szczęśliwych lat czego dowodem
był fakt, że
na łożu śmierci żona,
zaniepokojona losem pozostawianego męża
prosiła go, aby po
jej śmierci ożenił się z jej młodszą
siostrą, ponieważ w ten sposób
będzie
znowu miał dobrą
i opiekuńczą żonę. Pan G.
istotnie sprowadził z Polski
znacznie młodszą siostrę swej zmarłej żony i ożenił się
z nią. Po wielu latach spotkałam
nową
panią G., wówczas już wdowę, dobrze zaopatrzoną i kompletnie zasymilowaną i to
ona opowiedziała mi historię swojego życia . Oba
opisane przypadki
rzucają dodatkowe światło na jeszcze jeden
atut wielu polskich imigrantek, a
mianowicie na ich zalety
na rynku małżeńskim w Kanadzie.
Polki uważane były za materiał na dobre żony,
prędko asymilujące się
i
nie mające takich "fochów" jak urodzone Kanadyjki.
Po II
wojnie światowej polskie imigrantki nadal przyjmowane były do Kanady jako służące lub nianki. Podobnie jak mężczyźni musiały podpisywać kontrakty
na rok lub dwa lata pracy
u pracodawcy, który zgłosił zapotrzebowanie
na służącą. Od roku 1947 Kanada przyjmowała duże
grupy polskich "Pestek"
z wojskowej pomocniczej służby kobiet i kobiet przeważnie
po przejsciu przez Syberię, które nie zawsze były
kombatantkami. Wiele dzieci,
sierot, pół-sierot
lub dzieci zagubionych jeszcze na
Syberii, które na
tyle dorosły przez czas
wojny, że
decydowały już same o swoich
losach składało podanie o
emigrację
do Kanady, ponieważ miały tam jakichś krewnych lub przyjaciół.
Zgodnie z przepisami
imigracyjnymi jeśli dziewczęta te nie miały prywatnych sponsorów
to obowiązane były do pracy
kontraktowej jako służące
lub nianie.
Niektóre przybywały do Kanady już
jako
narzeczone, inne łatwo
i prędko poznawały i wiązały się z samotnymi polskimi kombatantami, którzy choć
rozproszeni po wsiach
na kontraktach rolnych
przy każdej okazji ciągnęli do większych
miast, gdzie mogli spotkać rodaków i rodaczki. Zdarzało
się że niektórzy pracodawcy rozumieli sytuację przymusową młodych samotnych Polek na kontraktach i traktowali je z życzliwością a nawet z serdecznością, godząc
się na opuszczenie
przez nie pracy
z powodu
małżeństwa. Byli jednak i tacy,
którzy nie
chcieli zgodzić się
na zwolnienie z kontraktu, grożąc nawet
deportacją. Antoni Tomszak w Winnipegu musiał nawet "wykupić" z kontraktu swoją narzeczoną :... Jedną z nich okazała się Bronia Turowska, obecna moja żona. Sama nas zaczepiła
śmiejąc się do koleżanki " to chyba
Polusy". Mieszkała niedaleko mnie.
Pracowała jako pomoc domowa u
ukraińskiego dentysty.
Pracowała w nienajlepszych
warunkach. Spała razem z dziećmi nie miała
własnego
pokoju. Dentysta nie zgodził się na "wychodne" w Swięto Nowego Roku. Postarałem się
dla niej o lepszą pracą.
Chcieliśmy się jak
najszybciej pobrać. Niestety Bronia była związana kontraktem. Musiałem
zapłacić za resztę okresu
kontraktowego sumę około 70-ciu dolarów. Zartowaliśmy
później, że
kupiłem
ją sobie jako Arabkę. Mam
do dziś pokwitowanie, a
agencja sprawdzała potem, czy istotnie
wzięliśmy ślub. Była to poważna wówczas suma.
Wystarczała jako zadatek na dom, albo
przynajmniej parcelę.
ROZDZIAŁ III
Etap drugi (1940 - 1957)
Wybuch II
wojny światowej zastał
Kanadę, jako kraj brytyjski, szczerze przywiązany do Imperium. Z
chwilą wybuchu wojny młodzi mężczyźni ze
wszystkich prowincji poza Quebekiem masowo zgłaszali się
do
wojska, aby walczyć z Hitlerem, o którym zresztą społeczeństwo
kanadyjskie nic,
albo bardzo niewiele wiedziało.
Początkowo zdawało się, że poza okazją do
rozwoju kanadyjskiego
rolnictwa zaopartującego w
żywność wojska Aliantów, Kanada
pozostanie daleko od wpływów wojny. Ale szybkie zwycięstwa nazistowskich Niemiec w Europie i osamotnienie W. Brytanii jedynego kraju stawiającego
opór nazistom, wyciągnęły Kanadę z jej
wygodnej
prowincjonalności i postawiły w samym sercu
logistyki Aliantów.
Olbrzymie zasoby naturalne
Kanady, dowożone
regularnie do wschodnich ośrodków przemysłowych, znaczny rynek siły
roboczej, chętnej do nowego zarobku oraz bliskość
niewyczerpanych
kredytów amerykańskich były
strategicznym atutami, które W. Brytania natychmiast
spostrzegła w Kanadzie i zamierzała wykorzystać przy
cichym poparciu Stanów Zjednoczonych.
Chodziło przede wszystkim o
rozbudowanie strategicznych przemysłów.
Ale Kanada jeszcze ani nie
miała dostatecznych
własnych kapitałów prywatnych i
bankowych ani wystarczającej
kadry kierowniczej niezbędnej do
nagłego "skoku" w budowie
i rozruchu produkcji wojennej, od szycia
mundurów, aż po
produkcję bombowców, myśliwców itp. Kraj
bardzo ciężko przeszedł
kryzys lat 30-tych, a wysłanie
niemal całego pokolenia
młodych Kanadyjczyków na
front walki do Europy pozbawiło wyższe uczelnie kanadyjskie wielu potencjalnych studentów. Młode
Kanadyjki, w równie patriotycznym geście
zgłaszały się do wojskowej pomocniczej służby
kobiet, albo szły
do fabryk o strategicznym
znaczeniu, bo obsługujących
armię kanadyjską i brytyjską i dopiero tam wiele z nich zdobywało nowe umiejętności . Ale
nawet gdyby one
już miały
odpowiednie
wykształcenie
to i tak nie mogłyby zabiegać o stanowiska kierownicze w przymyśle, bo
wówczas jeszcze kobiety
nie miały do tego prawa. A w
roku 1940-tym
Kanada miała
mało fabryk, które natychmiast mogły produkować
na potrzeby
wojny. Pozostawało więc do uruchomienia
wiele dziedzin produkcyjnych, dla których wyszkolona
kanadyjska kadra specjalistyczna
i kierownicza
była nie wystarczająca.
Ponadto Kraj nie dysponował
odpowiednimi kapitałami. Pomoc kapitałowa jednak natychmiast
napłynęła ze Stanów Zjednoczonych, natomiast braki w
kadrach pozostały.
Wszystko to zbiegało się z
bombardowaniem Londynu i postępującą blokadą W. Brytanii przez nazistowskie Niemcy kiedy
rząd brytyjski coraz bardziej
nalegał na
swoje kolonie o
różne rodzaje pomocy.
Jedną z
form tej pomocy było zaofiarowanie prze Kanadę
bezpiecznego schronienia dla tysięcy angielskich
dzieci i młodzieży. Ich wyjazd chronił je
przed bombardowaniem
a jednocześnie ułatwiał
W. Brytanii sytuację
żywnościową ograniczoną niemiecką
blokadą morską. Pierwsze
transporty dzieci przewidziano na lato 1940 roku i wtedy rząd W. Brytanii ze znacznym poparciem europejskich rządów na
uchodźctwie zapragnął dołączyć do nich także nieprodukcyjne grupy uchodźców: kobiet i dzieci z krajów
okupowanych przez Hitlera, które
schroniły się w Anglii
Pod naciskiem, Kanada zgodziła się na ten dodatek, zastrzegając, że
wydane wizy odnoszą się tylko do
okresu wojny i że
utrzymanie uchodźców spocznie w Kanadzie
na prywatnych sponsorach, albo
zależeć będzie od odpowiednich rządów
na uchodźctwie. Po kryzysie lat 30-tych
Kanada ani nie chciała podejmować zobowiązań utrzymania europejskich uciekinierów, ani
zgodnie ze swoją przedwojenna
polityką imigracyjną nie
zamierzała przyjąć ich na okres dłuższy
aniżeli czas trwania światowego
konfliktu.
W ten sposób do transportu
angielskich dzieci została
dołączona
pierwsza grupa wojennych
uchodźców polskich, przeważnie
rodzin najwyższych wojskowych
armii polskiej walczącej u
boku W. Brytanii
oraz kilku starszych
dyplomatów polskich. W
tym samym
roku 1940, ale
wcześniej bo na
wiosnę, zupełnie osobno wynegocjowane
zostało wpuszczenie do Kanady dużej grupy
inżynierów i techników
w tym około 600
polskich specjalistów , którzy mieli zająć kluczowe
stanowiska w budowie
i rozruchu kanadyjskich wojennych przemysłów .
Przyjęcie specjalistów, w tym dużej grupy "inżynierów" Polaków było
wyraźnym złamaniem
dotychczasowej zasady polityki imigracyjnej zabraniającej
wjazdu do Kanady wykształconym Europejczykom nie- Brytyjczykom . Oprócz
nacisków rządu W. Brytanii domagającego się coraz większej pomocy ze strony
kanadyjskiej, rząd w Ottawie zaczynał
jednak rozumieć, że sytuacja wojenna W.
Brytanii jest niemal rozpaczliwa, ale
dla rozwoju Kanady nader sprzyjająca, jeżeli będzie
można zrealizować
rozwój przemysłu. Jednak w chwili, kiedy pojawiły się możliwości nagłego
zatrudnienia znacznej
liczby fachowców w nowych dziedzinach przemysłowych, w Kanadzie trzeba
ich było sprowadzić z
zagranicy, aby mogliby
ten rozwój
zrealizować.
Zupełnie inny aspekt
miało przyjęcie uciekinierek z okupowanej przez Hitlera Europy, kobiet, o
których
azyl
prosił rząd W. Brytanii pospołu z rządem Polski, znajdującym się w Londynie. Chodziło
przede wszystkim o żony
i dzieci generalicji, które po
upadku Francji uciekły
do W.
Brytanii. Po
uporczywym negocjowaniu Ottawa zgodziła się
na udzielenie tym rodzinom
czasowego azylu, z zastrzeżeniem że opiekę
nad nimi przejmą osoby
albo instytucje
sponsorujące je. Ze strony Kanady było
to wielkie odstępstwo od prawa obowiązku pracy fizycznej
na roli albo w
charakterze służącej w mieście, obowiązującej każdą osobę składającą podanie o emigrację do
Kanady. Dlatego tak wyraźnie zaznaczono w
Ottawie, że są to tylko czasowi uchodźcy,
którzy
po wojnie muszą powrócić do swoich
krajów. Zgoda
na ich przyjęcie chociażby tymczasowe,
świadczyła więc o
wielkim humanitarnym i patriotycznym
geście pomocy kanadyjskiej
dla W. Brytanii i odciążeniu tej ostatniej
od
utrzymania uciekinierek z Europy, które schroniły się w
W. Brytanii.
Przeżyć wojnę w Kanadzie
i wrócić do Polski
W lecie
1940 r., jako pierwsza przybyła do Kanady grupa 18
polskich kobiet i dzieci złożona z rodzin najwyższych oficerów
polskich
sił zbrojnych oraz
kilku dyplomatów.
W krótkich odstępach czasu podążyły
za nią dalsze grupy uchodźców
polskich, zawsze związane z
generalicją i polskimi elitami. Wszyscy
oni otrzymali pozwolenia na tymczasowy pobyt w Kanadzie, aż do zakończenia wojny, poczym rząd kanadyjski oczekiwał ich powrotu
do Polski.
Zgodnie z umową między rządem kanadyjskim i rządem
polskim w Londynie po przybyciu
uciekinierek do Montrealu agencje
rządu federalnego kanadyjskiego
przestawały się nimi interesować. Odpowiedzialność
za losy ich
własne i ich dzieci miała zostać przejęta przez ambasadę polską w
Ottawie oraz przez Kanadyjczyków
polskiego pochodzenia, a dokładnie
przez niektóre parafie Starej Polonii,
które w porywie serca zadeklarowały swoją pomoc uciekinierkom. Okazało się jednak, że ambasada polska
w Ottawie ma bardzo ograniczone
możliwości finansowej pomocy, a parafie
polskich osadników głównie w Preriach,
które poszły za głosem współczucia były
ubogie i liczyły, że podobnie jak
kiedyś oni sami, nowe przyjezdne
rozpoczną życie w Kanadzie od
ciężkiej pracy na roli. Przybyłe do
Kanady kobiety, jednak należały do śmietanki polskiej elity przedwojennej
i nie tylko nie
miały pojęcia o pracy
fizycznej, ale
bardzo świadome swego statusu społecznego
wcale się do niej nie kwapiły. Na przedwojennych chłopów
imigrantów patrzały oczami przedwojennej Polski. W Anglii
opiekowała się nimi świetnie
zorganizowana angielska opieka nad uchodźcami
i tego samego oczekiwały w anglosaskiej
Kanadzie. Toteż "zaproszenia" Starej
Emigracji
do pracy na farmach zostały poprostu odrzucone. Niezależnie od
faktu, że nagle znalazły się w obcym
kraju bez środków do życia i dachu nad
głową, te kobiety, jak pisze A. Reczyńska, nie były przygotowane
do rezygnacji ze swojej dawnej pozycji
społecznej , a można do tego dodać także , że
nie były przygotowane do szoku, który
zgotowała im kultura kanadyjska, nie
przesiąknięta europejską klasowością. Do powstałych w ten sposób nieporozumień
bardzo prędko wmieszali się
przedstawiciele komunistycznej partii kanadyjskiej
rekrutujący się z kręgów Starej Polonii nadając odmowie kobiet wzywanych do ciężkiej
pracy fizycznej skalę obrazoburstwa
całej Starej Polonii. Powstała nagle
paradoksalna sytuacja, w której członkowie
dwu skrajnych klas społecznych z na wpół
feudalnego jeszcze
systemu społecznego Polski
międzydwojennej nagle
skonfrontowali się ze sobą na gruncie kanadyjskim.
Pikantności dodawał fakt, że mężczyźni ze
Starej Polonii potępiali publicznie w
swoich polonijnych gazetach kobiety-Polki przybyłe do
Kanady
nie ze swojej woli i tylko na czasowy
pobyt. Dyskusja, która się wówczas rozwinęła
w polsko-języcznej prasie mogła mieć na celu
rozliczanie
przeszłości, ale bardzo prędko nabrała brzydkich cech plotkarskich. "Ladies" jak z przekąsem
polsko-języczne
gazety lokalne nazywały żony
generałów i dyplomatów przez wiele
miesięcy stanowiły pastwę
niewybrednych dowcipów i pomówień, czasami wyraźnie
zatrącających o oskarżenia elit
polskich o niezdolność obrony własnego
kraju.. Do niechęci
wynikającej z charakteru klasowego i
ideologicznego doszedł spór
kulturowy. Mężczyźni ze
Starej Emigracji byli patriarchalni i
samotne kobiety, które odmawiały przyjęcia
zaofiarowanej im pracy były dla nich oburzającym zjawiskiem. Zgodne to było nie tylko z polską tradycją
wiejską, ale także z kanadyjskimi przekonaniami,
że kobieta jest psychicznie
słabsza, że potrzebuje opieki i
kierownictwa mężczyzny i że właściwie
może być poważnie traktowana jedynie jako matka i żona. Tymczasem "ladies" przybyły do Kanady bez męskiej opieki (ich mężowie
byli na
frontach, w sztabie, albo w dyplomacji gdzieś
na terenie działań wojennych w Europie) i irytowały
mężczyzn ze Starej Emigracji zachowując
się tak,
jakgdyby ich społeczna
polska pozycja była
ważniejsza od przeżycia
wojny. W rzeczywistości
"ladies" borykały sie z szokiem kulturowym
oraz z trudnościami dnia
codziennego - musiały przecież
znaleźć dla siebie
i swoich dzieci sposoby przeżycia najbliższej zimy w mroźnym Montrealu. Wszystkie pochodziły z dobrze sytuowanych
rodzin w Polsce, miały ogładę towarzyską i głębokie poczucie dumy
narodowej
obywatelek suwerennego państwa. Polska matura, a niekiedy studia
na polskich uniwersytetach
dawały im solidną podstawę inteligencką, ale w
Kanadzie mało przydatną przy
poszukiwaniach pracy zarobkowej, tym bardziej,
że wśród nich dobra znajomość języka angielskiego
i francuskiego była raczej rzadkim przypadkiem. Wszystkie też były
przyzwyczajone do
kontaktów towarzyskich, ale nie do pozycji uchodźców nie
posiadających
dachu nad głową, ani odzieży zabezpieczającej przed
mrozami. Były gorącymi patriotkami
głośno wypowiadającymi swoje sądy i ostro
reagującymi na
najmniejsze objawy krytyki Polski międzywojennej, lub wątpliwości co do
wygrania wojny. Wreszcie dla wszystkich tych kobiet
różnice kultury dnia
codziennego pomiędzy znaną im Europą i Kanadą były szokiem, szokiem z którym jedne
radziły sobie lepiej, a inne gorzej, za większość
pomocy mając jedynie życzliwość
poszczególnych Kanadyjczyków, a
raczej Kanadyjek z Montrealu.
Nieustępliwa postawa
"ladies", które odmawiały podjęcia pracy fizycznej
jako widomego
znaku deklasacji nawet w bezklasowej
Kanadzie, była oczywistym
afrontem dla polskiej emigracji z lat 1900-1939, nadal
biednej i borykającej się z
brakiem wykształcenia
oraz poczuciem niższości wobec Kanadyjczyków. Stara Emigracja
nie
mogła więc nie
dostrzec, że bogaci mieszkańcy Montrealu
byli dla "ladies" nie tylko szczególnie
życzliwi i pomocni, ale traktowali
je jako sobie
równe.
Niespodzianki czekały
obie strony. W pierwszych dniach po przybyciu do
Montrealu grupa
nowo-przybyłych Polek z dziećmi
dowiedziała się , że zgodnie z zasadą " pomóż sam sobie, a Bóg ci
pomoże"
w Kanadzie nie czeka na
nie żadna zorganizowana pomoc
i że po
krótkim pobycie u zakonnic, na
przedmieściu Montrealu, (które
ofiarowały im dach nad głową na pierwsze tygodnie pobytu w
Kanadzie) muszą sobie same znaleźć
mieszkanie i pracę zapewniającą im przeżycie
pierwszej kanadyjskiej
zimy. Na szczęście bogate żony
montrealskich notabli prawie
natychmiast zainteresowały się egzotycznymi
uchodźcami z Europy,
których mężowie tak dzielnie walczą u
boku W. Brytanii i
Kanadyjski Narodowy Komitet do Spraw Uchodźców zawiązany jeszcze w 1938 r., w celu niesienia
pomocy Czechom, Słowakom, a przede wszystkim Żydom
uciekającym przed Hitlerem
zajął się z kolei Polkami. Komitet był
charytatywną organizacją poza
rządową założoną i
finansowaną
przez bogatych montrealskich przedsiębiorców i handlowców
i dawał upust
energii
bogatym Kanadyjkom, którym presja
społeczna owego czasu nie pozwalała na
żadne zajęcie poza domem oprócz działalności charytatywnej.
Właśnie ten Komitet znalazł rozwiązanie problemu
dachu nad głową w postaci wielkiego,
pięknego niezamieszkałego domu w Westmount,
wówczas najbogatszego z miast konurbacji Montreal.
Właściciel domu gotów był zgodzić
się na oddanie go w użytkowanie polskim uchodźcom pod warunkiem, że
Polki
załatwią sobie zwolnienie z podatku municypalnego.
Grupa uznała, że osobą najlepiej nadającą
się do reprezentowania
jej
była Wanda Stachiewiczowa, żona ostatniego szefa sztabu wojska
polskiego z 1939 roku, jeszcze
przed wojną znana ze swoich działań
społecznych i władająca
językiem angielskim i francuskim, toteż ona miała przedstawić radnym miasta Westmount prośbę Polek, zakładając
zresztą, że sprawa i
tak się nie uda. Ku wielkiemu
zdumieniu i radości uciekinierek, radni
miasta Westmount wysłuchali życzliwie
generałowej Stachiewiczowej i wydali zwolnienie
z podatku, zapewniając w ten sposób 18-tu
polskim kobietom i dzieciom dach nad
głową w postaci pięknego starego domu w najelegantszej dzielnicy
miasta.
Z punktu widzenia Kanadyjczyków, była to najlogiczniejsza decyzja,
ponieważ miasto musiałoby się i tak przyłożyć
do pomocy uchodźcom znajdującym się na
terenie objętym ich
odpowiedzialnością. Dla Starej Polonii
byl to jednak jeszcze jeden dowód
niesprawiedliwości społecznej i
faworyzowania uprzywilejowanych.
Następnie grupa uchodźczyń musiała
się zająć szukaniem pracy zarobkowej i zapewnieniem swoim dzieciom
dalszej nauki. Niewielka pomoc Kanadyjskiego Czerwonego Krzyża, konsulatu polskiego
oraz niektórych organizacji charytatywnych Montrealu dostarczyła chwilowych środków egzystencji,
ale na dłuższą metę troska o chleb
codzienny spoczęła na barkach kobiet,
które nigdy przed tym o tym nie
potrzebowały myśleć. Większość
z nich także nie tylko
nie
miała pojęcia co to
jest praca fizyczna, ale
poprostu nie wiedziała jak
się to robi. Z
drugiej strony, w Kanadzie
praca dla
kobiet z Europy była
ciągle na poziomie sprzątaczek, służących,
pomocy w kuchni lub kelnerek Stąd w
pierwszych
latach pobytu w Kanadzie wśród rosnącej grupy uchodźców
było bardzo wiele narzekań na trudności życia w
Montrealu . Dodatkowe
kłopoty powstawały kiedy zapisywano dzieci do montrealskich szkół
, w większości prowadzonych
przez zakony katolickie nie
zawsze orientujące się w bieżących
sprawach polityki światowej.
W latach
60-tych opowiadał mi
generał Antoni Szylling
(najstarszy polski generał,
który
już w stopniu generała młodego wojska polskiego
brał udział w czasie
I wojny światowej), że kiedyś poszedł
sprawdzić jaka też jest szkoła do której miał
zapisać swoją pasierbicę. Szkoła
prowadzona była przez
francusko-języczne katolickie
zakonnice. Kiedy wszedł do klasy, zobaczył wiszący krzyż,
obraz Chrystusa i
obok wiszący portret Hitlera.
Zdumiony zapytał co portret
niemieckiego fuhrera
robi w katolickiej szkole w
Kanadzie. Odpowiedż matki przełożonej
zaskoczyła go jeszcze więcej, usłyszal bowiem był to wielki patriota swojego
narodu.
Najwybitniejszą przedstawicielką pierwszej
grupy Polek była generałowa Wanda Stachiewiczowa, która wraz z trójką
dzieci
wylądowała w
Montrealu w lipcu 1940
roku. Drobna, fizycznie niezbyt silna, była kłębkiem niespożytej
energii. Jej osobiste cechy, inteligencja, wykształcenie
i umiejętność nawiązywania kontaktów międzyludzkich
odrazu wysunęły ja na czoło
całej grupy, tak samo
jak to miało miejsce w przypadku
reprezentowania grupy wobec radnych
z Westmount. Podobnie
jak wszystkie
inne panie z tej grupy Wanda
Stachiewiczowa musiała zarobić na życie swoje
i swoich dzieci. Także
było dla niej zupełnie jasne,
że cała trójka dzieci, dwóch
synów nastolatków i młodsza znacznie
córka, musi kontynuować
szkoły i że ona sama musi
znaleźć sposób, aby tego dokonać. W swoich wspomnieniach pisze o
tym ile kosztowało ją
przełamanie polskich nawyków damy z towarzystwa
i dostosowanie się do kanadyjskiego sposobu
życia i szukania pracy dla zdobycia
środków na
utrzymanie siebie i dzieci "Musiałam sama podejmować wszystkie
decyzje i
aby temu sprostać musiałam rozwinąć w
sobie nową stronę mojej osobowości - stać
się twardszą i mniej wrażliwą, kiedy
spotykała mnie ludzka obojętność. Także
musiałam
zapomnieć o mojej dumie.
Przyznaję, że to mnie zupełnie pozbawiało
sił"
W przeciwieństwie do
niektórych innych pań z tej grupy, W.
Stachiewiczowa
gotowa była podjąć się każdej pracy,
jednak brak sił fizycznych
uniemożliwił jej pracę
fizyczną. Pozostał więc ciąg rozmaitych dorywczych
zarobków
takich jak prywatne lekcje gry na fortepianie, doglądanie
dzieci na obozach wakacyjnych , dorywcze prace bibliotekarskie, dorywcza
pomoc nauczycielska w szkołach prowadzonych przez zakonnice Sacre Coeur ( z
którymi się zaprzyjaźniła) itp. Te
wszystkie krótkotrwałe prace wraz z miesięczną zapomogą
$80 na rodzinę przyznaną każdej rodzinie
uchodźczej przez
Rząd Polski w Londynie pozwoliły rodzinie Stachiewiczów
przeżyć dwa
lata w Kanadzie, aż do chwili kiedy
wreszcie w 1942 roku Wanda
Stachiewicz dostała stałą pracę jako tłumacz
w Międzynarodowym Biurze Pracy - International Labor Office, przy
Lidze Narodów, tymczasowo, na czas wojny, przeniesionym do
Montrealu z obawy przed
możliwością inwazji hitlerowskiej na Szwajcarię.
Zabiegając ciągle o
różne prace, generałowa Stachiewiczowa miała
okazję poznać
sporo bogatych i wpływowych Kanadyjczyków. Jej nieprzeciętna
inteligencja oraz łatwość kontaktów z ludźmi
z różnych kultur
wzbudzały ciekawość w bogatych
kupcach i bankierach Montrealu. Kanadyjczycy
przyzwyczajeni do tego, że kobiety nie
mieszały się do
polityki, nie rozmawiały z mężczyznami
jak równe z równymi, patrzeli na
Wandę Stachiewiczową z
mieszanką zdumienia, podziwu
i uznania,
kiedy korzystając z każdej okazji
publicznie i prywatnie mówiła o Polsce, o walce z hitleryzmem
i komunizmem, o polskiej
kulturze i historii. Dla
Kanadyjczyków tematy te
były do tego
stopnia nieznane, że jeden z profesorów
uniwersytetu McGill zaproponował
jej wygłoszenie serii odczytów o Polsce i
jej historii. Praca w I.L.O.
(International Labor
Office)
dała
następne
okazje. Jako tłumaczka brała udział w
spotkaniach z przedstawicielami różnych
państw, przybywającymi do Montrealu na
konferencje, nieoficjalne spotkania itp. Dzięki temu
rozmawiała z gen.Charles de Gaulle, wówczas
przywódcą francuskiego ruchu oporu, z
prof. Henri Laugier, który został
zastępcą Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych
( Deputy Secretary General to the United
Nations) w
Nowym Yorku oraz z prof. John Humphrey z
departamentu prawa na McGill University przygotowującym pierwszą
wersję Deklaracji Praw Człowieka dla
Narodów Zjednoczonych.
Podczas
rozmów z tymi osobistościami nigdy nie zapomniała
podkreślić ważnej roli Polski w
bieżącej sytuacji.
Kanadyjczykom tamtych czasów
Wanda Stachiewiczowa musiała się
wydawać zjawiskiem tak dziwnym, że niemal
każdy był ciekaw ją
poznać. Drobna, słabo-silna
uciekinierka z Europy, biedna
jak mysz kościelna, nie tylko
nie pozwoliła swoim dorastającym synom
pracować, ale żądała, aby
skończyli szkołę średnią a następnie
poszli na uniwersytet. Zamiast siedzieć
w domu i biadolić jak "przystało
samotnej bezsilnej kobiecie"
biegała po całym Montrealu w
śnieg, w pluchę, albo w skwar w poszukiwaniu pracy, przygotowując odczyty, filmy,
przeźrocza o Polsce jej historii i kulturze. Bez wahania zabierała głos
publicznie, na spotkaniach towarzyskich w
domach zapraszających
ją Kanadyjczyków, opowiadała niestrudzenie
o heroizmie polskiego żołnierza, o bogactwie polskiej kultury
i o niewątpliwym zwycięstwie Aliantów nad Hitlerem. Dla
niejednej żony i córki bogatych kanadyjskich
przedsiębiorców i kupców była napewno "
role model". Ciekawiła
swoją osobowością, wykształceniem i
zaangażowaniem społecznym
i politycznym zarówno wśród
Kanadyjczyków jak i wśród reszty uchodźców. Jej
niestrudzona energia i
oddanie sprawie Polski budziły wśród bogatych i wpływowych
Kanadyjczyków
najpierw niedowierzanie, a później
podziw. Była oczywiście
przedmiotem rozmów wśród kanadyjskich
kobiet, ale także wśród profesorów uniwersytetów montrealskich. Nierzadko też
zdarzało się, że zawiązywała się przyjaźn
pomiędzy ubogą
generałową i w dostatku żyjącymi
Kanadyjkami brytyjskiego i
francuskiego pochodzenia. Nieraz też osobista sympatia lub przyjaźń
pomiędzy Polką i Kanadyjką przeradzała się
następnie w
zaangażowanie się tej ostatniej w pomoc
dla uchodźców polskich, lub dla sprawy polskiej. W. Stachiewiczowa odpłaciła
im za te starania zabiegając o przyznanie
dwom najbardziej
zasłużonym Kanadyjkom Reverend Mother Eleanor Whitehead i Mrs. Nora
MacDowell Złotego
Krzyża Zasługi. Został on nadany im po
wojnie przez Polski
Rząd w Londynie.
Wśród rosnącej ciągle
grupy uchodźców Wanda Stachiewiczowa od
początku swego pobytu w Montrealu była spiritus
movens . Sukces
z jakim uzyskała dach nad głowami całej grupy uchodźców w
postaci pięknego domu przy
9
Braeside Place, spowodował że uznano ją za
gospodarza tego domu czyniąc ją odpowiedzialną za wszystkich lokatorów.
Do niej
więc zwracali się nie tylko uchodźcy,
ale i Kanadyjczycy kiedy trzeba było
np dać locum grupie nowych uchodźców
lub polskich " maquis"( z
francuskiego ruchu oporu), którzy właśnie z
Francji przybyli do Kanady.
Bardzo szybko wokoło
generałowej Stachiewiczowej skupiła się
grupa Polaków
boleśnie odczuwających mało pochlebne
wyobrażenia Kanadyjczyków o nas, wyrobione na podstawie imigracji z lat 1900-1939. Bystrym
jej oczom nie uszedł uwagi związek pomiędzy złymi opiniami
o Polakach w Kanadzie i brakiem najbardziej podstawowych informacji o
kulturze
i historii Polski. Stąd jak sama pisze : "...natychmiast
po przybyciu do Montrealu zaczęłam marzyć o wykorzystaniu wykształconych uchodźców polskich do stworzenia ośrodka
kultury polskiej, który mógłby się stać
platformą szerzenia informacji wśród
Kanadyjczyków o polskiej kulturze i
historii." Od pierwszych kontaktów z zakonnicami
Sacre Coeur , które
udzieliły uchodźcom
schronienia i z Kanadyjkami brytyjskiego
pochodzenia z Komitetu Pomocy Uchodźcom do
późniejszych kontaktów z profesorami dwu
montrealskich uniwersytetów angielsko-języcznego McGill i francusko-języcznego Universite
de Montreal, wszędzie
niestrudzenie tłumaczyła, że Polacy nie tylko
wywalczyli sobie niepodległość
w 1918 roku, ale wcześniej,
przez wiele wieków brali udział w
rozwoju kultury europejskiej,
a nawet światowej.
Ta walka o rozszerzanie
informacji o
naszej
historii i kulturze bardzo prędko stała się jej prywatną misją na
terenie Kanady.
Kiedy się dowiedziała od prof. Oskara Haleckiego, który z Nowego Yorku
przyjeżdżał do Montrealu w poszukiwaniu wykładów na tamtejszych
uniwersytetach, że on z grupą
polskich uczonych uchodźców w USA, zakładają w Nowym Yorku polski instytut
naukowy, przyszło jej na myśl żeby utworzyć podobną instytucję
w Montrealu. Współgrała w tym
pomyśle z prof. Haleckim,
który jednak na terenie Montrealu
był postrzegany przez Kanadyjczyków tylko jako gość
ze Stanów Zjednoczonych.
Wanda
Stachiewiczowa była doświadczoną
osobą oddawna obracającą się wśród najwyższych
sfer przedwojennej
Polski, to też od pierwszej chwili
wiedziała, że musi znaleźć
poparcie dla swojej idei wśród ważnych osobistości polskich uchodźców. Stąd
bardzo prędko powstała
pierwsza grupa Polaków oddana idei utworzenia polskiego instytutu naukowego w Montrealu. Obok Haleckiego należeli do niej
Tadeusz Brzeziński, przedwojenny
konsul
generalny w Montrealu oraz trzej przedwojenni polscy
profesorowie
uniwersyteccy : Bolesław Szczeniowski, członek PAN, Józef Pawlikowski i Gustaw Mokrzycki, którzy właśnie znaleźli pracę na uniwersytetach montrealskich Dzięki niebywałej wytrwałości, żelaznej
konsekwencji, a przede
wszystkim
przyjaźniom Wandy Stachiewiczowej z wybitnymi Kanadyjczykami oraz kontaktom pozostałych członków tej grupy z kanadyjskimi przedstawicielami nauki, w ciągu roku idea
polskiego instytutu naukowego pozyskała wystarczająco dużą liczbę wpływowych Kanadyjczyków oraz wykształconych uchodźców
polskich w Kanadzie, aby wiosną 1943 r.
powstał w Montrealu Polski Instytut Naukowy (P.I.N.)
póżniej zwany Polskim
Instytutem Naukowym w Kanadzie (P.I.N.K.) w Montrealu,
afilowany przy uniwersytecie
McGill. Rektorzy
obu uniwersytetów (
angielsko
- i francusko-języcznych
) zostali honorowymi współ- prezydentami
nowo powstałego, trój-
języcznego
P.I.N.u, a Wanda Stachiewiczowa
jego sekretarką
Zjawisko było tym
dziwniejsze, że w owym czasie oficjalna
polityka kanadyjska nadal wytrwale
utrzymywała
zasadę brytyjskości Dominium.
Emigranci, jakiekolwiek było by ich pochodzenie, mieli się
szybko
asymilować, a wraz z przyswajaniem
sobie języka angielskiego
mieli przyjmować także anglo-saski styl życia i takież jego wartości. Kultura przywieziona przez
przybyszów
ze Starego Kraju, była więc
postrzegana raczej jako przeszkoda przy
włączaniu się przybysza w
nurt kanadyjski. Mimo to generałowa Stachiewiczowa
uzyskała akceptację dla swego
projektu, a nawet pomoc ze strony rządów federalnego i prowincjalnego, dając tym dowód nieprzeciętnych umiejętności
wykorzystywania sytuacji pierwszych lat II wojny światowej i mody na "bohaterską Polskę
u boku W. Brytanii walczącą niestrudzenie o niepodległość swojego kraju"
modę, którą
zresztą ona sama
wraz z
grupką uczonych i dyplomatów polskich starannie podtrzymywała na
terenie
Montrealu i konsekwentnie utrwalała wśród wpływowych Kanadyjczyków.
Jeszcze
bardziej niebywały mógł się wydawać
projekt Instytutu zarówno Kanadyjczykom jak i uchodźcom
kiedy się zważy, że grupa organizacyjna
P.I.N. nie miała prawa stałego pobytu w Kanadzie, i rząd kanadyjski
(podobnie jak oni sami) nadal zakładał, że zaraz po zakończeniu wojny
wszyscy ci
uchodźcy opuszczą Kanadę, i
wrócą do Polski.
Dla uchodźców polskich
pomysł Wandy Stachiewiczowej był bardziej wizjonerski
aniżeli
realistyczny, ze względu na wielkie
ograniczenie środków jakimi
założyciele dysponowali. Pomimo to
luminarze nauki polskiej, którzy znaleźli
się w Kanadzie i w USA
chętnie
przyjęli ideę propagowania kultury
polskiej. Mogli oni wprawdzie wygłaszać odczyty
o
historii i kulturze polskiej, urządzać
konferencje na te tematy, a nawet brać częściowy
udział w życiu
naukowym uniwersytetu McGill, lub Universite de Montreal ale przecież przede wszystkim
musieli pracować na utrzymanie siebie i
swoich rodzin. Po za tym mieli ogromnie szczupłe zaplecze
dokumentacyjne, które mogłoby ich wspierać w tej działalności. Toteż Wanda
Stachiewiczowa wpadła na nowy
pomysł, aby przy P.I.N. założyć polską bibliotekę. Zrozumieli to
też profesorowie McGill
University i w ten sposób
jeszcze w tym samym roku
1943 została ufundowana polska biblioteka także afiliowana przy
McGill. Organizacja
jej i rozwój
spoczęły również na barkach Wandy Stachiewiczowej,
wspieranej ekipą wolontariuszek z grupy
uchodźców
skupionych wokoło generałowej i pomocnych przy pracach bibliotekarskich.
Założenie biblioteki było w życiu
W. Stachiewiczowej momentem, w którym
przykształciła się ona z osoby prywatnej w instytucję. Odtąd
pracom
nad rozwinięciem kultury polskiej w Kanadzie poprzez
bibliotekę polską, Wanda Stachiewicz poświęcała
cały swój czas starając się
uczynić z niej trwały wkład Polaków do kultury kanadyjskiej. I znowu dzięki
nadzwyczajnej wytrwałości, wykorzystywaniu każdej
nadarzającej
się okazji, takiej np. jak wyżej wymieniona moda na
dzielnych Polaków, i własnej
umiejętności kontaktowania się z ludźmi oraz z instytucjami
kulturalnymi całej Ameryki
Północnej, od
bibliotek małych colleges począwszy,
a na Library of Congress
skończywszy, do biblioteki
polskiej w Montrealu zaczęły napływać
książki oraz pisma dotyczące kultury i historii polskiej.
Później po wojnie kiedy uchodźcy
wojenni otrzymali stałe wizy kanadyjskie
i przekształcili się w
Nową Emigrację, generałowa
Stachiewiczowa nawiązała kontakty z polskimi
wydawnictwami na emigracji w Anglii i
Francji. Doszły także kontakty z niektórymi bibliotekami
w Polsce Ludowej
zaangażowanymi w wymiany dubletów
oraz kontakty z prywatnymi osobami, które
kupowały książki za złotówki zamiast za dolary.
Skromne
subwencje ze strony uniwersytetów kanadyjskich i nawet
rządu prowincjalnego
uzupełniane były przez zbiórki wśród
rodaków, przez
wystawy, konkursy, kiermasze książek oraz pomoc specjalnie utworzonego
Towarzystwa Przyjaciół Instytutu. Aby
sprostać potrzebom kierowania rosnącą biblioteką W. Stachiewiczowa
ukończyła
szereg kursów bibliotekarskich, a
następnie przyuczała do bibliotekarstwa wolontariuszki, które obsługiwały bibliotekę i jej klientów. Od samego początku bowiem
praca w bibliotece opierała
się na wolontariacie. Trzon oddanych
pracownic
stanowiły przyjaciółki W.
Stachiewiczowej, jak oddana jej cała duszą Wanda Scacighino, przyjaciólka jeszcze z lat
dziecinnych lub żony wojskowych przybyłych z nią razem lub nieco później. Ponieważ naogół
ciągle
było ich zbyt mało, więc generałowa Stachiewiczowa nie wahała się
używać wobec
nowo-przybywających imigrantek
wszystkich sposobów od pochlebstwa, aż do publicznego wytykania braku
ofiarności wobec powstającego w Montrealu ośrodka kultury polskiej. Wolontariuszki biblioteczne przez długie
lata pracowały za darmo
katalogując, porządkując książki i
czasopisma, pisząc listy na starej
maszynie do pisania, otrzymanej w darze od jakiegoś unowocześniającego
się
biura, odpowiadając na kwerendy, dźwigając paki książek z jednego
piętra na
drugie domu, który do dziś jest siedzibą Biblioteki, obsługując studentów
uniwersytetów McGill i de Montreal oraz
Polaków, złaknionych polskiej książki. W
większości panie te były niewiele młodsze od Wandy Stachiewicz i podobnie jak
ona prace w Bibliotece Polskiej uważały za
swój patriotyczny udział w
toczącej się wojnie. Do grupy oddanych pracowniczek latami pracujących w Bibliotece w różnych okresach czasu należały między innymi Halina Babińska, Anna
Baryga, Jola
Bławdziewiczowa, Teresa
Brodowska, Marieta Brzeska, Anna Czerwińska,
Anna Giżycka, Marina Gussalowa, Janina Kędzierska, Zofia Kirste, Kama Kozłowska, dr.
Olga Krzyczkowska, Agnieszka
Kwiatkowska, Anna Lubicz-Łuba, Wanda Maciejewska, Ewa
Macug,
Leokadia
Magdziarz, Krystyna Missala, Irena Petrusewicz, Izabela Pieniążek,
Beata Podgórska, Wanda
Poznańska, Zofia
Romer, Wanda Scacighino, śmigielska, Krystyna Sokołowska, Hanna
Szymańska, Halina Tokarska,
Teresa Żółtowska. Kilkanaście nazwisk przykładowo wymienionych powyżej odnosi się do całego okresu piećdziesięciu
lat istnienia Biblioteki
Polskiej . Ekipy wolontariuszek
się zmieniały, przemijały z latami.
Niektóre z nich, jak zajmująca się zakupami dr. Olga Krzyczkowska przepracowała
w Bibliotece Polskiej 36 lat, zanim
fakt przenosin jej rodziny do Toronto zmusił
ją do pożegnania się
z ukochaną Biblioteką, inne jak Wanda
Maciejewska odchodziły do pracy zarobkowej, aby po przejściu na emeryturę
z przyjemnością powrócić do pracy
w Bibliotece i pracować
w niej jeszcze długie dwanaście lat. W sumie liczba wolontariuszek i mniej
licznych
wolontariuszy pracujących
w Bibliotece Polskiej, w ciągu przeszło
50-cioletniego istnienia znacznie przekroczyła setkę osób.
Razem z rozrostem księgozbioru rozrastały się
kręgi jego użytkowników. Należeli do nich studenci
angielsko- i francusko-
języcznych uniwersytetów montrealskich, studiujący historię kultury
polskiej i
piszący prace magisterskie na tematy polskiej kultury,
przychodzili dziennikarze poszukujący konkretnych
informacji do swoich artykułów i reportaży, przychodzili
Kanadyjczycy, ciekawi kultury narodu, z
którego wyszło wielu wybitnych
fachowców
kanadyjskich w różnych dziedzinach przemysłu, a także artystów, którzy
wzbogacili kulturę Kanady i profesorów uczących
ich dzieci. Napływający
po wojnie
polscy imigranci w Bibliotece
Polskiej zaspakajali swój
głód książki polskiej,
lub uzupełniali w niej swoją
znajomość najnowszej historii
Polski. Dzięki różnym
publikacjom takim jak "Kultura", "Zeszyty
Historyczne" oraz rozprawy i publikacje
jednorazowe wydawane
przez Jerzego Giedroycia
w oficynie
wydawniczej "Kultura" w Paryżu wielu nowo-przybyłych pierwszy raz
dowiadywało się o faktach starannie ukrywanych w Polsce
Ludowej. Wystawy książki
organizowane przez Bibliotekę zapraszały szeroką
publiczność
montrealską. Czasami bywało na nich więcej ciekawych
Franko- i Anglo-
Kanadyjczyków aniżeli Polaków, co starannie odnotowywała
Wanda Stachiewicz. Pamiętam
jak podczas jednej z takich wystaw, W.
Stachiewiczowa narzekała na małą
frekwencję Polonii mówiąc, że na
wystawę przyszło więcej obcokrajowców
niż Polaków. Przejęta
wystawą zapomniała, że to
Kanadyjczycy są
we własnym kraju a Polacy w
najlepszym razie są
imigrantami.
Kiedy Eaton's, w latach 60-tych i
późniejszych, wielki dom
towarowy w Montrealu, w ramach auto-promocji postanowił
w okresie gwiazdkowym
urządzić festiwal różnych etnicznych
tradycji dotyczących choinki
gwiazdkowej, W.
Stachiewiczowa miała
w Bibliotece Polskiej już tak bogatą
dokumentację, że mogła sięgnąć do dawnych tradycji
i w witrynie Eaton's
pokazać staropolskie gwiazdkowe
choinki zawieszane pod
sufitem
Dziś
Polska Biblioteka w Montrealu od 1984
roku nosi imię W. Stachiewicz i jest największą polską placówką
kulturalną na
całym kontynencie amerykańskim, posiada kilkanaście białych kruków i służy inteligencji
emigracyjnej polskiej w całej
Kanadzie, wysyłając książki jak Kanada
długa i szeroka. W zbiorach
Biblioteki zapisanych jest ponad 45 000 tytułów i są
one "niezależnym źródłem
prawdy historycznej o Polsce, jej kulturze i sztuce, z której
oprócz naukowców i studentów kanadyjskich
najobficiej czerpie grono emigrantów i
przybyszów z Polski.
Biblioteka jest skomputeryzowana
i
do jej katalogu można się dostać przez Internet.
Obecny dyrektor Biblioteki Polskiej im W.
Stachiewicz, prof. Hanna Pappius
napisała we wspomnieniach o W. Stachiewicz, że "Pomimo ogromnych
trudności potrafiła Wanda Stachiewiczowa
siłą swej osobowości
wniknąć jak mało kto z Polaków w społeczeństwo kanadyjskie
nawiązując trwałe przyjaśnie i wyrobić sobie
uznanie i
poparcie w sferach uniwersyteckich, rządowych i wśród osób prywatnych"
Jest też warte uwagi, że Wanda Stachiewiczowa pasuje do teorii W. Thomasa i F.
Znanieckiego jako jedna z
centralnych osób wokoło których zgromadziła się w Montrealu uchodźcza społeczność polska z czasów II wojny światowej. Ta grupa wytworzyła wyraźny charakter
kulturalny
polsko-kanadyjski, zachowując jako dominujące elementy kultury
polskich przedwojennych elit wojskowych
i intelektualnych przy jednoczesnym korzystaniu z intensywnych
wzajemnych kontaktów z otaczającym intelektualnym
światem kanadyjskim.
Oddziaływanie tej zwartej polsko-kanadyjskiej społeczności w Montrealu, nie mającej już wiele wspólnego z
kulturą powojennej Polski
Ludowej wychodziło daleko poza ramy
Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie
oraz jego
Biblioteki Polskiej nadając swoiste
piętno kulturalne wszystkim imigrantom identyfikującym się z nią. Wpływ
tej grupy
rozciągał się także w czasie, sięgając
nawet niektórych imigrantów polskich przybyłych do Kanady w latach 80-tych.
Polki masowej
emigracji politycznej
W maju
1945 roku polscy uchodźcy
wojenni w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych
z dnia
na dzień przekształcili się w pierwszą
masową polską emigrację polityczną na
kontynencie
północno amerykańskim.
Traktat poczdamski i
następujące po nim uznanie
Tymczasowego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z Lublina, jako tymczasowego
rządu
polskiego na arenie międzynarodowej pozbawiły legalności rząd polski w
Londynie
i dziesiątki tysięcy Polaków rozsianych
po Zachodzie postawiły przed
dylematem powrotu do Kraju, albo emigracji. Większość wybrała
emigrację. Wszakże sporą ich
częścią były
elity przedwojennej Polski,
polityczne, wojskowe,
intelektualne i gospodarcze.
Budowniczowie suwerennej Polski międzywojnia, albo z własnego doświadczenia,
albo z doświadczenia krewnych i przyjaciół znali komunizm sowiecki. Niejednokrotnie w czasie
I wojny światowej
i wojny lat
1920/22 brali
oni i one udział
w walkach z Czerwoną Armią, a następnie doświadczenia
II wojny światowej upewniły ich o niebezpieczeństwie
powrotu do Polski po roku 1945. Przecież
powrót do Kraju po 1945 r., nawet dla
prostych żołnierzy Armii Polskiej na
Zachodzie oznaczał niejednokrotnie przysłuchiwania w
Urzędzie Bezpieczeństwa, czasami
zakończone więzieniem lub śmiercią.
Rząd kanadyjski, mimo oficjalnego
uznania Polskiej Rzeczpospolitej
Ludowej był życzliwy
dla uchodźców. Wieści o morderstwach dokonywanych na
Polakach po 17 września
1939 r., i o masowych zsyłkach
całych rodzin w głąb ZSRR do gułagów
lub do pracy w kołchozach choć nie ogłaszane oficjalnie przeciekały do
administracji kanadyjskiej jeszcze w latach
wojny. Wśród indywidualnych urzędników
imigracyjnych Kanady
budziły sporo sympatii i życzliwości dla
uchodźców składających podania o stały pobyt. Kanada
nie tylko widziała się ich dobroczyńcą, ale
faktycznie nim była i nowi imigranci, a przede
wszystkim ci co należeli do polskich przedwojennych
elit, dobrze to rozumieli. Obie strony, kanadyjska i
imigrancka związały się więc życzliwością
i zaufaniem.
Imigranci
napływający do Kanady dzielili się regionalnie na dwie grupy. Przedstawiciele polskiego
świata politycznego, intelektualnego i
artystycznego, arystokracja oraz liczni ziemianie, którzy mieli już przyjaciół
lub krewnych w Kanadzie wschodniej starali
się
pozostać w ich pobliżu, a szczególnie w Montrealu lub Toronto. Natomiast zdemobilizowani
żołnierze i oficerowie bez prywatnych sponsorów kierowani
byli przez władze kanadyjskie do prowincji
zachodnich. Stąd wytworzyły
się dwie grupy o różnych doświadczeniach imigracyjnych i o
różnej dynamice życia.
DiPisi
i żołnierze ze
zdemobilizowanego wojska polskiego rozsiani na
ogromnych przestrzeniach Kanady
zachodniej odpracowywali swoje kontrakty na roli, w
buszu lub na służbie domowej, poczym starali
się przenieść do miast, przede wszystkim
do Winnipegu, Edmontonu, Calgary lub
Vancouveru i dopiero tam zaczynali
organizować swoje społeczności polonijne. Natomiast Polonia montrealska i
jednoczesna z nią torontońska
miały już oparcie wśród uchodźców
z początków lat 40-tych
i wcześniej zaczynały swą intensywną
działalność organizacyjną.
Wiele kobiet, które przybyły
do Kanady w początkowym stadium wojny
miało za sobą spore doświadczenie w
organizowaniu i prowadzeniu akcji
społecznych. Poza tym z własnego
doświadczenia znały szok wywołany
innością Kanady i rozumiały potrzebę organizacji niosących pomoc
napływającym współrodakom. Stąd
jeszcze w latach wojny lub
zaraz po jej zakończeniu pojawiły
się takie organizacje jak
Stowarzyszenie Polskich Uchodźców Wojennych,
Centrum Pomocy dla emigrantów zorganizowane
przy klasztorze Sacre Coeur w Montrealu, Stowarzyszenie Kombatantów, Koło Byłych Zołnierzy
w Kanadzie, aby wymienić
kilka przykładów. Było zupełnie jasne, że
wśród pierwszych grup uchodźców wzajemna
pomoc była koniecznością, a
dzięki organizacjom
zwielokrotniała każdy wysiłek
indywidualny. Kobiety potraktowały te nowe
zadania działalności
społecznej z
nadzwyczajną powagą. Było to dla nich zastępstwo walki o wolną i
niepodległą Polskę, to
też wnosiły do każdej społecznej
organizacji masę własnej
energii, często ze stratą dla ich
osobistego życia. Wszystkie
były wszakże gorącymi patriotkami, a wiele
posiadało bohaterskie karty
życia jeszcze z czasów I lub II
wojny światowej. Dla reżymu komunistycznego
w Polsce były one jednak niewygodnymi
świadkami
nieustępliwej postawy powojennej imigracji w
Kanadzie wobec podporządkowania Polski Związkowi Sowieckiemu. Toteż o ile w PRL-u
przedwojenne studia nad
emigracją zarobkową kontynuowano, czego
dowodem było wydanie publikacji pt. Pamiętniki
emigrantów. Kanada., o tyle
o emigracji wojennej i
powojennej było zupełnie
głucho.
Najwyżej krążyły o niej niewybredne
dowcipy wyśmiewające ich postawy i działalność.
Najczęściej jednak starano się poprostu
z pamięci narodowej wymazać nazwiska najbardziej zasłużonych
imigrantów,
mężczyzn i kobiet zarówno. Dzisiaj, po upływie półwieku,
bardzo wiele z tych nazwisk można odszukać
już tylko na cmentarzach.
Przypomnienie ich postaci wydaje się
koniecznym wypełnieniem luki w trwałym wkładzie powojennej Polonii
kanadyjskiej
w utrzymaniu polskości w drugim i nawet
trzecim pokoleniu oraz
w działalności społecznej kierowanej w
trzech kierunkach : w
stałym podtrzymywaniu na Zachodzie idei
Polski niepodległej, w pomocy
społeczeństwu w Polsce i we
współudziale Polonii przy budowaniu kanadyjskiej wieloetnicznej kultury.
Nie sposób też mówić o
wizerunkach imigrantki polskiej w Kanadzie
nie wspominając o bohaterkach
walczących o wolność Polski, wywożonych
do niemieckich obozów koncentracyjnych, do gułagów, na Sybir, do
Kazachstanu. A
ponieważ powstała w ten sposób lista kobiet znacznie przerasta możliwości
właczenia jej w tok narracji
tekstu, więc Listę Kobiet
Zasłużonych umieściłam w Aneksie do
niniejszego opracowania. Do niego
odsyłam wszystkich zainteresowanych. Opracowując Listę
Kobiet Zasłużonych opierałam
się
na
dostępnych mi źródłach, w których
biogramy podają najważniejsze elementy ich zaangażowania społecznego i
politycznego w Polsce oraz
ich działalność w Kanadzie. Żałuję, że "Lista"
sporządzona
przeze mnie obejmuje tylko część
nazwisk kobiet zasłużonych
dla Polski i Kanady . Wynika to jednak z faktu,
że
wszystkie źródła z
których korzystałam są niekompletne. Wiele kobiet, które los zaniósł do różnych prowincji Kanady nie
zostało
w
nich umieszczonych, inne przybyły do
Kanady w latach, kiedy nie
zbierano danych
biograficznych, lub które otrzymały odznaczenia
i ordery dopiero pod koniec XX
wieku.
Polityczna polska emigracja
wojenna wystawiona po przybyciu do Kanady
na szok kulturowy zareagowała
nań
wielką
aktywnością organizacyjną. Właśnie
dzięki tej energii i chęci organizowania powstały takie instytucje jak P.I.N.K i
Biblioteka
Polska w Montrealu, Kongres Polonii Kanadyjskiej w Toronto,
Kanadyjsko-Polski Instytut Badawczy
w Toronto, Rada Naczelna sobotnich szkół polskich
oraz różne stowarzyszenia i
związki, jak Stowarzyszenie
Emigrantów Polskich, Federacja Polek w Kanadzie, liczne Koła, Towarzystwa, Fundacje itd.
Udział kobiet w tworzeniu i rozwoju
tych organizacji był bardzo znaczny. Nie
tylko włączały
się one w prace powstających
lub istniejących organizacji, ale także
samodzielnie
kierowały różnymi akcjami społecznymi i zakładały swoje koła, komitety charytatywne i organizacje pomocy społeczeństwu
polskiemu pod
reżymem komunistycznym.
Jedna z wielkich działaczek
społecznych
była Zofia Romer
(Ziuta), żona
polskiego dyplomaty i
ostatniego przedwojennego ambasadora
polskiego w Japonii, Tadeusza Romera, która po przybyciu do
Kanady włączyła się do aktywnej pracy
społecznej. Cicha i zawsze gotowa do
pomocy bez żadnych osobistych
ambicji, nie szukała publicznego
uznania. Po przybyciu
do Montrealu w 1948 roku Zofia Romer
przystąpiła do organizowania pomocy
Polakom powracającym z Niemiec do
Polski. Chodziło przede
wszystkim o pomoc finansową i materialną dla
polskich dzieci, sierot, lub
dzieci zagubionych i oddzielonych od
rodziców, które znajdowały się w przejściowych obozach w Niemczech
w oczekiwaniu na
powrót do
Polski. Idea pomocy dzieciom
polskim została podjęta przez grupę kobiet
związanych z wojskiem polskim na Zachodzie, jak Antonina Karaszewicz-Tokarzewska, żona generała Drugiego Korpusu, Michała Karaszewicz-Tokarzewskiego, Irena Maria Jedwab, żona oficera komandosów Henryka Jedwabia i sama uczestniczka
kampanii włoskiej w 317
Kompanii Transportowej, dowodząca III Plutonem , Izabela Pieniążek, pielęgniarka
w szpitalach wojennych w
Szkocji, a w
Montrealu pracownica w domu towarowym oraz wolontariuszka
w Bibliotece
Polskiej , która włączyła się
także w prace
KPDP od swego przybycia do Montrealu w roku 1954.
Komitet Pomocy Dzieciom
Polskim nie zamknął
się jednak
tylko w ramach dawnych
wojskowych, chętnie
witając każdą kobietę gotową pomagać w jego działalności.
Dzięki temu, wśród jego członkiń znalazły się także kobiety
ze
Starej Emigracji, jak na przykład Krystyna Idziak.
Założony
z inicjatywy Zofii
Romer w 1953 r., Komitet Pomocy Dzieciom Polskim musiał
znaleźć taki sposób zbierania pieniędzy,
który
przemówiłby do wcale nie zamożnej jeszcze Polonii.
Trzeba więc było wymyślić zbiórkę pieniędzy
w taki sposób, aby Polonia gotowa była ją poprzeć.
I tak narodziła
się idea
kiermaszy polskich, na które Polonia od początku przychodziła masowo, ponieważ bilety wstępu były niedrogie, a
okazja spotkania
znajomych i zjedzenia smacznego polskiego
obiadu bardzo
kusząca.
System okazał się tak doskonały, że
Komitet Pomocy Dzieciom
Polskim nie tylko jednorazowo pomógł dzieciom
w Niemczech, ale następnie objął
wieloletnią pomocą dzieci w Polsce, a kiermasze dwa razy w roku stały
się
atrakcją dla Polonii i
dla wielu nie-polskich, mieszkańców Montrealu.
Kiermasze wymagały jednak zawsze
ogromnej rzeszy kobiet pracujących
nad przygotowaniem i segregacją rzeczy
zebranych jako dary oraz nad
przygotowaniem tysięcy
ulubionych pierogów, naleśników ze serem i śmietaną, dziesiątków kilogramów
bigosu, tortów i innych tradycyjnych delicji kuchni
polskiej
Po zakończeniu
pierwszej akcji pomocy dzieciom polskim w Niemczech, Komitet
znalazł następny
cel w postaci pomocy finansowej
i
materialnej
instytucjom zajmującym się sierotami w
Polsce i przez następne prawie
pięćdziesiąt lat
kontynuował i nadal kontynuuje swoją
rozrastającą się aktywność
chartytatywną. Zofia Romer, jako
współzałożycielka
i długoletnia prezeska
Komitetu, doczekała,
że w roku 1962 Komitet
uzyskał oficjalny status
i własny charter nadany mu przez Montreal
Council of Women , centralną organizację
charytatywną Montrealu skupiającą kilkadziesiąt organizacji kobiecych tego miasta.
Dziś zasila on
zebranymi wśród Polonii funduszami
szpitale i instytucje w Polsce. Jego praca
opiera się wyłącznie na wolontariacie
zarówno w
odniesieniu do prac chwilowych, takich
jak pomoc przy sortowaniu darów, przygotowywaniu obfitej kuchni, wynajmowaniu
sal oraz wykonywaniu wszystkich potrzebnych prac związanych
z tymi dwa razy w roku organizowanymi dwu
dniowymi wydarzeniami kulturalnymi.
Wolontariat obejmował też prace
administracyjne związane z korespondencją , rozliczeniami bankowymi i przekazywaniem zebranych
funduszy do Polski. Lista wolontariuszek i wolontariuszy pracujących
przy organizacji kiermaszy dla Komitetu Pomocy Dzieciom Polskim obejmuje
dziś
ponad 80 nazwisk
kobiet i kilkudziesięciu mężczyzn z
emigracji wojennej, powojennej
, a nawet "solidarnościowej" w Montrealu,
które i
którzy w różnych okresach
czasu w nim pracowały(i) lub obecnie
pracują.
Obecną prezeską od wielu lat jest Maria Zaścińska. Przez wiele lat łączyła
ona tę pracę społeczną ze swoją pracą zawodową agenta
ubezpieczeniowego, a po przejściu na emeryturę nadal ją
kontynuuje. W roku 1995
w dowód uznania jej długoletniej działalności w Komitecie, Maria Zaścińska została słusznie przez prezydenta III Rzeczpospolitej odznaczona
Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi
Rzeczpospolitej Polskiej.
Czas płynął i kiermasze częściej
nazywane etnicznymi bazarami stawały
się coraz popularniejsze wśród mieszkańców Montrealu.
Quebeccy smakosze odwiedzali je,
aby spróbować
polskich
smakołyków, nowoprzybyli emigranci z Afryki kupowali
tanie, bo używane rzeczy i zabawki dla dzieci, a
Montrealczycy
zawsze ciekawi rozmaitości kultur swego miasta wychodzili z bazarów z
wyrobami Cepelii, sztuki ludowej, polskiego
tkactwa dekoracyjnego, lub innego polskiego
produktu
artystycznego. Do pomocy przy organizacji dwudniowych bazarów przychodziły kolejno nowe
wolontariuszki. Niektóre z nich wnosiły
nowe pomysły. I tak na przykład Anna Bortnowska zaledwie od paru lat
pomagająca
organizować bazary wpadła na pomysł, aby otworzyć na nich stoiska pod
hasłem "Konsultacje za dotacje". Zwerbowani przez nią specjaliści od
podatków, od finansów, ale nie od inwestowania, od
komputerów itp. zobowiązali się podczas
bazaru przez 4 godziny
dziennie udzielać
porad w zamian za datki w
wysokości 5 dolarów. Ona
także zaproponowała utworzenie stoisk
opartych na sprzedaży towarów
przyjętych w komis. Tu
najważniejszymi stały się stoiska
kosmetyczne i przyborów szkolnych. Jej
pomysłem są także "Komitety Społeczne" powoływane w Polsce
wśród poważnych i odpowiedzialnych
ludzi do współpracy z
Komitetem Pomocy Dzieciom w Polsce w celu kontroli na co są wydawane
pieniądze przekazywane przez montrealski
Komitet. Okazało się bowiem,
że pieniądze przekazywane przez ten Komitet z wyraśnie
wskazanym celem na
który mają być zużyte, bywają nieraz kierowane przez obdarowane
instytucje
na
inne cele, np. na reperację
budynków, na nowsze wyposażenie kuchni
albo na coś
podobnego a nie, jak sobie życzy K.P.D.w
P. na
bezpośrednie potrzeby
pacjentów, takie jak np. ortopedyczne
obuwie, lub krzesełka na kólkach
Inną organizację zajmującą się pomocą
społeczeństwu polskiemu założyła Wanda Szczawińska, była łączniczka w
podziemiu w czasie
okupacji i więźniarka obozu koncentracyjnego
w Ravensbruck. Przybyła
do
Montrealu w roku 1951 i prędko się
włączyła do pracy społecznej. Należala do Stowarzyszenia Polskiego, uczyła młodzież polską tańców ludowych. W 1981 roku
założyła Komitet Pomocy Solidarności,
później zwany Komitetem
Pomocy Polsce
i w nim prowadziła
zbiórki funduszy oraz organizowała transporty
żywności, leków i odzieży wysyłane
następnie na ręce episkopatu w Polsce.
FPwK zebrała znaczne fundusze ( w setkach tysięcy dolarów)
oraz obfitą pomoc materialną wysyłaną
następnie episkopatowi polskiemu do
rozdziału pomiędzy najbardziej potrzebujących w Kraju..
Jeszcze inną dziedziną ogólnokanadyjską działalności
polonijnej organizowanej niemal od
pierwszych lat powojennych były szkółki
języka polskiego, koła pieśni
i tańca, obozy i pikniki dla
dzieci organizowane i wspierane
przez liczne
imigrantki polskie z
myślą o zachowaniu języka polskiego
przez dzieci uczące się w szkołach kanadyjskich.
Tą właśnie
sferą działalności społecznej zainteresowała się Zofia
Brodzka. Po przybyciu
do Toronto, w
1952 roku uwagę
jej przyciągnęło harcerstwo polskie,
sobotnie szkolnictwo polskie oraz polskojęzyczna prasa. Była przewodniczaca Koła Rodzicielskiego
przy szkole im.
A. Mickiewicza w Toronto, ale szybko
zaczęła awansować. Najpierw
została
administratorem tygodnika Głos-Gazeta Polska.
Następnie minister oświaty
prowincji Ontario mianował ją członkiem
Board
of governors George Brown
Community College.
Była współzałożycielką Ethnic Press Association of Ontario i wieloletnim
dyrektorem tego
stowarzyszenia. Była członkiem
Zarzadu Głównego Kongresu
Polonii Kanadyjskiej, następnie pełniła różne funkcje w
jego Komisjach.
Niektórte ze stowarzyszeń i komitetów
organizowanych przez Nową
Polonię miały konkretne cele pomocy
nowoprzybywającym i dlatego po kilku lub
kilkunastu latach, kiedy
napływ imigrantów zmalał zmieniały
swoje cele, albo ulegały rozwiązaniu. Inne
natomiast funkcjonowały przez długie lata adaptując
swoje cele
zgodnie ze zmianami sytuacji
w Polsce i w
Kanadzie i często zyskując
poważną pozycję wśród
innych organizacji charytatywnych
kanadyjskich.
Przynależność do organizacji społecznych dla
bardzo wielu Polek była naturalną konsekwencją rozwoju ich
życia na emigracji. Inne, znajdowały dziedziny swojej pracy społecznej
przez zbieg
okoliczności
lub przypadek, który bywał wyzwaniem
dla ich energii i zainteresowań.
Anna Zurakowska, powojenna imigrantka i żona
sławnego i wielokrotnie
odznaczanego pilota doświadczalnego, Janusza, znalazła
swoją dziedzinę pracy
społecznej dzięki temu, że pp. Zurakowscy,
jak wielu
imigrantów powojennych z Ottawy i Toronto
kupili sobie działkę
w
lasach nad jeziorem Kamaniskeg, koło miasta Barry's
Bay w Ontario,
gdzie sto lat wcześniej osiedlili się przybysze z polskich Kaszub. Planując swoją emeryturę Zurakowscy założyli tam niewielki hotel turystyczny. Stało
się zupełnie naturalne,
że
stosunki
pomiędzy Zurakowskimi i potomkami
Kaszubów zaczęły ewoluować aż do
punktu w którym Anna Zurakowska została
prezesem Instytutu Dziedzictwa Polskiego- Kaszuby The Polish Heritage Institute-Kaszuby.
Jej zasługą jest opracowanie i wydanie w języku angielskim
pracy zespołowej w postaci
pięknego albumu The Proud
Inheritance. Ontario's
Kaszuby,
opisującego historię osadnictwa kaszubskiego w Prowincji Ontario, jego środowisko i zalety turystyczne.Album prezentuje
ponadto fotografie zabytków oraz przedmiotów
o swoistym
kaszubskim charakterze. Ponieważ w
miarę upływu lat w powstałym
regionie Kaszubów rozwinął się ośrodek
harcerstwa polskiego w Kanadzie, a
ponadto w tych
samych okolicach zamieszkało wielu polskich imigrantów
powojennych, w tym sporo
artystów parających się
różnymi dziedzinami
sztuk pięknych, inspirowanych
zarówno malowniczymi okolicami jak i kulturą kaszubską, więc
dzisiaj Kaszuby
ontaryjskie stanowią wybitne centrum polskiej kultury etnicznej w
Kanadzie. Także potomkowie dawnych
osadników zaczęli wracać do swojej ojcowizny i szukać korzeni w
tradycjach i kulturze kaszubsko-polskiej. Takę poszukiwaczką jest Gail Henley ( Olsheskie),
kaszubska
pisarka, która opublikowała książkę Where
The Cherries End Up, (Gdzie czereśnie już nie rosną) mówiącą o trudach
powrotu do korzeni etnicznych, o potrzebie tolerancji i o rozwijaniu
zainteresowań kulturą przodków. Publikacja przetłumacznoa na język polski
została wydana w Polsce
w 1985 roku.
Wybitną postacią wśród
Polek w Toronto była
od lat 60-tych Jadwiga Wanda
Jurkszus-Tomaszewska,
pisarka, krytyk i dziennikarka. Od czasu przeniesienia się z
Montrealu do Toronto Jadwiga
Jurkszus-Tomaszewska obok swojej pracy
zawodowej w Ministerstwie Imigracji
i Zatrudnienia utrzymywała stałe
kontakty z polsko-języczną prasą w Kanadzie ( Prąd i Głos
Polski), w Londynie
(Wiadomości). Pisywała
również do paryskiej Kultury a po roku 1990-tym także do
krakowskiej Dekady literackiej. Była długoletnim członkiem
Zarządu Polskiego Funduszu Wydawniczego, współpracowała z FPwK,
z
Fundacją Mickiewiczowską, Fundacją Reymonta a
także zajmowała się
teatrem "Smocza Jama" w Toronto. Ponadto jest
autorką cennej publikacji
Kronika Pięćdziesięciu
lat. Zycie kulturalne polskiej emigracji w Kanadzie.
Ta publikacja z roku 1995
jest obiektywnym dowodem
żywotności i prężności
polskiej
kultury w Kanadzie w okresie od 1940 do
1990 roku
Imigrantów przybywa, Kanada
się zmienia
Po zakończeniu wojny w 1945 roku
przed milionami Polaków
rozsianych po całym świecie stanęła konieczność dokonania wyboru
powrotu do
Kraju, albo pozostania na emigracji. Bardzo wielu nie
chciało lub nie
mogło wracać do Polski pod rządy komunistów, więc wybierali
emigrację. Do
Kanady, w
latach 1945 - 1957 przybyło
około 65 000
Polaków.
Kanadyjskie urzędy imigracyjne zostały
wówczas zalane tysiacami podań o
stały pobyt składanymi
przez zdemobilizowanych żołnierzy wojsk alianckich pochodzacych z Europy wschodniej
i bezdomnych ludzi,
DiPisów w czasie
wojny wywiezionych
do Niemiec przez
hitlerowców. Z
punktu widzenia rozwijajacej się gospodarczo
Kanady, była to okazja do uzupełnienia
swego społeczeństwa przez
zdrowych (nie przyjmowano chorych i ułomnych) i w
dużym procencie wykształconych
Europejczyków, którzy
nie mogli, albo nie chcieli wrócić
do swoich krajów pod sowiecką
okupację .
Roczne kwoty ilości imigrantów
wpuszczonych do Kanady zależały
od kraju urodzenia. Stąd
zdarzało się, że Polak urodzony
w Turcji jako Turek otrzymywał
wizę w parę
miesięcy,
a jego brat urodzony w
Polsce musiał na nią czekać
parę lat. Było też sporo innych przepisów,
które miały sprawdzać
polityczną orientację petentów, albo kontrolować czy
nie wwożą zwierząt lub rzeczy
niepożądanych dla środowiska
naturalnego Kanady,
jak obowiązkowe w latach 50-tych
deklarowanie, że się nie przywozi czerwonych wiewiórek (w
Kanadzie są szare i czarne
wiewiórki, a tylko
na
dalekiej północy kraju są
czerwone). Strach rządu
kanadyjskiego przed importem prostytucji
odbijał się specjalnym traktowaniem podań samotnych
kobiet
przez niektóre urzędy imigracyjne w Europie. Kiedy od grupy młodych kobiet z Niemiec
z podpisanymi kontraktatami
na pracę zażądano medycznych dowodów dziewictwa w prasie
kanadyjskiej
podniósł się krzyk o dyskryminowaniu kobiet. Pod
naciskiem opinii publicznej paragraf został wycofany.
Zaczynały się nowe czasy.
Wraz z powojennym masowym
napływem nowych imigrantów nie zmieniły
się jednak kanadyjskie przepisy
dotyczące pracy fizycznej nowo przybyłych
sponsorowanych
przez rząd kanadyjski. Według nich
każdy młody mężczyzna musiał podpisać kontrakt robotnika
rolnego
, a kobieta kontrakt służącej lub
sprzątaczki.. Z drugiej strony jeśli po
jakimś czasie pracy zgłaszający
potrzebę robotników lub służących nie mieli dalszej
pracy dla zakontraktowanych imigrantów, to lokalne urzędy
imigracyjne łatwo zwalniały tych
ostatnich z reszty zobowiązań kontraktowych. Pisze
o tym T. Wydźgaw
swoich wspomnieniach. Także jedna z moich znajomych imigrantek,
pani Z., która przybyła
do Kanady
w latach wojny jako kandydatka
na służącą (chociaż się zupełnie nie
nadawała do tego) opowiadała
mi, zaśmiewając
się przy tym, że kiedy jej
pracodawczyni napisała list do urzędu
imigracyjnego
o niskich kwalifikacjach przysłanej służacej,
urząd ten zwolnił
p.
Z. z kontraktu i zalecił jej szukanie pracy na
własną rękę. Po paru krótkotrwałych
zajęciach fizycznych,
okazało się, że posiadana
przez nią znajomość kilku języków
europejskich właśnie jest
poszukiwana w
federalnym urzędzie
imigracyjnym. Moja znajoma
przepracowała w nim wiele lat, aż do emerytury.
Maria A. Jabłońska,
matka znanego kanadyjskiego
pianisty, Marka
Jabłońskiego ( urodzonego w Polsce na początku wojny) tak zaczyna opowieść o początkach życia ich rodziny
w Kanadzie: "Wylądowaliśmy w Kanadzie w 1949
roku i zaraz jechaliśmy
prosto do Edmonton, gdzie przyjaciel mego męża załatwił nam pracę jako pomoc
na farmie.
Oboje z mężem mieliśmy wykształcenie
uniwersyteckie, ale tutaj to nic nie
znaczyło. W tamtych czasach było nie
możliwe uzyskanie imigracyjnej wizy kanadyjskiej bez podpisania
kontraktu pracy na farmie albo w przypadku kobiet pracy służącej. Nawet trzy doktoraty nic by w tym
zakresie nie zmieniły. Wprost przeciwnie, mogłyby
się
przyczynić do zrujnowania szansy otrzymania wizy. Dlatego
najlepiej było udawać
zwykłego robotnika. Kanada nie chciała przyjmować
ludzi wykształconych
poza jej granicami, więc lepiej było nie przyznawać
się
do wyższego wykształcenia. Po
kilku latach nagle przepisy zostały zmienione
i głoszono potrzebę ludzi
wykwalifikowanych w każdym rodzaju profesji i zawodu. Niestety dla
nas ta
zmiana przyszła za późno.
Granice wieku przy
przyjmowaniu do pracy w specjalności
mego męża były ustalone i on był
już za stary. Niemniej
byliśmy szczęśliwi, że
nie
potrzebowaliśmy już pracować dla
naszego farmera.
Dla rodzin, które zamierzały pozostać w Quebec'u, gdzie było dużo opuszczonych farm, był
też możliwy
wariant osadzenia na opuszczonej farmie. Farmy te położone zazwyczaj daleko
od miast, na terenach nie
najwyższej jakości były
przeważnie w ruinie. Bez
inwentarza żywego, bez
elektryczności i często
bez wody bieżącej były tak
nieatrakcyjne dla Kanadyjczyków, że rząd umyślił osadzać na nich rodziny emigrantów, którzy byliby
obowiązani pracować na nich do pięciu lat zanim gospodarstwo przeszłoby na ich własność z prawem ewentualnej sprzedaży.
W ten sposób farma zostawała
jako tako zagospodarowana,
a rząd federalny zostawał zwolniony z
odpowiedzialności za przeżycie pierwszych
lat przez imigrancką rodzinę.
Taką właśnie farmę w Abercorn otrzymala jako środek
do życia rodzina hr.
Zamoyskich, którzy chociaż w przedwojennej
Polsce mieli ordynację rolną i rozległe
dobra, ale przecież nie mieli
pojęcia o tym
jak się
osobiście pracuje na roli. Mimo to na farmie w Abercorn przeżyli
kilka lat zanim zdołali się
przenieść do Montrealu, gdzie Jadwiga Zamoyska jako jedna z pionierek
polskiego sobotniego szkolnictwa poświęciła
polskiej Radzie Szkolnej w
Montrealu oraz
sobotniej szkole polskiej im. Emilii Plater, w
dzielnicy montrealskiej Notre Dame de Grace wiele lat swego życia. Długoletnią prezeską Rady Szkolnej
i kierowniczką sobotniej
polskiej
szkoły im. Emilii Plater była też Irena Zofia Romanowska, sanitariuszka z Armii Andersa.
W szkole im. Emilii Plater uczyła
także Maria
Lewicka, członek Szarych Szeregów, jeniec 3
obozów
niemieckich. .
Z podobnych "okazji" nabycia farmy na
własność skorzystali niektórzy, bardziej profesjonalnie
przygotowani ex-wojskowi z Armii
Polskiej na Zachodzie, szczególnie jeśli
ich żony były gotowe żyć i pracować na farmie. W Quebec'u
na kilku takich farmach rozwinęli oni
gospodarstwa specjalistyczne, inne
zostały zamienione w przedsiębiorstwa agro-turystyczne.
Rotmistrz Janusz Wiązowski zmienił
swoją farmę w szkołę hippiczną
dla młodzieży quebeckiej. Dla dzieci Polaków z Montrealu była to doskonała kombinacja wakacji połączonych
z nauką jazdy
konnej bardzo modnej w latach
sześćdziesiątych . Kilkadziesiąt dziewcząt
polskich z
Montrealu spędziło tam wspaniałe wakacje, a przy okazji nauczyło
się jeździć konno. Innym przykładem
sukcesu połączenia rolnictwa z turystyką
była założona
przez małżeństwo T. Lintnerów "gospoda
na wsi" - lodge
dla gości z Montrealu. W pięknej okolicy
L'Estrie pod miasteczkiem Sutton
można było spędzić
na niej weekend lub dłuższe wakacje. Jeszcze
innym przykładem była farma pułkownika Wacława Makowskiego
w okolicy Covey Hills,
nie mniej malowniczej, południowo-
zachodniej części Quebec'u.
Urządzane tam
pikniki i spotkania na łonie natury
pozwalały licznym Polakom na jednodniowe
wypady z upalnego w lecie Montrealu, a także były okazją do spotkań ze
współrodakami. Jeszcze innym przykładem
jest osiągnięcie Władyslawa
Żebrowskiego, który znalazł swoje miejsce
w Kanadzie nad Pacyfikiem. Zamieszkał
on samotnie na górze Whistler położonej w pobliżu Vancouveru. Przejęty
wspaniałym widokiem i doskonałymi warunkami
dla zimowej turystyki
namówił kilku znajomych inwestorów
do zagospodarowania części góry Whistler jako ośrodka narciarskiego. Pomysł
okazał się niezwykłym
sukcesem i Whistler stał się
znanym międzynarodowym ośrodkiem
turystycznym na
zachodnim wybrzeżu Kanady. Jego podmiejskość - jest położony w
odległości mniej więcej godziny jazdy
samochodem od Vancouveru, pozwala turystom
na korzystanie w ciągu dnia z
warunków śnieżnych góry, a wieczorem z przyjemności pięknego miasta
o kolorycie międzynarodowym.
W latach czterdziestych i
pięćdziesiątych życie imigrantów było nadal oparte na ciężkiej pracy i
nie było
wolne od dyskryminacji. Wprawdzie ta ostatnia w dużej mierze zawsze zależała od
charakteru poszczególnych ludzi, ale w miarę jak do
Kanady
napływali ludzie z demobilu i DiPisi
z wyższym wykształceniem
dyskryminowanie imigrantów zaczynało w ośrodkach
miejskich graniczyć ze śmiesznością. Tylko
bardzo ograniczeni ludzie mogli nie zauważyć, że przybysze
z Europy ( nawet jeśli
pracowali fizycznie) mieli postawę
ludzi ogładzonych i wykształconych, co często
imponowało ludziom miejscowym. Zdarzało
się jednak, że w ferworze budowania
własnych fortun, dużych lub małych,
niektórzy
Kanadyjczycy ignorowali uwagi urzędów imigracyjnych i stosowali wyzysk
emigrantów traktowanych z pozycji lokalnej wyższości. Szczególnie
odczuwali to imigranci kierowani
do małych ośrodków, gdzie fizyczne oddalenie od centrów życia
politycznego i
kulturalnego Kanady sprawiało, że nie było ani
kontroli ich zachowania, ani lokalnych
impulsów do zaniechania dyskryminacji. W większych miastach Kanady można było natomiast
znaleźć
przykłady
eksploatacji imigrantów wywołanej
zawiścią wobec lepszych fachowców,
ale zbyt niepewnych jeszcze swoich
praw, aby się o nie upominać. Jak wspomina Irena
Domecka "W latach 50-tych ( w Albercie
- mój dopisek) istniała wyraźna
dyskryminacja
wobec Polaków. W tym też czasie grupy
etniczne
innych narodowości zaczęły występować do rządu prowincjalnego ze skargami na
dyskryminację i z postulatami zmian. W związku z tym
rząd Alberty powołał w 1956 roku Radę Obywatelską ( Citizenship Council ),
która stała się kanałem przekazywania rządowi skarg i postulatów
etnicznych.
Jako wiceprezeska Rady mogłam podjąć
wiele działań, które odbiły się nie tylko na moim życiu
ale i na polonijnym. Nawiązałam kontakty i współpracę z
innymi grupami etnicznymi w mieście, w
tym z najliczniejszymi -
włoską i ukraińską. Chociaż kilka lat
później Radę Obywatelską rozwiązano,
jej działalność przyczyniła
się istotnie do zorganizowania
się grup etnicznych w Albercie, dając
początek ruchowi wielokulturowości"
Barry Broadfoot, który
w 1986 roku opublikował wspomnienia
imigrantów z lat
1945-1967 cytuje ostre opinie na temat dyskryminacji
pozbierane przez niego wśród
Neo-Kanadyjczyków. Opinie cytowane przez B.
Broadfoot są skrajne i
dlatego nie często są wzmiankowane w innych publikacjach
dotyczących imigrantów
kanadyjskich. Nadal preferowane
są opisy które ograniczają
się do
wychwalania
dzielności nowo przybyłych i ich nadzwyczajnej woli w budowaniu nowego
życia w
Kanadzie. Prawda jednak leży po środku. "Dobroczynny"
wpływ wojny na Kanadę oraz powojenne
pogłębianie się demokracji w całym Kraju znalazły odbicie w interwencjach
w parlamencie kanadyjskim. Dotyczyły one losu powojennych imigrantów i domagały się łagodzenia początkowych trudności, na
które
natrafiali nowi imigranci. Jedną z takich interwencji
była mowa Bernarda Dubieńskiego w senacie kanadyjskim w 1947 roku
podkreślająca potrzebę zmian
ustawodawczych prowadzących do nowej koncepcji społeczeństwa kanadyjskiego.
Z chwilą,
kiedy do świadomości społecznej dotarł
fakt, że Kanada to kraj
imigrantów, dawna idea
brytyjskiego
kraju ( British Country) została zastąpiona przez koncepcję
mozaiki etnicznej. Dla
wielu przedstawicieli kolejnego pokolenia
imigrantów, którzy weszli do kanadyjskiej klasy średniej, różnorodność etniczna oznaczała bogactwo społeczne. Powiedzenie wszyscy
jesteśmy
imigrantami, tyle, że jedni
wcześniej, a drudzy później przybyli
jest już wyraźnym
odrzuceniem dawnej niechęci do imigrantów. I tak od
późnych lat 50-tych w
społeczeństwie kanadyjskim
zaczynały się najpierw pojawiać,
a następnie dominować cechy
tolerancji i życzliwości wobec przybywających
imigrantów. Był to zresztą okres dobrobytu
i świadomości, że
świat się zmienił i
stare wartości musza być poddane skrupulatnemu przeglądowi.
O dekadę wcześniej- w
latach pięćdziesiątych-
zaczęła się
w Quebec'u revolution tranquille, ferment
polityczno - społeczny, który wyniósł
do władz prowincjalnych ludzi
młodych, dobrze wykształconych
i gotowych
zmienić oblicze społeczeństwa qubeckiego z zacofanego na otwarte na
zmiany. Stuletnia rocznica istnienia
Kanady jako Dominium przypadająca
w roku 1967 przyspieszyła
rozlewanie się fali
modernizacji na wszystkie inne prowincje. Dostosował
się do niej i rząd federalny
wprowadzając
zmiany w prawie imigracyjnym. Jednocześnie
coraz wyraźniej
zaczynała być odczuwana w Kanadzie
świadomość różnic pomiędzy Europą i Ameryką. Ogrom kataklizmu
II wojny światowej
przeraził co wrażliwszych Kanadyjczyków i
rozbił w puch
dawny podziw prowincjonalnego Dominium
dla Europy. Współczucie dla
uciekinierów ze starego kontynentu
nieprawdopodobnie zrujnowanego i wygłodzonego powoli przekładało
się na realia. Działało także zrozumienie
potrzeby szybkiego wzrostu ludności. Powojenny dobrobyt zależał od tego. Canada is coming of age
( Kanada dorosła) mawiano w Winnipegu
w roku 1967
o nowym obliczu tego ogromnego kraju. Wreszcie dzięki II wojnie światowej Kanada zaistniała
na mapie świata jako kraj
prawa i porzadku , więc rządowi federalnemu chodziło o to,
aby świat postrzegał Kanadę także jako kraj spokoju, tolerancji i dobrobytu. Polityka imigracyjna
miała
ten
obraz utrwalić i dostosować do niego rzeczywistość w Kraju.
Wprowadzone poprawki do
prawa imigracyjnego
zmierzały do zapewnienia nowo przybyłym łatwiejszego startu. Tak postępowały już Stany Zjednoczone,
ofiarowując najlepszym
z potencjalnych imigrantów wszelką pomoc w zadomowieniu się i wielkie zarobki. Tej niełatwej
konkurencji swego południowego sąsiada Kanada
musiała sprostać przez odpowiednie
poprawki w starym prawie
imigracyjnym. Prędko się także stało wiadome,
że przez przyciąganie
wykształconych imigrantów,
Kanada oszczędzała na
kosztach wykształcenia.
Warto zatem było
organizować dla nich bezpłatne kursy języka
i ułatwiać im stawianie pierwszych kroków
na kanadyjskiej ziemi dopóki miejscowe uczelnie nie
wypuszczą wystarczającej
liczby własnych absolwentów.
"Białe kołnierzyki" dla imigrantek .
Dla uchodźców
wojennych i powojennych niemożność powrotu
do rodzinnego Kraju,
a
także szok kulturowy związany z
pierwszymi przeważnie trudnymi doświadczeniami kanadyjskimi
były bardzo
ważnymi czynnikami w procesie adaptacji do Kanady. Dla wielu starszych mężczyzn emigracja do Kanady po II wojnie światowej była życiową
porażką. Nie tylko stracili
cały majątek pozostawiony w Polsce, zostali rozłączeni z
rodziną, ale często "utracili twarz".
W obcym kraju, przy słabej znajomości języka i przekroczonej młodości
czuli się bezradni
i byli tym
upokorzeni. Niektórzy nie mogąc przejść nad tą porażką do porządku gorzknieli i zamykali
się w sobie, czasami poprostu zatrzymując
się mentalnie na roku
1939-tym.
Inni
odmawiali akceptacji zmian w obyczajach
wywołanych upływem czasu i kanadyzacją.
Dla jednych i drugich spotkania z
współrodakami o podobnych poglądach były
jedyną terapią im dostępną. Z drugiej strony
wielu imigrantów, którzy przeszli przez zsyłki
na
Sybir i do Kazachstanu widziało Kanadę
jako nagle dany
im raj.
Ogromna większość nowo przybyłych
natychmiast zabierała się do budowania swego
nowego życia, szukała pracy zarobkowej, uczyła
się języka angielskiego,
poznawała swoich sąsiadów.
Kobiety na ogół mniej
ulegały stresowi imigracyjnemu aniżeli mężczyźni.
Większość trzeźwo widziała
rzeczywistość kanadyjską i była gotowa w niej funkcjonować. Zawierano wiele
nowych małżeństw. Wdowy i wdowcy
wojenni i powojenni chętnie wiązali się ze sobą, licząc,
że nowa rodzina zapewni im
kontynuację kultury polskiej. Samotni,
zdemobilizowani żołnierze także chętnie
żenili się z
Polkami, stęsknieni do
domów, w których żony nie przychodziły do
stołu wigilijnego w papilotach i w fartuchu kuchennym, święta
rozpoczynając
dopiero 25 grudnia tradycyjnym
kanadyjskim indykiem. Dla Polaków z trudem posługujących się angielskim
lub francuskim nie bez znaczenia była
możliwość używania polskiego na codzień w domu.
Kobiety, które nie miały prywatnego
sponsora szły do pracy
kontraktowej, ale
po jej zakończeniu szybko
rozglądały się za zajęciami bardziej odpowiadającymi ich poziomowi.
Inne
odrazu próbowały wykorzystać swoje umiejętności albo wykształcenie,
chociaż to nie było łatwe,
ponieważ w latach powojennych
w społeczeństwie
kanadyjskim ciągle jeszcze pokutowało przekonanie, że
kobiety wogóle nie nadają się do prac
wymagających wyższych umiejętnoćci, a
mężatki ponadto
dla honoru męża powinny się
były zadawalać
tym co on zarobił. Praca
zawodowa mężatki była więc uznawana za
swego rodzaju upokorzenie
dla obojga małżonków. Powojenna sytuacja Kanady była jednak tak wyjątkowa i braki
na rynku pracy tak dotkliwe,
że nawet Kanadyjczycy zaczynali doceniać
pracę imigrantek z cenzusami.Pierwsza polska lekarka w Montrealu - Petronela Buckiewiczowa - otworzyła swój gabinet
lekarski już w roku 1952.
Garnęli się do niej liczni pacjenci z
grup etnicznych. Aż
do swej śmierci była cenioną i kochaną
lekarką w Montrealu. Drugim
podobnym przykładem jest Jadwiga Maria
Sangowicz, która podczas wojny przeszła przez zielone
granice czterech krajów uciekając
z Polski do Szwajcarii, gdzie
studiowała i skończyła medycynę. Po
przybyciu do Montrealu w roku 1951 praktykowała w szpitalu
psychiatrycznym Hotel
Dieu, a później
wykładała psychiatrię na McGill University , w ALLAN Memorial Institute
of Psychiatry
oraz na Universite
de Montreal . W innych zawodach przełamanie tradycyjnej niechęci do zatrudniania
kobiet - fachowców było
jednak znacznie trudniejsze,
mimo, że
rynek pracy ciągle był nienasycony.
Pojawiały się więc rozwiązania
połowiczne. W różnych biurach,
instytucjach i
przedsiębiorstwach zaczynano zatrudniać wykształcone imigrantki z Europy środkowej i wschodniej,
ale na niższych stanowiskach. Nie
mogły przecież jako
kobiety być równie profesjonalne jak mężczyzni. Przykładem kłopotów stąd wynikających może być los DiPiski, Jadwigi Ostrowskiej, architekta z zawodu
i samotnej matki, która
poszukując pracy w
swoim zawodzie dowiadywała
się, że albo jest zbyt kwalifikowana na stanowisko zajmowane w biurze
architektonicznym przez
kobiety, albo, ponieważ jest kobietą, nie
może zająć stanowiska odpowiadającego jej kwalifikacjom. Wreszcie, nie
przyznając się do swoich pełnych kwalifikacji
znalazła pracę jako kreślarz. Podobny los spotkał Irenę Sikorę, inżyniera chemii, która
ilekroć stawała przed
możliwymi pracodawcami słyszała pytanie szukasz pracy dla męża czy brata, kiedy odpowiadała, że dla siebie następowała chwila
zdumienia i zaambarasowania, a następnie
grzeczna lecz
stanowcza odmowa.
I ona musiała się wreszcie
zadowolić pozycją kreślarki jako szczytu możliwych osiągnięć kobiety w latach 50-tych ub. wieku.
Kobiety pracujące zarobkowo
po
niedługim pobycie w
Kanadzie adaptowały swoje ubranie i sposób
noszenia się do środowiska, w
którym pracowały, starając się
przynajmniej zewnętrznie nie odbijać
od współkoleżanek. Wśród Polaków jednak odzyskiwały
natychmiast swoją polską tożsamość. Kiedy szły
do kościoła
albo w odwiedziny, to po ubraniu i sposobie chodzenia przypadkowi
przechodnie
łatwo rozpoznawali w nich polskie imigrantki. Podwójność kulturowa, cytowanej we
wstępie Danuty Mostwin
jako "trzecia wartość" wkraczała
nieuchronnie w miejskie środowiska
polonijne. Jej wpływ na pojmowanie świata
i kultury obu
krajów był jednym z wyników adaptacji
do Nowego Kraju.
Przymusowa imigracja powojenna
często zwiększała kobiece zdolności
przeżycia. Praktyczność, zdrowy rozsądek i
przyziemne priorytety, takie jak co ugotować na obiad, jak zabezpieczyć dzieci przed
zimą, gdzie wysłać je na obozy letnie i
skąd
wziąć na to pieniądze ,
czy dom kupić czy nie kupić
itp sprawy były
nieocenionymi
kotwicami pomagającymi w adaptowaniu
się do Nowego Kraju. Imigrantki
odkrywały w sobie ukryte talenty, łatwo otwierały sie na życzliwość
środowiska,
skwapliwie wyłapywały okazje na poszerzającym się rynku pracy.
Zmiany też już wisiały w powietrzu.
Kanada
wyraźnie bogaciła się i jej pozycja w świecie rosła. Razem
z tym rosły aspiracje tej części
społeczeństwa kanadyjskiego, która chciała widzieć Kanadę jako kraj dobrobytu,
spokoju i tolerancji. Ta swoista noblesse oblige wśród praktycznych Kanadyjczyków przekładała się
naturalnie na wprowadzanie odpowiednich zmian ustawodawczych.
Najpierw zniesiono obowiązek
kontraktów na pracą fizyczną,
zastępując je
kontraktami zawieranymi pomiędzy
firmą albo
instytucją poszukującą wykwalifikowanych pracowników, a
poszczególnymi imigrantami.
Na tę zmianę w
polityce imigracyjnej wpłynął także fakt
preferowania przez rząd kanadyjski
imigrantów
wykształconych, którzy wyraźnie nie
nadawali się do prac robotników niewykwalifikowanych i którzy imigracją
do
Kanady byli zainteresowani
tylko wówczas, kiedy zapewniała im ona
możliwości rozpoczęcia lub kontynuowania kariery. To
wszystko odbiło się także na nowym wizerunku
polskich imigrantów. Dla nich
sprawą naturalną było, że
robiąc karierę w Kanadzie i asymilując
się do społeczeństwa kanadyjskiego zachowują swoją własną polską tożsamość
kulturalną. Stąd formy
asymilacji przedwojennych, wojennych i
powojennych przybyszów z Polski ewoluowały
równolegle ze
zmianami w społeczeństwie kandyjskim, ale nie były
identyczne.
Na przełomie lat 50-tych i 60-tych
wprowadzono także zmiany dla imigrantek.
Stereotyp imigrantki jako
służącej, niańki lub sprzątaczki w mieście albo robotnicy na wsi,
powielany
przez rząd kanadyjski
z żelazną konsekwencją przez wiele dziesięcioleci
został najpierw poszerzony o prace w
fabrykach. Przez Polki również i te prace były bardzo źle
widziane. Wszystkie polskie imigrantki,
które mogły sobie na to pozwolić wykręcały się od nich jak od zarazy.
Ale
zwolnione od nich były tylko kobiety
sponsorowane przez rodziny lub prywatnych sponsorów. Te kobiety mogły
sobie
szukać pracy na własną rękę. Z tej właśnie grupy rekrutują się pierwsze
powojenne polskie urzędniczki, agentki, księgowe itp
pracownice biur, podczas
gdy reszta szła do fabryk. Niektóre Polki
przyjeżdżały w grupach sponsorowanych przez przedsiębiorców różnych fabryk,
przeważnie szycia odzieży. Z
taką grupą 100 Polek przybyła do
Kanady Katarzyna Marszałek,
sprowadzona na dwuletni kontrakt
przez przemysłowca quebeckiego jako
robotnica do jego fabryki tekstylnej w Saint-George-de Beauce,
małej mieściny quebeckiej położonej
daleko na północny wschód od
Montrealu. Kontrakt zapewniał Katarzynie Marszałek płacę
w wysokości 16
centów za
godzinę
oraz zakwaterowanie u sióstr
zakonnych zgromadzenia Bon Pasteur. Praca była
nisko płatna i
mało atrakcyjna, ale w
najtrudnieszym okresie adaptacji do Kanady zapewniała dach nad głową i
zarobek
wystarczający na przeżycie. Po roku pracy w fabryce
Katarzyna Marszałek wyszła za mąż, dzięki czemu uwolniła się od nielubianej pracy i przeniosła się do
Montrealu. Podobnie i
inne Polki chętnie opuszczały nisko
płatne kontrakty, uważając
słusznie, że nie dawały one żadnych
perspektyw na przyszłość. Jeszcze wiele
lat później wśród
polskich imigrantek pokutowało
porzekadło, że wszystkie imigrantki muszą zaczynać w
Kanadzie albo od sprzątaczki, albo od "przyszywania guzików"
w fabryce konfekcji.
Ciągle panujący wyzysk imigrantów był powodowany z
jednej strony brakiem kontroli wywiązywania się kanadyjskich
pracodawców ze
swoich zobowiązań, a z drugiej brakiem znajomości
praw i obowiązków wśród
imigrantów
Gwoli sprawiedliwości dodać należy,
że chociaż Kanada już zaczynała się czuć
bogata i powoli otwierała
się na świat, to jednak w latach 1945
-1957 przeciętny Kanadyjczyk nadal nie
był przygotowany na spotkanie
imigrantek ubogich, lecz dobrze
wykształconych i bardziej od niego światowych. Wielu poprostu nie
wiedziało jak się zachować
wobec kobiety, która jako jego koleżanka
po fachu mogłaby go poprawiać w
sprawach zawodowych, więc
po prostu wolało unikać takiej właśnie sytuacji. Aby nie
przyznać
się
do tych obaw często
zasłaniano się tym, że klienci wolą o
sprawach biznesu rozmawiać
z
mężczyznami,
albo, że kobiety nie znają kodu
profesjonalnego zachowania, albo, że ich kobiecość będzie taką
dystrakcją dla klientów, że
zakład pracy na tym ucierpi
itp. Nieco później, kiedy jednak kobiety pojawiły
się w biurach wymyślano dla nich specjalny kod ubrania,
odpowiednią długość spódniczki i
rękawów i ach, broń Boże nie noszenia spodni do biura. Były też poważnie roztrząsane problemy o ile mniej
powinna zarabiać
kobieta, aniżeli jej kolega na tym samym stanowisku,
albo jak daleko może ona awansować bez
posądzania jej o posiadanie specjalnych
względów
szefa. Wreszcie sporo było zwykłej ludzkiej zazdrości o kwalifikacje, o
posadę,
o stanowisko przy oknie
(to zarezerwowane dla bardziej cenionych
pracowników), o przydzielanie
grantów, projektów, spraw do
opracowywania w biurach, w których
akurat nie było nikogo, kto by się przejmował
nadużywaniem pracy imigrantów i ich niskimi zarobkami
wywołanymi zarówno
brakiem znajomości własnych praw jak i ich przymusową
sytuacją. Zdarzało się, że właśnie przez zazdrość przyszłych kolegów
i koleżanek imigrantka nie
mogła uzyskać nostryfikacji
swoich dyplomów, a
przez to otrzymać pracy zgodnej ze
swoimi kwalifikacjami.
Wyniesione z Polski wykształcenie zaczynało
jednak na przełomie lat 50-tych i 60-tych być przydatne przy
poszukiwaniu
lepszej pracy. Nie wyrażało już "arystokratycznych fanaberii", mogło stanowić
natomiast o lepszym starcie w Nowym Kraju. Rząd kanadyjski wyraźnie
chciał
docenić wkład imigrantów w rozwój gospodarczy i kulturalny Kraju.
II wojna światowa
dowiodła bowiem, że wpuszczanie do Kanady wyłącznie
ludzi bez wykształcenia nie
tylko wypaczało strukturę
społeczeństwa, ale także hamowało rozwój gospodarczy kraju. Sytuację z lat wojny uratował
przecież masowy napływ imigrantów
posiadających wyższe wykształcenie, lub dobre kwalifikacje.
To też kiedy powojenny
kanadyjski dobrobyt wymagał fachowców, których ciągle było mało, rząd federalny ostrożnie dopasowywał
swoją politykę imigracyjną do potrzeb Kraju, zachęcając
do przybycia do Kanady dobrze wykształconych
kandydatów na
imigrantów. Oczywiście przesądy i animozja społeczne pokutowały jeszcze
przez lata i to odbijało się
szczególnie na rynku pracy imigrantek,
którym było trudniej
znaleźć pracę odpowiadającą
posiadanemu wykształceniu. Wiele z nich
przez lata na
przykład w Brytyjskiej
Kolumbii musiało się przekwalifikowywać, ponieważ bez
lokalnego dyplomu nie
mogły
dopełnić warunków otrzymania
pracy.
Niemniej od przełomu lat 50-tych i 60-tych
młodsze wiekiem Polki z zapałem poszukiwały furtek, które pozwoliły by im znaleźć pracę w
sferze "białych kołnierzyków" (white collars) .
Pomagała dobra angielszczyzna
i znajomości. Wielkie magazyny handlowe jak Eaton's, Ogilvy, lub Morgan (późniejszy The
Bay ) poszukiwały
sprzedawczyń,
kasjerek, kontrolerek, którym potrzebne
były rekomendacje. Tak
na przykład generałowa Zofia Kasprzycka, znana
z elegancji i dobrego
smaku została zaangażowana u Eatona w Montrealu, w dziale eleganckich i kosztownych strojów kobiecych (w Ensemble Shop)
. Z jej usług korzystały
najbogatsze Kanadyjki poszukujące strojów na przyjęcia lub bale. A jak bardzo sobie ceniły jej rady świadczy fakt, że Eaton zatrudniał ją jeszcze wiele lat po dojściu do wieku emerytalnego.
Dopóki zdrowie jej na to pozwalało generałowa Kasprzycka brała
także udział w pracach przy
bazarach polonijnych.
Czasami,
także wystarczała jedna polska imigrantka,
jak na przykład Róża Maria Szyllingowa,
która w firmie RCA Victor doszła do
stanowiska dyrektora personelu
żeńskiego, aby wiele nowo
przybyłych Polek i Polaków znalazło tam
swoją pierwszą pracę.
Oficjalna polityka tolerancji były
nieustępliwa i kładziono na nią coraz większy nacisk. Rasistowskie
albo dyskryminujące zachowanie było bardzo źle widziane, a nawet
karane. Rząd federalny i rządy
prowincjalne dawały społeczeństwu do zrozumienia,
że czasy się zmieniły,
i że Kanada potrzebując imigrantów
musi ich traktować z szacunkiem należnym każdemu
człowiekowi. Urzędy
imigracyjne zobowiązano do większej opieki nad nowo
przybywającymi, a nawet do udzielania
im pomocy w postaci wyszukiwania
im okresowo bezpłatnych mieszkań, kursów językowych
i zawodowych, prawa do bezpłatnej pomocy medycznej, itd.
Urzędnicy imigracyjni
znali też awersję
imigrantek do pracy sprzątaczek i służących i w miarę możliwości
starali
się znajdywać inne zawody.
Zamiast przydzielania poszczególnych imigrantów
do indywidualnych pracodawców zaczęto
kierować przybywających z zagranicy
fachowców do małych osiedli i miast potrzebujących
odpowiednich spocjalistów. Zazwyczaj były to miejscowości
nowo otwarte lub otwierane przez jakąś kompanię, która właśnie zbudowała nowy
ośrodek wzbogacania rudy, lub
wydobywania diamentów, produkowania
energii hydroelektrycznej
itp i potrzebowała
odpowiednich fachowców dla siebie oraz do dziedzin
usług świadczonych załodze
przedsiębiorstwa. A że ten nowy ośrodek był na
bezludziu, strasznie daleko od miast, więc
Kanadyjscy
specjaliści nie chcieli
się tam osiedlać. To też rząd starał się umieszczać tam nowych imigrantów.
Zaraz po wojnie rząd
federalny zaczął zatrudniać imigrantki
poliglotki jako tłumaczki, lub w
departamentach , gdzie znajomość języków ułatwiała pracę z klientami. W przełomowym
okresie 50-tych i
60-tych lat wraz ze
zwiększaniem agend rządowych szukano pracowników
do nowo powstających departamentów, takich jak np.
kartograficznego lub statystycznego. Przyjmowano
kreślarki, kartografki, statystyczki oprócz
zawsze poszkiwanych recepcjonistek i telefonistek.
Prawie równocześnie agencje ubezpieczeniowe, które sprzedawały klientom swoje polisy zaczęly przyjmować kobiety
do pracy " na komisję". później firmy
pośredników obrotu nieruchomościami w
miastach zaczęły zatrudniać agentki,
które pokazywały klientom domy na
sprzedaż. Te dwa ostatnie zawody do
dziś są cenione przez
matki dzieciom w wieku szkolnym,
ponieważ nie wiążą się ze sztywnymi godzinami pracy.
W latach
50-tych w większych
miastach pojawiały się już
pierwsze polskie dentystki, lekarki, fizioterapeutki i pielęgniarki. Dla otrzymania zezwolenia na
pracę musiały
nostryfikować się, albo dorabiać dyplomy kanadyjskie, mimo, że jeszcze z Polski przywiozły odpowiednie
dyplomy. Podczas studiów kanadyjskich, były
częstymi obiektami żartobliwych
docinków, lub złośliwości ze
strony
kolegów, dla których studiujące kobiety były dziwnym, a
często, jeśli były lepsze niż
oni, irytującym zjawiskiem. One jednak
nie przerywały studiów
nawet
jeśli były w ciąży.
W Prowincji Quebec
według obowiązujących starodawnych przepisów
mężatki nie mogły samodzielnie dokonywać
większych
zakupów. Jak opowiadała mi znajoma
dentystka, kupując na
przełomie lat 50-tych i 60-tych wyposażenie swego gabinetu
musiała na kontrakcie kupna mieć podpis swego męża wyrażający zgodę na
taki
duży wydatek, chociaż zarabiała już wtedy więcej niż
on. To głębokie
przekonanie, że mąż jest odpowiedzialnym właścicielem
żony i że on decyduje co
żona może kupić długo jeszcze
pokutowało w kanadyjskich umysłach. Kiedy w latach 80-tych
Jadwiga Urbańska razem z mężem zdecydowali się
kupić dom i
zapisać go na jej nazwisko, prawne załatwienie kupna
nadal wymagało pisemnej zgody
doktora W. Urbańskiego.
Pisząc o imigrantkach
z lat powojennych
nie sposób pominąć osoby Alicji
Poznańskiej-Parizeau, żony profesora
uniwersyteckiego i następnie zamożnego polityka quebeckiego, Jacques'a Parizeau, który wyrósł na fali revolution tranquille i przez
następne czterdzieści lat odgrywał
jedną z najważniejszych ról w Partie Quebecois, partii politycznej Quebeku dążącej do
oderwania Prowincji od Kanady. Alicja Poznańska-Parizeau
urodziła się koło Krakowa,
jako 11-letnie dziecko utraciła oboje
rodziców
rozstrzelanych przez Gestapo.W
Powstaniu Warszawskim była
łączniczką i za odwagę
została odznaczona Krzyżem Walecznych. Po wojnie w
Paryżu poznała Jacques'a
Parizeau, za którego wyszła za mąż w
1955 r. W jej życiu w Kanadzie
dominowała dwutorowość: głębokie
przejęcie się sprawami Polski oraz zrozumienie Quebeku
i jego żądań.
Była wybitną postacią zarówno wśród Polonii jak
i w społeczeństwie quebeckim. Będąc
profesorem kryminologii
na Universite de Montreal współpracowała
jednocześnie z pięcioma
najpoczytniejszymi pismami Prowincji, a także pisała powieści. Za jedną
z
jej ostatnich powieści,
napisaną po
francusku - Bzy kwitną w
Warszawie- otrzymała
pierwszą nagrodę na konkursie
Związku Pisarzy Języka
Francuskiego w Paryżu
W roku 1987, a więc w czasach gorących kłótni na temat niepodległości Quebeku została mianowana oficerem Orderu
Kanady, jako jedna z niewielu Polek, które zostały zaliczone w poczet kawalerów tego orderu. Bardzo
zaangażowana w politykę quebecką nie
zapomniała o swoich polskich korzeniach. W czasie, kiedy wykładała na Universite de Montreal brała
czynny udział w rozdzielaniu stypendiów studentom po doktoratach. Jej więc
staraniom, szereg młodych
polskich uczonych zawdzięczał swoje
stypendialne wizyty w
Montrealu.
ROZDZIAŁ IV
Etap trzeci
( 1957 -1979)
Paręnaście lat po wojnie, a dokładnie na
przełomie
lat 50-tych i 60-tych znowu zmienił się typ przybywającej w czasie II wojny światowej Polki
emigrantki.
Chłopki niepiśmienne, albo zaledwie
po ukończeniu paru klas szkoły podstawowej, emigrujące
prosto z zabitej deskami
wsi po I wojnie światowej zostały zastąpione
w latach 20-tych przez żony i córki robotników przemysłowych, lub biednych
rzemieślników już z Polski niepodległej
, ale
ciągle
jeszcze bardzo biednej. Emigracja zarobkowa do
" cudownej Kanady"
skończyła się z początkiem kryzysu lat 30-tych.
W latach
40-tych i
50-tych wyczerpał się
kontyngent patriotycznych
żon, wdów i córek, żołnierzy
Armii Polskiej na Zachodzie, żołnierek , "Pestek" oraz DiPisek z
bliznami fizycznymi
i
mentalnymi po doświadczeniach
wojennych.
Od chwili kiedy około przełomu lat 50-tych i 60-tych Polska uchyliła swoje
szczelnie
zamknięte uprzednio granice,
pojawiły się wycieczki
zagraniczne i wyjazdy
na stypendia itp. Ich uczestnikami byli najpierw ludzie,
do których reżym
komunistyczny miał jakieś zaufanie, później zaczęli z nich korzystać także i ci,
którym udało się otrzymać zaproszenie
od krewnych z zagranicy i którym kłamstwem, lub
znajomością udało
się otrzymać
polski paszport. Wiele Polek wyjeżdżających
w
ten sposób wiedziało, że z
niewinnej wycieczki do
Wiednia, lub
do Włoch
już do PRL nie
powrócą, choć przed
wyjazdem starannie tę
decyzję ukrywały. Lata spędzone w PRL,
nauczyły je specyficznej samodzielności w
układaniu sobie życia. Przede
wszystkim chciały opuścić komunistyczną
Polskę.
Z
ich punktu widzenia przegrana kampanii wrześniowej 1939 roku była mniej ważna,
aniżeli decyzje traktatu
jałtańskiego
podporządkującego Polskę
Związkowi Radzieckiemu. Od tego
narzuconego komunizmu chciały uciec i były
gotowe tę ucieczkę zrealizować. Liczyły na
własne siły i wierzyły,
że w Kanadzie będzie im dużo lepiej.
Słowo Kanada przez
długi czas miało
w Polsce dwa znaczenia.
W pierwszym oznaczało kraj, w drugim było skrótowym
określeniem wszystkiego co materialnie było
najlepsze. Toteż wiele
emigrantek
od późnych lat 50-tych wybierało Kanadę
jako cel swojej ucieczki. W sile
wieku, dobrze wykształcone,
nierzadko z kilkoma lub kilkunastoma latami praktyki w zawodzie, świadome
swego potencjału, te kobiety chciały
żyć w wolnym kraju bez nieustannej kontroli i zależności od decyzji
partyjnych. Opuszczały Polskę
wyjeżdżając nielegalnie, lub w
odwiedziny do krewnych, w pojedynkę, z mężem lub
partnerem, zostawiając nieraz dzieci na później. Rzadko
zdarzało się, że
wyjeżdżały na emigrację legalnie całymi
rodzinami. Wiele osób przed
wyjazdem uczyło się
języka angielskiego lub
francuskiego, a czasem obu.
Wszystkie traktowały swoją emigrację jako wyzwolenie z
nienawistnego
systemu doceniając wolność i tolerancję
życia w Kanadzie. Kobiety które w
tym uczestniczyły były
więc nie tylko emigrantkami z
wyboru, ale też
reprezentowały jednostki dynamiczniejsze i bardziej uparcie dążące
do upatrzonego
celu. Niektóre z nich po odzyskaniu niepodległości
przez
Polskę w 1989 roku wracały do Starego
Kraju. Inne jechały w
odwiedziny do rodzin, przyjaciół i żeby zobaczyć Polskę z
nowej
perspektywy emigrantki. Wiele było
krytycznych wobec społeczeństwa, z którego wyjechały.
Nina z publikacji A. Ziółkowskiej tak pisze:
Gdyby mój
mąż nie wyjechał, ja
bym nigdy Polski nie opuściła. Czułam
się z nią związana i źle
się w niej nie czułam. Kiedy po kilku latach przyjechałam
w odwiedziny - biegałam od jednej kawiarni do drugiej, zajadałam się ciastkami, bigosem,
flaczkami. Kiedy mnie
różne przykrości spotykały
najpierw się śmiałam, a potem następowała
refleksja - Tego nie ma w Kanadzie...i tęskniłam do
mojego domu w Kenorze...
Pamiętam jak w tramwaju jedna kobieta popatrzyla na mnie i powiedziała
- kociak ekshumowany... takich reakcji
w Kanadzie się nie spotyka i dlatego
jest powód, dla którego nie chciałabym wrócić...
W nowo wprowadzonym przez
urzędy
imigracyjne systemie punktowania, wiek, płeć i poziom
wykształcenia były starannie
brane pod uwagę . Młode samotne kobiety z
wykształceniem były witane z podwójną radością ponieważ
Kanadyjczycy zawsze
liczyli, że także wyjdą
za mąż i urodzą dzieci. Już w momencie
lądowania w Kanadzie dawano im życzliwie do zrozumienia,
że oczekuje się od nich aktywnego włączenia
w życie Kanady, czesto
przy tym podkreślając, że ich
problemy językowe są chwilowe, że pracodawcy chętnie
dadzą
im czas na
potrzebną adaptację.
Ta życzliwość
podejścia Kanadyjczyków, po frustracjach w Polsce
była dla wielu emigrantek miłym zaskoczeniem
ułatwiającym im
otwarcie się na społeczeństwo
kanadyjskie. Sam fakt
pracy zarobkowej w
wyuczonym zawodzie był okazją do
nawiązywania znajomości i socjalizacji, a
że dla Kanadyjczyków komunizm i co za tym idzie uciekinierzy z krajów komunistycznych byli wtedy przedmiotem niepojętych dziwów,
więc opowieści o życiu w Polsce i
jego trudnościach budziły zawsze wiele ciekawości. Okropności obozów sowieckich, głodów
i
poniżeń,
opowiadane i opisywane w publikacjach uciekinierów z
ZSSR były wówczas porównywane z życiem codziennym
krajów satelickich i ich lokalnymi odmianami komunizmu. Mieszkańcom ich Kanadyjczycy nie
szczędzili
swojej sympatii.
Stara i
Nowa Polonia
Po doświadczeniach kpin i krytyki
z jaką uciekinierki z
Nowej Emigracji spotkały
się ze
strony członków Starej
Emigracji
w początkowych latach swego pobytu w Kanadzie,
kobiety te na ogół brały
słaby udział w nawiązywaniu kontaktów z
przedwojennymi
imigrantami. Mimo to godzenie
się Starej i Nowej Polonii związane z wysiłkami poszczególnych
członków obu grup, a także z upływem czasu powoli poszerzało się. W obu "obozach"
znajdowało się
sporo ludzi życzliwych z
natury i chętnie
współpracujących razem. Przedwojenni imigranci ze Starej Polonii, którzy
byli gotowi współpracować
z Nową Polonią
mieszkali naogół w miastach Kanady i
obok kanadyjskiej mieli
także poczucie
polskiej tożsamości. Było wśród nich sporo weteranów
z legionów lub
z wojska polskiego z czasów
I wojny światowej, i wojny bolszewickiej 1920/21.
Wielki kryzys
lat 30-tych zepchnął wielu z nich na krawędzie biedy
i głodu, zmuszając
do szukania pracy gdziekolwiek by ona była. Niektórzy wyjeżdżali do kopalń w północnym Ontario, inni chwytali się każdej pracy nawet najniżej płatnej byle utrzymać
rodziny i dopiero początek II wojny światowej, który przerwał spiralę bezrobocia, pozwolił wielu z nich powrócić do wyuczonych zawodów
i znaleźć stałą pracę.
W Montrealu
dwie takie rodziny zasługują na
szczególną uwagę. Są to Krystyna i Stefan Idziakowie oraz Julian i Wanda Wróblewscy.
Krystyna i Stefan Idziakowie, już przez
nas wspominani, w
czasie wojny byli właścicielami niewielkiego sklepu "kolonialnego"
, licznie odwiedzanego
przez uchodźców wojennych
. Stefan Idziak
był weteranem wojska polskiego z czasów I wojny światowej, a do Kanady przybył
w
latach 20-tych, podobnie
jak jego żona Krystyna. Oboje zasłużyli się wielką
pracą społeczną w czasie
międzywojnia wśród Starej Polonii w Toronto, gdzie
mieszkali i pracowali przez długie lata. Po przeniesieniu
się do
Montrealu i już
podczas II wojny światowej życzliwość
swoją rozszerzyli także i na uchodźców
wojennych.
Byli ośrodkiem informacji i życzliwej pomocy dla wielu
świeżo przybyłych Polek i Polaków. Po roku 1945
chętnie też włączali się w
struktury organizacji
Nowej Polonii i w jej Komitety charytatywne na rzecz społeczeństwa
w Polsce. Krystyna Idziak przez wiele lat była aktywną członkinią Komitetu Pomocy dzieciom Polskim.
Podobnie życzliwi i oddani sprawie
pomocy wojennym i
powojennym polskim imigrantom byli Julian i Wanda Wróblewscy. Julian Wróblewski był weteranem legionów i do
Kanady przybył
na
początku lat 20-tych. Krótko
po tym w
chórze kościelnym w Montrealu poznał siedemnastoletnią Wandę Tułasiewicz , również niedawną imigrantkę i podobnie jak on szczerą patriotkę.
Od chwili ślubu zaczęli razem
wśród Polonii montrealskiej pracować
społecznie. Jednak dopiero
w czasie II wojny światowej i
po jej zakończeniu ich działalność społeczna rozwinęła się na dużą skalę. Wanda pracowała w Czerwonym Krzyżu, a Julian zajmował się żmudnym wyszukiwaniem pracy
dla zdemobilizowanych żołnierzy polskich
, których rząd quebecki umieścił w obozie
przejściowym w St- Jean de
Richelieu.
Właśnie podczas jednego z wyjazdów do St-Jean, zmierzających do pomocy zdemobilizowanemu Polakowi Julian Wróblewski wraz synem stali się ofiarami wpadku samochodowego w którym syn pp. Wróblewskich został zabity a ojciec ciężko ranny.
Podczas wojny /Wanda - mój przypisek/ poświęcała
swój czas dla Czerwonego
Krzyża Kanadyjskiego, gdzie razem z
innymi Polkami przygotowywały bandaże
itp /materiały - mój przypisek/ dla żołnierzy w Europie
Montrealski /mój przypisek/
dom Wróblewskich był znany w Polsce jako "
Polish Camp". Listy adresowane
w ten sposób, ale bez nazwiska, dochodziły
do Wandy
i Juliana Wróblewskich. Cała rodzina brała udział w tej
akcji pomagania
innym...Pani Wanda za...swą opiekę nad
polskimi emigrantami z Niemiec i Wojska
Polskiego została odznaczona pucharem " Matka Polka"
...przez prasę polonijną w roku 1948
Krąg przyjaciół
oraz znajomych pp. Wróblewskich obejmował zarówno Starą jak i Nową Polonię. Toteż Wanda Wróblewska, kiedy pojawiła się możliwość utworzenia Ogniwa-
Montreal w
Federacji Polek w Kanadzie,
natychmiast się tym zainteresowała i silnie
poparła założycielkę
- Marię Zaborską
.
Dodać należy,
że chociaż w
gospodarstwie pp. Wróblewskich nigdy
się nie przelewało, to jednak
czwórka ich
dzieci wychowana została w
duchu
polskości z dobrą
znajomością języka polskiego i wartości wyniesionych z ich domu rodzinnego.
Obecnie nawet trzecie pokolenie rodziny Wróblewskich jest świadome swoich korzeni narodowych. Córka pp. Wróblewskich, Danuta
Wróblewska- Padowicz już od 15 lat jest przewodniczącą FPwK
- Ogniwo Montreal. Za
długoletnią
pracę społeczną szczególnie w
harcerstwie polskim i w FPwK Danuta Wróblewska-Padowicz
otrzymała Srebrne a następnie
Złote Odznaczenia Kongresu Polonii Kanadyjskiej
Z drugiej strony, wielu imigrantów z
grupy uchodźców wojennych także próbowało nawiązać
kontakty z
członkami Starej Polonii zmierzając do osiągnięcia porozumienia, którego celem była
normalizacja kontaktów
między członkami obu grup polonijnych i ich wpółpracy. Najlepsze
wyniki tej
działalności uzyskała grupa "inżynierów", Nowej Polonii
w Toronto. Ale
i w Montrealu wśród uchodźców przed Hitlerem znajdowali się mężczyźni i kobiety wyciągające
życzliwie dłoń do przedwojennych imigrantów. Antonina Karaszewicz-
Tokarzewska, żona wielce zasłużonego
generała Polski Podziemnej, a później Wojsk Polskich na Zachodzie, była jedną z
nich. Z wielu przedwojennymi
imigrantami i ich rodzinami potrafiła nawiązywać
nić wzajemnego
szacunku i
przyjaźni, czym zyskała
sobie wiele sympatii a nawet podziwu
w obu grupach, a przede
wszystkim wśród członków Starej Polonii. Jej zasługą było
między
innymi wciągnięcie do współpracy w Komitecie Pomocy Dzieciom Polskim przedstawicielek przedwojennej
imigracji, dzięki czemu
Komitet zyskał znacznie
szersze poparcie w Polonii.
.
Po wojnie
wielu członków Starej Emigracji, było
już majętnymi ludźmi, inni mieli już ustabilizowane życie
i z zainteresowaniem przyglądali
się
wyraźnie widocznej działalności kulturalnej Nowej Polonii,
lub chętnie w niej brali udział. W organizowanych imprezach polonijnych dostrzegali
podnoszenie się statusu społecznego polskich imigrantów a także nowe
możliwości finansowe, które przedstawiciele
Starej Polonii
lepiej mogli realizować aniżeli
przybysze powojenni. Było
charakterystyczne, że
imigranci przedwojenni,
którym się po wojnie
poszczęściło chętniej
się kontaktowali
z Nową Polonią aniżeli nadal ich ubodzy współbracia.
W latach 70-tych
jednym z pomostów pomiędzy obu grupami w Montrealu był Franciszek Ławruszczuk,
popularnie nazywany "Czarnym Frankiem", bardzo szanowany organizator społeczny
działalności polonijnej związanej ze
świętowaniem polskich
rocznic
narodowych i katolickich, ale
również odpłatnych imprez artystycznych, lokalnych lub
sprowadzanych z Polski. Dzięki niemu przyjazdy artystów z Polski
, w tym zespołów "Mazowsza" i "Sląska" , nie
mówiąc o wizytach " sołtysa
Kierdziołka"
szczelnie wypełniały sale tłumami Polaków z całego Montrealu i okolicy dając okazję do życzliwych
spotkań całej Polonii.
Poczucie krzywdy i odrzucenia
wśród
biedniejszych członków Starej Polonii nadal jednak istniało, tym więcej, że wielu z nich wyzwalało się z
polskiego
kompleksu
przedwojennego chłopa albo robotnika dopiero przez
kanadyzację. Dlatego wzorzec Polaka-chłopa
, który zaczynał od
najcięższej pracy, jak mawiali darcia pazurami twardej ziemi i potem powoli awansował, jednocześnie
asymilując się do kultury kanadyjskiej,
był w pojęciu tego odłamu
Starej Emigracji najważniejszym etapem
w procesie adaptacji do
Kanady. Ci imigranci pokorni wobec Kanady i ulegle znoszący krzywdy zadawane im przez lokalnych mieszkańców,
chcieli aby i
Nowa Polonia szła tą samą ścieżką.
Potwierdzeniem tej tezy o pokorze naszych osadników
może być opis sytuacji
przedstawionej przez Dirka
Hoerdera w Creating Society. Wprawdzie poniższy opis odnosi się do lat przedwojennych ale dobrze ilustrtuje upokorzenia i krzywdy,
które nieraz musieli
oni znosić ze
strony kanadyjskiej.
Otóż kilku mieszkańców
miasteczka Manhota w Albercie w okrutny sposób doprowadziło do opuszczenia sąsiadującej farmy polskiego osadnika, ponieważ był "inny". Osadnikowi George Mazury wywrócili wóz z
drzewem na opał, drzewo porozrzucali
po polu, jego samego dotkliwie pobili, a
następnie bezpodstawnie oskarżyli go przed sędzią pokoju o umyślne
uszkodzenie byka sąsiada. Wszystko
po to, aby go zmusić do
opuszczenia
osiedla. Co zresztą
im się
udało, ponieważ George Mazury nie tylko
nie miał nikogo, kto by
stanął po jego stronie, ale
aby przeżyć musiał
być człowiekiem pokornym Po wojnie
dyskryminacja nielubianych imigrantów była jednak coraz gorzej postrzegana przez rządy federalny i prowincjalne,
ponieważ w miarę organizowania się
nowo przybywających w grupy,
zaczynało napływać do urzędów Prowincji i Federacji coraz więcej skarg. Prowincje
próbowaly więc zaradzić temu
przez organizowanie doraźnych rozwiązań,
mniej lub więcej udanych np. Rada
Obywatelska (Citizen Council), która
powstała w r 1956 w Edmonton w Albercie
miała tylko
uprawnienia do przekazywania skarg i ewentualnie pomysłów jak
zapobiegać
dyskryminacji. W ciągu kilku lat swego
istnienia Rada ta stała się tak wielkim
utrapieniem rządu albertańskiego, że ów rząd
wprawdzie rozwiązał
ją, ale równocześnie zmuszony został do
wprowadzenia nowych rozwiązań,
pomyślniejszych dla
imigrantów. Rządy innych prowincji bacznie się przyglądały temu
eksperymentowi
i nauczone doświadczeniem Alberty próbowały także
znaleźć u siebie
odpowiednie rozwiązania.
W gruncie rzeczy
dyskryminacja powszechnie dominująca ciągle
jeszcze w
pierwszych latach po II
wojnie światowej
zaczęła
sama zanikać przede wszystkim przez
fakt zatrudniania na stanowiskach
decyzyjnych wykształconych imigrantów.
Było coraz trudniej dyskryminować
imigranta , który być może miał zły
akcent, ale decydował o
ważnych sprawach dla prowincji, albo
kompanii wystarczająco wielkiej, aby
mieć swoją własną politykę personalną egzekwowaną przez
jej dyrektorów. Toteż
w wielu wypadkach dyskryminacja etniczna
malała, czasami
zmieniając się w zawiści i niechęci
personalne pomiędzy poszczególnymi członkami kompanii lub instytucji. Pochodzenie etniczne powoli przestawało być głównym i widocznym elementem wrogości.
Ponadto imigranci z demobilu byli inni, niż poprzednia
polska emigracja. Wszyscy otarli
się o świat zanim przybyli do Kanady , wielu miało co najmniej wykształcenie podstawowe, a często i średnie, a ponieważ emigracja
wymieszała ich klasowo, więc po przybyciu
do Kanady, niezależnie od
różnic klasowych, trzymali się małymi grupkami związanymi przyjaźnią
i wzajemnie sobie pomagali.
Mimo ciężkich prac
kontraktowych ta spójność gwarantowała
im lepszy start, tym więcej, że od chwili przyjazdu poczynali sobie po
swojemu. W stosunkach z Kanadyjczykami
często "zachowywali się jak
równi z równymi". Fakt, że po wojnie przybyli do Nowego Kraju w
jednym odzieniu i z
paroma dolarami w kieszeni, nie u wszystkich wpływał na
poczucie
ich statusu społecznego. Nie mogło również umknąć uwadze członkom
Starej Emigracji, porównującym
różnice w starcie obu grup, że wobec uchodźców, byłych żołnierzy i
DiPisów władze kanadyjskie były
wielokrotnie bardziej życzliwe niż wobec
poprzednich fal imigracji. Zazdrość i
oburzenie na "łatwe
życie uchodźców" były więc zrozumialą
reakcją grupy, która kilkadziesiąt, a może tylko kilkanaście lat wcześniej była poddana
bolesnej i
bardzo krzywdzącej dyskryminacji mając nadal
bardzo ograniczone możliwości finansowe.
Poza tym
niektórzy członkowie Starej Emigracji
miewali trudności ze
zrozumieniem zmian, które zachodziły w ciągu ich życia
w świecie i w społeczeństwie kanadyjskim. Jadwiga Pierzchajło wraz z mężem przybyła
do Kanady w 1949 roku (oboje mieli studia
uniwersyteckie) i w swoich wspomnieniach
opisała scenę
bardzo dobrze charakteryzującą te
przemiany. Otóż ona,
początkowo była zatrudniona jako sprzątaczka w szpitalu, a
jej
mąż pracował jako robotnik
kolejowy : "Pewnego dnia kiedy szorowałam salę operacyjną podszedł do mnie dr. George Boorman i zapytał
czy nie zechciałabym razem
z mężem przyjść do ich domu na kolację.
Moja żona i ja bardzo
chcielibyśmy was przyjąć - powiedział. Nic
nie mogło być bardziej zdumiewające niż
to zaproszenie. Kto
bowiem słyszał, aby sprzątaczka i
robotnik kolejowy byli zaproszeni do
doktora w mieście"
. W powojennej Kanadzie, jak się okazuje taka
sytuacja była już możliwa, podczas
gdy w okresie
przedwojennym, była ona nie do pomyślenia. Sheepskin people nie
mieli pełnych praw w społeczeństwie, a
już mieszanie się towarzyskie z
kanadyjską elitą miejską przekraczało
najdziksze pomysły i naraziłoby obie strony na trudne
do wyobrażenia konsekwencje
społeczne, jak np. wygnanie z miasta "bezczelnych
bohunks" i
ostracyzm socjalny wobec "zwariowanego
doktora". Te dwa powyższe
przyklady (George'a Mazury i Jadwigi Pierzchajło) są jeszcze jednym przykładem różnic
pomiędzy imigrantami polskimi z przed i powojnia i tego jak głęboko psychikę
Kanady przeorały
doświadczenia II wojny światowej
powodujące że społeczeństwo Kanadyjskie prędko uznało tolerancję za swój sposób postępowania.
Imigranci 3-go
etapu różnili
się od swoich poprzedników
pod kilkoma
względami. Po pierwsze
nie przybywali
masowo. Ich
decyzje emigrowania z
Polski następowały po
długich, nieraz wieloletnich i bardzo
skrywanych rozważaniach
na temat
sytuacji w PRL-u i pod wpływem ich
własnych marzeń o życiu
w wolnym
kraju. Bardzo często wykorzystywali fakt
znalezienia
się zagranicą na wycieczce. Wielu
artystów i sportowców "wybierało wolność" przy
okazji występów
artystycznych lub zawodów
sportowych. Otwarcie emigrowało z PRL-u raczej niewiele
rodzin i to przede wszystkim byli ludzie, którzy wyjeżdżali z PRL-u w celu
łączenia rodzin. Reszta wykorzystywała najrozmaitsze możliwości wydostania się z PRL-u sposobami legalnymi lub nielegalnymi.
Byli
to zatem ludzie, którzy
wiedzieli że
mają profesję,
która może im zapewnić
w Kanadzie prawie
natychmiastową pracą zawodową.
Podstawowym elementem
imigracji z lat 1957-1979 było więc
posiadanie było
dobrych kwalifikacji zawodowych, artystycznych sportowych często sprawdzonych praktyką jeszcze z PRL-u . Ponadto byli to w
ogromnej większości ludzie
młodzi, lub wchodzący w wiek średni co
zapewniało
im dowiadczenie zawodowe
tak pomocne przy znajdywaniu pracy w swoim zawodzie w Nowym Kraju.
Imigranci tego
etapu różnili
się także od swoich
poprzedników pełną świadomością decyzji opuszczenia
PRL-u na zawsze i rozpoczynania swego życia na
nowo w Kanadzie. Byli to więc
jednocześnie imigranci
polityczni i ekonomiczni
korzystający ze swego dobrego
przygotowania zawodowego, które w Nowym
Kraju otwierało przed nimi możliwości dobrobytu lub kariery
zawodowej.
Kobiety tego
etapu imigracji
były w większości samodzielne,
sprawne w swoich zawodach i pełne
inicjatywy. Jeśli tylko miały wykształcenie pozwalające
na otwarcie prywatnego biznesu to natychmiast z tego korzystały. Nie
ograniczały
się przy tym do pozostawania w dwu centrach imigracyjnych - Montrealu i
Toronto , ale, ciekawe nieznanego świata
i pewne
siebie
szukały w którym z miast kanadyjskich będą się najlepiej czuły. Po latach wiele z nich jest zagorzałymi patriotkami swoich prowincji, jednocześnie
utrzymując więzi z współrodakami
w całej Kanadzie. Inne poznawały po kolei całą Kanadę, powoli czując się coraz bardziej związanymi z całym krajem.
Wiele kobiet miało profesje
poszukiwane wówczas w Kanadzie, inne natychmiast przystępowały do uzupełniania
swoich kwalifikacji bądź
przez naukę języków , nostryfikacje, bądź przez kończenie
odpowiednich kursów na
uniwersytetach kanadyjskich. Stąd na 11 respondentek
na
mini-ankietę przybyłych
w okresie 1957-1979 do Kanady 10 stwierdziło, że ich pierwsza praca była zgodna z ich wykształceniem i
oczekiwaniami, jedenasta respondentka przybyła do Kanady jako dziecko z rodzicami. Następnie
7
respondentek odpowiedziało, że
wynagrodzenie za tę pracę
było wystarczające na życie
codzienne, a 3 osoby zaznaczyły,
że ich pensje były
dodatkiem
do zarobków męża.
Dwie respondentki dodały,
że mogły ze
swoich pensji pomagać
także pozostawionym w Polsce
rodzinom.
Na pytanie
jakie
imigrantka z tego okresu miała osiągnięcia w
swoim życiu w Kanadzie respondentka o symbolu N pisze wychowałam syna,
jest wykształconym
samodzielnym człowiekiem,
na pewno jestem lepsza zawodowo, niż byłam 25 lat temu, ciągle pracuję z dużą satysfakcją....zarabiam zupełnie nieźle, daję
sobie radę i jestem
z tego dumna. Jeszcze inna
respondentka odpowiedziała krótko w życiu rodzinnym -
szczęśliwe pożycie z mężem;
w zawodowym - poznanie innych
metod pracy aniżeli w
Europie; prywatnym - utrzymanie więzi rodzinnych
i przyjacielskich w Polsce i zawiązanie nowych przyjaźni
w Kanadzie
Na następne pytanie dotyczące oczekiwań
wobec Kanady 9
respondentek odpowiedziało, że przybyło do Kanady
aby
żyć w
wolnym świecie bez nieustannej
kontroli środowiska.
Dwie respondentki dodały
do tego, że
ich przyjazd do Kanady był wynikiem poszukiwań spokojnego
miejsca bez prześladowań politycznych, a jedna podkreśliła, że celem jej przybycia
do
Kanady było zrobienie
kariery. W dalszym ciągu na pytanie co imigrantka
zrealizowała ze
swoich oczekiwań 4
respondentki odpowiedziały, że zrealizowały
wszystko czego oczekiwały i
o czym marzyły ;
jedna podkreśliła, że założyła własne przedsiębiorstwo
a inna, że została full
professor. W sumie
w całej ankiecie jest
to największa grupa
kobiet, które otwarcie
przyznają się , że ich emigracja do Kanady pozwoliła
im na zrealizowanie
swoich oczekiwań lub
marzeń.
Z kolei na pytanie o najtrudniejsze momenty w życiu w Kanadzie respondentki tego etapu nadal są bardzo szczere. Aż 4 respondentki podkreślają że najtrudniejsze momenty
byby
związane z samotnością wywołaną brakiem zrozumienia
nowego środowiska
i
jednoczesnym odcięciu od Starego Kraju ze względów ustrojowych .Jedna
pisze Z racji
pobytu w Kanadzie
nie miałam specjalnie trudnych
momentów, jeśli nie liczyć nostalgii i pytań co ja tu robię . Respondentka o symbolu P ujęła to jeszcze
inaczej... zaakceptowanie
faktu anonimowości. Zasada
absolutnej równości stosowana na codzień
w Kanadzie tak uderzająca dla
przybysza z Europy w krótkim
czasie wytworzyła uczucie, że się jest
traktowanym życzliwie lub obojętnie,
jak bezimienny osobnik
w stadzie
Jedyną kobietą, która przybyła do Kanady
w trzecim etapie
imigracji (
1957 - 1979 i napisała pamiętnik
, jest Zofia Janik.
Z jej
pamiętnika został opublikowany fragment dotyczacy jej kariery
zawodowej jako dokumentalistki
. Jego podtytuł
brzmi Quebec, moja
druga ojczyzna, co
dobrze oddaje atmosferę
entuzjazmu i życzliwości
autorki wobec Prowincji Quebec oraz pracodawców instytucji rządowej zajmującej się dokumentacją i problematyką
osób kalekich. Zofia Janik przybyła do Kanady na podstawie stypendium
francuskiego zapewniającego jej studia doktoranckie
na Universite
de Montreal . Po ich
ukończeniu nowo
upieczona doktor
filozofii przekonała się, że w Kanadzie nie ma dla niej posady
i dlatego zdecydowała
się na zrobienie dwuletnich magisterskich
studiów bibliotekarskich.
To, jak pisze dało jej
konkretny zawód
i pozwoliło
wygrać w konkursie o stanowisko dokumentalisty w nowo powstałej rządowej
instytucji zajmującej się
problematyką osób kalekich. Centrum
dokumentacji w którym
pracuje Zofia Janik znajduje
się w Drummondville, małym mieście na północny
wschód od Montrealu. Jej zdaniem konkurs o posadę wygrała
dzięki użyciu trzech słów-kluczy :
tezaurus, marketing i elastyczność
. Z opublikowanego fragmentu pamiętnika Zofii Janik widać, że
jest ona zachwycona zarówno organizacją pracy w tej rządowej placówce jak i stosunkami międzyludzkimi panującymi w niej.
Dla nas Zofia Janik jest jeszcze
jednym przykładem do
jakiego stopnia wieloetniczność jest
obecnie akceptowana w Kanadzie zarówno jako norma w pracy jak i życiu
prywatnym
Wykształcenie i sztuka przede wszystkim
Wchodzenie Kanady w
"nową skórę", a naprawdę w drugą połowę XX wieku odbywało się szybko i
niepostrzeżenie. Inicjatywa poszczególnych przedsiębiorców
, łatwa dostępność kredytów
i chłonny rynek
sprzyjały rozwojowi przemysłu i rolnictwa oraz rozrostowi miast. Budowa
nowej hydroelektrowni łączyła się ze
wzrostem konsumpcji energii elektrycznej to z kolei wpływało na większy
popyt
na gadgety gospodarstwa
domowego, na elektryfikację wsi, a
przez nią na wzrost mechanizacji rolnej
i lepsze zbiory. Przy każdym nowym
ogniwku tego łańcuszka powstawały nowe posady,
w tym także dla wykwalifikowanych imigrantów.
Handel szedł
krok w krok ze wzrostem produkcji i
konsumpcji. Kanadyjczycy
ciągle żywo pamiętający
ubóstwo i
głód
przedwojennego kryzysu poprostu korzystali z powojennego
dobrobytu i rozumieli że do tego rozwoju
potrzebni są wykwalifikowani
imigranci.
Zaczął się również
prześpieszony rozwój kultury. Tworzono
orkiestry symfoniczne, szkoły baletowe, organizowano wystawy malarstwa i
rzeźby,
popierano domy wydawnicze, stacje radiowe i zarówno rząd federalny jak i
prowincjalne zachęcały indywidualnych artystów do twórczości. Każdy
rodzaj kanadyjskiej twórczości arystycznej
i literackiej był witany
w mass-mediach. W kraju, w którym
w
latach kryzysu lat trzydziestych książki były dla ogromnej większości niedostępnym
luksusem w latach pięćdziesiątych
i sześćdziesiątych
budowano biblioteki, sale
operowe i koncertowe i organizowano balety. Należało do dobregu
tonu
znać się na muzyce, chodzić
na koncerty, rozmawiać o wartości artystycznej obrazów, rzeźb, książek, znać się na najważniejszych prądach filozofii.
Pierwsze lata
powojenne ciężko przeżywane przez polskich uchodźców były
także trudne dla
polskich artystów, którzy wówczas przybyli
do Kanady. Ale
wraz z gospodarczą prosperity i nową formułą
społeczną, poprawiała się i dola artystów imigrantów.
Jedną z pierwszych artystek-rzeźbiarek
i malarek była Genowefa "Nuta"
Staroń, przybyła do Kanady
w 1949
roku. Już w 1951 wystawiała
swoje obrazy w Newman
Club Uniwersytetu w Toronto. Pięć lat
później zaczęła studia
rzeźbiarskie zakończone
dyplomem mistrzowskim oraz Medalem Uznania gubernatora Ontario. Od 1964 roku brała udział
w
wystawach grupowych prestiżowych organizacji artystycznych Kanady
oraz w wystawach polonijnych. Działała także społecznie w Polsko-Kanadyjskim Towarzystwie
Muzycznym ( była jedną
z jego inicjatorek), w
Federacji Polek w Kanadzie, w Towarzystwie
Przyjaciól Harcerstwa
i Polskiego
Klubu Artystów. Została
dwukrotnie (w latach 1986 i 1992)
odznaczona przez Ontaryjskie
Ministerstwo Spraw Obywatelskich i Kultury
W latach sześćdziesiątych
polscy
malarze podobnie jak wszyscy inni "artyści
-etnicy" wyraźnie
zmierzali ku lepszemu. Ich vernisages były
licznie odwiedzane, częściej
wystawiali swoje prace w galeriach i byli
opisywani w gazetach.
To samo dotyczyło innych gałęzi sztuki jak
ceramika, produkcja kilimów, gobelinów itp. Od
chwili kiedy Kanada znalazła własną fomułę
społeczną i kulturalną każda forma
artystycznego wyrażania się Kanadyjczyków
zarówno jak i Neo-Kanadyjczyków lub imigrantów,
którzy jeszcze nie otrzymali
obywatelstwa kanadyjskiego była
uznana za twórczy wkład w kulturę
kanadyjską.
Znalazło to swój wyraz w ilości artystów
przyjmowanych do Kanady jako emigrantów.
To w latach 70-tych przybyli
do
Kanady liczni twórcy
i artyści. Aniela Zuzanna Madsgaard,
niepełno-sprawna malarka
urodzona w Buenos Aires, a w Kanadzie zajmująca się przede wszystkim polską sztuką ludową, malując,
wycinając lub ozdabiając talerze i pudełka motywami ludowymi. Wystawiała początkowo
w polonijnych organizacjach
a później w
Cedar Ridge
Creative Center w Scarborough.
Maria Ciechomska artysta
plastyk jest w Kanadzie
od 1974 roku i tu zrealizowała swą twórczość w produkcji gobelinów
i obrazów. Jadwiga Byszewski, rzeźbiarka
i historyk sztuki
od 1980 roku wykłada
historię sztuki na uniwersztetach York w
Toronto, Brock w St. Catherines, w Guelph i Wilfrid Laurier w Waterloo. Jest
ona także założycielką i
prezeską ECHO (
European Canadian Heritage Origin Research Institute) i
prowadzi badania nad wpływami różnych
kultur w
Kanadzie. Jest także
od roku 1979 aktywną działaczką kulturalną w
środowisku kanadyjskim.
Maria
Anna Harley, muzykolog, która zrobiła
doktorat z dziedziny
muzyki współczesnej na
Universytecie McGill w
Montrealu wykładała tam od
1991. Jej liczne
rozprawy naukowe są publikowane w
periodykach
muzykologicznych. Teresa
Duczkowska-Gulak absolwentka Akademii
Sztuk Pięknych w
Warszawie przybyła do
Kanady w 1990 r. Zajmuje się malarstwem, rzeźbą, metaloplastyką
oraz projektowaniem wnętrz a nawet
produkcją biżuterii własnej inwencji. Jest bardzo czynna, bierze udział w
licznych
wystawach w Stanach Zjednoczonych
i Kanadzie. W latach 80-tych do
Kanady przybyła
też Ewa Kujawska, malarka, która już rok po przybyciu do Kanady zaczęła wystawiać swoje
obrazy w kanadyjskich galeriach publicznych Ottawy. Także w latach 80-tych przybyła do Kanady Wiesława Todros, muzyk specjalizująca
się w
grze
na klawesynie, koncertuje oraz uczy
muzyki w Ontario. To tylko kilka przykładów licznej grupy polskich twórczyń z różnych dziedzin sztuk pięknych mieszkających i pracujących przeważnie w Prowincji Ontario.
Słownik biograficzny polonijny Kto jest Kim w
Polonii Kanadyjskiej wykazuje
charakterystycznie dużą ilość
artystek,
aktorek, śpiewaczek, rześbiarek, malarek, graficzek ręcznych i komputerowych, tkaczek artystycznych,
gobeliniarek oraz Polek
działających we wszystkich
innych zawodach twórczych, przyjmowanych do Kanady
od końca lat szesćdziesiątych. A przecież słownik ten kończy się na roku 1993 i koncentuje się przede wszystkim na imigracji polskiej w Ontario.
Oprócz kilku wymienionych przykładowo artystek i twórczyń
żyło, lub dotąd żyje i tworzy
w Kanadzie w drugiej połowie XX wieku
sporo imigrantek polskich parających
się twórczą działalnością w prowincjach słabo reprezentowanych
w Kto jest Kim w Polonii Kanadyjskie, ponieważ mieszkały
lub mieszkają w dalszych miastach różnych prowincji
Kanady, lub nie
zgłosiły na czas
swoich biogramów. Nie ma w nim także
aktorki i recytatorki Hanny Poznańskiej na
deskach teatralnych Polonii montrealskiej znanej i oklaskiwanej przez więcej niż 40 lat, zmarłej w roku 2003, w wieku
prawie 105 lat.
Hanna Poznańska przez długie lata działała także w Komitecie Pomocy Dzieciom
Polskim i
była członkinią
FPwK Ogniwo
Montreal.
Lata 60-te i
70-te, to lata szybkiego bogacenia
się
Kanady, a jednocześnie
lata kiedy zarówno rząd federalny jak
i prowincjalne kładły coraz większy
nacisk na rozwój kulturalny społeczeństwa. Każda prowincja
chętnie więc
wspomagała imigrantów
działających w różnych dziedzinach twórczości, bo
ich dzieła słusznie uznawano za wkład danej prowincji do ogólnego
wzrostu
kultury Kanady, to zaś oznaczało swoisty awans
kulturalny danej prowincji.
Lata sześćdziesiąte w Ameryce
Północnej, to także lata niepokoju społecznego, walki przeciwko
skostniałym pojęciom społecznym, od wiktoriańskiej moralności i podwójnego
standartu moralnego (przecież właśnie
wprowadzono na rynek "the Pill"), przeciwko zmumifikowanym "świętościom
społecznym" kryjącym się za
frazesami bez pokrycia, aż po
kwestionowanie pojęcia patriotyzmu i sensu wojny ( szczególnie
wietnamskiej), Pojawiło
się także
nowe podejście do mniejszości narodowych.
Amerykańska idea melting pot według
której imigranci mieli asymilować się przez dosłowne
roztapianie się w kulturze kraju przyjmującego uznana została
za niedoskonałą. W Kanadzie
zastąpiono ją w latach 60-tych przez ideę mozaiki narodowościowej. Poczucie
wyższości jednej narodowości nad drugą będące w przeszłości rzeczywistym usprawiedliwieniem
legalnej dyskryminacji każdej mniejszości
na kontynencie północno
amerykańskim uznano za niesprzyjające asymilacji. Na tym fermencie społecznym skorzystali
więc także i polscy imigranci oraz imigrantki
napływające do
Kanady .
Wykształcone Polki uciekające wówczas
z ciągle ubożejącej komunistycznej Polski , lub córki DiPisek w latach 60-tych zaczęły znajdować
prace
i pozycje na uniwersytetach Kanady. Chętnie otwierane
nowe
placówki naukowe i usługowe, które wymagały
fachowców. W szpitalach
na nowych oddziałach, w college'ach
i na uniwersytetach tworzono
nowe dyscypliny, które czekały na nowych profesorów. Idea
konsumeryzmu szerzyła się
jak ogień
w buszu i nowe pomysły, usługi lub
przedmioty dobrobytu były życzliwie
popierane. Każdy i każda, którzy mogli
pokazać coś nowego mogli liczyć na
zachętę i pomoc w realizacji swojego potencjału. Nowa epoka dobrobytu i sprawiedliwego
społeczeństwa ("just society") była już niemal w zasięgu ręki.
<>
Nic więc
dziwnego, że
imigrantki
polskie zaczęły także być znane w
środowiskach uniwersyteckich. Te które wcześniej jako
młode dziewczyny przybyły do Nowego Kraju
właśnie kończyły studia lub doktoraty,
inne posiadające już dyplomy
były odrazu
przyjmowane na stanowiska wykładowców i profesorów.
Wkrótce w środowiskach polonijnych w prawie
każdej prowincji znajdowano po kilka
nazwisk polskich kobiet profesorów
uniwersyteckich. Wiele z nich ma dziś bogaty wkład
w naukę i kulturę Kanady i Polonii
kanadyjskiej. Dla
przykładu wymienimy nazwiska kilkanastu kobiet,
które zdobywały swoje profesury uniwersyteckie w różnych okresach imigracyjnych. Lidia Maria Adamkiewicz-Gowor w 1952 roku zaczęła od lekarza szpitala
universyteckiego w Montrealu, kilka
lat później była
już profesorem
nadzwyczajnym Universite de Montreal. Anna Cieńciała, która w Montrealu zrobiła
doktorat z
historii czasów najnowszych na McGill University
, była później znaną
profesor najnowszej historii
polskiej na
uniwersytetach kanadyjskich i amerykańskich, z licznymi publikacjami
poświęconymi w znacznej mierze historii
Polski XX wieku i jej relacji z Europą Zachodnią i ZSRR. Marie T. Dobija-Domaradzka, dr. medycyny i
mikrobiologii, od 1957 była członkinią College
of Physicians and
Surgeons of the Province
of Quebec, później
została profesorem na Universite
de Montreal, a jednocześnie cały czas była wielką
społecznicą
polonijną. Wanda de Roussan dyrektor
literacki w Edition du St-Laurent
w Montrealu
oraz od 1977
roku profesor literatury
francuskiej i technik
teatralnych w College Andre Grasset również w Montrealu, pracuje cały czas sppołecznie
w polskim szkolnictwie
w Montrealu,
a ponadto
piastowała wiele innych funkcji w Kongresie Polonii Kanadyjskiej. Hanna Pappius,
zrobiła w Kanadzie
studia i doktorat na uniwersytecie McGill, od 1953 roku była pracownikiem naukowym Montrealskiego Instytutu Neurologicznego a od 1979 została
członkiem Wydziału Neurologii i profesorem tego
uniwersytetu, jednocześnie, w ramach pracy społecznej
jest od wielu lat dyrektorką
Biblioteki im W. Stachiewiczowej. Hanna Pappius przyczyniła się
do pogłębienia kontaktów PINKu z McGill University oraz z instytucjami
III RP, co znalazło swój wyraz w roku 2000 w nadaniu Instytutowi Orderu
Zasłużonych dla Kultury Polskiej przez Ministerstwo Kultury RP. W roku
2001 PINK został także uhonorowany przez Pocztę Polską wydaniem znaczka
pocztowego przedstawiającego Instytut jako jedną z 4-rech instytucji
polonijnych w Ameryce Północnej, szczególnie zasłużonych dla krzewienia
kultury polskiej w diasporze.
Nelli Turzańska w latacch
1964-69 pracownik Laboratorium
Zoologii Uniwersytetu w Toronto, a
następnie w latach 1970-81 w
laboratorium Cytologii TGH w Toronto wraz
z mężem została założycielką fundacji kulturalnej polonijnej im. Turzańskich w Toronto.
Do nowej fali Polek na
uniwersytetach należy także Iwona
Bogorya-Buczkowska, która po przybyciu do
Kanady w 1968 roku najpierw zrobiła
doktorat z anglistyki, potem drugi z
zasad zarządzania, poczym nadal wykładając na uniwersytetach i w college'ach otworzyła
w Toronto
swoją własną firmę konsultacyjną.
Klientami jej są dzisiaj nie tylko prywatni przedsiębiorcy, ale także
niektóre
departamenty rządu federalnego
oraz rządu prowincji
Ontario . Julita Teodorczyk-Injeyan przybyła
do
Kanady w 1978 roku. Początkowo była pracownikiem naukowym departamentu
Chirurgii University
of Toronto W
latach 80-tych została tamże
profesorem chirurgii (nauki podstawowe). Prowadziła
tam niezależne badania nad
ciężkimi poparzeniami i urazami ogólnymi. Od 1991 roku jest
członkiem zespołu naukowego
Trauma Research program przy Sunnybrook Health Sciences Centre, University of Toronto.
Rok później została profesorem imunologii na Uniwersytecie Torontońskim i kontynuuje tam jedyne w Kanadzie badania specjalistyczne w zakresie imunologii klinicznych oparzeń , współpracując z
laboratoriami w St. Zjednoczonych, Finlandii i Niemiec. Utrzymuje także kontakt z instytutem Hirszfelda we Wrocławiu, gdzie
przed wyjazdem do
Kanady była asystentką.
Ma
około 70 publikacji w czasopismach
specjalistycznych Wreszcie wśród imigrantów z okresu "solidarnościowego"
w Polsce znajdujemy Małgorzatę
Labudę, w Kanadzie
od 1982 roku, a od
1987 pracującą naukowo
w Oddziale Genetyki
Szpitala Shriners w Montrealu w dziedzinie biologii molekularnej i genetyki człowieka, inną
imigrantką tego samego
okresu jest Maria
Łoś, socjolog
i kryminolog, profesor
zwyczajny na Uniwersytecie
w Ottawie, pełni ona wiele
honorowych funkcji na Carlton University
w Ottawie, jest
członkiem licznych
instytucji naukowych w St. Zjednoczonych. Opublikowała kilkadziesiąt
artykułów naukowych w
językach angielskim, polskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim, portugalskim
i japońskim. Ma gościnne wykłady na
wielu uniwersytetach,
w
tym w Oslo, Cambridge, Oxford, Edinborough, Reading, Toronto, Stanford, Harvard, Yale, Northwestern, Pennsylvania, Massachussets, Wisconsin, Western Michigan i California.
Jednym z wielkich osięgnięć w
dziedzinie współpracy polsko- kanadyjskiej jest opracowanie przez Marię F. Zielińską, a następnie
wprowadzenie do kanadyjskich
bibliotek publicznych
programu Multilingual Biblioservice dzięki
któremu grupy etniczne w Kanadzie, po przez sieć
bibliotek publicznych mają dostęp do
książek drukowanych w ich językach. Maria Zielińska
prowadzi ten program od 1973 roku. Jest ona także
autorką bardzo cennego
dla bibliotekarzy podręcznika Multilingual Librarianship : An International Handbook.
Właśnie program Multilingual Biblioservice umożliwia
Polakom w całej Kanadzie dostęp do książki
polskiej, a także pozwala nawet w
małych lokalnych oddziałach bibliotek publicznych
organizować " Dni
książki polskiej". Hasło
to wypisane
ręcznie, ale poprawnie w niedużej bibliotece
publicznej w Surrey, BC zmusiło mnie do refleksji nad długością drogi, jaką język polski w Kanadzie
przebył
w ub. wieku. Warto przy tym wskazać na znaczny udział w
tej akcji ponad trzydziestoletnich
wysiłków wprowadzania
języka polskiego w Kanadzie , który należy
do polskich
imigrantek, od uchodźców z czasów wojny poczynając
a
na konkursach poprawnej
polszczyzny organizowanych przez Federację Polek w Kanadzie kończąc.
Według Wołodkowicza
w roku 1964/65 na uniwersytetach kanadyjskich
uczyło 35 Polek.
W tym, w Quebecu najwięcej, bo aż 16, z 8
kobietami na
Universite de Montreal i 7 na McGill University. Na
drugim miejscu w liczbie zatrudnionych kobiet na stanowiskach profesorów lub
wykładowczyń znalazła
się Brytyjska
Kolumbia, w
której University of British Columbia zatrudniało w
1964/65 roku 4 Polki. W Ontario ogółem na uniwersytetach pracowało 8 kobiet, w tym 3 kobiety na University
of Toronto i 2 kobiety na University of Ottawa. W Prowincji Manitoba na każdym z jej dwu uniwersytetów w Winnipegu uczyła jedna Polka podobnie jak na University of Edmonton w Albercie
i
w trzech uniwersytetach Nowej Szkocji. Ponadto 6 Polek pracowało w
1964/65 roku w bibliotekach uniwersytetów w
Quebec, Ontario, Alberta
i Brytyjska
Kolumbia oraz
11 kobiet było
zatrudnionych na
stanowiskach naukowych w Instytutach naukowych kanadyjskich i w
departamentach rządu federalnego. W tym 4 kobiety w Montrealu, 4 w Ottawie i 2
w Brytyjskiej
Kolumbii. Biorąc pod uwagę, że w latach 60-tych a
dokładniej w latach
1964-1965 Wołodkowicz
zarejestrował 213 polskich nazwisk w grupie akademickiej, naukowej i artystycznej Kanady, liczba 52 kobiet w tę grupę włączona wskazuje na ogromne udział imigrantek polskich w dziedzinie nauki w Kanadzie.
Imigrantki przybyłe z
PRL-u na ogół prędko i chętnie włączały
się do życia polonijnego. Wspomniany już przewodnik Polonii Kanadyjskiej "Kto jest Kim w Polonii Kanadyjskiej" zawiera biogramy stukilkudziesięciu
kobiet, z których mniej więcej jedna
trzecia podaje, że zajmowała się pracą
społeczną na rzecz Polonii. Wiele z
nich zostało w
latach późniejszych odznaczonych polskimi orderami
państwowymi oraz
specjalnymi wyróżnieniami polonijnymi,
prowincjalnymi i nawet federalnymi.
Na liście kobiet odznaczonych
przez
Kanadę za wieloletnią działalność społeczną wśród
imigrantów, albo przez III Rzeczpospolitą za pomoc Polakom
rozsianym po całym świecie
lub za pomoc Polsce
i jej dzieciom spotykamy kobiety,
które przybyły do Kanady w różnych latach powojennej emigracji
i nie zawsze są to osoby posiadające wysokie
kwalifikacje zawodowe, lecz
także i "domowe żony" i matki ,
które znajdywały czas na
udzielanie się w pracy społecznej. Wiele
kobiet zostało odznaczonych
kilkakrotnie, a to
przez prowincje
kanadyjskie, a to przez Kongres Polonii
Kanadyjskiej. Te ostatnie odznaczenia
mają szczególne znaczenie , są
bowiem wyrazem uznania współrodaków
za
pracę przy zachowaniu kultury polskiej w Kanadzie oraz
wkładu Polonii do kultury kanadyjskiej.
Uderza, że zakres
zainteresowań imigrantki polskiej
poszerzał się w miarę
poprawy
materialnej jej życia
i adaptacji do Nowego Kraju. Pierwsze
imigrantki z czasów przedwojennych
skupione były na własnej rodzinie i jej przeżyciu.
Imigracja wojenna i wczesna powojenna poszerzyła cele życiowe emigrantki walką
o zachowanie polskości na obczyźnie jako
najważniejszym imperatywie
ich życia.
Intensywność tej obrony
polskości była formą buntu przeciwko sytuacji
politycznej, która wbrew ich woli zmusiła je
do emigracji. W latach trzeciej fali (
1957-1979) świadome
swego
wyboru opuszczenia Polski i własnej chęci
integrowania się z Nowym Krajem Polki
poszerzyły swoje zainteresowania o sprawy aktualne w Kanadzie. Niektóre wstąpiły do kanadyjskich
partii
politycznych, inne z
zainteresowaniem śledzą do dziś politykę rządową
oraz stosunki między-etniczne, albo włączają się w
działalność
kanadyjskich organizacji poza rządowych
działających na całym świecie.
Szczególne zainteresowanie od
dawna budziły stosunki z Żydami, których
grupa w Montrealu była
zawsze duża i licznie reprezentowała Żydów o polskich
korzeniach lub mających krewnych,
którzy kiedyś mieszkali w Polsce. Wielu Żydów chciało sprawy stosunków między
obu narodami dyskutować z Polakami. Niektórzy Polacy i Żydzi do
dziś nie znają pełnej historii czasów
ostatniej wojny światowej. Wielu chciało swoje wiadomości sprawdzić. Inni poprostu
uważali, że są
podwójnej
narodowości polskiej i żydowskiej, czego dowodem był ich udział w
wojsku
polskim na Zachodzie, w AK, w Powstaniu
Warszawskim i w tylu innych sytuacjach
wymagających opowiedzenia się po której stronie stoją.
Początkowo po wojnie polskie imigrantki trzymały się na
uboczu stosunków polsko-żydowskich, jednak
w miarę
rozwoju dyskusji zaczęły
się do niej włączać. Do jednej z pierwszych Polek, które po wojnie poczuwały się do
wzięcia udzialu w rozważaniu zawikłanych
stosunków polsko-żydowskich
należała wspominana już Maria Teresa Dobija-Domaradzka, lekarka i profesor Universite
de Montreal. Była ona
nie tylko członkiem Kanadyjskiego
Trybunału do
Spraw Praw Człowieka, ale należała także do Rady ds. Stosunków
Chrześcijańsko-Żydowskich.
W późniejszych latach trzeciego etapu imigracji (
1957 - 1979) potrzebę
nawiązania kontaktów ze społecznością żydowską
rozumiała także Irena Tomaszewski, urodzona na Syberii, dokąd
zostali wywiezieni
jej rodzice podczas II wojny
światowej. W roku
1950 pp. Tomaszewscy
razem z paroletnią Ireną wyemigrowali do
Kanady, gdzie Irena ukończyła
szkoły i studia i już jako dorosła kobieta
ustaliła dwa główne kierunki swoich
zainteresowań. Jednym
z nich była potrzeba
nawiązania polsko-żydowskiego dialogu, a drugim, zrozumienie
najnowszej historii polskiej, szczególnie
dotyczącej XX wieku. Na oba te zagadnienia Irena Tomaszewski patrzy już
oczami Kanadyjki polskiego pochodzenia. Zamieszkała w Montrealu
w roku 1994 Irena Tomaszewski razem z
polsko-żydowską powieściopisarką Tecią Werbowską z tego
samego okresu
imigracyjnego również z
Montrealu opublikowały po polsku i po angielsku książkę p.t. Zegota na temat polskiej podziemnej organizacji
pomocy Żydom podczas II wojny światowej. Opierając
się na
zebranych dokumentach obie autorki opisały działalność
tej organizacji na tym
terenie Polski, ktory naziści nazywali Generalną Gubernią. Działalność Żegoty była
nieznana Kanadyjczykom. Stąd, po
opublikowaniu książki,
historią Zegoty zainteresowała się CBC (Canadian Broadcast
Corporation), najważniejsza stacja radiowa i telewizyjna
Kanady. Wyemitowała ona film
dokumentarny o Żegocie,
pokazywany w całym Kraju. To z kolei spowodowało
w wielu szkołach kanadyjskich i nawet amerykańskich
dyskusję na temat tej
organizacji oraz sytuacji , która
doprowadziła do jej powstania. Do Żegoty , organizacji finansowanej
częściowo przez
Rząd Polski w Londynie a częściowo przez organizacje żydowskie należało szereg
ważnych osobistości ze świata przedwojennej Polski. Jej organizatorami byli między innymi Władysław Bartoszewski i bardzo znana
przedwojenna katolicka pisarka Zofia Kossak. To ona wymyśliła dla organizacji nazwę Żegota. Aresztowana przez hitlerowców
została wywieziona do obozu w
Brzezince
(kobiecy oddział obozu w Oświęcimiu)
, gdzie przeżyła aż do wyzwolenia przez Armię Czerwoną. Wspomnienia
Zofii Kossak były pierwszą polską
publikacją poruszającą między innymi historię Żegoty.
Irena Tomaszewski przez lata współpracowała także z Komitetem Współpracy Polsko-Żydowskiej
w Montrealu,
nadal działając w intencji
rozwijania dialogu polsko-żydowskiego.
Dzięki jej inicjatywie
uczestnicy Marszu Żywych organizowanego przez
Żydów o polskich korzeniach ,
podczas swoich wizyt w Polsce
zaczęli nawiązywać kontakty z polską
młodzieżą w celu poznania dzisiejszego społeczeństwa polskiego. W
ostatnich latach Irena
Tomaszewski bierze udział w
spotkaniach ze społecznością żydowską Kanady wschodniej oraz Stanów Zjednoczonych, organizowanych
przez rabinów w
ich lokalnych
synagogach. Tematy poruszane
na tych spotkaniach często
wykraczają poza ramy polsko-żydowskie, ale są
związane z cierpieniami jakie obie nacje przeżywały podczas pięciu lat okupacji nazistowskiej. Na jednym z
ostatnich spotkań Irena Tomaszewski
omawiała życie i śmierć młodej Polki i
katoliczki, Krystyny Wituskiej. Ten ostatni temat jest związany z drugim kierunkiem zainteresowań Ireny
Tomaszewskiej. Badania nad nim spowodowały opublikowanie
przez nią w 1997 roku książki p.t. I
Am First A Human
Being (w języku angielskim). Książka oparta jest na
zbiorze listów Krystyny Wituskiej, ziemiańskiej córki,
która za
pracę w podziemiu
polskim podczas wojny znalazla się w
niemieckim więzieniu. Czekając na swoją egzekucję
pisała listy, które odnalezione po jej śmierci
stały sią przejmującym świadectwem życia młodej więźniarki w
czasie nieludzkich rządów nazistów w
okupowanej przez nich Polsce. Dzięki edycji w języku angielskim
i ta publikacja stała się również przedmiotem dyskusji w
szkołach kanadyjskich.
Innym przykładem nawiązywania
kontaktów pomiędzy grupami
etnicznymi Polaków i Żydów w Montrealu jest
Irena Bellert, profesor McGill i
krewna Krystyny Wituskiej.
W ramach swojej
pracy społecznej Irena Bellert
jest prezeską Kanadyjskiej Fundacji Dziedzictwa
Polsko-Żydowskiego. Fundacja ta pod prezesurą I. Bellert
organizuje otwarte
spotkania z wybitnymi przedstawicielami obu grup etnicznych .
Na
spotkaniu z października
2002 organizowanym
wspólnie z P.I.N.K. i pod
protektoratem Konsula
polskiego w Montrealu omawiane było życie czterech kobiet Pierwszą była Irena Sendlerowa, Polka, która uratowała z Zagłady wielką
grupę 2,500 dzieci żydowskich wykradanych z getta
warszawskiego i przechowywanych
przez Polaków do końca wojny na papierach aryjskich. Natępnie
przedstawione
zostały losy dwu Żydówek, Elżbiety Zielińskiej - Mundlak i Elżbiety Ficowskiej, które jako niemowlęta zostały
także wyniesione
z getta warszawskiego i wychowywane jako
własne przez opiekujące się nimi Polki. Ostatni punkt spotkania
wypełniła historia Żydówki Renaty Skotnickiej-
Zajdman, wyprowadzonej
z getta przez granatowego policjanta. Renata Skotnicka- Zajdman od 1948 roku mieszka w
Montrealu.
Irena Bellert bierze
ponadto
udział w poszukiwaniach Polaków, którzy
podczas II wojny
światowej pomagali Żydom, ukrywając ich i wyrabiając im aryjskie papiery, ponieważ wielu Polaków nadal
jeszcze nie
zgłosiło
i nie udokumentowało swojego
bohaterstwa. Także współpracuje z organizacją Dzieci Holocaustu poszukując
Żydów,
którzy jako dzieci znaleźli się w gettach
zorganizowanych przez hitlerowców w miastach polskich, ale zostali uratowani od
śmierci
przez pomoc
Polaków i Polek.
Coraz częściej też rozwija się współpraca pomiędzy
poszczególnymi
Polkami i instytucjami
społecznymi kanadyjskimi. Pomijając
długoletnie kontakty Komitetu
Pomocy Dzieciom
Polskim z Montreal Council
of Women, instytucją która K.P.D.P.(Komitet
Pomocy Dzieciom Polskim) zapewniła własny charter, szereg
Polek indywidualnie włączyło się w
pracę poza rządowych organizacji kanadyjskich obejmujących swym
działaniem całą
kulę ziemską.
Do tych ostatnich należy Jadwiga Urbańska, która przybyła
do Kanady w 1959 roku i aż do emerytuty pracowała w Montrealu jako fizjoterapeutka, a po zakończeniu
pracy zawodowej niezdolna bezczynnie
siedzieć w domu skierowała swoję energię na pracę społeczną. W CESO (Canadian Executive
Service Oversea) zgłosiła gotowość
pracy jako fizjoterapeutka w
krajach zamorskich, a po drugie skończyła w Montreal Blind Association specjalny 6-ciomiesięczny kurs Braille po angielsku "żeby móc
używać skrótów przy pisaniu książek na
komputerze dla niewidomych" Używanie
tych skrótów bardzo ułatwia
pisanie
książek systemem Braille, a jest mało znane w krajach słabiej zaawansowanych
technologicznie. Skróty w
Braille są użyteczne, ponieważ zmniejszają
rozmiar książki
i przyspieszają
czytanie. W ramach CESO, Jadwiga Urbańska
jako wolontariuszka,
została zaproszona do
Zakładu dla Niewidomych w Laskach, aby przedstawić tę metodę używania
skrótów Braille'a.. Po powrocie z Polski kilkakrotnie
gościła u
siebie przedstawicieli dyrekcji zakładu w
Laskach, organizując przybyłym przedstawiciolom liczne spotkania
i kontakty z kanadyjskimi
organizacjami
wolontarystycznymi z tej dziedziny. Dzięki temu ..." w
Laskach znają skróty, ale ich nie
wprowadzili.... i wobec tego młodzież nie
ma dostętu do
literatury angielskiej, gdyż wszystkie książki obecnie,
z wyjątkiem tych dla
najmłodszych, używają skrótów..." .
Obecnie J.
Urbańska pracuje nad udostępnieniem tej metody
dla niepełnosprawnych w Thies i w Dakarze w Senegalu, dokąd CESO już dwukrotnie ją
wysyłało, a
ponadto bierze udział
w organizowaniu w
Armenii, ośrodka rehabilitacji
i opieki nad dziećmi po porażeniach, uszkodzeniach mózgu i tym
podobnych chorobach.
Na wybiegu kanadyjskim
Od
lat powojennych wykształcone Polki były dla niektórych
Kanadyjczyków swoistą atrakcją seksualną. Jak wyraził to pewien wyższy urzędnik
rządowy... jeszcze nigdy
nie spałem z
kobietą, która ma
doktorat i jestem bardzo ciekaw takiego przeżycia... Bez wątpienia taka opinia, szczerze i naiwnie wyrażona sprzyjała ugruntowaniu poczucia
własnej wartości
wśród wielu imigrantek i potrafiła
osłodzić niejedną chwilę
ciężkiego wysiłku. Bey wątpienia
również
wskazywała ona na pokutującą
w latach 60-tych wśród
Kanadyjczyków ideę , że kobieta jest przede wszystkim postrzegana jako obiekt seksualny, a
jej przygotowanie zawodowe
i ambicje są
widziane raczej jako ozdoby jej kobiecości. Niejednej
fachowo przygotowanej imigrantce
musiało więc być gorzko i samotnie
zanim sobie wywalczyła stanowisko i zaistniała na nim jako zawodowiec. Chociaż
początki życia w Kanadzie
były już wówczas znacznie łatwiejsze,
aniżeli w latach poprzednich, to
jednak trzy integralne
czynniki : wykorzenienie społeczne, alienacja kulturalna i samotność w
stosunkowo krótkim czasie
dawały o sobie znać w życiu większości imigrantek
tego etapu, tym bardziej,
ze imigrantki
z PRL-u , w
odróżnieniu od kobiet
z poprzednich etapów wchodziły odrazu w
środowisko kanadyjskie.
To samo
zresztą dotyczyło także i imigrantek
z fali "solidarnościowej".
Mimo zajmowania lepszych stanowisk one także narzekały na osamotnienie w nowym dla nich społeczeństwie.
Zaczynało się wtedy okazywać, że łatwo nawiązywana friendship,
to to
nie to samo co po polsku
przyjaźń, w której można
zaufać i nawet przyznać się
do bezradności. Anglo-Kanadyjczycy
nie lubią ludzi bezradnych, lub skarżących
się na los i
choć naogół są bardzo uprzejmi i życzliwi utrzymują dystans, który
nie pozwala na typową
polską zażyłość. Franko-Kanadyjczycy
natomiast, choć temperamentem
bardziej zbliżeni do
Polaków, od czasu revolution tranquille są tak bardzo zaabsorbowani problemami własnej
kultury i narodowości, że po prostu nie
dociera do nich pytanie
co się dzieje w
duszach
ludzi wykorzenionych. Oni
niejako automatycznie oczekują, że les allophones będą z nimi się identyfikować.
Mimo to jak w każdej sytuacji,
w
której spotykają się ludzie z różnych
kultur jest sporo przyjaźni
polsko-kanadyjskich, zwykle rozwijających
się w miarę bliższego poznawania się obu stron.
Alienacja kulturalna i
samotność
dawały imigrantkom znać o
sobie na rozmaite sposoby. Czasami poczucie obcości kulturowej
wywoływało w reakcji
przesadne podkreślanie bogactwa kulturalnego Polski. Także jako reakcja
na odmienność kultur nachodziła
na niektóre imigrantki świadomość własnej
odrębności kulturowej.
Rodziło się
poczucie
istnienia jakiejś niewidocznej ściany pomiędzy życzliwymi,
a jakże, Kanadyjczykami a
poszczególnymi Polakami
próbującymi w obcym środowisku utrzymać swój własny
wizerunek wyniesiony z Polski. Niektóre imigrantki
nie mogły sobie dać rady z podwójną kulturą. Jedna
z respondentek naszej ankiety pisze, że
poczucie obcości
wobec Kanadyjczyków istniało
bo,...na początku i język
i kultura były barierą.
Ale po 30-tu latach
pobytu stale czujemy się zawieszeni
pomiędzy środowiskiem polonijnym a
kanadyjskim... Czy to wynikało z
braku energii imigrantek,
które nie chciały, lub poprostu nie widziały wyciągniętej
życzliwie ręki kanadyjskiej, czy też z
wewnętrznego zamknięcia się w sobie z
żalu za utraconym własnym społeczeństwem, a
może z niezrozumienia
kultury kanadyjskiej? zawsze
najgorzej wychodziły na tym
same imigrantki. Faktem
jest, że nie
wszyscy imigranci,
kobiety i mężczyźni potrafili się zdobyć na
wysiłek
podjęcia wyciągniętej przyjaźnie ręki i brania
udziału w otaczającym ich życiu.
W miarę narastania
oficjalnej i rzeczywistej życzliwości
społeczeństwa kanadyjskiego wobec imigrantów, ci
ostatni nabierali pewności siebie. Zdarzało się, że przekonanie
o ważności własnej osoby lub
kultury wkraczało w arogancję,
albo poprostu w chamstwo, tak jak to miało miejsce w przypadku następujących
odpowiedzi na ankietę : Poczucie obcości wobec
Kanadyjczyków związane było chyba ze
wszystkim po trochu. Nigdy
nie próbowałam przełamać (go- mój dopisek), bo nie
widziałam ani nie czułam żeby mi to było potrzebne.
, albo Poczucia obcości wobec Kanadyjczyków nie
przełamałam,
bo nie chcę przełamać -
ignoruję Kanadyjczyków. Czy te kobiety zdawały sobie
sprawę, że przybyły
do obcego kraju i że gospodarzami ich
nowego społeczeństwa są
Kanadyjczycy? Czy też były to próby "odbicia
sobie" na Kanadyjczykach
skutków swoich
własnych frustracji?
W rozmowach z Kanadyjczykami imigrantki polskie
podkreślały czasami wielkość,
powagę i znaczenie uczuć
patriotycznych Polaków. Robiły to szczególnie wtedy, gdy
zdumione
lekkością, lub przymróżeniem
oka na jakie pozwalają sobie nieraz
Kanadyjczycy mówiąc o swoim patriotyźmie. Nie rozumiały bowiem, że jest to
lekki sposób mówienia o sprawach,
które wcale nie są mniej ważne dla nich niż dla
Polaków. Być może
były
to próby równoważenia kompleksów imigranckich.
Jeśli jednak spragnione
serdeczniejszych kontaktów
imigrantki nie mogły liczyć na
natychmiastową "polską" przyjaźń, to wzamian otrzymywały od
mieszkańców Kanady dużo zyczliwości, cierpliwości, a
także rzetelnej pomocy w chwilach, kiedy
jej potrzebowały.
Charakterystyczne są tu wypowiedzi
respondentek ankiety. Przyjechałam
(do Kanady) po studiach medycyny
w Irlandii i tam zostałam zaadoptowana
w środowisku angielskim Albo zupełnie wyraźnie... mam
przyjaciół anglo- i franko-języcznych-
W spotkaniach z Polonię większość przybywających kobiet z PRL-u i z fali solidarnościowej z reguły stawała w obronie społeczeństwa Polski komunistycznej, staranie
oddzielając społeczeństwo od wrogiego reżymu,
który obarczały winą za
wszystkie wady, błędy i niepowodzenia Polaków.
W Toronto i w Montrealu każdy
etap imigracji był
licznie reprezentowany i można było łatwo znaleźć grupę polską odpowiadającą wiekiem, wykształceniem
i nawet usposobieniem. Natomiast w miastach
innych prowincji, a szczególnie w Kanadzie zachodniej, gdzie
imigranci drugiego i trzeciego etapu
zdołali już wytworzyć
swoje wspólnoty polsko-kanadyjskie
i nieformalne więzy przyjaźni, późniejsze imigrantki nie
zawsze współgrały odrazu
z
poprzednią fazą. Subtelne różnice wywołane dynamiką kultury
polskiej różnych, choć czasowo bliskich
sobie okresów wojny, komunistycznego
powojnia i okresu rozpadającego
się
komunizmu przekładały się
czasami na nieufnoźć, bądź nawet niechęć jednej grupy wobec drugiej. Od
indywidualnych wysiłków zależało włączenie się w
grupę, albo izolacja od
niej. Ponieważ nie można żyć bez ludzi, więc trzeba było znaleźć
sposób aby się do nich dostać Kiedy
więc dla równowagi psychicznej potrzebowały kontaktów z
rodakami, musiały się wykazań przed grupą, do której chciały się dostać
i niezależnie od tego czy były
lekarzami, profesorami uniwersyteckimi, czy
pracowały w innych zawodach, albo były poprostu żonami
i
matkami, dla imigrantów polskich, były przede wszystkim
kobietami których osobowość oraz stosunek do
Polski musiały
być poddane szczegółowym oględzinom. Obowiązywał
surowy antykomunizm i dawniejsi imigranci
oczekiwali wyraźnego sprecyzowania poglądów przybyszki z komunistycznej
Polski. Uważano także, że Polak to
katolik, a już szczególnie
odnosiło się to
do Polek, więc przywiązanie
do Kościoła rzymsko-
katolickiego było zawsze
skrupulatnie obserwowane przez starszą grupę
imigrantów polskich.
W dużej mierze ostrożność w witaniu
nowo przybyłych była odbiciem dawnej
podejrzliwości dominującej
sytuację światową podczas zimnej wojny pomiędzy ZSRR
a Zachodem, toczonej na wielu szczeblach
i
instrumentach. Polonia podobnie jak wszystkie inne grupy etniczne była
w nią zamieszana. Z
natury środowiska etniczne były szczególnie narażone na
wślizgiwanie
się w nie agentów wywiadu sowieckiego, o czym wojenni
i powojenni imigranci wiedzieli i przed czym
się starannie chronili.
W socjalizacji nowo przybyłych
imigrantek rozwijała się typowa
dwupoziomowość. Polegała ona na
oddzielaniu kontaktów anglo- i francusko-języcznych od polskich.
Zawodowe znajomości odbywały
się w jednym z tych języków i
obejmowały
Kanadyjczyków wszystkich korzeni narodowych. Kontakty
towrzyskie z nimi były
utrzymywane na specjalnym poziomie, na
którym imigrantki starały się tak
zachowywać jak osoby już zasymilowane, ale przeważnie
podświadomie pamiętały o swojej w tym środowisku obcości. Stosunki te były
poprawne i często bardzo
życzliwe, szczególnie ze
strony Kanadyjczyków,
którzy rzeczywiście chcieli się zaprzyjaźnić z nowo przybyłymi. Czasami mówiono o gradacji bezpośredniości i otwartości, podkreślając,
że
najżyczliwsi nowo przybyłym są Kanadyjczycy o
pochodzeniu mieszanym
z różnych nacji, bądź
niedawni imigranci.
Po latach znajomości
z Kanadyjczykami z urodzenia, rozwijały się nieraz prawdziwe
przyjaźnie,
oparte na wzajemnym
poszanowaniu inności kulturalnych, chociaż te ostatnie
powoli przestawały
odgrywać rolę w przyjacielskich
kontaktach. Przyjaźnie
poparte w trudnych momentach życia, życzliwie ofiarowaną
pomocą jednej lub drugiej strony, są do dziś dowodem, że w kontaktach imigrant-Kanadyjczyk asymilacja nie
jest
konieczna do zawarcia
przyjaźni, ale sama się przez
nią przyspiesza.
Na drugim , zupełnie osobnym
poziomie relacji społecznych były
kontakty z rodakami. Charakteryzowały
się całą gamą uczuć od
gorących przyjaźni aż po obojętność, lub nawet
wrogie odtrącenie. Wskutek
intensywności uczuć wywołanych szczególnymi warunkami imigracji natężenie przyjaźni
między Polakami na
obczyźnie bywało i bywa nadal o wiele większe niż w Starym
Kraju, szczególnie pomiędzy
imigrantami z tego samego
kręgu
kulturowego,
lub znającymi się
od wielu lat. Także
i negatywne uczucia
wobec rodaków miały i
mają wyższy stopień
emocjonalny. Wrogość wobec nie
lubianych imigrantów i imigrantek na
różnych etapach imigracji bywała i
nadal bywa znacznie intensywniejsza, a przy tym łatwiej uzewnętrzniana,
szczególnie jeśli przybyłe
kobiety są lub były samodzielne i dobrze sobie
radziły. Kłótnie między Starą i
Nową Polonią są tego jednym z przykładów. Nasza narodowa wada kłótliwości i bezinteresownej zawiści zawsze i wszędzie
podróżowala razem z nami i
do dziś kwitnie na
kanadyjskiej ziemi.
Mimo to zarówno w publikowanych
życiorysach jak i odpowiedziach
na ankietę znajdujemy liczne
podkreślenia potrzeby przyjaźni i jej obowiązków. Zdaniem
respondentek ankiety, a także kanadyjskich specjalistów
od imigracji tworzenie
grup, w których członkowie są
sobie życzliwi
i chętnie się ze
sobą komunikują
jest między innymi jedną
z gwarancji dobrego włączania
się
imigrantów w życie społeczeństwa przyjmującego.
Kanadyjczycy, którzy przez lata
doświadczeń zdążyli się wiele nauczyć
o psychicznych problemach imigrantów, zwykle
starali
się
ułatwiać kontakty między nowo przybyłymi a
lokalnie już zadomowionymi Polakami. Podawali adresy i telefony
i zachęcali do spotkań z
dawniejszymi imigrantami. Niektóre
doświadczone imigrantki czuły się wtedy w obowiązku opiekowania się nowo przybyłymi. Mówiły
przy tym o potrzebie wygadania się i wyrzucenia z siebie
nagromadzonych "niedobrych
uczuć". Prawiły, że
najważniejszą sprawą na imigracji to mieć przyjaciół
i móc pogadać tak jak się to
w Polsce robiło. Nie jest
to jednak takie
proste. Jedna z
respondentek ankiety pisze : To jednak w Kanadzie już polega
na
innych zasadach postępowania. Absolutny
spadek poziomu życia (kulturalnego), kto kiedy ma czas ? Tu
nie ma nawet tego zwyczaju...
Nawet bez uprzedniego telefonu nie można, ot tak sobie wpaść do sąsiadki
(jeśli to przypadkiem
koleżanka), wpaść i napić
się herbaty.
To są rzeczy,
które są, były i będą. Można się z czasem
przyzwyczaić, ale to zostaje... Ale
fakt jest faktem, życie jest inne
. Jak w
wielu poprzednio cytowanych
przykładach autorka tych słów
automatycznie stawia towarzyską kulturę polską wyżej aniżeli kanadyjską, nadając odmiennym zwyczajom, takim jak uprzedzenie
wizyty telefonem, charakter kulturalnie
kwalifikowany.
Pouczające doświadczone już imigrantki
na zakończenie swoich wywodów często dodawały, że żony
muszą tutaj bardzo
pilnować swoich mężów i
dlatego samotne kobiety nie
bywają zapraszane przez małżeństwa, bo przecież nigdy nie wiadomo jak się
to
może
skończyć. Poczym najczęściej następowała odwieczna rada dla samotnych
kobiet, aby
postarały się
prędko wyjść za mąż.
Mimo tych dobrych rad w Kanadzie sporo zwyczajów utrudnia
publiczne towarzyskie kontakty kobiet
i mężczyzn. W niektórych pubach w latach 60-tych i 70-tych były
ogłaszane specjalne dni, w
których kobieta mogła sama pójść do pub i napić się piwa bez wzbudzania
podejrzeń co do jej konduity. Zdarzały
się także osobne wejścia dla kobiet. Zawsze po to aby
chronić
kobiety
i ich honor przed męską agresją. W
mniejszych miastach, dalej od centrów
życia, podczas towarzyskich parties kobiety zawsze skupiały
się w okolicy kanap i tam
rozprawiały o dzieciach,
modach albo filmach. Mężczyźni
tymczasem stali w drugim końcu livingroomu i rozmawiali o biznesie
albo o sporcie. Zadna
ze stron nie próbowała zbliżyć się do drugiej i nie było najmniejszego wysiłku aby rozmowa stała się ogólna. Kontakty towarzyskie między
płciami są ciągle trudne, a nawet podejrzane, szczególnie
jeśli próbująca je nawiązać
kobieta jest samotna. A.
Ziółkowska w "Kanada,
Kanada" podkreśla istnienie ostracyzmu społecznego wobec
samotnych kobiet. Przedstawiając
sylwetkę Niny, która przyjechała
do męża do Kanady, do Kenory,
niedużego miasta w północno- zachodnim Ontario
w roku 1972 i która
cztery lata później owdowiała, pisze : Nie jest łatwo być samotną kobietą w tym społeczeństwie.
Zaproszenia się urwały
po śmierci męża, nie zapraszają
mnie w miejsca, gdzie są
mężczyźni. Kiedyś na weselu poprosił
mnie do tańca jeden żonaty
mężczyzna, to jego żona
w czasie gdy tańczyliśmy - chodziła
za nami i obserwowała. Tutaj przynależność do
mężczyzny to istotna sprawa. On wyznacza
pozycję, status społeczny...
Oczywiście w Montrealu i w
Toronto i w ich
okolicach wyrobienie towarzyskie Kanadyjczyków
już wtedy, na przełomie lat 70-tych i 80-tych było wystarczająco
duże,
ale i tam dopiero parę dziesiątek
lat wcześniej zniesiono zwyczaj,
zgodnie z którym nauczycielki musiały
podpisywać zobowiązanie, że podczas trwania ich kontraktów ze szkołą
lub college'em nie
zajdą
w ciążę. Widok ciężarnej
kobiety na katedrze mógł by bowiem
obrazić delikatne uczucia młodzieży, a już napewno ich rodziców. Pod koniec XX wieku są to
jednak już tylko wspomnienia z
dalekiej przeszłości.
Kanada jest dzisiaj jednym z niewielu krajów, które specjalnie się troszczą o imigrantów.
Kraj przyjmujący rozwinął swoje
poczucie odpowiedzialności za nowo przybyłych od chwili kiedy
postawili nogę na kanadyjskiej ziemi. Na zasadzie systemu łańcuszka,
urzędowa polityka tolerancji i pomocy imigrantom wywiera również wpływ na stosunek
do nich ludzi z ulicy. Liczne stowarzyszenia i organizacje deklarują opiekę
nad imigrantami i ich
rodzinami
uważając za swój obowiązek
otaczanie ich opieką i pomocą. Więc
chociaż rasizm i ksenofobia
drzemią jeszcze w niektórych kątach społeczeństwa kanadyjskiego, to
jednak dziś już nikt nie ośmieli się
wyśmiać niezdarnego języka angielskiego
lub francuskiego, ani kelnerka ze snack bar,
nie odprawi klienta z kwitkiem, bo on ma
trudno zrozumiały akcent.
ROZDZIAŁ
: V
Etap czwarty
( 1979 -2000)
Granice pomiędzy trzecim
i czwartym etapem
polskiej emigracji do Kanady są do pewnego
stopnia arbitralne,
ponieważ w obu
okresach przeciętny typ emigrującej kobiety pozornie
jest taki sam. Jednak w miarę jak
liczba emigrantek czwartego etapu rosła,
ukryte poprzednio różnice pomiędzy obydwoma etapami
zaczynały
się uzewnętrzniać. W trzecim
etapie ( 1957 - 1979 ) dominowały kobiety
urodzone albo jeszcze przed
wojną albo w czasie wojny. Natomiast w etapie następnym
do Kanady emigrowały kobiety
już urodzone i wychowane w PRL, a
przez to znacznie bardziej spolaryzowane kulturalnie.
Wśród starszego ( przedwojennego lub wojennego)
pokolenia grupy przechowujące w Polsce tradycje i wartości z
okresu
wojny i przedwojnia
dominowały życie kulturalne, ale już od roku 1945
oficjalna polityka reżymu komunistycznego dążyła do przekształcenia
społeczeństwa w polską odmianę homo sovieticus, nie ustając w ośmieszaniu
polskich wzorców kulturowych i
zastępowaniu
ich przez wzorce "socjalistyczne"
, nie wywodzące się z polskiej
tradycji. Dlatego młodsze pokolenie, urodzone i wychowane
już w PRL-u wzrastało w
atmosferze oficjalnie odrzucającej
polską ciągłość
historyczno-kulturalną. W
indywidualnych przypadkach, od rodziców
lub dziadków młodzi załapywali tradycje i dawne zasady, ale nigdy nie mieli
do nich społecznego spójnika. Odwrotnie, w
szkołach, w prasie, w radiu i później w telewizji
tak, jak w całym życiu społecznym, swoje wzorce wyniesione z domów widzieli ośmieszane
i pogardzane.
Dla wielu
innych "socjalistyczne
wzorce" oznaczały poprostu nowoczesność i
pozbycie się przedwojennego
balastu
kulturowego, co było tym łatwiejsze ,
że młodzież Polski Ludowej przez całe dziesięciolecia była ograniczona
tylko do kontaktów
ze światem radzieckiego
realizmu.
Stąd
grupy awansujących społecznie inteligentów nawet przeciwnych polityce
komunizującego państwa miały swoje wzorce kulturowe
podbarwione"radziecką
kulturą" pojmowania świata,
obowiązków człowieka i społeczeństwa,
moralności itd. W efekcie wśród licznych grup
młodych ludzi powstawały konfuzje w pojęciach
najbardziej
potrzebnych. Szczególnie widoczne to
było na pokoleniu, które zaczęło przybywać
do Kanady pod koniec lat siedemdziesiątych, a
szeroką
masą napłynęło w
latach osiemdziesiątych. Było ono, może
dlatego, najbardziej
zróżnicowaną kulturalnie grupą
imigrantów polskich. Jedni trzymali się
wzorców wyniesionych z domów
rodzinnych. Inni, tworzyli grupę ludzi wychowanych na
sprzecznościach wzorców domowych i
państwowych. Dla tych ludzi
własna tożsamość często
bywała niejasna. Stąd w kwestiach kultury albo
polegali oni przede
wszystkim na sobie i swoich sądach, albo bywali skonfundowani. Dla większości
zasadą postępowania stała się pewność
siebie.
Różnice wynikające z tych faktów zostały
w Kanadzie
natychmiast zauważone przez zasiedziałych
już od dawna polskich imigrantów,
którzy komentowali je w sposób następujący: To przeważnie
..."ludzie młodsi wiekiem,
posiadający kwalifikacje zawodowe,
mający częściej wyższe wykształcenie aniżeli ich poprzednicy. Nie
można pominąć
faktu, iż przybywają oni z miast, a nie ze
wsi oraz -
co jest bardzo istotne - należą do pokolenia
urodzonego i wychowanego w ustroju
komunistycznym, w systemie
totalitarnym - obcym i wrogim - w którym musieli i potrafili ułożyć swoje życie."
Tak
w roku 1990 Benedykt Heydenkorn pisał o
emigracji,
która wkrótce otrzymała zbiorową nazwę
"solidarnościowej", choć zaczęła się wcześniej i nie wszyscy jej
członkowie byli emigrantami
politycznymi.
Także i sami imigranci bywali świadomi swojej konfuzji w stosunku do wypracowywania sobie własnych skal norm
i wartości społecznych. Jedna z
imigrantek z lat
1981- 1998 podpisująca się pseudonimem "Rozbitkowie" pisze w swoich wspomnieniach : "...Zauważyłam, że pomimo pozytywnego
oddziaływania rodziny wychowując się w kraju
komunistycznym,
mój system wartości stał się tworem
bardzo kruchym. Właśnie pojęcia dobra i zła nachodziły na siebie, po
czym
oddalały się, aby za chwilę znów zatracić kontury. Nie zapomnę jakim szokiem
było dla mnie odkrycie stalinowskiej poezji mego
ukochanego twórcy - Gałczyńskiego" . Ile w tej wypowiedzi jest szczerości w zakresie pojęcia wartości i norm społecznych
i jak wyraźnie pojawia się tu zagubienie
kulturowe -
Emigranci z okresu lat osiemdziesiątych rozproszyli się po
całej
Kanadzie. Bardzo wielu z nich przybyło
do Kanady zachodniej,
szczególnie do Alberty i Brytyjskiej
Kolumbii. Ponieważ byli to przede
wszystkim ludzie z wyższym wykształceniem,
więc przybycie ich wiązało się z rozrostem
inteligenckiej części Polonii. Wprawdzie zajęci swoimi karierami i
urządzaniem się w pierwszych
latach swego pobytu w Nowym Kraju
nie byli bardzo aktywni w życiu polonijnym, jednak
znalazło się wśród nich sporo kobiet, które wyraźnie szukały organizacji
polonijnych, aby dać ujście
nagromadzonej
energii. Skorzystała z tego
Federacja Polek w Kanadzie,
aby "odmłodzić" swoje szeregi, jak
to
miało miejsce w Ogniwie nr. 3
w Edmontonie i częściowo w Ogniwie
nr 4 w
Vancouverze. Także wykorzystały te poszukiwania lokalne
urzędy imigracyjne, które właśnie zajmowały
się organizowaniem różnych programów,
komitetów, lub rad pomocy imigrantom, szczególnie starszym
rodzicom przybywającym w ramach łączenia rodzin do
już zasiedziałych dzieci.
Ponieważ młodsze pokolenie uważało za
swój obowiązek sprowadzić" swoich
staruszków", ale następnie nie miało czasu się nimi zająć, więc urzędy imigracyjne
próbowały rozwiązać kwestię ich samotności i wyobcowania
przez poszukiwanie w grupach
etnicznych ludzi mówiących ich językiem i gotowych do wzajemnego
odwiedzania
się. W tym celu
rządy prowincjalne
poszukiwały w różnych grupach etnicznych kobiet,
które, wolne od
pracy zawodowej chciały
by podjąć się takich wizyt.
Wartości stare i nowe
Rozmawiałam ze znajomą Polką w
vancouverskim sklepie spożywczym.
Do Kanady przyjechała ona wraz z
rodziną na fali "solidarnościowej
emigracji". Opowiadała
mi o swoich przyjaciołach,
którzy przed wyjazdem
z Polski uprzedzali ją o innym sposobie
wychowywania
dzieci aniżeli był
jej znany w Starym Kraju.
Mówiła ...Mnie wychowywano
w
dyscyplinie. Jeśli nie posłuchałam ojca obrywałam za to lanie. I ja
tak
samo wychowywałam moich
synów, a tu nagle mówią mi przyjaciele, że w Kanadzie
dzieci bić nie wolno.
Kiedy przyjeżdżaliśmy do Vancouveru, to ten
najstarszy właśnie wchodził w głupi wiek
teenagerów, a dwaj młodsi, jak papugi powtarzali wszystko co on
robił. Podobno
w szkołach jak się dowiedzą że się dzieci w domu wychowuje
w dyscyplinie, to wzywają na rozmowy. Więc się
bardzo niepokoiłam. Ale mam
dobre dzieci. Nawet teraz, kiedy synowie
już dorośli, a zrobią coś
co mi się nie podoba, to
też im przyłożę i nic mi nie
odpowiedzą. Ale coraz rzadziej, przecież
niedługo będą się
żenili... Zapytałam
ją znienacka: a jak wnuki przyjdą, też je
będzie Pani bijała? moja znajoma
roześmiała się - o
nie, to będą przecież kanadyjskie
dzieci, zresztą to będą moje
wnuki. W taki oto
sposób moja
znajoma znalazła receptę na pogodzenie
starych i nowych wartości
zastosowanych do wychowywania dzieci.
Systemy wartości jednego i drugiego kraju
obejmują znacznie więcej dziedzin naszego codziennego
życia. Na pytanie postawione
w ankiecie z lat 1998/99
jakie cechy
respondentka
przejęła z kultury kanadyjskiej na
pierwszym miejscu znalazła się tolerancyjność Wymieniły ją aż 23 respondentki
na ogólną liczbę 33 wypełnionych ankiet. Niektóre respondentki skorzystały z
okazji żeby dodać,
że przez
lata emigracji
stały się bardziej tolerancyjne,
inne natomiast dodawały, że tolerancyjność
jest cechą ogólnoludzką,
a nie tylko kanadyjską. Jedna
respondentka
napisała, że w Kanadzie tolerancyjność jest
doprowadzona do granicy,
gdzie nie wiadomo czy to tolerancyjność
czy zobojętnienie
Drugą z kolei cechą najczęściej, bo 18 razy wymienianą przez respondentki
była życzliwość wobec obcych.
Tolerancyjność i życzliwość
dla obcych - te dwie cechy
rzucają się w oczy, myślę, że miałam je też
w Polsce,
ale
może tu zdałam sobie
z nich sprawę. Respondentka o symbolu
0 uzupełniła
swoją ankietę komentarzem że ...
życzliwość dla obcych - to jest w USA, w Kanadzie
raczej ludzie są sobie obojętni jeszcze inną opinię ma
respondentka o symbolu P,
która stwierdziła, że lubi środowisko kanadyjskie
bo ...po pierwsze jest stosunkowo duża tolerancyjność wobec obcych, po drugie
że programowo nie wtrącają się w życie innych, po trzecie za szanowanie odrębności u innych ludzi,
po czwarte za praktyczne
stosowanie zasady równości między ludźmi, po piąte za
współczucie i solidarność z
innymi narodami,
po szóste za brak nadmiernie
rozwiniętej dumy narodowej. Dyskrecja z jaką
Kanadyjczycy odnoszą się do własnej dumy
narodowej bywa doceniana
przez niektórych
przybyszów przyzwyczajonych
przez reżym komunistyczny w Starym Kraju do nadużywania
wielkich słów przy byle okazji.
Mimo podkreślania przez
większość
respondentek tolerancyjności i życzliwości dla obcych jako cech
typowych dla Kanadyjczyków przy
pytaniu o zawieranie
przyjaźni respondentki odpowiadają,
że albo przyjaźnią
się tylko z
grupą Polaków, którzy przybyli do Kanady równocześnie
z nimi, albo że przyjaźnie kanadyjskie są bardziej powierzchowne i dają mniej
podtrzymania
emocjonalnego. I tu znowu
obowiązująca w kulturze kanadyjskiej uprzejmość
wobec obcych nazywana jest
"powierzchowną przyjaźnią" przez imigrantów
czujących swoje
osamotnienie.
Na pytanie mini-ankiety czy respondentka jest zainteresowana
losami Kanady otrzymałam
w większości odpowiedzi pozytywne. Przyczyny zainteresowania
podawane przez respondentki są różne. Respondentka
B, która w Kanadzie przeżyła 56 lat pisze mam własne
zdanie o ważnych sprawach Kanady. Martwi mnie upadek moralności ( !) i bezmyślność
osób na kierowniczych stanowiskach
Respondentka
D pisze konkretnie
...jestem federalistką i pragnę
zjednoczonej Kanady w
ramach tej samej oświeconej
konstytucji Jeszcze inaczej odpowiedziała
respondentka o symbolu
T : W
rozmowach ze znajomymi wśród Polonii Montrealu jestem jedną z nielicznych osób, które
mają sympatię do Quebeków i które rozumieją (chociaż osobiście
nie popieram) ich dążenia do suwerenności.
Moje pogądy są
bardzo niepopularne wśród Polonii, moje porównania Quebeku do
Polski pod zaborami powodują zgrzytanie
zębów moich interlokutorów Respondentka U napisała natomiast Ponieważ mieszkamy
w Quebecu więc oczywiście ( może nie jest
to tak oczywiste) bardziej
interesuję się co dalej będzie, niż inni
ludzie, którzy mieszkają
w innych spokojniejszych prowincjach. Poprostu chciałabym aby Kanada się nie podzieliła. A respondentka
o symbolu ZD napisała po prostu : Chciałabym
by Kanada
została taka jaka jest :
liberalna, demokratyczna,
tolerancyjna. W sumie
na 33 odpowiedzi na mini-ankietę 28 respondentek,
czyli prawie 85% odpowiedziało, że są zainteresowane
losami Kanady, a 10 respondentek czyli prawie 1/3
napisało, że
są aktywne
w organizacjach kanadyjskich, politycznych albo społecznych
od ogólnokrajowych i prowincjonalnych aż do lokalnych.
Jak widać na
przykładzie tych kilku odpowiedzi proces
odchodzenia od starych wartości i zainteresowania się Nowym Krajem jest zróżnicowany. Niektóre
imigrantki próbują znaleźć
swoiste rozwiązania , jak na przykład
moja znajoma ze sklepu spożywczego, inne bardzo
jasno
rozumieją w jakim kraju się
znalazły i czego
chcą od przyszłości w nim - jak większość respondentek. Wreszcie jeszcze inne
są gotowe brać udział w budowaniu wspólnej przyszłości. Zdarzy
się że różnice w
szybkości akceptowania nowego
systemu wartości powodują konflikty w grupach
lub nawet w
rodzinach, dzieląc małżonków lub rodziców i dzieci, które już wchłonąły kanadyjski system wartości
Życie domowe
Istnieje pewien schemat
sytuacji życia imigrantów
polskich w Kanadzie.
W latach początkowych
ich pobytu tutaj, niemal
cały wysiłek nowo przybyłych jest
kierowany na ustabilizowanie finansowe
i raczej
powierzchowną adaptację do Nowego Kraju. Później, w miarę jak warunki życia
krzepły i rodzina
imigrancka "zdejmowała koła z wozu" i
jako tako osiadła, zaczynały się czasem pojawiać niezauważane
wcześniej rysy
na życiu rodzinnym. Niekiedy wyrażały
się one w ochładzaniu się stosunków między małżonkami, kiedy
indziej w stosunkach z podrastającymi dziećmi.
Przyczyn do rozwodów w
rodzinach
polskich imigrantów w Kanadzie w
drugiej połowie XXgo wieku, jak w
każdej innej grupie etnicznej i w każdym
innym czasie i miejscu było
zawsze
dużo, ale trzy z nich
były wyraźnie związane z imigracją.
Pierwszą był stress wywołany
obcością kraju i trudnościami adaptowania
się do nowej pracy, nowego otoczenia i nowej kultury,
a często także i
do nowego języka.
Drugą był zmieniony
status kobiety, która od lat 60-tych w Kanadzie bardzo zyskiwała
poparcie w swoich dążeniach do samodzielności, bądź
przez pracę zarobkową, bądź przez kulturę kanadyjską, zawsze
kładącą nacisk na samodzielność
każdej jednostki.
Trzecią przyczyną
był samochód.
Stres związany z
imigracją w różny sposób oddziałowywał na
małżonków. Dla jednych
był spoiwem, które silniej łączyło
dobraną parę. Tak właśnie
napisała jednak z respondentek ankiety : ...nasze wzajemne
stosunki zacieśniły się,
zwłaszcza ,
że
mamy wspólne dziecko, które razem wychowujemy. Ale dla innych imigracja była elementem
drążącym jedność małżeńską. W
takich przypadkach dla każdej strony
jego/jej własny stress stawał się
ważniejszy od uczuć partnera i tak zwolna
pretensje
zastępowały
dawne uczucia między małżonkami. Rozwody bywały trudne i bolesne
pozostawiając nierzadko
głębokie ślady na jednej lub obu
stronach, nie mówiąc o
dzieciach. Wielu
przyjaciół nie
rozumiało wówczas dlaczego po kilkudziesiąciu latach znajome
im małżeństwa Polaków się rozpadały. Inną ważną przyczyną rozwodów była
samodzielność kobiet uzyskana w Kanadzie. Dla
bardzo wielu małżeństw
imigranckich było nowością, że z przyczyn ekonomicznych żony nabywały
coraz
więcej samodzielności.
Rozziew pomiędzy dochodami żony
i
męża dla wielu małżeństw
nie zawsze był
związany z autorytetem męża.
Liczni polscy imigranci, chętnie godzili się na żonine wyższe zarobki, świadomi swoich własnych ograniczeń
finansowych w fachu, który
był
ich specjalnością. Tułaczka po świecie, przez którą
niejeden z nich przeszedł
oraz trudy pierwszych lat
imigracji, albo wreszcie
jego własny charakter niejednemu mężczyźnie
zmieniły pojęcie istoty małżeństwa. Polska tradycja,
w
której mężczyzna mial
być głową domu,
zarabiającym i utrzymującym
rodzinę i którego decyzjom
rodzina, a więc i żona
musiały się
podporządkować, w wielu
wypadkach w powojennym życiu emigranckim zostawała łatwo zastąpiona przez
zasadę partnerstwa małżeńskiego. Jednak
dla innych mężów, wyższe zarobki żony były
upokorzeniem trudno znoszonym. Prowadziło to do niesnasek domowych,
niekiedy tak silnych że rodziny rozpadały się. Pisze o tym Kasia... Przez cały
okres
naszego małżeństwa, przez całe 6 lat zrobiłem wszystko
co
w mojej mocy, aby cię od siebie całkowicie uzależnić.
Nie chciałem abyś umiała
dobrze prowadzić sdamochód. Nie
chciałem, abyś była w stanie zarobić na życie. Chciałem,
abyś była
całkowicie zdana na mnie.
Wykluczyło by to jakieś szanse na twoje
odejście ode mnie. I nie
byłem w stanie tego osiągnąć . Oczywiście Kasia
opisuje skrajny wypadek, ale być może, gdyby Kasia nie
wyjechała z Polski, nie żądała by tak uporczywie swojej samodzielności.
Trzecia częsta
przyczyna rozwodów związana jest z samochodem. Dla rodziny imigrantów polskich nowo przybyłych w pierwszej lub drugiej dekadzie powojennej, samochód
nie tylko ułatwiał i przyspieszał transport, ale był fizycznym wyrazem statusu
społecznego. Kto
miał samochód, ten miał więcej praw, więcej wolności może
nawet więcej władzy w rodzinie.
W latach powojennych dla wielu Polaków-imigrantów jeszcze nie bardzo
majętnych samochód oznaczał możliwość wyrwania się na parę godzin z domu i odkrywania świata
na nowo. Ten kto
siedział za
kierownicą był "kapitanem
rodzinnego statku" i od niego zależało
kiedy i gdzie
się
pojedzie...Jakieś trzy tygodnie po
naszym przyjeździe mój
mąż zdecydował
się kupić samochód. Początkowo
sam prowadził, ale po paru
tygodniach postawiłam
na swoim, że i ja muszę zrobić prawo jazdy. Samochód
jednak uważał za
soją własność i pozwalał mi prowadzić tylko wtedy
gdy był w bardzo dobrym
humorze
i tylko wtedy gdy jechaliśmy razem.
Nawet dla najskromniejszego imigranta
, kiedy prowadził samochód,
były to chwile
dumnej
odpowiedzialności głowy rodziny. I tu czasami powstawał
konflikt, bo z czasem wyjazdy z
rodziną zaczynały być coraz rzadsze, zastępowane samotnymi wyjazdami na polowanie,
albo na ryby
z kolegami, żeby zapomnieć o kłopotach imigranckiego życia. Zdarzało się także, że
właśnie samochód pozwalał na nawiązanie na
uboczu
jakiegoś flirtu, czy mniej lub więcej przejściowego romansu. W tym
ostatnim przypadku samochód był przede wszystkim kluczem do wolności mężczyzny, któremu się jeszcze marzyły podboje świata i
swobody kawalerskie. Ale
w miarę uczenia się kanadyjskości, także i żona sięgała po prawo jazdy i dla tych
samych powodów szybkiego
transportu i wolności
poruszania się po mieście i prowincji
lubiła posiadać
samochód. Nawet jeżeli nie prowadziło to do rozbicia rodziny, jej samodzielność
wzrastała, bo mogła wychodzić z domu dalej i bez
proszenia o podwiezienie.
Często nawet prowadzenie
samochodu
przez żonę stawalo się koniecznością,
ponieważ mąż pracował
aż do wieczora, więc na żonę
spadały
obowiązki
odwożenia dzieci do szkoły, lub na
dodatkowe zajęcia, przychodzenie na
wywiadówki szkolne, robienie zakupów, wożenie
dzici do dentysty,
do doktora itp sprawy,
które wymagały samochodu.
Oprócz możliwości szybkiego poruszania się po mieście, samochód dawał kobiecie nowe dla niej
poczucie własnej sprawności i panowania
nad przestrzenią. Swiadomość
niezależności od
mężczyzny-kierowcy stosunkowo łatwo mogła się zmienić w poczucie
własnej wolności. Kiedy w
weekend mąż chciał jechać z kolegami na ryby prowadząca
samochód żona
nie musiała już siedzieć w domu nudząc się lub telefonując po
znajomych, lecz poprostu
siadała
za kierownicę i
także organizowała sobie i dzieciom
ich własny fun .
A kiedy dzieci podrosły i już
nie potrzebowały opieki matki, wówczas
samochód dla domowej żony stawał się środkiem organizowania nowego
życia. Stąd zaś,
dla niektórych żon był już tylko krok do zwiększenia
wymagań wobec tego, który poprzednio
tę wolność
ograniczał mimowolnie lub umyślnie. Neofitki
kanadyjskiej motoryzacji budziły zazdrość
kobiet w średnim wieku w całym
sąsiedztwie. W pewnym sensie
stawały się nawet role models dla tych
wszystkich kobiet, które
brały je sobie za
przykład i
mozolnie
zbierały pieniądze na kupno
używanego samochodu, aby też
zdobyć swobodę poruszania się
po mieście
kiedy tego zapragną.
Ile kobiet wówczas zamieniało łzy złości i znudzenia w pretensje do tego,
od którego zależały nawet w tak drobnych sprawach jak organizowanie
sobie czasu
na wizytę u kosmetyczki lub
większe zakupy domowe?
Zaczynały też działać w rodzinach imigrantów polskich nowe kanadyjskie systemy wartości i sposoby
wychowywania dzieci. Nacisk na
samodzielność dzieci i ich
inicjatywę, rozwijane w szkole wymagały
dopasowania stylu polskiego domu, z jego nieco staromodnymi obyczajami do kanadyjskiej reality. Niektórzy
rodzice mówili o trudnościach
wychowywania dzieci w Kanadzie, ponieważ rodzicielska
rózga, a nawet klapsy były
zakazane. Były więc liczne narzekania o braku kinderstuby
kanadyjskich
dzieci, ale w
rezultacie życie wymagało dostosowania się do
norm Nowego Kraju
i matki, nolens
volens powoli stawały się bardziej
tolerancyjne,
odkładając do lamusa polskie przestarzałe wymogi wychowawcze. "Najazdy" kolegów i koleżanek na kuchenne lodówki
przestawały
budzić zgorszenie, tak samo
jak wzrastająca samodzielność
młodzieży.
Wytwarzały się dwa typy postępowania imigranckich dzieci w szkole. Jeden był tak
charakterystyczny że
prędko zauważali go nauczyciele. Mówili wtedy, że dzieci imigrantów są lepiej
przygotowane do nauki, lepiej rozumieją jej potrzebę i dlatego
bywają prymusami
w swoich klasach. To zdarzało się, kiedy rodzice
zdołali wpoić swoim dzieciom dumę ze swego
pochodzenia i
wiarę, że mają potencjał, który może
doprowadzić je do kariery. W tych przypadkach
imigracja motywowała dzieci do osiągania
lepszych wyników.
Drugi typ postępowania
wybierały
zazwyczaj dzieci, które się
wstydziły swego imigranckiego pochodzenia.
Zaczynało się od pokpiwania sobie z
rodziców, którzy robili błędy w angielskim lub francuskim, potem
było odmawianie mówienia w domu po polsku, chłód bariery
międzypokoleniewej, który bywało zanikał po jakimś czasie lub zmieniał się w zwyczajną
rodzinną serdeczność i przywiązanie do rodziców. Bywało
jednak, że dzieci odchodziły od
rodziców i identyfikowały się z kolegami i koleżankami
gotowymi je przyjąć do "bandy" pod
warunkiem, że będą się zachowywać tak
jak jej reszta. Te dzieci robiły
uwagi co do pochodzenia rodziców i podkreślały ich niezaradność
ekonomiczną.
Jednocześnie ubierały się według gustów kolegów, mówiły takim samym slangiem jak
oni, tak samo opuszczały lekcje w szkołach
i tak samo
próbowały papierosów
i
narkotyków. Niektórym rodzicom ratowanie dzieci jeszcze
się udawało, innym nie.
Zawsze wtedy do wszystkich
możliwych pytań, które rodzice
sobie stawiali dochodziło
pytanie o sens ich emigracji.
Co to znaczy emigrować?
Większość imigrantów z lat 1979-2000 przybywała pewna siebie i
swoich decyzji, a
niektórzy czuli się Kanadyjczykami natychmiast po lądowaniu samolotu
ich wiozącego. Jerzy Swiech,
jeden z imigrantów
tego etapu tak
opisał rozmowę, którą miał
ze starszą panią z Kongresu
Polonii w Toronto. Jego
rozmówczyni
miała
za sobą trzydziestoparoletnie doświadczenie
kanadyjskie: "
...pani
owa powiedziała...Niech się pan nie martwi, będzie
dobrze ! Tylko wytrzymać
te pierwsze
pięć lat. W Kanadzie
trzeba się pomęczyć te pięć lat, a
potem...Ale ja nie przyjechałem do Kanady, by
się męczyć ! -
nie wytrzymałem - ani jednego roku, a cóż
dopiero pięć lat! Starsza
pani popatrzała na mnie
spłoszona. Przepraszam panią -
powiedziałem, ostatecznie
nie zasłużyła sobie na jakieś gwałtowne sprzeciwy - Chciałem tylko
dodać, że mam dobry zawód
i duże doświadczenie. A
przede wszystkim mam poczucie, że wreszcie
jestem u siebie... Polska została za nami jak zamknięty rozdział. Czasem piękny we wspomnieniach, na razie często
okrutny
w
snach"
Nieco dalej
J. Swiech pisze także "Rozróżniam trzy kategorie ludzi, którzy zmienili
miejsce swego pobytu. Do pierwszej należą ludzie
którzy traktują siebie jako "stale
mieszkających
za granicą". Są to ci , którzy pieczołowicie dbają o ważność polskich
paszportów
i o to by " być w porządku" wobec władz
krajowych, bo nigdy nic
nie wiadomo"
"Drudzy to ci, co przyjmując konieczność losu emigracyjnego stale
żyją
sprawami pozostawionego
za sobą kraju,
są gotowi do
uczestnictwa
w jego problemach. To są tacy, którzy później gdy 4
czerwca 1989 roku
nadeszły wybory w PRL
agitowali za udziałem i sami w nich aktywnie
uczestniczyli wierząc, że się
przyczynią do zmian zachodzących tam
daleko między Bugiem a Odrą. Trzecią
kategorię stanowią ludzie, dla których Kanada jest miejscem za "tymi drzwiami ostatecznymi". To ci
którzy stwierdzili owego 4
czerwca: wybierać mogę parlament
kanadyjski. Na jakiej podstawie Kanadyjczyk może ingerować w wewnętrzne
sprawy innego kraju nie znając nawet kandydatów do
sejmu?" J. Swiech, architekt z zawodu dzięki swojej
przebojowości oraz dzięki posiadaniu dobrego zawodu bardzo prędko osiągnie
poziom życia odpowiadający jego życzeniom. W
swoich wspomnieniach nie pisze, że czuje się obywatelem
świata, ale
widać, że nie ma problemów ze zmianą kulturowej przynależności, często określanej
i cenionej tutaj jako roots (korzenie) które
w ostatnich latach ub. stulecia i także obecnie
tak bardzo są poszukiwane przez drugie, trzecie, a
czasami dziesiąte pokolenie.
Nie wszyscy imigranci z tego okresu mieli podobne podejście
do swego
pobytu w Kanadzie.
Jedna z respondentek naszej ankiety ma krańcowo
odmienne podejście. Pisze ona :"Mój
pobyt na emigracji zmienił moje uczucia w stosunku do Polski. Kraj i
kultura
mi zobojętniały.(ale) żałuję
w ogóle przyjazdu do Kanady" Większość imigrantek
z tej fali mieści się jak zwykle pomiędzy
dwoma krańcowymi przedziałami próbując pogodzić
asymilację w Nowym Kraju z zachowaniem kultury polskiej.
Jedna z respondentek ankiety tak
podchodzi do bi-kulturalizmu
polsko-kanadyjskiego ..."Ja zresztą nie
czuję się Kanadyjką, tylko Polką
zamieszkałą w Kanadzie. Dziwi mnie zawsze dlaczego my Polacy mamy być Polakami tylko
w Polsce...
Już gdzie indziej jesteśmy najwyżej
Polonią. Dlaczego np. Francuz może całe
życie mieszkać w Maroku, czy gdzie indziej, a jest Francuzem, ma w swoim kraju pełne prawa a nie pół-prawa jak my.
Dlaczego ja miałabym piec indyka na dzień dziękczynienia
? To byłaby poza!"
Charakterystyczne,
że jako dowód
bi-kulturalizmu wybrała
indyka, czyli najłatwiejszy (przez wspólną biesiadę) sposób
uszanowania kultury państwa, w
którym żyje, a dla nas to dowód
oczywisty konfuzji własnej tożsamości.
Autorka wspomnień zatytułowanych " Nie rezygnować", a
podpisanych
pseudonimem "Rozbitkowie" jeszcze inaczej pisze o sprawach
godzenia kultury polskiej z kanadyjską :"Teraz
chciałabym rozważyć kwestię, która mnie
nurtuje od dawna. Mianowicie na ile Polak (zwłaszcza mieszkający w Polsce) powinien, czy
też musi zajmować się
wszystkimi przemianami społeczno-politycznymi jakie tam się dokonują...
Będąc
jeszcze w Polsce czasami zazdrościłam
mieszkańcom wolnych krajów, gdzie człowiek, który nie interesuje
się polityką może
trzymać się od niej z
daleka, że może żyć w kręgu takich
spraw, które sam sobie wybrał...W Polsce niemal moralnym nakazem jest
włączać
się w tę walkę i to nie
tylko milczącym poparciem, ale konkretnym
działaniem..." Autorka tej
wypowiedzi broni się przed polskim rozpolitykowaniem
i odróżnia je od kultury. Zapewne po przybyciu do Kanady porównuje je ze
spokojem tutejszego życia.
Być może,
że słowa J.
Swiecha cytowane na
wstępie tego rozdziału
były także podyktowane zniechęceniem wynikającym z faktu wszechobecnej
polityki
zatruwającej w Polsce
życie niejednej osobie.
Rozpad komunizmu w latach
80-tych
i
następujące po nim trudności
gospodarcze i polityczne nadal
istniejące w Polsce, spowodowały, że na
emigracji znalazło się wielu ludzi zupełnie nieprzygotowanych
do życia w innej kulturze, o
czym oczywiście ani oni, ani Kanadyjczycy
nie mogli wiedzieć. Kanada
wybierała spośród
kandydatów do wyjazdu przede wszystkim
ludzi młodych, po studiach, albo z paroletnią praktyką w swoim zawodzie. Ceniono przedsiębiorczość i
wykształcenie, a na kobiety patrzano jako na matki przyszłych Kanadyjczyków. Przybyszom
ofiarowywano materialną pomoc i życzliwość w adaptacji
do nowej kultury, zakładając, że po
wstępnym okresie nowi członkowie społeczeństwa wejdą w jego spokojny nurt. Przybywało
też wtedy wielu
emigrantów zaangażowanych w
pracach solidarnościowych, którzy mając do wyboru więzienie
albo emigrację wybierali wyjazd z Kraju. Anna,
autorka eseju "Uporczywie do celu"
pisze : " Przed rokiem o tej porze Andrzej był w więzieniu, a ja
chora i
wściekła z bezsilności miotałam się między zaprzyjaśnionym księdzem, który dodawał
mi ducha, a
prokuraturą, która na żądanie SB przygotowywała proces....(teraz
- mój dopisek) Jesteśmy na miejscu naszego
zesłania. Małe miasteczko, prawie środek Kanady. Poznaję nowych
Polaków, mieszkamy w domu pewnych
80-ciolatków. Przychodą ich znajomi i
chcą nas zobaczyć. Jestem czujna i wrażliwa, wyłapuję ich słowa i gesty i dzielę, natychmiast analizuję, może
niepotrzebnie... Słyszę czasem słowa,które mnie bolą : teraz to młodym
wszystko dają, kiedy myśmy
przyjechali nie było
nic,
tylko lasy, lasy... Jak im powiedzieć
że te 10 tysięcy kilometrów to nie
turystyka i przygoda.
To łzy, żal
do Polaków, że
przez szykany zmuszono nas do wyjazdu ."
Ta szczera wypowiedź to pomieszanie norm społecznych
polskich i kanadyjskich. Autorka, mimo, że
ma wyższe wykształcenie, nie może się
wyzbyć pretensji
do Kanady za to co jej zrobiono w
Polsce. Podejrzliwie patrzy na przyjmujących ją Kanadyjczyków
tak jakby to byli członkowie Urzędu Bezpieczeństwa.
Annie nie przyszło do głowy,
że rzeczywiście
imigrantom z
jej epoki
było lepiej niż dawniejszym, że sponsorzy
jej rodziny
musieli poświęcić sporo czasu
na załatwianie formalności
sprowadzania Polaków, że musieli urzędom
imigracyjnym dać gwarancję
mieszkania i utrzymania dla nowo przybywających przez rok jeśli
sponsorem była organizacja
i przez
10 lat jeśli była
nią osoba prywatna.- i że to
bywa dużym ryzykiem finasowym. Dla sponsorów ze
Starej
Emigracji było oczywiste, że nowi
przybysze dostali się do "lepszego świata" i że powinni to docenić. Tymczasem Anna, autorka wspomnień uważa
że " lepszy świat" był w Polsce a tu
w Kanadzie jest "zesłanie" czyli coś porównywalnego
do Sybiru lub Kazachstanu w latach 1939 i
następnych.
Emigranci "solidarnościowcy" uznawali, że przybycie do Kanady było
skutkiem wyrzucenia z Polski czyli karą, bardzo niesprawiedliwą i krzywdzącą. I jak tu wytłumaczyć, że rząd
kanadyjski patrzy
na otwarcie swoich drzwi jako na start nowego życia,
a nie zesłanie? To
już nie 10 tysięcy
kilometrów od ówczesnej Polski, jak pisze autorka
wspomnień, ale
zupełnie inna planeta. Natychmiast
więc zaczęło się
nieporozumienie, mały prywatny konflikt nikomu
niepotrzebny, który mógłby wogóle
nie
zaistnieć, gdyby nowo przybyli więcej wiedzieli o Kanadzie. A tak urażenie i
niechęć pozostały po obu stronach." Przecież wiadomo, że początki
emigracji
są zawsze ciężkie, a taka postawa jak
tej pani, jest po prostu ubieraniem się w niezasłużoną
bohaterskość", starsza pani, wyraźnie od dawna zamieszkała w Kanadzie poczuła się urażona brakiem uznania całej
pomocy,
którą Kanada ofiarowała wygnanym z Polski politycznym imigrantom solidarnościowym, kiedy w skromniutkiej bibliotece "Zgody" spotkałyśmy
się jako klientki. Warto dodać, że wśród
sponsorowanych większość nie była nastawiona tak
podejrzliwie i krytycznie jak
Anna i cały proceder często kończono wzajemną życzliwością i zadowoleniem, a w
niektórych przypadkach
nowymi przyjaźniami.
W latach 80-tych bywały też polskie imigrantki, które sądziły, że
emigracja nada ich życiu
jakiś głębszy sens
i że dzięki temu
życie ich
stanie się pełniejsze. Iwona Majewska ujęła swoje
wspomnienia w sposób następujący : Czasami przerażał
mnie zaklęty krąg
polityczny i moralny Polaków, krąg, z
którego nie widać wyjścia. Wierzyłam
wprawdzie że "to się skończy", ale to nie poprawiało mi nastroju.
Straszne były
te wieczne dyskusje polityczne, te nocne Polaków rozmowy
nie prowadzące do żadnych
wniosków. Czasami
straszna myśl , że może
nie żyję
pełnie, że radość domem,
rodziną są ochłapami
kultury, to może nie wszystko co świat może mi dać, że
mogłabym i ja i dzieci i mąż mieć więcej
przyjemnych chwil,
moglibyśmy pokusić się o więcej, niż
nam załatwią rodzice, znajomi,
państwo wreszcie"
Dość często
jako przyczynę chęci wyjazdu z Polski
podawano "bo w Polsce już nie
można było żyć". Nie jest pewne,czy
to wyrażało przekonanie, że należy się im od
życia coś więcej, niż to co mogli osiągnąć w
Starym Kraju (tak jak pisała Iwona Majewska), czy też
po prostu przed wyjazdem
widzieli imigrację tylko w kolorach
różowych. Wielu miało w Polsce dobre
warunki
materialne, dom czasem z
basenem, samochód, nie
należeli do prześladowanych, ani biednych. Niewielkie
doświadczenia w poznawaniu zagranicy uzbierane podczas wakacyjnych wyjazdów na pracę
do Szwecji lub Niemiec, rzadziej do
Anglii
utwierdzały
ich w przekonaniu, że w
Polsce jest źle i że należy
szukać szczęścia w innych krajach. Kanada nadal była
uważana za jeden z najlepszych krajów dla
emigrantów.
Kobiety tej fazy emigracyjnej
są podobne do
swoich mężczyzn. Są pewne
siebie i głęboko przekonane o własnym
prawie do szczęścia i stanowienia
o losie swoim
i ewentualnie
swoich dzieci i męża. Podkreśla to Kasia, która pisze : Kiedyś
jeden z moich szefów zrobił
jakąś bardzo
negatywną uwagę na temat Polaków i
Ukrainców. Na co ja spojrzałam na niego i rzekłam - Hej, hej nie
zapominaj że ja tu jestem ! On na to : -
No tak, ale
ja mówię o typowych Polakach, a ty jesteś nietypowa. No bo ty
jesteś...taka...pewna siebie" Wierzą
w swoje szczęście i we własne zdolności. Wnoszą
do Kanady swoje wykształcenie poparte
latami doświadczenia zawodowego i nie mają żadnego kompleksu niższości
wobec
Kanadyjczyków, tak czasami widocznego w
poprzednich falach emigracji polskiej. Niektóre
znają język angielski,
inne żyły już w
krajach francusko-języcznych, a
ofiarowywane przez Kanadę ułatwienia dla imigrantów
przyjmują często jako dowód tego, jak bardzo Kanadzie
zależy na
nich. Były to przecież lata kiedy było
modne podziwiać Polaków i zachwycać się
ich odwagą w realizowaniu bezkrwawego przewrotu
antykomunistycznego. Na fali tej światowej
życzliwości
imigrantki epoki solidarnościowej i lat
po niej następujących czuły się wszędzie mile widziane i utwierdzały
się w przekonaniu o słuszności
opuszczenia Polski na zawsze, lub przynajmniej o
powszechnie ogarniającej ich życzliwości w Nowym Kraju.
Frustracja, którą odczuwały w
Polsce, niezależnie od tego, czy była
powodowana ideologiczną przepaścią
między
społeczeństwem i reżymem, czy
też trudnościami przebicia się przez niewidzialny
mur izolacji Polski od świata, szybko
maszerującego
naprzód, powodowała, że kobiety te z wyjątkami takimi
jak cytowana powyżej Anna patrzały na swoją
emigrację jako na element pozytywny, a nie
przykre doświadczenie. Imigrantka, która użyła pseudonimu " Szczęściara" pisała, że powody dla których
wyemigrowała cała jej rodzina były znacznie głębsze : "Wreszcie
wrzesień
1981 roku... Powstaje pytanie co ja matka, inaczej my-rodzice,
pozostawimy
po sobie naszym dzieciom " W
odpowiedzi mówi się niekiedy... byleby nie
męczyły się jak my kiedyś... Odpowiedź brzmi
... przede wszystkim nie przynieść dzieciom wstydu, żeby nie wstydziły się matki i ojca... Być
ojcem i matką,
to nie
tylko dać życie,
lecz również być nosicielem rodzinnej godności i
narodowego honoru. W ostatnich miesiącach weszliśmy w sytuację w której
trzeba rozstrzygać: jakie dziedzictwo
należy przekazać naszym dzieciom - czy
dobrobyt plus mniej lub bardziej wyraśne poczucie wstydu czy dumę z dobrze
spełnionego obowiązku. Ciężko było zostawić
dom i rodzinę, ale na nas czas! W drogę! W nieznany, ale
może lepszy świat!"
Zdarzały się także emigrantki, które po prostu bagatelizowały
problemy emigracji, tak bardzo były sfrustrowane własnym życiem w Polsce. Baśka
opisuje to w
następujący sposób : " o czym można
marzyć będąc obywatelem
najbrudniejszego państwa w Europie?
jedna trzecia współplemieńców żyje tu
w warunkach zagrażających
zdrowiu i życiu, a ponad połowa nie jest w
stanie wypracować sobie
nawet urzędowego minimum socjalnego! Dla
wszystkich stało się jasne od kilku
lat, że pracowitość, uczciwość są
ciężkimi kulami u nóg, które skutecznie
uniemożliwiają osiągnięcie
jakiegokolwiek dobrobytu materialnego. Normą społeczną
przystosowania stała się dwulicowość i
wewnętrzne załganie, co doprowadziło do absurdu społeczną i polityczną
groteskę... Kiedy jedna z
koleżanek podesłała mi
czysty druk z firmy zatrudniającej w Toronto
pomoce domowe..., kanadyjski rząd
zapewniał bowiem, że po
dwóch latach nienagannej służby domowej
w charakterze niańki lub gosposi, po
ukończeniu kilku kursów,
biegłym opanowaniu języka angielskiego,
przepracowaniu społecznie określonej liczby godzin oraz wykazaniu się
odpowiednim kontem w banku można
otrzymać prawo stałego pobytu i stać się samowystarczalnym członkiem
społeczeństwa kanadyjskiego.. Dla takich ludzi jak
ja - bez rodziny i przyjaciół na Zachodzie i bez
perspektywy
na Wschodzie- a za to z całym
bagażem przepracowania, przeuczenia i
niepowodzeń wynikających z założeń systemu premjującego jedynie ludzi z
odpowiednim kręgosłupem
ideologicznym-... druk z Toronto Domestic Corporation był
tym, czym dla innych elegancki bilecik na obiecujące przyjęcie." My możemy to dzisiaj nazwać
mieszanką wykalkulowanego chciejstwa
i naiwności, pochodzącą z kompletnej nieznajomości Canadian reality ( kanadyjskiej
rzeczywistości). Sama autorka w dalszym ciągu swego
opowiadania nadal
mieszając tęsknotę za Polską i rodziną z własną frustracją wynikającą z
braku
znajomości kanadyjskiej kultury i z przykrościami związanymi
z nielubianą pracą za to wszystko wini
Kanadę.
Jeszcze inne imigrantki
potrafiły
kompletnie zmitologizować Kanadę i przekształcić ten kraj w złudzenie.
Malwa robi to w sposób niemal
doskonały : "Leciałam pełna marzeń,
niesprecyzowanych nadziei pewności nierealnego szczęścia, które musi się zdarzyć. Tam w
Kanadzie miało być szczęście, szczęście,które
musiało się przytrafić i spełnić przez
choćby samo oczekiwanie. Nie miało żadnego
kształtu,
żadnego istnienia, tylko kolor i przepych urzekającego
marzenia. Nie
miałam żadnych konkretnych planów i niczego do zrobienia, aby marzenie nabrało sensu spelnienia. Było ono najbardziej podobne do
szczęścia obiecywanego w mitycznym raju
i nie miało nic wspólnego z tym
wykuwanym pracowicie szczęściem. Nie mialo nic wpólnego z pieniędzmi,
ludźmi i
rzeczami. Było to szczęście "wyczekane"."
Nietrudno zgadnąć że to "szczęście wyczekane" nie
sprawdziło się w rzeczywistości i w dalszym ciągu swoich wspomnień autorka pisze
o
głębokim rozgoryczeniu i zagubieniu, z którego ratuje się zostawiając
kilkonastoletnie dziecko w Kanadzie, a sama wraca do
Polski. Autorki obu
tych wspomnień poruszają jednak ważny punkt życia polskiego imigranta.
Mianowicie
fakt, że nie mają pojęcia
o prawdziwej rzeczywistości kraju, do którego lecą i
wobec tego tworzą na własny
użytek wyimaginowane obrazy raju.
Jedna ma nadzieję, że pracą niańki wkupi się
do raju, a druga, że raj otworzy się przed
nią sam z
siebie, bez
najmniejszego wysiłku z jej strony.
A co pozostało po Starym Kraju ?
Jak powiedział mi niedawno jeden ze
znajomych imigrantów z Vancouveru. "Jestem w
Kanadzie 20 lat i już nie jestem ani stąd ani stamtąd". To pojęcie wykorzenienia z Polski i braku zakorzenienia w Kanadzie jest wśród
imigrantów dobrze znane. Polega ono na nieuchronnym oddalaniu się
imigrantki
lub imigranta od udziału
w wydarzeniach w Polsce oraz na
uświadamianiu sobie różnic między własnym postępowaniem
i Polaków z Polski, przy jednoczesnej kontynuacji wyobcowania w Kanadzie. Skupieni na stabilizowaniu finansowym swojej rodziny tacy imigranci po prostu nie mają czasu na zastanawianie
sią nad obu
Krajami, tym w którym żyją i tym który
opuścili. Nie interesuje ich
to co się dzieje wokoło nich, bo wszystkie myśli pochłonięte są zarabianiem pieniędzy i dopiero kiedy przyjdą nagłe olśnienia w widzeniu świata, zaczynają rozumieć, że
stworzyli wokoło siebie pustkę i nie
są już ani stąd ani stamtąd.
Coraz wyraźniejszy rozziew pomiędzy
życiowymi interesami imigrantek i ich
rodzin w Polsce pogłębiający
się z czasem
spędzonym na
obczyźnie prowadzi nieraz
do bolesnych konsekwencji. Pisze o tym Baśka
w dalszym
ciągu
swoich wspomnień : " ... A tymczasem z
listów otrzymywanych z domu wynikało, że
na przyjazd moich chłopaków do Kanady nie
ma co liczyć. Jednakże- co gorsza - z
ich tonu wcale nie wiało tęsknotą do
mnie. Wręcz przeciwnie,
zgadzali się
na mój pobyt tutaj przez
dodatkowych kilka miesięcy w nadziei, że może mi uda się otrzymać prawo
stałego
pobytu do końca roku."
"Zaczynałam mieć tego wszystkiego dość.
Powoli zaczynałam nabierać podejrzeń,
że mojej rodzinie już na mnie nie
zależy. Ważniejsze są pewnie otrzymywane ode mnie dolary, które im tam w kraju otwierają znacznie lepszą
Kanadę niż ja mam tutaj. Ja tu bowiem muszę ciężko
harować i liczyć się z
każdym groszem, a oni tam po prostu używają życia co się
zowie." Baśka zrozumiała, że jej rodzina w Polsce wcale nie
dzieli z nią jej pragnienia zapracowania sobie
na
nowe życie w Kanadzie,
nie zależy im także na emigracji, natomiast chętnie przyjmują pieniądze zarobione przez nią
w "bogatej
Kanadzie, gdzie tak łatwo się
zarabia ". Zjawisko dość częste wśród rodzin,
wysyłających swoich
członków na czasową emigrację zarobkową
Niektóre z respondentek naszej mini-ankiety podkreślały, że
pobyt na
imigracji zmienił ich stosunek do
Polski jako państwa i do społeczeństwa
polskiego. Może w najmniejszym stopniu do polskiej kultury. Na pytanie
w naszej
ankiecie co pobyt na emigracji zmienił w uczuciach do Polski padały
następujące
odpowiedzi :" W zasadzie nie zmieniłam uczucia wobec Polski, ale
wśród codziennej pracy
oddaliłam się od spraw, które w Polsce
wydawały mi się bardzo
ważne. Trochę żałuję, że nie dzielę z Polakami ich wszystkich trosk i
radości
codziennych, ale z
drugiej strony mam dzięki temu może
bardziej obiektywny obraz Polski." Inna
respondentka pisze : "...oddaliłam
się od spraw,które
w Polsce zdawały się być bardzo ważne - nie mam czasu." Jeszcze
inna odpowiada :"
Zmienił się. Oczywiście
że tak. Moją tezą...jest, że proces adaptacji
imigranta trwa całe życie, jest dynamiczny i
prowadzi nieuchronnie do oddalenia się od tożsamości
(narodowej,
osobistej itp) obecnej w chwili przyjazdu."
Respondentka
o symbolu W nie
żałuje, że jej stosunek
do
Polski sią zmienił : "Tak, oddaliłam się. Nie żałuję i tak zawsze żyłam z boku wszystkich
ważnych spraw." , a
respondentka o symbolu ZA
dzieli swoje uczucia patriotyczne na dwie
grupy :
" Wzrosła moja
duma narodowa, bardziej doceniam kulturę polską, ale oddaliłam się od
spraw,
które w Polsce zdawały się być bardzo
ważne. Na to nie mam wpływu.". Są
także gorzkie
wypowiedzi kobiet, które nawet po wielu latach pobytu nie
mogą znaleźć w Kanadzie miejsca dla
siebie, a do Polski nie mogą
wrócić ze względów
rodzinnych. Ich frustracja bardzo dobrze
odzwierciedla ich wewnętrzną konfuzję.
Z jednej strony utracony kontakt
z Polską spowodował zobojętnienie
wobec Starego Kraju, a z drugiej nadal
tkwi w nich niesprecyzowana pretensja do Kanady : "Kraj i kultura mi zobojętniały. Załuję
wogóle przyjazdu do Kanady."
Wydaje się, że w takich
przypadkach
oba kraje są obwiniane przez imigrantki
za ich niezadowolenie z obecnego życia. Jeśli
jednak porównamy
powyższą
wypowiedź z przytoczonym na poprzednich stronach zdaniem..."już nie
jestem
ani stąd ani stamtąd"
to, być
może sięgniemy do spraw
ogólniejszych i głębiej leżących w podświadomości. Być może, że te imigrantki same nie posiadają
dość sił psychicznych, aby znieść takie
stresy imigracji jak samotność i wyobcowanie kulturowe,
a ich rodziny nie rozumieją, albo nie
potrafią im pomóc w przebiciu się przez własne poczucie przegranej w
życiu.
Na dalsze pytanie ankiety, czy respondentka stała się
bardziej krytyczna wobec Polaków padały
następujące odpowiedzi : " Na
emigracji po roku 80-tym znalazła się
duża grupa polskiego marginesu społecznego, która działa na niekorzyść
Polsce." "Denerwuje mnie
brak tolerancji
, przesadne chwalenie się
bohaterstwem i martyrologią i poczucie
wyjątkowości Polski i jej ważności dla
świata."
"Zawsze
byłam krytyczna, jest to może bardziej
konkretne, ale to co ceniłam
(i nadal cenię) u Polaków stało się
bardziej wyraźne.
"...spotkałam Polaków za których
się wstydziłam." Pięć respondentek
z czternastu uważa jednak, że emigracja
nie wywarła żadnego wpływu na ich stosunek
do Polaków poza granicami Polski.
Członkowie ostatniej, solidarnościowej i post -
solidarnościowej emigracji są także
bardzo chętni do podkreślania znaczenia kontaktów
międzyludzkich,
szczególnie między imigrantami pochodzącymi z tej samej fazy
historycznej. Respondentki ankiety
podkreślają w swoich odpowiedziach, że po
przybyciu do
Kanady szukały środowiska polskiego., " ze względów
obyczajowo-kulturowo-językowych", "
by dzieci
lepiej zachowały język polski, miały polskich przyjaciół",
" Wspólne problemy- łatwiej nawiązać kontakt", " Ta
sama mentalność jest mi bliższa", "Tak, by nie czuć się samotnie i
wyizolowana"
I znowu jak w poprzednich etapach emigracji
hermetyczność, z
jaką
niektóre grupy zamykały się wewnątrz polskiej kultury, ich
szczególna
potrzeba życia " w grupach między przyjaciółmi" nie
pozwoliła bardzo wielu nowo przybyłym na trzeźwą ocenę własnej sytuacji i na zrozumienie tego, co ich
czeka.
Niekiedy już na
wstępie pojawiały się sygnały rozbieżności
pomiędzy realiami i oczekiwaniami. Czasem przybierały one formę
wymagającą pomocy specjalistycznej jak w przypadkach opuszczonych polskich żon w Vancouverze w latach 90-tych (omawianych
przez nas w rozdziale pt. Kobiety Federacji Polek
w Kanadzie), inne, w swoisty sposób interpretowały
niewinne pytania stawiane im
przez zasiedziałą
Polonię. Tak np.
pytanie "Czemu przyjechaliście
do Kanady, czemu wybraliście
emigrację?" zadane grupie
nowoprzybyłych Polaków
przez delegatkę
Polonii w r. 1981 zostało zrozumiane jako zazdrosna
niechęć widzenia nowych rodaków w kraju "powszechnego dobrobytu". A
przecież równie dobrze słowa te mogła podyktować ciekawość
powodów
emigracji, lub pamięć biedy, ciężkiej
pracy i upokorzeń przez które, emigrantki powojennego
etapu (bo z
tego okresu pochodziła delegatka), musiały przejść
zanim jako tako zadomowiły się w Kanadzie. Wkrótce
po przylocie na głowy nowo
przybyłych posypały się dalsze niespodzianki.
Przeważnie były to niemiłe zaskoczenia, ponieważ większość imigrantów
okresu solidarnościowego nie miała pojęcia, że
podstawowym
składnikiem imigracji jest szok kulturowy wynikający
w dużej mierze z ówczesnego
braku kontaktów społeczeństwa
polskiego ze
światem północnej Ameryki.
W pustce powstałej przez brak rzetelnych informacji o kulturach świata, Polacy w
Polsce budowali sobie światy fantazji, o tym
jaki wspaniały jest
Zachód.
Po przybyciu imigrantów do Kanady porównanie tych fantazji z kanadyjską rzeczywistością wywoływało
oczywiście wiele frustracji. Nic w tym
dziwnego.
Potwierdza to spostrzeżenie zupełnie inna postawa tych
imigrantów, którzy
zanim zdecydowali się na emigrację, mieli
okazję znaleźć się
poza Polską, zazwyczaj dzięki kontraktom zawieranym na
prace specjalistyczne. To były często
kontrakty na prace w
krajach afrykańskich.
Pisze o tym kilka respondentek w swoich odpowiedziach na
ankietę.
Respondentka o symbolu
0, która
wiele lat spędziła podróżując z mężem zatrudnianym w różnych krajach
tak pisze :"Przez 21 lat,
a
od wyjazdu z Polski 25 lat, trudno żeby
człowiek był taki
sam, ale rozwija się wszędzie, im więcej widzi, tym bardziej. Ale ja byłam w
bardzo
wielu krajach i to nie Kanada, a całokształt mnie uformował. U mnie
głównie
liczy się to co się dzieje w
Polsce" A
więc z jednej strony przyznaje, że "uformował ją całokształt" podróży
po świecie, a z drugiej "to
co się dzieje
w Polsce", tak jakby stwierdzenie, że
mogła się zmienić, czegoś nauczyć
się lub poszerzyć swe
horyzonty umysłowe tylko przez podróże poza Polską, było czymś co koniecznie musi być uzupełnione przez kontakty z Polską.
Jednocześnie na
jedno z poprzednich pytań o jej stosunek do kraju macierzystego pisze
: "...kocham
mój Kraj tak jak się kocha
matkę, rodzinę, a jednocześnie wiem,
że już na stałe trudno by mi było, też bym chyba nie
mogła ,- 25 lat dużo,
inne były drogi moje, inne mego
narodu .." Warto dodać że autorka powyższych słów nie uważa się ani za Kanadyjkę ani za osobę dwu-kulturową, ale za Polkę mieszkającą zagranicą.
Wpływ podróży zagranicznych na uformowanie się jej osobowości jeszcze
bardziej podkreśla następna
respondentka " Opuściliśmy z mężem Polskę
w roku 1980, jak mąż został
zaangażowany przez FAO do pracy w
Afryce. Po 6-letnim pobycie za granicą (
w tym ostatnie 2 lata w Rzymie, gdzie
męża przeniesiono) decyzja
nie wracania do kraju stała się
logiczna. Sprawy standartu życia, możliwości pracy dla męża, edukacja
dzieci
już w systemie francuskim, "zachodni" styl życia - wszystko to
ważyło
na naszej decyzji."
Jak pisze Benedykt
Heydenkorn we
wstępie do publikacji o imigrantach z
okresu 1981 -
1989 zatytułowanej "Ale i
słaby nie zginie" - ..." wszyscy przechodzili okresy przystosowania
się. Dłuższe, krótsze,
trudne, bolesne, gładkie, łatwe. Różnorako uczyli
się Kanady " W tej samej publikacji
na 31 pamiętników
imigranckich kobiety są autorkami aż 21 opracowań. Ta ogromna przewaga kobiet w
swobodnym opisywaniu własnych
uczuć i przeżyć imigracyjnych ,
jest dowodem głębokości różnic
pomiądzy imigrantkami ostatniego etapu
i poprzednich. O ile we wszystkich
poprzednich etapach kobiety wręcz unikały pisania o sobie i swoim życiu, o tyle na podstawie
świadectwa owych "Pamiętników" widać, że
kobiety z solidarnościowej i post-solidarnościowej imigracji gotowe
były pisać
o sobie bez skrępowania i chociaż książka pt. "Ale i słaby nie
zginie" jest tylko małym ułamkiem reprezentującym różne
oblicza ostatniej fazy
imigracji polskiej, to jednak jest wyraźnym dowodem inności
ludzi tego etapu imigracyjnego.
Tę inność podkreślał również
stosunek imigrantek ostatniego etapu
do Starej Ojczyzny. One przybywały do Kanady z Kraju,
który istniał nie tylko w umysłach polskich imigrantów,
ale i w rzeczywistości. Miał ustój,
którego społeczeństwo polskie nie lubiło, lecz to
był ustrój w którym się wychowały - był swój. W jego kulturze
przyszli imigranci rośli i formowali
swoje spojrzenie na świat. Kultura Starego
Kraju dawała im poczucie przynależności
społecznej, własnej
wartości i przebojowości. Ta świadomosć posiadania własnego, choć nie lubianego państwa stanowiła wielką
różnicę pomiędzy pokoleniami. Większość imigrantek
przybywających do Kanady
w trzech poprzednich
etapach, miała głębokie poczucie bezpaństwowości,
ponieważ "ich Polska",
albo jeszcze była pod zaborami, albo
po roku 1945 już nie istniała
jako wolne państwo. Ponadto
dekretem
z 1945 r. reżym komunistyczny pozbawił
obywatelstwa polskiego wszystkich, którzy wtedy pozostali
na Zachodzie. Także imigrantki, które w
pierwszych powojennych latach uciekały z PRL-u
świadomie wyrzekały się
swego Startego Kraju. Jak napisała w
ankiecie imigrantka z 1951
roku "Nie
tęskniłam za Polską, bo uciekłam z
komunistycznego kraju, gdzie stale obawiałam się wpadki i stale
drażniło mnie
to, co się działo wokoło.".
Było to więc ostateczne wyrzeczenie się swego Starego Kraju, coś na kształt : "Mojej
Polski już nie ma". To
poczucie utraty lub
nie
posiadania własnego państwa dawało
czasami znać o sobie w najbardziej
niespodziewanych okazjach. Podczas spotkania z dwojgiem moich przyjaciół, byłym
oficerem armii polskiej z 1939 r. i Polką, która w
1972 roku właśnie otrzymała
obywatelstwo kanadyjskie zapamiętałam
następującą
rozmowę : "Dzień otrzymania obywatelstwa kanadyjskiego
przepełnił mnie szczęściem, bo nareszcie
znowu mogłem należeć do grupy, do społeczeństwa, w którym żyję" -
powiedział
starszy pan przez wiele lat tułający się po świecie. Moja przyjaciółka
odparowała "... a dla mnie ten dzień ma podwójny i sprzeczny ze sobą charakter,
.zadowolona jestem, że dostałam nareszcie
obywatelstwo Kraju
praworządnego, uczciwego i spokojnego, ale także czuję
się upokorzona, bo mój Kraj ojczysty zmusił
mnie do
wyrzeczenia się go i przysięgania wierności innemu."
W latach
powojennych sprawa otrzymywania obywatelstwa
kanadyjskiego była wśród
Nowej Polonii uważana za delikatną, a nawet żenującą.
Niektórzy byli członkowie Armii
Polskiej
na Zachodzie niechętnie przyznawali się
do tego, że przyjęli obywatelstwo
kanadyjskie, bo uważali to za pewnego
rodzaju zdradę sprawy narodowej polskiej. Bardzo
lojalni wobec Kanady, czuli się jednak
związani przysięgą na
wierność Polsce.
Powoli jednak, w miarę upływu lat
zimnej wojny ta postawa zaczynała po prostu zanikać pod
naciskiem logiki życia codziennego.
A jak patrzyli
na otrzymanie obywatelstwa
kanadyjskiego emigranci solidarnościowi ? Odpowiedź daje cytowana już
przez nas Anna : "Przyjęliśmy
obywatelstwo, była uroczysta chwila,
chociaż wahałam się
czy to zrobić. Czułam się jakby
nieuczciwie wobec mego sumienia, że to
jakby diabłu duszę sprzedać.
Moja irlandzka przyjaciółka
pomogła mi i
tutaj, miała kiedyś takie same wahania."
Początki "uczenia się Kanady" o
których mówi Benedykt Heydenkorn zaczynały się nieraz od nieporozumień ze sponsorami. Jeśli to była rodzina, która
złożyła gwarancję za swoich
krewnych, to po ich przyjeździe zazwyczaj starała
się dać im
do zrozumienia, aby
jak najprędzej się usamodzielnili
ponieważ sponsorship w Kanadzie jest
traktowany bardzo poważnie i
oznacza nie tylko zapewnienie sponsorowanemu dachu nad głową i codziennego pożywienia,
ale także ponoszenie wszelkich kosztów związanych z
jego osobą, w tym także z jego
ewentualną chorobą. W warunkach kanadyjskich choroba
gościa zawsze oznaczała
duże wydatki, a czasami mogła zrujnować kompletnie rodzinę.
Nowoprzybyli przeważnie tłumaczyli sobie te
namowy jako zwykłą chciwość albo skąpstwo.
Stąd ostre i łatwe oskarżenia o materializm
rodzin
kanadyjskich przez nowoprzybyłych. Oczywiście były także przypadki nadużywania
nowoprzybyłych przez dawniej osiadłych rodaków. Zdarzały
się takie przypadki nawet w bliskich
rodzinach, jak to opisuje Samotna Magda w
swoich tragicznych wspomnieniach : "Dziecko
choruje, męża rodzina szczuje, że mnie się pracować nie chce. Jak coś zażądam
od
męża to dostaję dobre bicie. To dobry
synalek, tak umie żonę pokaleczyć,
posiniaczyć. Dzieci się go boją jak złego
ducha. Kiedyś poprosiłam męża o dolara, ale
wmieszała się
szwagierka i ja zamiast dolara dostałam
od męża takie bicie, że plułam tydzień krwią..." Ponieważ Magda
wspomina,
że w Polsce mąż jej nie bijał,
więc może jego kanadyjskie zachowanie wynikało z poduszczeń
rodziny i faktu, że Magda nie umiejąca po
angielsku nigdzie nie szukała pomocy. A kiedy nareszcie
znalazła tę
pomoc, to mąż poważnie upomniany
przez władze, przestał ja bijać
Inaczej działo się
jeśli sponsorem była wieś albo
parafia wiejska. W porywie współczucia
dla " nieszczęśliwych i prześladowanych Polaków" a
czasami z chciwości drugie, a nawet trzecie pokolenie
osadników z zachodu
Kanady sponsorowało kilkadziesiąt rodzin przebywających w obozach przejściowych
europejskich zakładanych
w Europie
Zachodniej w latach 80-tych ub. wieku dla uciekających Polaków. Wiejscy
sponsorzy przeważnie nie byli
ludźmi bogatymi, ani też wykształconymi
i nie oczekiwali "inteligentów z miast, "
ale prawdziwych robotników i
chłopów nawykłych do pracy w polu.
Liczyli, że oni im pomogą
na ich farmach. To też dla obu stron
spotkanie było szokiem
kulturowym i emocjonalnym. Gospodarze ciągle pamiętający
ciężką pracę fizyczną rodziców lub
dziadków, a także nauczeni mnogimi
przykładami, które widzieli wokoło chcieli mieć tanią służbę roboczą do
pracy w
polu. Tak samo ich ojcowie
odpracowywali swój przyjazd do Kanady kilkadziesiąt lat wcześniej. Nowi imigranci natomiast, dumni
ze swego awansu społecznego w
Polsce odmawiali ciężkiej pracy fizycznej,
graniczącej z wyzyskiem, uparcie
żądając pracy inteligenta. To niepomiernie irytowało
gospodarzy, którzy tłumaczyli sobie, że nowo przybyli są
zadufani
w sobie i czują pogardę dla pracy
fizycznej. Wracały niedobre wspomnienia
klasowe, chociaż sponsorowani goście często sami byli pierwszym
pokoleniem,
które dopiero co ukończyło szkoły
i zdobyło kwalifikacje
inteligenckie. Nieporozumienie polegało zarówno
na przewrażliwieniu obu stron jak i na ich wyfantazjowanych
oczekiwaniach, które rozciągały się od życzliwej lecz odpłatnej pomocy, aż po próby nielegalnej wprawdzie
eksploatacji nowo przybyłych, lecz często stosowanej
przez różne grupy etniczne wobec przybywających rodaków.
W Kanadzie praca fizyczna
nie była i nadal
nie jest
żadnym upokorzeniem
społecznym,
lecz takim samym zarobkiem jak każdy inny
i nie oznacza degradacji społecznej, ale jak wszędzie
na świecie, ci którzy mogą jej
uniknąć, spychają ciężkie i nisko płatne trudy na
innych. Nowi imigranci
tego wiedzieć nie mogli, więc oprócz zrozumiałego
bronienia się przed robotą w
polu widzieli w niej chęć upokorzenia
ich. Nic więc dziwnego, że w Kanadzie nie chcieli rezygnować
z tego co sobie zdobyli w Starym Kraju.
Było jednak sporo ludzi wśród Starej i Nowej Emigracji którzy wczuwali się w położenie nowo
przybyłych i nie tylko okazywali im życzliwość,
ale znaczną pomoc, oddając im
meble, naczynia kuchenne, lub inne używane rzeczy,
których nowo przybyli narazie
nie mogli sobie
kupić.
Także potrafili doradzić w sprawach
urzędowych.
W zamożnej Kanadzie, pod opieką
rządów federalnego i prowincjalnych starannie
przestrzegających praw imigrantów, życie tych ostatnich wydawać by się mogło
łatwe i szczęśliwe. Wszakże
są prawa, które chronią przed eksploatacją
i dają czas na naukę języka oraz
asymilację. W praktyce jednak
nowo przybywający imigranci do dziś stanowią grupy
na których chętnie żerują ludzie
nie obarczeni finezyjnym sumieniem. Nie
tylko pracujący "na
czarno" niejednokrotnie
muszą się godzić ze stratą swoich zarobków , niewypłacanych przez
zatrudniających ich "na lewo" pracodawców. Do
grupy eksploatowanych należą
robotnice sweat shops - pokątnych nielegalnych
lub pół-legalnych przedsiębiorstw - zwykle istniejących w innych niż polska , grupach
etnicznych.
Zdarza się jednak, że eksploatowane są
także i polskie
gosposie i niańki. Te ostatnie nadal przyjeżdżają
do Kanady na kontrakty podpisywane z
indywidualnymi pracodawcami i jak
dawniej obowiązane są
do odpracowania ich.
Opinia wystawiana przez pracodawczynie
daje następnie podstawę do
ubiegania się o stały pobyt i prawo wyboru
pracy. Rządowy nadzór
nad
wykonywaniem zobowiązań wobec gospoś i
nianiek jest minimalny, jeśli więc
przybyszka z Polski trafi na rodzinę, która ją wykorzystuje, to jej
pierwsze
lata w Kanadzie mogą być bardzo
ciężkie. Odwoływanie się do urzędu imigracyjnego nie jest proste i
wiele
nianiek i gospoś na to się nie odważa, szczególnie,
kiedy ich znajomość języka jest słaba i
pracownica domowa nie zna swoich praw.
Przy tym opinia
publiczna stoi naogół po stronie
pracodawczyń. Polskie gosposie i niańki wnoszą
dodatkowe komplikacje. Na odpowiednie ogłoszenia zgłaszają się często
kobiety z
wykształceniem biurowym, czasami po
latach pracy zawodowej np. nauczycielki
z przekroczoną trzydziestką oraz
wysoko rozbudzonymi nadziejami na
"załapanie" podczas pobytu w Kanadzie rozmaitych kursów
językowych, komputerowych itp. Ponadto wizytę
w Kanadzie traktują one
jako okazję do "zobaczenia
miasta,
prowincji lub kraju". Przy tym wszystkim liczą na uzbieranie jak najwyższej
sumy dolarów na koncie. Dla
takiej Polki , praca
niańki ma więc
być
wytrychem, który jej pozwoli wykorzystać wszystkie możliwości jakie Kanada może ofiarować osobie
ciekawej świata , jego kultur i cywilizacji. To już
nie jest dawna skromna i pokorna emigrantka, która prosi o
pracę
i godzi się na
wielogodzinny dzień pracy za pół-darmo, ale pewna siebie
kobieta, która w Polsce nauczała się liczyć i kalkulować i w Kanadzie
nie
zamierza zrezygnować ze swoich planów . W rezultacie elementy konflików
są już przygotowane przed przybyciem
"niańki" lub "gosposi" na miejsce. Baśka, autorka opublikowanych wspomnień pt. "W
drodze do raju" tak
opowiada o swoich przygodach w roli
niańki i gosposi w Kanadzie
:"Jako nauczycielka języka
polskiego musiałam codziennie slęczeć do północy nad zeszytami uczniowskimi, co ostatecznie
zaważyło na mojej decyzji o konieczności opuszczenia
tej krainy pracą i troskami słynącej i poszukania sobie na
Ziemi miejsca bardziej do życia
znośnego ".
Przyszła chlebodawczyni - mój
przypisek - wyjaśniła mi przez
telefon, że chce mnie zatrudnić "miła nieformalna młoda rodzina kanadyjska która ma
córeczkę i
psa i - spodziewa
się bliźniaków. Czy
mi
to odpowiada? Moja entuzjastyczna
odpowiedź spodobała się
po drugiej stronie oceanu" Czy Baśka
uświadomiła sobie, że będzie miała posadę z trójką malutkich
dzieci do opieki ? Wątpliwe - być może , że
usłyszała to co jej przyszła chlebodawczyni
mówiła, ale
jej "entuzjastyczna odpowiedź" wskazuje, że
jedyne co wyciągnęła z rozmowy, to , że
poleci do Kanady. Już
po przybyciu, w samochodzie : "Udało
mi się zrozumieć...że dzieciaki mają się dobrze i wogóle dobrze, że nareszcie raczyłam się zjawić,
bo Kim ( jej procodawczyni) chce
od poniedziałku rozpocząć pracę. Najstarsza
córeczka na razie uczęszcza
do przedszkola, gdyż matce trudno poradzić sobie z miesięcznymi bliźniakami i
ponad połtoraroczną Emily.
Dusza we mnie zamarła z przerażenia - Na
razie " Czyli na jak długo " I jeśli matka
nie daje sobie rady ze swoimi dziećmi, to
jakże mnie ma
się to udać ? Kim, jakby
idąc za ciosem uderzenia, wyjaśniła,czego
ode mnie oczekuje. Mój
rozkład zajęć obejmował więc większość obowiązków domowych. Zaczynałam od ścielenia lóżek.
Potem śniadanko bliźniaków
oraz odkurzanie, zmywanie naczyń, pranie i
suszenie bielizny, żeby
nie wspominać o
łazience i pucowaniu kuchni.
W
ramach relaksu obiad bliźniaków, a
potem ich dwugodzinny spacer. Po nim
należało dzieciątka wykąpać i dać im podwieczorek gotując
jednocześnie obiad dla szefowej i jej
starszej córeczki. Następnie należało dać również mieszankę mleczną bliźniakom i zmienić im na
pożegnanie pieluchy. Wszystko
to na papierze wygląda niewinnie, natomiast w rzeczywistości bywało
różnie. Można bardzo
współczuć Baśce z Polski, ponieważ miała
nadzieję, że jej
praca niańki w Kanadzie będzie lżejsza
niż poprawianie zeszytów uczniowskich i
pozwoli jej załapać dla siebie uboczne zyski z
przyjazdu do Kanady. Ale jej
oczekiwania zbliżały się do kategorii "wyczekanego szczęścia" Malwy, innej autorki wspomnień z początków
życia w Kanadzie. Obie panie,
jakkolwiek różne - Baśka
bowiem gotowa była pracować
żeby zdobyć dolary , a Malwa
chciała dostać szczęście
jako prezent - swoją
imaginacją zastępowały brak informacji
na temat kraju i społeczeństwa do którego jechały. Co więc
zrobiły ze swoją emigracją? Baśka
po bolesnych szarpaniach się ze swoją
pozycją najętej niańki-gosposi
zaczęła się przebijać do Kanady w której otrzymała status imigrantki (landed immigrant),
a
rozgoryczona Malwa poprostu wróciła do
Polski, zostawiając męża i swoją
nastoletnią córkę, która nie chciała z
nią wrócić.
Praca nad sobą, którą wiele emigrantek polskich ostatniej fazy musiało wykonywać,
aby dostosować się do Nowego Kraju jest jednak imponująca, ponieważ przyjechały one do Kanady nie z
innego kraju,
ale
z "innej planety" gdzie jako normy
społeczne dominowały absurdy komunizmu, a retoryka albo "drętwa mowa"
zastępowały rzetelną informację.
Kasia, autorka wspomnień zatytułowanych
"Wolna
i niezależna" tak pisze o
ewolucji jaką musiała przejść w związku ze
swoim rozwodem w
Kanadzie :" W tym okresie po raz
pierwszy zaczęłam odczuwać kompleks z
powodu bycia Polką i z moją polskością lączyłam swoje małżeńskie
niepowodzenia.
Zanim zostałam mężatką, częstokroć
myślałam z dużą dozą krytycyzmu o
ludziach, którym się nie układało małżeństwo. Uważałam wtedy ich za istoty niejako niższego
rzędu i byłam przekonana że
mnie nigdy to nie spotka. Kiedy jednak
mnie samej przytrafiło się to
nieszczęście, to sama przed sobą nie przyznawłam się do
fiaska, aby nie czuć się istotą niższego
rzędu. A do tego
będąc Polką na obcej ziemi, podświadomie obawiałam się o moją godność narodową. Sama przed sobą bałam się
odsłonić prawdę, aby nie zburzyć szacunku wobec
siebie. Kiedy dokonuję
tej
analizy z perspektywy kilku lat, wydaje
mi się ona ciekawa jako zjawisko.Ow kompleks tkwił
wyłącznie we mnie. Nigdy ze strony
moich współpracowników czy znajomych Kanadyjczyków
nie odczuwałam nawet najmniejszych przejawów poniżenia czy
niechęci. Okazywali mi oni wszyscy
bardzo dużo serca.. Kasia
przełamała swoje stare
przekonania, z których wywodziła opinie
o wyższości mężatek nad rozwódkami w
ciągu procesu wewnętrznego rozwoju związanego z asymilacją w Kanadzie. Ale zanim do tego doszła wykonała ogromną
pracę zrozumienia co to znaczy asymilacja i adaptacja do Nowego Kraju i jak
oba te procesy wpływają na rozszerzenie lub zmienianie pojęć
wyniesionych ze
Starego Kraju.Tak pisze o
znajomych Kanadyjczykach : "Równocześnie
coraz lepiej poznawałam
gnębiące ich problemy. Jakże różne od mojego było pojmowanie przez nich
świata.
Jakże różne są problemy ludzi wychowanych
w społeczeństwie konsumpcyjnym. Większość "prawdziwych
Kanadyjczyków" ( to jest ludzi nie mających żadnego
związku z żadną nacją etniczną) nie
orientuje się na czym polega różnorodność kultur i
stosunków społecznych. Ci " prawdziwi" Kanadyjczycy...opowiadają o innych krajach
używając wyłącznie kryteriów północno-
amerykańskich. Jako przykład podam
różne pojmowanie wolności na kontynencie amerykańskim i
w krajach arabskich. Otóż w Ameryce
Północnej ludzie dążą do wysokiej
wydajności w gospodarowaniu czasem.
Osiągnięcie takiej umiejętności daje ludziom poczucie władzy nad swoim życiem a więc i wolność osobistą.
Arabowie natomiast uważają, że wszelkie
przejawy gospodarowania czasem za oznaki
utraty wolności względem
czasu - i nie chcą być niewolnikami czasu."
Po emigracji do Kanady i rozwodzie
z mężem refleksje Kasi na temat
różnorodności kultur wywołanej przemieszczaniem
się ludzi idą dalej : "Pamiętać
jednak należy, że
pojmowanie świata nie zależy tylko od
kultury z której się pochodzi. W moim pojęciu polski imigrancki sposób
rozumowania nie jest wcale jednolity. Jest on uzależniony od stopnia
adaptacji
do życia w nowym kraju.
Adaptacja jest procesem ewolucyjnym,
przez który każdy z nas musi
przejść, a którego ogólna
charakterystyka
jest podobna u różnych osobników"
. O tej banalnej, zdawało by się
prawdzie nie wszyscy i
nie zawsze
pamiętają .
Po powstaniu
III Rzeczpospolitej wielu solidarnościowych
emigrantów wróciło do Polski, uważając słusznie, że
ich emigracja była wymuszona przez reżym
komunistyczny i że oni nie nadają się na
imigrantów, ani nie mają zamiaru wykonywać
całej pracy związanej z asymilacją
do Nowego Kraju. Niemniej powody
powrotów bywają tak różne jak przyczyny
wyjazdów. Dla wielu małżeństw decyzje
powrotu były
logicznym wynikiem ich wspólnej postawy życiowej, dla innych bywały przyczyną rozłamu, który pozostawiał
jednego małżonka w Kanadzie gdy drugi wracał do Polski. Odbijało się to
także
na dzieciach. W
większości okres czasu
spędzonego w Kanadzie był
wystarczający, aby dzieci zaakceptowały Nowy Kraj i
niechciały już wracać do
Starego. Powstałe z tego powodu
konflikty rodzinne nie zawsze były rozwiązywane ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych.
Pod koniec ub. wieku pojawiają
się wśród imigrantów "kosmopolici
i taktycy". Tak
nazywani są w
obecnej niepodległej
Polsce ludzie, którzy wyjeżdżają za granicę na
upatrzone posady lub prace
i
nie uważają się za emigrantów, zostawiając sobie otwartą
furtkę powrotu.
Dla kobiet tej
grupy dawne pojęcia imigracji, asymilacji czy wykorzenienia mają inne
znaczenia , aniżeli
dla
wszystkich poprzednich grup emigranckich. Przeniesienie się z jednego
kraju do drugiego traktują jako
zmianę miejsca zamieszkania
w związku ze zmianą pracy.
Bardzo trzeźwe w ocenie
otaczającej je rzeczywistości, nie są
tak zaangażowane emocjonalnie w swoich
opiniach na temat emigracji jak
dawniejsze emigrantki. Jeśli mieszkają
i pracują w Kanadzie to dlatego , że tu
im praca odpowiadała. W przyszłości być
może będą pracować i mieszkać
gdzie indziej. Małżeństwo z
Kanadyjczykiem, lub Polakiem też nie jest
dla nich problemem: "Wybiorę tego, który będzie mi odpowiadał
niezależnie od narodowości" powiedziała
mi młoda, samodzielna Polka , która w latach 90-tych wyjechała z Polski do
St.
Zjednoczonych,
ale przeniosła się do Kanady, ponieważ
tutaj dostała lepszą pracę i ma milsze środowisko. Podobnie
ustosunkowuje się do wychowania swoich przyszłych dzieci " To będą
obywatele świata bez kompleksów jednokulturowców" powiedziała.
CZĘŚĆ TRZECIA: W organizacji
ROZDZIAŁ VI
Kobiety Federacji Polek w
Kanadzie
Powszechną bolaczką
wśród wojennej
i powojennej emigracji była tęsknota
za Polska. Tam były
ich domy i tam było społeczeństwo do którego czuli
się przynależni, podczas gdy
w Kanadzie, każdy nowy imigrant krócej lub dłużej, silniej
lub
słabiej odczuwał swoją społeczna izolację i...tęsknił za Starą Ojczyzną.
Lekarstwem stawało się tworzenie
organizacji polonijnych,
stowarzyszeń, kół, komitetów,
związków przy parafiach lub niezależnie od
nich, dorywczych
organizacji, grup pomocy
nowo przybywajacym,
szkółek polskich dla dzieci, kursów językowych
dla dorosłych itd. Były one wszystkie
oczywistymi próbami tworzenia namiastek
społeczności opartej na
wspólnym języku
i kulturze polskiej. Przez
7 lat byłam prezeską Koła Pań im. Emilii
Plater. Należę również do
Federacji Polek
Ogniwo Nr 7.
Bardzo lubię nasze
organizacje. Są one dla mnie naszą małą Polską, gdzie
możemy się spotkać, porozmawiać w swoim języku i czuć się
Polakami, mimo iż żyjemy poza Polską. Z czasem jednak, kiedy "tymczasowe" przechodziło w "trwałe", chwilowe wspólnoty polonijne
zamieniały się w stałe
ośrodki polonijne
dobrze
osadzone w środowiskach
kanadyjskich i obdarzone własnym charakterem
i własną dynamiką.
Zmiany
jakie w nich zachodziły były nie tylko związane z postępującą asymilacją imigrantów do lokalnego środowiska
, ale
także ze zmianą pokoleń.
Zapał organizacyjny
Polek z wojennej
i powojennej fali imigracyjnej przyjemnie zaskoczył lokalne społeczności kanadyjskie.
Był inny od sposobów organizowania się poprzedzającej fali
imigracyjnej i był znacznie silniejszy. Dążył do włączania się w prace całego
społeczeństwa Kanady, mimo,
że Polki
stale stawiały pomoc Polonii i Polsce jako jeden z ich głównych
celów organizacyjnych.
Zapał ten
miał kilka
źródeł.
Po
pierwsze sięgał
korzeniami przedwojennych zasad budowania
Polski
niepodległej w okresie międzywojennym.
Następnie opierał się
na doświadczeniach ogromnej większości
imigrantek. W
czasie wojny nauczyły
się one,
że podstawą przeżycia była przynależność do grupy, formalnej lub nieformalnej organizacji.
Samotność w wojsku i w
partyzantce nie istniała. Na Syberii czy w Kazachstanie, w obozie pracy przymusowej w
Niemczech,
a tym bardziej
w obozie
koncentracyjnym była często
jednoznaczna ze
śmiercią, w grupie natomiast udawało się przeżyć . Zatem dla uciekinierek, więźniarek, DiPisek, nie
mówiąc o żołnierkach, organizowanie się było naturalnym sposobem na przeżycie. To też po przybyciu do Kanady, zakładanie polonijnych
organizacji było już prawie automatyczną reakcją na Nowy Kraj i zazwyczaj trudne początki nowego
życia.
Drugą przyczyną tego zapału do
organizowania był fakt,
że podczas wojny
i po
niej imigranci i imigrantki przybywali do Kanady grupowo
i starali się osiedlać w miastach utrzymując ze sobą stałe kontakty. Powstające wówczas
skupienia imigrantów o
mniejwięcej takich samych poglądach i podobnym
życiorysie zmagania się z
nazistowskimi Niemcami
i komunistycznym Związkiem Radzieckim sprzyjały idei współpracy,
a stąd był już tylko krok do tworzenia nowych
organizacji . Organizacje społeczne były więc nie
tylko sposobem na ukojenie tęsknoty za Krajem ale i
manifestacją własnych przekonań politycznych - prawie obsesyjną kontynuacją formy
walki przeciwko niezaakcaptowanemu podporządkowaniu Polski Związkowi Radzieckiemu.
Takie same zapatrywania i wspólny cel był mocnym wiązadłem powstałych
wówczas organizacji,
mimo istniejących różnic
wynikających z przeniesionego ze Starego Kraju kulturowo-
geograficznego zróżnicowania
imigrantów często wynikających z
podziałów
na Zabory z przed I wojny światowej.
Do tych
dwu czynników doszła
potrzeba dostosowywania
się kulturalnego i
obyczajowego imigrantów
do lokalnych
warunków miasta i Prowincji w których się znaleźli, bo i w społeczeństwie kanadyjskim
geografia do dziś odgrywa ważną rolę kształtowaniu
się lokalnych
różnic kulturowych .
W dwukulturowym Montrealu nowo przybyli imigranci, przypominali sobie Europę, przyczyniały
się do tego francuska kultura Quebeku oraz dominowanie
w życiu społecznym religii rzymsko-
katolickiej. Toronto było wyraźnie
anglosaskie, modelowane
na przedwojennym społeczeństwie angielskim,
a w Kanadzie zachodniej
ton
nadawała jeszcze ciągle
filozofia pionierska, w której dominowały samodzielność jednostki, mnogość wspólnot etnicznych oraz
wpływy amerykańskie - indywidualizm był tam
znacznie
dalej posunięty aniżeli na wschodzie
Kanady . Wreszcie w Brytyjskiej Kolumbii ponownie
wracał model anglo-saski, a
ponadto z
jednej strony
"czuło się Pacyfik za plecami", a z drugiej odległość
od całego kanadyjskiego wschodu dawała
poczucie własnej
odrębności społecznej .
Polacy, którzy
przybyli do Kanady II wojnie światowej zastali więc na miejscu swego osiedlenia różnorodne środowiska i do nich musieli dopasowywać
swoje próby tworzenia
organizacji polonijnych.
Stąd nawet w krótkim czasie powstawały duże różnice w dynamice i kolorycie społecznym
poszczególnych ośrodków polonijnych
.
Kobiety z ostatnie fali
imigracyjnej,
to
jest przybywające z
PRL-u pod koniec jego
istnienia przyniosły
ze sobą nowe spojrzenie na wolontariat
i bezpłatną pracę społeczną . Niezliczone "czyny społeczne"
organizowane w PRL-u, pochłaniały
tysiące godzin
marnowanych na nieistotną pomoc "w budowie socjalizmu" i były , jak społeczeństwo je
widziało, poprostu
zabieraniem resztek wolnego
czasu jego członkom na, w większoci bezwartościowe akcje, takie jak "pomoc przy żniwach",
lub " wizyty w
domach analfabetów w celu
nauczania czytania i pisania". Wszystkie "czyny
społeczne" były w Polsce wymuszane przez reżym i dlatego były znienawidzone. To musiało znaleźć
swoje odbicie w
postawie wielu imigrantek wobec idei wolontariatu polonijnego i braku zrozumienia
dla niego. Po przybyciu do Kanady wiele imigrantek z lat konania polskiego komunizmu chciało się
poprostu zająć życiem własnym i rodziny
, stąd niechętnie patrzało
na propozycje udziału w bezpłatnych
pracach
społecznych. Do tego dochodziło poczucie ich obcości wobec
zastanego świata polonijnego powodowane tym, że, byt niektórych tutejszych organizacji społecznych był dla nich poprostu
niezrozumiały. Zbyt mocno jeszcze przepełnione rzeczywistością Starego
Kraju, na własną
imigrację patrzały
jako na element,
który szybko
minie, choć chwilowo może być trudny. Dlatego dopiero, kiedy znikało poczucie tymczasowości, zaczynały wczuwać się logikę Polonii i powoli włączały się do polonijnych prac
społecznych, próbując jednocześnie
wprowadzić tam swoją
własną wizję zorganizowanego życia
imigracyjnego.
Oprócz licznych organizacji polonijnych o zasięgu lokalnym, znajdują
się w Kanadzie organizacje ogólnokrajowe które są
oparte na czynnym uczestnictwie stowarzyszonych
w nich imigrantek
polskich. Pierwszą jest Kongres Polonii
Kanadyjskiej, w którym
można dziś znaleźć kobiety na stanowiskach w Głównym Zarządzie, w jego agencjach oraz w jego regionalnych Oddziałach.
Skupia on organizacje
całej Polonii i stanowi oficjalny most
pomiędzy Polonią i administracją kanadyjską. Jest organizacją-parasolem dla
wszystkich innych organizacji polonijnych, w tym Federacji Polek w Kanadzie, najważniejszej polonijnej
organizacji kobiecej w
Kanadzie o
najszerszym zasięgu terytorialnym.
Trzecią organizacją ogólno-kanadyjską jest polonijne harcerstwo z sekcją kobiecą . Dziś każda z tych
organizacji cechuje się odmienną wagą społeczną.
Jest jeszcze jednak organizacja polonijna, w
której kobiety od
samego początku jej istnienia wykazywało bardzo dużo inicjatywy. Jest nią
sobotnie szkolnictwo polskie znajdujące się we
wszystkich miastach, w
których liczba dzieci polskich imigrantów była
dostatecznie duża, aby taką szkołę założyć. Była to i
nadal jest organizacja
skupiająca
zarówno kobiety jak i mężczyn
i dlatego nie włączyłam jej do organizacji kobiecych.
Polskie harcerstwo kobiece w Kanadzie ze swej natury jest
częścią harcerstwa polskiego
poza granicami Polski. Posiada silnie
podkreślany charakter
edukacyjny i
jest powiązane z polonijnym systemem
edukacyjnym. Natomiast
Federacja Polek w Kanadzie jest organizacją kobiecą z
jednej strony zmierzającą do zachowania
kultury i tradycji polskich na
obczyźnie i do zapewniania udziału
kultury polskiej w kształtowaniu się kultury kanadyjskiej. Oprócz
tego w każdym
statucie poszczególnego Ogniwa znajduje się zapis o pomocy
dla społeczeństwa polskiego w
Kraju.
Harcerstwo
polonijne w Kanadzie opiera
się na dwu strukturach : właściwych
drużynach harcerskich
dzieci i młodzieży oraz na Kołach Przyjaciół Harcerzy. Po wojnie trzon obu stanowiły harcmistrzynie,
instruktorki, druhny i
działaczki które przywiozły ze sobą do Kanady swoje
harcerskie
zainteresowania i stopnie.
Ich działalność zmierzała do obudzenia harcerskiego ducha
w córkach przedwojennych i
powojennych imigrantów. Działaczki harcerskie i harcmistrzynie jak Maria Zofia Brodzka i Krystyna Joanna Orłowska z Toronto, Hania Fedorowicz z
Ottawy, Barbara Głogowska
z Islington, Ontario, (ktora przybyła
do Kanady jeszcze
w 1939 r), Maria Lewicka z Montrealu, Jadwiga Keats z Vancouveru
, Irena Dembek z Sudbury, zaczynały budować harcerstwo wśród dzieci imigranckich w powiązaniu z
rozwijanym szkolnictwem polonijnym,
otwierając hufce skrzatów, zuchów/zuszek i harcerzy/harcerek polskich gdzie tylko było
to możliwe. Do nich
dołączały chętnie córki przedwojennego pokolenia imigrantów,
które swoje uprzednie doświadczenie harcerskie zbierały wśród kanadyjskich Girl Guides of Canada, tak, jak to zrobiła Danuta Wróblewska Padowicz, która w 1959 roku w Montrealu wraz z mężem Stefanem Padowiczem założyła polonijną drużynę harcerską "Szare Szeregi". Danuta Wróblewska
Padowicz doszła następnie w harcerstwie polonijnym w Montrealu do stopnia Podharcmistrzyni. Inne jak Maria Bieniasz z Toronto, Irena Fedorowicz-Vogelsinger i
Halina
Sieńko-Kwiatkowska z Etobikoke
były działaczkami Kół
Przyjaciół Harcerzy starając
się o pomoc finansową
i strukturalną dla nowo
powstających hufców.
To pierwsze imigracyjne pokolenie
harcerek i przyjaciół
harcerstwa wychowało
następnie sporą
gromadę harcerek
polskich w Kanadzie, z których skolei pochodzą dziś druhny i harcmistrzynie z następnego pokolenia, tak jak np. Aneta i Lilian Blacharski
z Vancouveru, wnuczki polskich osadników na prerii. Dzięki tym pierwszym niewielkim
szeregom harcerek przybyłych do Kanady po II wojnie lub wychowanych a
często i urodzonych już
w Kanadzie powstała baza która dała harcerstwu polskiemu,
a
szczególnie jego żeńskim
hufcom swoją
historię i tradycję.
Harcerstwo polonijne jest organizacją
niezależną od harcerstwa
kanadyjskiego i jest z jednej strony powiązane
z sobotnim
szkolnictwem polskim i parafią polską, a z drugiej z harcerstwem polskim poza granicami kraju. W latach 1952 (harcerstwo żeńskie)
i 1953 (harcerstwo męskie) obie grupy zostały inkorporowane przez Naczelny Zarząd Harcerstwa
Polskiego poza Granicami
Polski mieszczący się w
Brytanii
w Londynie, zachowując
w ten sposób swój polski charakter.
Dzięki
współpracy harcerstwa żeńskiego z parafiami polskimi nabór skrzatów i zuszek odbywa się
przeważnie przez parafię oraz zorganizowaną przy niej
szkołę
polską. Liczba harcerek
jednak bywa
mniejsza aniżeli uczestniczek sobotnich
szkół, ponieważ niektórym rodzinom splot
okoliczności nie
pozwala na udział dzieci w polskich hufcach harcerskich.
Dla
dziewcząt zajęcia harcerskie obejmują szkolenie zmierzające do wychowania zgodnie z wartościami katolickimi,
a równocześnie zwiększenia samodzielności życiowej dziewczynki. Zakres szkolenia
jest określany przez lokalną Polonię
i oprócz tradycyjnych
umiejętności
harcerskich zwykle obejmuje
takie zajęcia
jak gotowanie, pieczenie, szycie a nawet haftowanie. Samodzielność jest wyrabiana przez organizowanie biwaków, noclegów poza rodziną, ale
zwykle przy
parafii, obozów i
kolonii. Udział dziewczynek
w HP
jest bardzo
zależny od czynników
związanych z napływem
nowych rodzin imigranckich
oraz migracjami samych imigrantów
wewnątrz Kanady. Stąd
zdobywanie stopni harcerskich
jest w dużej mierze uzależnione od istnienia grup
imigranckich osiadłych już na stałe, a więc pozwalających nie
tylko na zdobywanie
przez harcerki coraz
nowych umiejętności ale
także na włączanie się
w wychowywanie następnych pokoleń.
Federacja
Polek w Kanadzie jest organizacją skupiającą kobiety
dorosłe.
Opiera się na lokalnych grupach
kobiet zaangażowanych w prace społeczne,
lub pragnących społecznie działać w istniejącej strukturze
o wytyczonych celach i
sposobach działania. Organizacja ta oparta jest
na tworzeniu miejscowych ogniw o czterech wspólnych, dla
całej Kanady celach :
pomocy potrzebującym imigrantom, zachowywaniu
polskości przez imigrtantów i ich
dzieci, propagowaniu kultury
i tradycji polskich w
srodowiskach kanadyjskich
oraz pomocy
społeczeństwu polskiemu w chwilach
potrzeby. Poszczególne ogniwa
powstawały w różnych miastach oraz w
różnych latach i
przechodzily okresy większej i mniejszej aktywności.
W niektórych zdarzało
się
chwilowe zawieszanie działalności z powodu braku członkiń, po którym
następowało znowu podejmowanie działalności, inne aż do dziś dzisiaj są aktywne bez przerwy. W całej Kanadzie jest zarejestrowanych 20 ogniw, ale tylko około 14 ogniw jest obecnie aktywnych. Prace charytatywne
i organizowanie imprez
poświęconych rozpowszechnianiu kultury
polskiej stanowią dwa
główne piony programu Federacji.
Szczególnie intensywna była działalność
FPwK w okresie konania komunizmu w
Polsce. W miastach Kanady zebrano wówczas
znaczne
fundusze
( w dziesiątkach tysięcy dolarów) oraz obfitą pomoc materialną wysyłaną następnie na ręce episkopatu
polskiego do rozdziału
pomiędzy najbardziej potrzebujących w Kraju. Ponadto sponsorowano ponad setkę rodzin przebywających w
obozach przejściowych w Europie i czekających na uzyskanie
wizy do Kanady.
FPwK wchodzi w
skład Kongresu Polonii Kanadyjskiej oraz Canadian Council of Women, a fundusz Jadwigi Dobruckiej, założycielki FPwK
udziela stypendiów polskim studentom w Kanadzie.
Czytając najnowsze sprawozdania z działalności Federacji
Polek w Kanadzie uderza
stopień zmian w
integracji kulturowej z Kanadą kobiet pracujących w różnych
Ogniwach Federacji
. To już nie
są wojenne uciekinierki, gotowe wszystko w Kanadzie rzucić i wracać do Polski, ale osiadłe na stałe Kanadyjki, które swoją działalność na rzecz
Polski i polskiego społeczeństwa traktują bardzo poważnie ale czują się zintegrowane
z
Kanadą. Są dwukulturowe i swobodnie
posługują się jedną
lub drugą kulturą odpowiednio do tego w jakiej sytuacji się znajdują. Budowanie
organizacji polonijnych,
związanych z kulturą i tradycjami Starego Kraju nadało ich integracji specjalny
charakter , jak
mi powiedziała jedna
z moich interlokuterek Kanada stała
się przez to bardziej nasza ,tak samo jak bardziej
naszym staje się dom
który sami budujemy. Nawiązując
do omawianej na
początku naszego
opracowania teorii
asymilacji opracowanej przez Floriana Znanieckiego i Williama Thomasa
możnaby przyrównać tworzenie FPwK do powstawania lokalnych centrów kobiecych
krystalizujących ich nową tożsamość , które następnie określa warunki na jakich asymilują się poszczególne jednostki.
Ogniwo nr. 9 - Montreal
W Montrealu skupienie
się największej grupy
elity wojskowej, dyplomatycznej i
arystokratycznej
polskiej odbiło się półświadomym przechowywaniem przez tę grupę
swego klasowego
charakteru. Nawet powojenny napływ zdemobilizowanych żołnierzy, lotników i członków AK nie umniejszył wpływu uchodźców wojennych wywieranego na rosnącą lokalną Polonię. Zazwyczaj ubóstwo
imigrantów prowadziło do
prędkiego przyswajania sobie
kanadyjskiej bezklasowości,
zapominano przy
tym o
dawnych przywilejach. W
montrealskiej grupie wszelako przez wiele
lat ta zasada
działała tylko w sferze kontaktów z Kanadyjczykami, pozostawiając sferę kontaktów polonijnych
opartą na przedwojennych obyczajach. W
skromnych imigranckich domach
hrabiny i generałowe z taką samą
godnością i swobodą potrafiły
przyjmować swoich współrodaków
w Montrealu, jak ongiś robiły to w
swoich przedwojennych domach w Warszawie
lub w swych dobrach. I
niezależnie od tego czy goście
pili herbatę z fajansowych kubków, czy z pięknej porcelany, gościnność i
maniery
pozostawały
staropolskie. To właśnie
w skromnych livingroomach prywatnych
domów żon generałów i
dyplomatów, podczas towarzyskich spotkań
powstało niejedno stowarzyszenie, związek, koło przyjaciól
lub komitet, jako zaczątek wielkiej organizacji
społecznej i charytatywnej,
która się z nich potem
rozwinęła. Tam przy herbatkach i tanich cookies omawiano
projekty utworzenia
P.I.N. i
Biblioteki Polskiej i
werbowano zainteresowanych zorganizowaniem
pomocy dla dzieci polskich
w Niemczech i
Polaków w obozach radzieckich. Ten
swoisty styl pracy
organizacyjnej połączonej z
towarzyskimi spotkaniami był koniecznością chwili, ale
także
odpowiadał zwyczajom przedwojennej
Polski. Dopiero wymieranie starszego
pokolenia i rozpraszanie się młodszych członków tej
wspólnoty po całym kontynencie w połączeniu z pogłębiającą się kanadyzacją przyczyniły się
do
powolnego zanikania tego specyficznego charakteru.
Nie jest więc przypadkiem, że wśród
masy
najróżnorodniejszych organizacji samopomocowych, charytatywnych o zamierzeniach kulturalnych,
Federacja Polek w Kanadzie
powstała w Montrealu
później niż w innych dużych miastach Kanady, bo dopiero w
1966 roku. Opóźnienie to wynikło zarówno z
faktu, że od czasów wojny
działało w Montrealu bardzo wiele organizacji
mających na celu nie tylko utrzymanie
polskości wśród imigracji,
przekazywanie pomocy Polakom na świecie i w
Polsce ale i
pokazanie kultury
polskiej środowiskom kanadyjskim, a więc trzy naczelne zadania, które FPwK w innych miastach Kanady
stawiała
jako własny program. Drugą
przyczyną był
brak lokalnej inicjatorki, wokoło
której Federacja mogłaby
się rozwinąć. Punktem zwrotnym stało się
przybycie do Montrealu Marii Zaborskiej, żony profesora Bogdana Zaborskiego,
właśnie
zaangażowanego na
powstającym anglojęzycznym Concordia University.
Maria Zaborska jeszcze w Ottawie
znana była ze swojej społecznej działalności. Zachęciło to przewodniczącą
Zarządu Głównego FPwK
w Toronto dr. Krystynę
Zurowską do
zaproponowania
profesorowej Zaborskiej
zorganizowania Ogniwa
Nr 9
- Montreal, jako
odpowiedzi na potrzebę ogólnokobiecej organizacji,
która mogła by skupiać kobiety ze wszystkich grup imigracyjnych niezależnie od daty ich przybycia do
Kanady i która
właśnie dzięki swej powszechności
doskonale wypełnia by
istniejącą lukę organizacyjną.
Nie mniej ważnym elementem w powstawaniu a następnie w działaniu Ogniwa nr. 9
-Montreal były umiejętności dyplomatyczne
Marii
Zaborskiej. Przez 10 lat przewodniczyła ona FPwK Ogniwo nr. 9-
Montreal z dużym
sukcesem. Pracowita i taktowna wytworzyła w Ogniwie-
Montreal "atmosferę serdeczności
i ciepła, którą członkinie
bardzo sobie ceniły" Natychmiast też znalazły sie ważne cele, które Federacja Polek w
Kanadzie, Ogniwo nr. 9 -Montreal podjęła. Należała do nich współpraca z Montreal
Council
of Women, z organizacjami harcerstwa polskiego w Kanadzie, z Kongresem Polonii Kanadyjskiej oraz innymi organizacjami polonijnymi. Członkinie Ogniwa nr 9
brały udział
w kiermaszach,
przygotowywanych przez Komitet Pomocy Dzieciom Polskim, organizowały wystawy sztuki
polskiej, przedstawienia i
wieczory autorskie
wypełniając rolę pośrednika w nawiązywaniu współpracy
z montrealskim
społeczeństwem. Maria Zaborska,
która była duszą
Ogniwa dbała też
o przesyłanie pomocy materialnej i finansowej społeczeństwu
polskiemu w czasie rozpadania się
komunizmu w Polsce . Jej
prezesura zapewniła wszystkim kobietom,
które tego pragnęły udział w
manifestowaniu swojej polskości na skalę niezależną od tego, jaką drogą i kiedy zainteresowana kobieta przybyła
do Kanady. Po 10ciu latach pobytu w Montrealu Maria Zaborska wróciła
wraz z mężem do Ottawy, gdzie powróciła do pracy w FPwK Ogniwo nr 8 Ottawa ,
oddając dobrze
działające Ogniwo montrealskie swoim następczyniom
Obecnie
od 14 lat
prezesem FPwK
Ogniwo nr 8
-Montreal jest Danuta Wróblewska-Padowicz, córka imigrantów przybyłych
do Kanady w latach 20-tych
ub.
wieku. Bardzo dobra organizatorka
i oddana pracy
społecznej zaczęła swoją
działalność
od pracy
w harcerstwie. W trzech parafiach montrealskich założyła 3 koedukacyjne
gromady harcerskie i prowadziła
je przez 11
lat przy pomocy harcerek
z Błękitnej Jedynki żeglarskiej
i harcerzy z Szarych Szeregów, rozszerzając je o następne
gromady w miarę napływu nowych kandydatur.
W 1966 roku pod
wpływem swej matki Wandy
Wróblewskiej , Danuta Wróblewska Padowicz zapisała sie do Federacji Polek w Kanadzie a w 1988 roku została w niej prezesem, cały
czas kontynuując prace
w harcerstwie oraz
w Kongresie Polonii Kanadyjskiej. Także w porozumieniu z proboszczami współpracowała
z młodzieżą w parafiach
Sw. Wojciecha
i Sw. Trójcy, prowadząc Kluby Młodzieżowe. W tych
ostatnich uczyła młodzież klas od
5-tej do 8-mej Arts and Crafts
oraz teatru,
spiewu,
a także gotowania. Wycieczki które
wówczas prowadziła docierały
do Frontier Town
lub George
Town w
Stanach Zjednoczonych.
Za całokształt swojej pracy
społecznej Danuta Wróblewska-Padowicz otrzymała Srebrne i Złote Odznaczenie przyznane
jej
przez Kongres Polonii
Kanadyjskiej.
Członkiniami FPwK w Montrealu były
także Anna Baryga, wieloletnia
uczestniczka
najrozmaitszych akcji
oraz tłumaczka z francuskiego na polski
książki A.A.Borelliego p.t.
Fatima -
Nadzieja Polski, wydanej przez FPwK, Ogniwo nr. 9, Tamara
Rawicz, jedna z
dawniejszych przewodniczących FPwK
w Montrealu, Janina Bogusz-Grygar,
która przeszła gehennę
syberyjską, Stanisława Kamińska, która
należy do chóru
Lachmana, Ela Kopystecka prowadząca
przy Kongresie Polonii Kanadyjskiej sprawy imigracyjne, Halina Kozłowska,
Hanna Poznańska, aktorka telewizji
i sceny przez wiele
lat uświetniająca swymi recytacjami uroczystości polonijne,
Irena Purkhart i Halina Szczerba tradycyjnie
zajmujące się organizowaniem udziału w
świętach narodowych polskich
oraz w tradycyjnym przygotowywaniu choinki polskiej w Museum of Fine
Arts w Montrealu.
W ostatnich latach ub. stulecia FPwK zwróciła
szczególną uwagę na młodzież polską, organizując rozmaite konkursy związane ze
znajomością kultury polskiej.
Był więc konkursy zachęcające
do używania
poprawnej polszczyzny i
wysławiania się w języku polskim, konkurs poetycki oraz ogólnokanadyjskie
konkursy
związane z sztuką, grafiką
i
fotografiką, tak zwane konkursy "Złotej Rybki".
W nowym tysięcleciu Ogniwo
nr. 9 w Montrealu ma w planach prowadzenie dalszego rozszerzania
swojej działalności i
kontynuowanie integrowania
kobiet Polonii kanadyjskiej z kanadyjską dwukulturowością Montrealu.
Ogniwo nr.
1 - Toronto
i południowo
Ontario
Zalążek ośrodka
polonijnego w
Ontario powstawał w
Toronto równocześnie z montrealskim.
Ale charakter jego od początku był inny. Do Toronto i innych miast południowego Ontario zostało bowiem sprowadzonych
w 1940-tym roku około 600
inżynierów i techników
polskich , którzy przybyli tam jako specjaliści w różnych
dziedzinach. Ich zadaniem było uzupełnienie brakującej kadry w
powstających lub rozwijających się przemysłach na potrzeby wojny. Byli zatem widziani przez Kanadę jako ludzie, których wysokie kwalifikacje miały
pomóc w wygraniu II wojny światowej oraz przyczynić się do rozwoju Kraju.Wszyscy mieli zapewnioną pracę, a w stosunku do
innych imigrantów
bardzo uprzywilejowane przyjęcie.
Warunki II wojny światowej sprzyjały powstawaniu coraz
to nowych miejsc pracy,
na które zatrudnieni Polacy
ściągali swoich
kolegów - fachowców ze
wszystkich stron świata.
W ten sposób rosła grupa polskich
fachowców, którzy odrazu wchodzili na poważne stanowiska w różnych przemysłach,
a szczególnie
w przemyśle
lotniczym Kanady. W powstałym w
ten sposób centrum polonijnym
w Toronto
zgrupowani byli
ludzie dynamiczni i aktywni w produkcji w dziedzinach najbardziej popieranych
przez rząd kanadyjski.
Po wojnie
promieniowanie Toronto jako dynamicznego ośrodka przyciągało nadal DiPisów i zdemobilizowanych wojskowych.
W rezultacie osiadła
w południowym Ontario
liczna średnia
kadra oficerska, sporo
żołnierzy z Polskiej Armii na Zachodzie, lotników z Wielkiej Brytanii a także żołnierzy AK z Powstania Warszawskiego. Bardzo
wielu z nich
było absolwentami wyższych studiów jeszcze z Polski. Większość
nowo przybyłych była młodsza
wiekiem aniżeli imigranci
w tym czasie przybywający
do Montrealu,
miała
mniej kompleksów na punkcie przegranej kampanii z września
1939 roku, ale
nadal wyraźnie była bardzo antykomunistyczna.
Początkowa działalność
organizacyjna Polonii ontaryjskiej szła w dwu kierunkach : tworzenia organizacji
polonijnych oraz włączania się w społeczeństwo kanadyjskie. Obok najróżniejszych
towarzystw, stowarzyszeń zwiazków, skrzydeł (dla byłych lotników),
kółek,
organizacji kombatanckich, aż po
fundacje i stowarzyszenia zawodowe, wszystkie organizacje służyły
przede wszystkim jako platforma kontaktów potrzebnych dla realizacji bieżących
spraw imigranckich lub leżących na
pograniczach wykonywanych
zawodów.
Dzięki
uprzywilejowanej
pozycji jaką od czasu
wojny cieszyło się wielu członków ontaryjskiej Polonii imigranci wojenni i powojenni
byli postrzegani
przez przedwojenną lokalną Polonię jako
zawodowa elita budząca
poszanowanie, tworząca nowe role models Polaków. Pozwalało to
grupie wojennej i powojennej na znacznie większą otwartość wobec Starej Polonii i ułatwiało porozumienie
między obu grupami. "Inżynierowie polscy" jak przyjęto nazywać
pierwszą grupę Polaków przybyłą
podczas wojny, używali także swoich umiejętności mediacyjnych w celu
zmniejszania wpływów kanadyjskiej partii komunistycznej na postawę Starej Polonii i jej polsko-języcznych gazet. Wskutek tego zmalał udział Polaków w partii
komunistycznej kanadyjskiej
i np. jedno
z największych
wschodnio-
kanadyjskich pism polonijnych - Związkowiec - pozbyło się
zupełnie nacisków komunistycznych.
Do
osiągnięć organizacyjnych torontońskiej Polonii należy powstanie
w 1944 roku Kongresu Polonii Kanadyjskiej- jako centralnej organizacji zrzeszającej
wszystkie organizacje polonijne w Kanadzie. KPK stał się oficjalnym
reprezentantem interesów całej polskiej imigracji w Kanadzie
wobec rządów
federalnego i prowincjalnych.
W ten sposób
pierwszy raz w historii emigracji Polacy jako grupa etniczna uzyskali
oficjalny głos w sprawach ich
dotyczących, a
przez to dostęp
do udziału w
dyskusjach, na różnych szczeblach
administracji państwowej, o wewnętrznej polityce imigracyjnej.
W roku 1956
z inicjatywy Wiktora Turka
powstał w Toronto afiliowany przy KPK ,
Kanadyjsko -Polski Instytut
Badawczy. Celem jego było i nadal jest
badanie bieżących spraw i problemów
imigrantów. W ciągu
lat badania te owocowały szeregiem
publikacji będących po raz
pierwszy
prawdziwą spisaną dokumentacją polskiej imigracji w Kanadzie. Do roku
1990 Kanadyjsko-Polski Instytut
Badawczy opublikował na ten temat 21
prac.
Wreszcie w 1966 roku, w ramach obchodów
millenijnych chrztu Polski powstał w Toronto Fundusz Wieczysty Millenium Polski
Chrześcijańskiej oddany
pod opiekę kuratorom powołanym po dziewięciu z dwu grup : Kongresu
Polonii Kanadyjskiej i
Konferencji Polskich Księży Katolickich
w Kanadzie. Cele
funduszu są wyraźnie sprecyzowane
i
obejmują 3 dziedziny
: popieranie
studiów nad kulturą szczególnie polską
narodową i religijną; zachęcanie i
pomoc w studiach osobom polskiego
pochodzenia; finansowanie
i popieranie wydawnictw naukowych i
literackich propagujących polska kulturę oraz popieranie
polskich bibliotek. Fundusz
ten jest niewątpliwie najbogatszym ze wszystkich
polskich funduszy w Kanadzie.
Obecnie na jego koncie znajdują się ponad 2
miliony dolarów, dzięki temu, że pomoc finansowa i
stypendia pochodzą wyłącznie
z odsetek od kapitału.
Początkowo kobiety we wszystkich tych instytucjach nie
były licznie reprezentowane.
Znajdowały
się w biurach, w redakcjach, na
stanowiskach pomocniczych, na których potrzebna była dokładność i
dobra pamięć instytucjonalna. Z biegiem czasu zaczynały jednak awansować szczególnie
w
dziedzinach
dotyczacych polskiego
szkolnictwa w
Kanadzie oraz
pracy w harcerstwie żeńskim, aż wreszczie doszły do najwyższych stanowisk. Już w ostatnich dekadach XX wieku kwestia wyboru prezesa lub przewodniczącego została oparta na kwalifikacjach a nie na rodzaju płci.
Dziś Polonia ontaryjska tworzy najliczniejszą grupą w Kanadzie i naturalne
centum organizacyjne
Polonii dla całego Kraju. W Toronto i Ottawie
znajdują się przeważnie
zarządy główne polonijnych
organizacji, a kanadyjskie instytucje naukowe
i specjalistyczne zatrudniają
tam bardzo wielu
Polaków. Odbiło sią to także na aktywności społecznej kobiet, które w Ontario znalazły dla siebie najrozmaitsze możliwości łączenia wyspecjalizowanej pracy zawodowej z działalnością społeczną w organizacjach polonijnych.
Idea Federacji Polek w Kanadzie jako ogólno kanadyjsko- polskiej
organizacji
kobiecej podzielonej na ogniwa odpowiadające poszczególnym miastom
i
propagującej kulturę polskę również narodziła
się w
Toronto. Zaproponowała ją
Jadwiga Dobrucka
i niemal natychmiast została ona
podjęta
przez grupę torontońskich
Polek z Marią
Bieniasz na czele. Maria Bieniasz i Jadwiga Dobrudzka doskonale
się uzupełniały. Obie
były wielkimi społecznicami.
Maria Bieniasz koncentrowała
się
przede wszystkim na pracy oświatowo kulturalnej a Jadwiga
Dobrudzka dążyła do wykorzystania potencjału
i energii polskich imigrantek dla zachowywania polskości wśród rosnących szeregów Polonii oraz
utrzymywania i rozwijania
kontaktów z lokalnymi organizacjami kanadyjskimi w
celu upubliczniania kultury polskiej
poza Polonią. Jadwiga
Dobrucka pod koniec swego życia
stworzyła fundusz na
stypendia dla młodych i zdolnych Polaków i Polek.
Ogniwo
nr 1 -
Toronto powstało w r.
1953, a jego przewodniczącą została
Maria Bieniasz, bardzo zasłużona w działalności szkolnictwa
polskiego - założyła
Związek Nauczycielstwa
Polskiego w Kanadzie-, działała w harcerstwie polskim, w
rozwoju
Polskiego Instytutu Dziedzictwa Kaszub, Polsko-Kanadyjskim Komitecie Wydawniczym oraz Polsko-Kanadyjskim Towarzystwie Muzycznym.
W miarę jak zaczęło przybywać
ogniw FPwK
w
różnych miastach Kanady pojawiła się
potrzeba wyłonienia Zarządu
Głównego, który
mógłby koordynować współdziałanie poszczególnych ogniw, a także
reprezentować Federację
w Kongresie Polonii Kanadyjskiej. Postanowiono że
Zarząd Główny będzie
miał swoją siedzibę w
Toronto. Przewodniczącą Zarządu została Jadwiga Dobrucka,
a wśród jej współpracownic znalazły się Irena
Berezowska
i dr. Krystyna Zurowska (obie
kolejno obejmowały przewodnictwo w Zarządzie
Głównym FPwK ) . W ten
sposób od roku
1956 centrum
decyzyjne FPwK
znalazło się również w Toronto. Naturalną konsekwencją było także umieszczenie redakcji Informatora FPwK w London niedaleko Toronto. Informator FPwK
jest zaplanowany jako
oficjalny
organ federacji, który ma
dwa razy do roku
podawać krótkie sprawozdania z działalności poszczególnych Ogniw oraz dorocznych zebrań wszystkich Ogniw, spraw
związanych ze współpracą z organizacjami kanadyjskimi
lub
nawet międzynarodowymi,
ważniejszych osiągnięć oraz odznaczeń nadanych członkiniom federacji.
Jak dotąd ta
publikacja wydała 175
numerów.Redaktorem Informatora jest Jolanta Pawluk , która jest równocześnie prezes Ogniwa nr. 2 -
London˛
W
latach dziewięćdziesiętych ub
stulecia
przewodniczącą Zarządu Głównego
FPwK była Iwona Bogorya-Buczkowska, podwójny
doktór anglistyki oraz planowania strategicznego, dziekan i
wice -prezes Canadian School of
Management w Toronto. Iwona Bogorya-Buczkowska przybyła do Kanady w 1968 roku i reprezentuje
wśród polskich imigrantek rzadki przykład
połączenia teoretyka o wyraśnym profilu
akademickim z praktykiem
służącym programami i radami klientom
poszukującym pomocy w zakresie organizacji. W ciągu swojej kanadyjskiej
kariery wykładała na York
University w Toronto oraz
IMCB Buckingham w Anglii, a
obecnie wykłada w Atkinson
College i
Ryerson Polytechnical
Institute. Równocześnie posiada swoją własną firmę
konsultacyjną Bogorya Consulting Co,
w ktorej znajduje praktyczne
rozwiązania organizacyjne i specjalizuje się w szkoleniu
kadr menedżerskich.
W roku 2002 za osiągnięcia w dziedzinie
rozwiązań organizacyjnych w Kanadzie i
w W. Brytanii otrzymała medal
50-lecia Koronacji Królowej
Elżbiety II a w
roku 2003 od rządu RP
Krzyż Kawalerski
Odrodzenia Polski "
Polonia Restituta". W roku 2002 Iwona Bogorya-Buczkowska została wybrana
na stanowisko dyrektora
Rady do Spraw Etnokulturalnych Director Canadian Ethnocultural Council
w Ottawie.
Prace Zarządu Głównego
FPwK koncentrowały się na
popieraniu i umacnianiu struktury FPwK, a w związku z nadchodzącą rocznicą 45-lecia
FPwK Zarząd Główny i
Ogniwo nr. 1 -Toronto przy
pomocy Teresy Zaranek
przygotowywał dokumenty, zdjęcia i
pamiątki dotyczące FPwK w celu konstruowania na video
historii tej organizacji.
Ponadto pracowano przy
nawiązywaniu
kontaktów z różnymi organizacjami polonijnymi na całym
świecie z zamiarem wznowienia
działalności Swiatowego Zjednoczenia
Polek w Wolnym Swiecie. Dzięki
temu Federacja została zaproszona do
programu TV Polonia na Forum Polonijne
w Polsce, Była to
świetna reklama dla Federacji i dla naszych
przyszłych planów powiedziała w roku 2002 przewodnicząca FPwK Anna Szufnara. Dodać należy,
że
już w 1992 roku w Krakowie
przekazano mandat przewodniczenia Swiatowemu Zjednoczeniu Polek Federacji
Polek w Kanadzie i jej ówczesnej przewodniczącej
Alinie Kozłowskiej-Kennedy. Obecnie Zarząd Główny FPwK pracuje nad przygotowaniami do IV-go Swiatowego Zjazdu
Zjednoczenia Polek. Pierwszym
zadaniem w tej dziedzinie
było utworzenie ośrodka internetowego, który mógł
by koordynować informacje o
imprezach kulturalnych, konferencjach, stypendiach i grantach a nawet o możliwości
pracy. Planuje się także przedstawianie sylwetek osób polskiego
pochodzenia
oraz pomocy młodzieży polonijnej w dziedzinach sztuki, nauki i
biznesu.
Anna
Szufnara obecna
przewodnicząca Zarządu Głównego FPwK podkreśliła wielką i długoletnią pracę społeczną Anny Ujejskiej- Ejbich, Ireny
Kremblowskiej, Aliny Kennedy, Anny Norton- Nowakowskiej
i Iwony Bogoryi-Buczkowskiej
, które - jak
powiedziała - "wychowały " ją do pracy
społecznej i bez których
życzliwości
nie byłaby w Federacji
FPwK Ogniwo nr 1 -Toronto
zawsze
kładło wielki nacisk na znaczenie imprez kulturalnych
dla życia Polonii torontońskiej. Kobiety
zrzeszone
w nim brały
udział w organizowaniu
niemal wszystkich imprez kulturalnych o charakterze literackim, rozrywkowym
i oświatowym, teatrzyków, "Wieczorów"
i imprez sprowadzanych z Polski.
Maria Bieniasz, pierwsza przewodnicząca FPwK stale dążyła
do współpracy między
pokoleniami imigrantów
przybywających w kolejnych falach imigracji. Zależało jej, aby w każdą działalność FPwK,
a także innych organizacji społecznych, wciągana była młodzież polonijna oraz nowo
przybywający. Dzięki
jej osobistym
umiejętnościom i dyplomacji Polonia torontońska znana była z między pokoleniowej zgody.
A FPwK Ogniwo nr. 1 w
latach 80tych dwukrotnie była publicznie chwalone za harmonijną współpracę
pomiędzy
starszym i młodszym pokoleniem
imigrantów przybyłych z Polski, lub drugim pokoleniem urodzonym już w Kanadzie.
W listopadzie
2002 roku Konsul Generalny dr. Jacek Junosza - Kisielewski za utrzymywanie pamięci o polskich ofiarach Katynia wręczył
wice
przewodniczącej Federacji, Marii Kaszubie wysokie
odznaczenie państwowe, bowiem jeszcze w ub. stuleciu założyła ona w Toronto Stowarzyszenie
Rodzin Katyńskich. Została
ona
także wyróżniona nagrodami Toronto Millenium za obywatelską
postawę i bezinteresowne
zaangażowanie
się
w poprawę środowiska. Elżbieta Bożena Sawczyńska-Ganczarczyk,
długoletnia działaczka
FPwK została odznaczona dyplomem
i odznaką In Recognition
of Volunteer Service przez Ontario Ministry
of Citizenship i
Ontario Ministry of
Culture and Communication.
Do grona
zasłużonych działaczek społecznych w południowym Ontario należą także Zofia Pokusa i Janina Pawlik członkinie Ogniwa nr. 2 - London. Zofia Pokusa otrzymała
za wieloletnią działalność na rzecz Polski i Polonii
Złoty Krzyż Zasługi RP a
Janina Pawlik dostała dwa odznaczenia Outstanding Achievement Award for Volunteerism in
Ontario oraz
Mazor's recognition of
Special Londoners..
Prowincja Ontario miała w koncu ub. wieku 7 działających Ogniw FPwK. Drugim najstarszym po Toronto jest Ogniwo
nr. 2 London. Jego obecną przewodniczącą jest Jolanta Pawluk. Z jej sprawozdania za rok 2002 wynika, że działalność Ogniwa kontynuuje
przede wszystkim
pomoc charytatywną i dotacje w Kanadzie i w Polsce, a głównym źródłem dochodów są dwa bazary których podstawą jest własna produkcja wypieków. Dotacje obejmują miejscowe organizacje polonijne jak harcerstwo
lub zespół folklorystyczny
a także London Battered Women oraz Canadian Council of Women, London Chapter.
Poza
Kanadą Ogniwo nr. 2 finansuje
obiady dla jednaj ze szkół we Wrocławiu,
wspomaga Dom chłopców
w Częstochowie
oraz wysyła pomoc
polskim dzieciom
na Białorusi. Członkinie nie zapominają także o pomocy
ofiarom trzęsienia
ziemi w El Salwador
i w Dżmnagarze
w Indii.
Ogniwo nr. 15 - Mississauga ma podobne cele.
Obecnie jego
przewodniczącą jest Bożena
Fogel, a oddelegowane
do
Zarządu KPK, Okręg Mississauga są Elżbieta Wolska i Maria Stoch. Biorą one
udział w Komisji Charytatywnej
utworzonej przy tym Okręgu KPK specjalizującej
się w wysyłce sprzętu
medycznego do Polski. W
Polsce Ogniwo
nr. 15 opiekuje się
Domem Małego Dziecka
w Stargardzie Szczecińskim
i Domem Małego Dziecka w Mostach koło Szczecina. Dla zdobycia funduszy
na te
cele zorganizowano wycieczkę
do Lichenia i Częstochowy, ale mimo, że
wycieczka się udała nie
dała
oczekiwanych zysków.
Ogniwo nr
18 - Hamilton , którego
przewodniczącą jest Katarzyna
Grandwilewska, bieże udział w zbieraniu funduszy na
budowę domu seniora,
Maria Curie-Skłodowska
Seniors Lodge. Działalność
tego Ogniwa skupia
się już od wielu lat na pomocy sierotom
polskim w byłym Związku Radzieckim
a szczególnie na Ukrainie. Poza
tym członkinie działają
na polu imprez
kulturalno-oświatowych. Katarzyna
Grandwilewska, przewodnicząca Ogniwa nr. 18 jest bardzo aktywna w rozwijaniu
kontaktów z Polonią Swiata oraz dba o udział finansowy w akcjach polonijnych
w południowo zachodnium
Ontario, między innymi przygotowuje fundusze na lektorat języka
polskiego na McMaster University
W Etobikcoke Ogniwo FPwK, nr. 17 działające od
kilku lat przyjęło
jako swoją maksymę
łączenie miłych, przyjacielskich kontaktów z pracą dla innych. Jego głównym źródłem dochodów
są tradycyjne zabawy andrzejkowe,
czasami urządzony bankiet lub walk-a-thons połączone z mini-aukcjami. Zdobyte dochody służą głównie wspieraniu
dzieci niepełnosprawnych
ruchowo i umysłowo z Ośrodka "Nadzieja" w Nowym Sączu. Oprócz
tego Ogniwo to włącza
się do programu "Dar polskich serc" i "Uratować życie" działających na Ukrainie
i Bialorusi.
Dzięki bliskim
powiązaniom FPwK i Kongresu Polonii Kanadyjskiej w miarę
upływających lat
działaczki FPwK często
wchodziły do władz KPK. Ostatnio przez jedną
kadencję prezeską KPK była Elżbieta Rogacka.
Poza działalnością w Ogniwach Polki w Ontario są często aktywne w dziedzinach ich
własnych umiejątności i
talentów. Takim
przykładem
powiązania pracy społecznej z
własną twórczością artystyczną jest Genowefa Staroń, członkini FPwK, ale także malarka
i gobeliniarką
Z
ramienia FPwK
w programie "Pomoc Polsce " w 1981 r Genowefa "Nuta" Staroń zainicjowała
i zorganizowała
licytację dzieł sztuki darowanych przez polskich artystów oraz
Kanadyjczyków. Zebrane w ten
sposób fundusze zostały zużyte na pomoc społeczeństwu polskiemu
podczas stanu wojennego. Trzy lata
wcześniej w 1978 r. Nuta Staroń reprezentowała
Zarząd Główny KPK na Wystawie
Polskich Plastyków , zorganizowanej z okazji Swiatowego Zjazdu Polonii Wolnego Swiata w Toronto. Jej autorstwa jest także plakat i katalog wystawy
Polonia
Art '78- Polonia of Tomorrow,
a w roku
1984 za zachętą organizatorów
przyjmowania Papieża Jana Pawła II w Toronto ofiarowała mu jeden ze
swych gobelinów nawiązujący
do stanu wojennego
w Polsce, zatytułowany Modlitwa Ziemi.
Ogniwo nr. 8 - Ottawa
"Ogniwo nr. 8
Federacji Polek w Kanadzie
powstało 11 września 1964 roku, gdy przyjechała
do Ottawy dr.
Krystyna Zurowska, członek Zarządu Głównego Federacji i zwróciła
się do Ewy Konopackiej
z sugestią założenia
go
w Ottawie.
Poczatkowo były tylko cztery członkinie : Ewa Konopacka, Weronika Ramik,
Regina
Forester
i Józefa Czerwińska. Nie było zarządu, tylko wspólne
plany, decyzje i praca. Dopiero jak doszło więcej członkin powstał zarząd." W taki to mało
formalny
sposób zawiązało się
w Ottawie ósme z kolei
Ogniwo FPwK.
W podobny zresztą sposób zawiązywały
się i inne
Ogniwa Federacji,
ponieważ zwykle
kobiety chętne do pracy społecznej miały własne obowiązki domowe, a przy tym często i małe dzieci, więc przeważnie, aby pogodzić swoje chęci współpracy
na rzecz Polonii z prozaicznymi zajęciami
domowymi, zebrania odbywały
w prywatnych
mieszkaniach lub domach członkiń.
Członkinie
założycielki Ogniwa nr. 8 w
jednym z
pierwszych swoich planów
zdecydowały, o udziale
w pracach KPK a także w kobiecych organizacjach kanadyjskich.
Współpracę z Ottawa
Council of Women nawiązały niemal
natychmiast i już od
1965 roku miały tam swoją
stałą delegatkę. Ponadto Teresa Miszkiel i Regina Forester były przez pewien czas wice-
przewodniczącymi Council of Women, a Wera Ramik i Elżbieta Kołodziej pełniły
w tej
organizacji
różne ważne funkcje.
Oprócz tego Ogniwo Ottawa zostało członkiem Citizenship Council i od
tej chwili do
obowiązków jego członkin należy do dziś , gdy przychodzi jego kolei,
podejmować nowych obywateli
Kanady
podwieczorkiem i serdecznym słowem. Dzięki kontaktom Ogniwa z Citizen's Committee
członkinie Ogniwa wspierały wysiłki tego Komitetu Obywatelskiego w udzielaniu pomocy i mieszkania
rodzinom polskim,
które właśnie przybyły do Kanady. W latach 80-tych, po-solidarnościowych, była
to bardzo intensywna praca. Korzystając z faktu że Ogniwo nr. 8 znajduje się w stolicy
Kanady, w okresie stanu wojennego w Polsce, Federacja, a
szczególnie jej dwie członkinie Mirosława Gawalewicz i Ludwika Rzepecka organizowały protestacyjne pochody w stolicy.
Fala uciekinierów, która
następnie przybyła do Kanady
była także wspomagana przez FPwK,
która włączyła do prac
KPK i SPK sponsorujących uciekinierów
w tymczasowych
obozach europejskich. Ogniwo
nr 8 sponsorowało matkę z
córką, którym następnie
znalazło mieszkanie, pracę
i udzielało
początkowo pomocy finasowej. W roku 1991 Mirosława Gawalewicz za swoja pracę społeczną odznaczona została Orderem Kanady
Innym kierunkiem działalności Ogniwa było organizowanie odczytów o Polsce
, otwartych
dla całej społeczności ottwaskiej. Czasami połączone one
były z wystawami eksponatów polskich lub mini-bazarami w ktorych sporo miejsca
zajmowała sztuka ludowa i eksponaty artystyczne polskie.
W roku 1975 sukcesem Ogniwa było wprowadzenie
języka polskiego jako
credit cours w niektórych szkołach kanadyjskich
w Ottawie.
Odznaczyły się w
tych pracach Józefa Król, Danuta Krzaniak i Natalia
Jeffreys. Józefa Król była następnie przez wiele lat
akredytowaną wykładowczynią języka polskiego na
poziomie klasy 10tej i 11tej.
Jeszcze innym kierunkiem
wiązania
Polonii ottawskiej ze
społeczeństwem kanadyjskim była organizacja koncertów
i spektakli teatralnych, które już od początku lat 70tych otwarte były dla publiczności w Ottawie.
Szczególnie Jadwiga Domańska
przyczyniła się do ożywienia teatru polskiego, kładąc
wielki nacisk na
wysoki poziom wystawianych
sztuk. Ona także organizowała
szereg sztuk teatralnych
specjalnie przeznaczonych dla młodzieży polonijnej. Bardzo zaintresowana harcerstwem polskim
przygotowała słuchowisko
"Wczoraj i Dzisiaj Harcerstwa
Polskiego" oraz
przyjęcie półtoratysięcznej grupy harcerzy w czasie ich
wycieczki do Ottawy. Za zasługi Jadwiga Domańska
otrzymała odznaczenia Polonia
Restituta, Order Odrodzenia
Polski, Złoty Krzyż
SPK oraz Złotą Odznakę
KPK.
Na polu organizowania koncertów zasłużyła się bardzo Ewa Zadarnowska,
przewodnicząca FPwK od
roku 1994. Dzięki niej w siedmiu latach Ogniwo Ottawa zorganizowało 13 koncertów
i spektakli
muzyczno-poetyckich. W roku 2002 Ewa Zadarnowska
została odznaczona Srebrną Odznaką Honorową KPK w
uznaniu wybitnych zasług
dla
dobra Polonii Kanadyjskiej . W organizowaniu koncertów bierze również
udział Barbara Wośniak. Od lat FPwK w Ottawie
organizuje Konkursy Recytatorkie Poezji dla
dzieci
i młodzieży polonijnej,
cieszące się wielkim poparciem wśród całek
Polonii Ottawskiej. W
przygotowaniu ich brała udział grupa członkiń FPwK :
Halina
Celińska, Barbara Deminet, Hanna Kiełczewska, Lois Raczkowski, Barbara Wośniak. Konkursy
te są dużym wydarzeniem zarówno dla
dzieci i młodzieży jak i
dla dorosłych. Dzieci otrzymują
dyplomy i nagrody, a oprócz
tego wszyscy uczestnicy otrzymują słowniki jęz. Polskiego. Pierwsze
miejsca
upoważniają do dalszych konkurów . Dla
wszystkich dzieci jest też
przygotowany poczęstunek
W komitetach organizacyjnych imprez kulturalnych, które odbywały się najczęściej w National Library pracowały Bronisława Nawrot,
Barbara Wośniak, Czesława
Kwiatkowska i Halina
Celińska. Było to
możliwe, ponieważ
Ogniwo nr. 8 jest
członkiem Friends
of the National Library,
płaci coroczną składkę, a także bierze udział w zbieraniu, wycenianiu i corocznej sprzedaży książek.
W wielu imprezach i planach FPwK w Ottawie działały
także Wanda Garlicka,
która w
następnej kadencji nowego
stulecia została wice-przewodniczącą,
Danuta Senkowska, późniejszy
skarbnik Ogniwa, Ruta
Rappak - późniejsza sekretarka korespondencyjna Ogniwa nr. 8
Ponadto, wśród innych działań Ogniwo Ottawa ufundowało
skromne stypendium dla studenta na
Wydziale Slawistyki Uniwersytetu Ottawskiego, które jest
wypłacane od 1975 roku.
Dla uzyskania funduszy
potrzebnych na te imprezy oraz na pomoc ofiarom różnych kataklizmów
jak trzęsienia
ziemi w Gwatemali, powodzie w Polsce i Kanadzie członkinie FPwK w Ottawie organizują często imprezy rozrywkowe takie jak bale, "Andrzejki", "Wieczory brydżowe", sprzedaż wypieków, sprzedaż książek, biletów na koncerty itp.
Za swoją
działalność społeczną na niwie misyjnej,
(
poza działalnością w FPwK)
Zofia Zawidzka otrzymała Krzyż Papieski "Pro Ecclesiam et Pontifice". Ponadto
12 członkiń FPwK zostało
odznaczonych odznaką "Trillium" przez Ontaryjskie
Ministerstwo
Obywatelstwa i Kultury a 17
pań w Ottawie otrzymało Ontario
Volunteer Service Awards.
. Wszystkie organizacje polonijne
Okręgu Stołecznego oraz
Ambasda RP ufundowały nagrody na ten konkurs.
Ogniwo nr. 7
- Winnipeg
Winnipeg przez dziesiątki
lat było najważniejszym
miastem Kanady
zachodniej.
Położone u spływu rzeki Czerwonej i Assiniboine przez długie lata XIXgo i XXgo wieku było niepisaną stolicą prerii i borów zachodniej części kontynentu północno-amerykańskiego, z której w końcu XIX i na początku XX-go wieku wykrojono 3 Prowincje
preriowe oraz Północno Zachodnie
Terytoria.
Początkowa kolonia Szkotów,
położona nad
brzegami rzeki
Czerwonej - Red River, w sąsiedztwie dwu fortów krwawo rywalizujących ze
sobą kompanii skupu skór - angielskiej Hudson Bay Company i szkocko- francuskiej North
-West Company znajdowała się na skrzyżowaniu szlaków wodnych -
kanadyjskiego ze wschodu
na zachód i
kanadyjsko amerykańskiego z północy na
południe i szybko
połączyła sią
z francusko języcznym osiedlem St. Boniface. W powstałym tak
Winnipegu założono
centrum Royal Canadian Mounted Police, opisywanej
w powieściach Królewskiej Konnej Policji - jedynego, wówczas organu porządku i początków administracji federalnej na zachód od Ontario. Prawie do
końca XIXgo wieku, a dokładnie
do roku 1885,
miejscowość Winnipeg było końcową stacją kolei , która wyjeżdżała z Ottawy lub Toronto i
większość drogi przebywała po
terytorium amerykańskim,
ponieważ bory i
skały Płyty Kanadyjskiej w
północno-zachodnim Ontario
były nieprzejezdne.
W 1881 roku ruszyła jednak budowa pierwszej kanadyjskiej
transkontynentalnej linii
kolejowej CPR (Canadian
Pacific Railway), która
w ciągu kilku
lat połączyła zaludnioną Kanadę wschodnią z brzegami Pacyfiku. Przedsięwzięcie
w które wierzyła
tylko mała
grupka
ludzi związanych z
Syndykatem ( jak wówczas nazywano kompanię CPR) zostało zakończone sukcesem w ciągu tylko 4 lat dzięki nieprawdopodobnym
wysiłkom finansowym,
organizacyjnym i ludzkim.
Odtąd
Winnipeg rósł i rozwijał się razem z
rozwojem kolejnictwa, które skolei służyło rozwojowi osadnictwa
na preriach.
Wśród osadników przybywających w XIXtym wieku początkowo dominowali Szkoci i Anglicy, ale ponieważ ciągle było ich
mało, więc jeszcze
w latach 80-tych XIX-go wieku
ogłoszenia zachęcające
do osiedlenia się na preriach kanadyjskich
pojawiały się licznie i
w Europie kontynentalnej. Mapy i ulotki zachęcające
do emigracji na
prerie kanadyjskie przetłumaczone na 9 języków, w tym niemiecki były rozprowadzane po
krajach europejskich przez tysiące
agencji imigracyjnych
kompanii CPR.
Stąd zapewne pierwsi osadnicy polscy przybyli do Manitoby na
przełomie dwu wieków,
byli rejestrowani albo jako Galicians
albo jako Niemcy.
Osiedla ich, przeważnie w
południowej i zachodniej
Manitobie rozwijały się
wzdłuż lokalnych linii kolejowych.
Budując
tory kolejowe
CPR równocześnie zakładało
plany
nowych miast i miasteczek
w których miały się znaleźć stacje
kolei, jej składy i
warsztaty naprawcze. Wokoło
tych terenów wyrastały zazwyczaj namioty przyszłych mieszkaców tych
miast, a dalej w ich sąsiedztwie
osadnicy zaczynali budować
swoje farmy. W sumie CPR
na przestrzeni pomiędzy Red River (Rzeką Czerwoną) w Manitobie
i Górami Skalistymi założyła 600 nowych miast lub osad, zawsze
związanych z przystankami
kolejowymi.
W początkach XX wieku gwałtownie rosnąca ludność Winnipegu, wzrost znaczenia tego miasta
jako ośrodka podstawowej
produkcji na potrzeby osadników, napływ nowych osadników
przeważnie z Europy kontynentalnej oraz rosnący dobrobyt miasta zmieniły jego poprzedni charakter. Miasto,
które jeszcze w XIX
wieku znane było ze
swojej życzliwości wobec
napływających różnoetnicznych pionierów, w początkach XXgo zmieniło się w konglomerat wrogich
sobie grup etnicznych podporządkowanych
bogatej angielsko języcznej elicie. Dzięki temu bardzo wcześnie, bo już od początku XX wieku zaczęły
w nim powstawać i rozwijać
się organizacje rozmaitych
grup etnicznych
broniących
się przez wszech ogarniającą dyskryminacją i rasizmem. W ruchach związkowych brali również udział Galicians, wśród
których byli i Polacy,
znajdujący się na dolnych szczeblach
drabiny
społecznej, blisko "Indian".
Drobni sklepikarze i przedsiębiorcy,
a w większości siła robocza słabo,
albo wcale niewykwalifikowana uważana
była
przez lokalną ludność za
raczej niepewną
ze względu na "wybuchowy
charakter oraz częste pijaństwo Polaków".Oprócz stereotypowania i dyskryminacji stosowany był także
wielki wyzysk Znane były ogłoszenia z adnotacją Poles
and Irish need not apply for jobs here
W obronie przed trzema
"plagami imigrantów" (rasizmem,
dyskryminacją i wyzyskiem) tworzono lokalne organizacje. Polakom te organizacje powiązane z religią katolicką pomagały także zachowywać dumę
narodową i własne tradycje wyniesione
z Polski.
Najstarsza z
nich, Bractwo św. Ducha, obchodziła w roku 2002 swoją 100
rocznicę , niewiele młodszym
jest
Towarzystwo Sokół, któremu w roku 2003 przypadła 96
rocznica
istnienia, a Towarzystwo Jana
Kantego ma już
87 -mio letnią tradycję. W sumie w Winnipegu z przed II wojny światowej było ponad 15 różnych
organizacji polonijnych służących swoim członkom w trudnych latach pierwszej połowy XXgo wieku bieżącą pomocą oraz identyfikacją narodową.
Wcześnie, także w Winnipegu, który do II wojny światowej uważany był za centrum Polonii kanadyjskiej, pojawiły się pierwsze polskojęzyczne pisma. Pierwszym była Gazeta Katolicka,
założona jeszcze w roku 1908tym, następnie
doszedł do niej Czas ( od
1914 roku) , a potem Głos Pracy. Reprezentowały
one 3 charakterystyczne ideologie: katolicką, sekularyzującą i komunizującą , dominujące w ówczesnym życiu Polonii winnipegowskiej.
Wszystkie
winnipegowskie organizacje
polonijne tamtych
czasów tworzone były przez mężczyzn
i członkostwo ich zarezerwowane
było tylko dla mężczyzn. Kobiety wzywano do
pomocy dopiero wtedy, gdy
podczas spotkań chodziło o przygotowanie
posiłków i
przyjęć.
Polki zaczęły myśleć
własnej organizacji dopiero po II wojnie światowej około lat 60-tych , kiedy do Manitoby
napłynęła fala imigrantek
z demobilu i
DiPiski z różnych części
świata. Wtedy Mary Panaro założyła International Centre jako ośrodek w
którym nowo przybywający
otrzymywali
pomoc
i poradę. Mary Panaro, jest jedną z wybijających
się postaci Polek w Winnipegu
nie tylko dzięki
swojej działalności wśród rodaków, ale także dlatego, że przełamała pomocniczą pozycję kobiet w organizacjach polonijnych
winnipegowskich i dała
wielki impuls początkowi samodzielnej działalności
organizacyjnej kobiet.
Ona też podjęła inicjatywę Jadwigi Dobruckiej z Toronto
proponującą utworzenie
Federacji Polek
w Kanadzie
- Ogniwo Nr 7
- Winnipeg. Pod
wpływem obu działaczek niewielka grupka kobiet
z wojennej i powojennej fali imigracyjnej:
Janina
Popkiewicz, Emilia Jarmasz ,
Teofila Bibik i
Genowefa Kuzia zawiązały w 1964 roku Ogniwo Nr 7 - Winnipeg Federacji Polek w
Kanadzie Prezesem Ogniwa
nr 7 na
długie lata została Maria
Panaro. Za pracę
społeczną Mary Panaro otrzymała
dwa odznaczenia Order of Bufallo i Order of Canada.
Do FPwK Ogniwo
nr. 7 -Winnipeg dołączyły następnie Adela Kołodka, Aleksandra Leczyńska, Eugenia Ekiel, Loda Ożóg i Danuta Wołkiewicz Cele tej organizacji były odrazu sprecyzowane. Chodziło przede
wszystkim o pomoc społeczeństwu polskiemu przez zbiórkę pieniędzy oraz leków, które
wysyłano do Polski przez Caritas i polską hierarchię kościelną.
Idea pomocy społeczeństwu polskiemu
przez długie lata była w Ogniwie nr 7 -Winnipeg traktowana
z wielką powagą tym
bardziej , że prezes FPwK Lidia Rakowska oraz Eugenia Kuzia znalazły pewne źródła dochodu, gdy dzięki porozumieniu z innymi grupami
etnicznymi zaczęły
uczestniczyć w organizowaniu w Winnipegu gier bingo. Dochód z "polskiego dnia bingo" należał do FPwK.
A był to czas,
kiedy bingo było dla Winnipegowczyków wielką cotygodniową namiętnością uruchamianą przy
lada okazji przez organizacje i instytucje , nie
wyłączając kościołów najrozmaitszych
denominacji. Nic więc
dziwnego, że Ogniwo nr. 7 z
dochodów z bingo potrafiło uzyskać
od 30 do 50 tysięcy dolarów rocznie. Dzięki tej "zamożności" członkinie FPwK w Winnipegu w latach 70-tych mogły
nie tylko wspomagać ubogich
w Polsce, ale rozszerzyć cele swej organizacji. FPwK w Winnipegu szczodrze wspomogając Studencki Fundusz
Victora Turka i
Komitet Pomocy Polskim Uchodźcom. FPwK wzięła też poważny udział w ufundowaniu
Museum Eksponatów Pionierów
Polskich w Manitobie,
począwszy od
pomocy
finasowej przy zakupie
budynku przeznaczonego na to Muzeum, aż po zbiórkę, opracowanie i przygotowanie eksponatów dokumentujących
przedwojenne osadnictwo Polaków w Manitobie oraz imigrację powojenną. Brały w tym udział
także kobiety z później powstałego Towarzystwa im. Emilii Plater.
Muzeum znajduje się w
północnej części
Winnipegu, zwanej North End w pobliżu Domu Polskiego i SPK Koła 13 , od
lat pięćdziesiątych stanowiących centrum polskiego życia organizacyjnego w tym mieście.
Obecna prezes
Ogniwa nr. 7
Zofia de Witt
jest długoletnią społecznicą
pracującą zarówno w polskich jak
i w kanadyjskich organizacjach.
Była przez 10
lat prezesem KPK Okręg Manitoba, przez 3
lata była prezesem Funduszu Milenium w Toronto przez 2 lata przewodniczącą Rady KPK, przewodniczącą
Youth and Education Standing Committee
of Manitoba Intercultural Council, oraz skarbnikiem Manitoba
Pro Canada
Committee, także przewodniczącą Holy
Ghost Fraternal
Aid Society Centennial Committee. Obecnie
zaś kontynuując przewodniczenie w niektórych wymienionych powyżej
organizacjach zajmuje stanowisko
prezesa w FPwK
nr. 7, wice-przewodniczącej
Manitoba Ethnocultural Advisory and
Advocacy Council, jest
członkiem Zarządu KPK
w Manitobie i
przewodniczy Komisji
Spraw Spornych przy Zarządzie
Głównym KPK, jest nawet członkiem zarządu Winnipeg Chinese Cultural and Community Centre. Jej orientacja w polityce, zalety osobiste
i zmysł organizacyjny
wielokrotnie przyczyniły się do tego iż powoływano ją do przewodniczenia posiedzeniom, uczestniczenia
w dyskusjach oraz w walnych zjazdach Za ...największe osiągnięcie Zofii de Witt można uznać
utworzenie Polish Studies Fund na Uniwersytecie Manitoby. Dla zagwarantowania możliwości studiowania
języka polskiego, literatury i historii Zofia de Witt
nie tylko wystąpiła z inicjatywą
zebrania niezbędnych na ten cel
funduszy ale i przez 5
lat kierowała ich zbiórką. Obecna wysokość
funduszu to ponad 275 tysięcy dolarów.
. W
latach 80-tych
sukcesy finasowe różnych grup etnicznych spowodowane
organizowaniem gier w
bingo były tak poważne, że stały się
przedmiotem uwagi rządu
prowincjonalnego, który sam przejął prawo do
organizowania tych gier, pozbawiając tym samym wiele
różnych organizacji etnicznych, w tym także i FPwK dochodów, na które przywykły
już liczyć .
Kiedy w
obozach przejściowych w Austrii, Włoszech i Niemczech znalazło się bardzo wielu
Polaków,
którzy
uciekli z Polski w
związku ze stanem wojennym
i nie nie mieli
żadnych sponsorów na Zachodzie, Lidia Rakowska,
ówczesna przewodnicząca
FPwK Ogniwo
Nr. 7 - Winnipeg
zaangażowała całą organizację w
pomoc przy szukaniu pracy i osiedlaniu Polaków,
którzy przybywali
wówczas do Manitoby.Członkinie FPwK wykonywały
wtedy najrozmaitsze prace
związane z pomocą nowo przybyłym, tak w poszukiwaniu i meblowaniu mieszkań
jak udzielaniu porad odnośnie życia w Manitobie
lub towarzyszeniu
w charakterze tłumaczek w
urzędach itp.
Po
ustąpieniu L. Rakowskiej ze
stanowiska prezeski
FPwK zostały na
to stanowisko wybrane kolejno
Emilia Jarmosz,
Danuta Rymarczuk, Wiesława Krajewska oraz Zofia de Witt,
która właśnie ukończyła swoją kadencję
w Kongresie Polonii Kanadyjskiej Oddziału w Winnipegu. Za jej kadencji FPwK nie miało już ogromnych dochodów
z bingo. Mimo
to Federacja
włączała się w
przeprowadzanie zbiórek na polskę szkołę
dla dzieci i konkurs młodych
talentów oraz na organizowanie
jasełek w Polskim Domu Seniorów . W przygotowaniu powtarzających się Konkursów Recytatorskich
Poezji Polskiej oraz w
ich komisji
sądziowskiej zasiadały Zofia de Witt, J. Senkałowska,
M. Szymańska,
B. Malkiewicz i A. Wojewnik
Powoli jednak zainteresowanie pracą
społeczną wśród
imigrantek młodszych wiekiem i
stażem w Kanadzie zaczęło maleć. W miarę upływu lat i
wymierania starszego pokolenia
członkiń założycielek
liczba nowych
członkiń malała.
Stąd z początkowej liczby 45 kobiet
pracujących w FPwK, w latach 80-tych pozostało tylko 15. Z nowej "solidarnościowej" fali imigrantek do bezpłatnej pracy
społecznej w FPwK zgłosiły się tylko dwie kobiety. Wreszcie wskutek braku nowych członkiń Ogniwo FPwK Nr. 7 - Winnipeg musiało w latch 90-tych na jakiś czas zawiesić swoje istnienie. Dziś jego przewodnicząca, Zofia
de Witt
dostrzega nowe formy
zainteresowania spuścizną
polskości wśród
młodych członków Polonii winnipegowskiej. Podkreśla ona,
że drugie i
trzecie pokolenie imigranckie zaczyna coraz częściej interesować się swoimi korzeniami i poszukiwać informacji na temat wkładu kulturalnego swoich rodziców i dziadków w kulturę Manitoby. Jej zdaniem, dzisiaj młode pokolenia dzieci i wnuków imigrantów, już jako Kanadyjczycy z urodzenia i poczucia narodowego,
szukają informacji
o kulturze i
historii swoich
przodków i
ich krajów i uważają je jako
słusznie należący im się
rodzinny spadek.
Dlatego można się spodziewać,
że organizacje polonijne będą ulegały zmianom odpowiednim do nowych dziedzin zainteresowań ich
członków.
Zofia de Witt uważa, że
im bardziej
ci nowi członkowie będą się koncentrowali na swoim kulturalnym spadku, tym bardziej cele organizacji
będą odpowiednio zmieniane. Dlatego tak ważne jest dzisiaj zbieranie dokumentacji pisanej i rzeczowej i tworzenie muzeów. Za parę lat kiedy pokolenia
imigracji wojennej i powojennej już praktycznie
nie będzie, zastąpią je
właśnie dokumenty i muzea i z nich młodzi Kanadyjczycy polskiego pochodzenia będą mogli dowiedzieć się o historiach swoich
rodzin, odnaleźć powiązania krwi i kultury w Kanadzie i za oceanem Do rozwoju tych nowych zainteresowań młodzieży kanadyjsko-polskiej przyczyniła
się także nowa
polityka społeczna rządu
federalnego. Jego agencje już od lat korzystają z bogactwa wieloetniczności swego społeczeństwa i poszukują młodych adeptów
z różnorodnym
bagażem kulturalnym na
stanowiska, w których, w dobie globalizacji i licznych
kontaktów między
-narodowych , pochodzenie etniczne
może być poważnym atutem. W ramach tej polityki Kanadyjczycy polskiego pochodzenia są po studiach wysyłani jako eksperci do Polski lub pracują tam gdzie znajomość kultury
i języka polskiego ułatwia kontakty z kontrahentami
nawet jeśli ci
ostatni znają dobrze język angielski.
Ogniwo nr. 3 - Edmonton
Pierwszy większy ośrodek Polonii powojennej
w Kanadzie
Zachodniej rozwinął się w latach 50-tych w Edmonton,
stolicy prowincji Alberta. Polacy przybywający tam w okresie
powojennym wchodzili
odrazu w środowisko wielo-etniczne,
walczące z istniejąca
dyskryminacją, doprowadzaną
czasami do sytuacji wręcz komicznych. Przykładem
niech tu będzie
opowieść zasłyszana od Polaka (którego nazwiska nie pamiętam), specjalisty w
dziedzinie biologii i
autora szeregu
przedwojennych prac naukowych
na ten temat , spotkanego
w
1966 r. w Edmonton. Wcześniej
, krótko po swoim przybyciu
do Kanady starał się
on o stanowisko rządowego biologa prowincji i aby je otrzymać
musiał powtórzyć odpowiednie studia na
tamtejszym uniwersytecie.
Pytający go na egzaminie
profesor University
od Edmonton przypadkiem
znał tłumaczenie jednej z prac mego
znajomego jeszcze
przedwojennej. Zainteresowany
zbieżnością polskości swego studenta i
autora cenionej
przez niego
pracy naukowej zaczął go odpytywać
właśnie z tej pracy, nadal
nie wiedząc, że jej autora ma przed sobą. Zdumiony wnikliwymi uwagami
"studenta" zapytał go w
końcu , czy może już w
Polsce
znał jej treść i dopiero
wtedy zrozumiał paradoksalność całej sytuacji.
Istniejące wówczas w Kanadzie zachodniej
głębokie poczucie wyższości i lepszości ludzi lokalnych nad przybyszami bywało
czasami śmieszne, jak w powyższej sytuacji, najczęściej jednak przysparzało
nowo przybywającym Polakom
i Polkom sporo kłopotów związanych z przekonaniem, że wszyscy Polacy są na
poziomie robotników i chłopów, imigrantów
z poczatków XX wieku. W obronie
przed tą dyskryminacją
Polonia edmontońska z lat 50-tych wytworzyła
w sobie specjalną przebojowość - niemały udział miały
w tym Polki przybyłe
wówczas na Prerie.
Aby sytuacja była
bardziej skomplikowana od czasów wojny rząd Alberty
chętnie widział napływ imigrantów,
a szczególnie ludzi
wykształconych, których praca była
bardzo pożądana w prowincji znanej ze
słabego zaludnienia przy
jednoczesnym szybkim rozwoju
gospodarczym. Chodziło o wytworzenie inteligenckiej warstwy
miejskiej, a dwa największe miasta Edmonton i Calgary jak zawsze rywalizowały i w tej dziedzinie.
Calgary,
do czasów
II wojny światowej
znane było głównie lokalnie. Było
i nadal jest centrum hodowli bydła, ale
powojenne
odkrycia
złóż ropy naftowej w południowej Albercie przerobiły
je na szybko
rosnące nowe centrum
górniczo-finansowe szybko posuwające
się w kierunku dzisiejszego bogatego i nowoczesnego
Calgary, z własnym uniwersytetem i elitą intelektualną.
Edmonton stolica Prowincji również rosła bardzo szybko, ale w latach
50-tych było to jeszcze niewielkie, preriowe miasto z bardzo
dużymi aspiracjami wobec
przyszłości. Irena Domecka,
DiPiska i żona inżyniera budownictwa z
Polski, który w Winnipegu
parę lat
wcześniej miał własną
firmę budowlaną, a następnie
przeniósł się do Edmonton,
tak wspomina swoje pierwsze
wrażenia z przybycia do
tego miasta w roku 1952. "
Z przerażeniem zobaczyłam
to
miasto po raz pierwszy. Kilkanaście
ulic, parę wysokich budynków, a naokoło
laski. Doskonałe pole do popisu dla
budowniczego. Na początku ciężko
opłakiwałam przyjazd tutaj". W
niespełna 10 lat później, na początku lat 60-tych
Edmonton już się zmienił. Miał już Bibliotekę Publiczną położoną
w centrum miasta, "
wspaniałą " salę
koncertową, teatr Citadel
oraz planetarium. Wszystkie
te
budynki zostały ufundowane przez lokalne bogate Kanadyjki. Irena Domecka,
która jeszcze parę lat
wcześniej nie mogła znaleźć ujścia dla swojej
energii społecznicy wówczas już
aktywnie partycypowała w
tym rozwoju kulturalnym
miasta. W środowisku kanadyjskim
należała do
Towarzystwa Orkiestry
Symfonicznej, działała w Klubie przy teatrze. Dzięki swym kontaktom w
środowisku Kanadyjskim wstąpiła do Local Council of Women, a cztery lata później została wice-przewodniczacą
Citizenship Council - Rady Obywatelskiej
powołanej przez rząd prowincjalny do walki
z dyskryminacją grup etnicznych. Pracę w Polonii zaczęla
od wywalczenia sobie prawa do zapisania
się do Towarzystwa Polsko-Kanadyjskiego, do
którego zwyczajowo należeli tylko
mężczyźni. W ten
sposób akcja Ireny Domeckiej
zapoczątkowała nowa erę dążącą do
równopurawnienia kobiet w Polonii albertańskiej. W parenaście lat później Irena
Domecka założyła Klub Akademicki, który po
połączeniu z Klubem Profesjonalistów
stał się ośrodkiem
polskiej inteligencji, przychodzącej często z małżonkami
nie znającymi języka polskiego. Bardzo prędko jej
energia i zmysł organizacyjny zaczęły prowadzić do dalszej działalności
społecznej. Kiedy Wanda Buska, znajoma
jej, powojenna imigrantka
polska
wspomniala o organizującej
się w Toronto
Federacji Polek w Kanadzie, Irena
Domecka podjęła tę ideę
, widząc w
proponowanej
organizacji okazję do rozwinięcia działalności społecznej wśród kobiet - przede wszystkim powojennych imigrantek. Dzięki
temu w
rok po założeniu pierwszego Ogniwa
( nr. 1 w Toronto) powstało
Ogniwo nr. 3 w Edmonton.
Pierwszą pracą
jego członkiń było
pakowanie paczek na wysyłkę do Polski.
Federacja Polek w Kanadzie
jest
organizacją zmierzajacą
do pomocy Polakom imigrantom w potrzebie
oraz do zachowania
polskości na obczyźnie. Pierwszym celem FPwK w Edmonton stało się odwiedzanie
chorych i potrzebujących pomocy imigrantów oraz pakowanie
i wysyłanie paczek do Polski do
instytucji charytatywnych,
przede wszystkim do
katolickich zakonów żeńskich. Ponieważ FPwK
nie dysponowała żadnymi funduszami, więc dodatkowym celem stało się zbieranie pieniędzy na
wzmiankowaną działalność.
Najłatwiejszym sposobem
okazało
się urządzanie zabaw tanecznych
oraz przyjęć połączonych z wykupywaniem
uczestnictwa. Wkrótce też
FPwK rozszerzyła swa dzialalność
obejmując patronat nad zespołami tanecznymi i artystycznymi ukazującymi dziedzictwo kulturalne polskiej grupy etnicznej. Równocześnie rozwijała się Federacja. Nowe członkinie przybywały.
Ich drogi do
Edmonton bywały różne, ale
wszystkie wiedziały, że organizacja Polek w Edmontonie jest organizacją do której warto
się włączyć.
Niektóre z nich jak Zofia Wójcicka, Wanda Broszkowska, Janina Malinowska i Eugenia Szklarz w czasie wojny służyły
w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie
i do Kanady trafiły
po demobilizacji, inne
jak Janina Muszyńska, Krystyna Gruszczyńska
, Helena Klein i Joanna C. Matejko po ucieczce z terenów byłego
ZSRR
i
po pobycie w angielskich obozach dla
uciekinierów rozsianych
po Afryce i Indiach przybywały do Kanady w różnych latach od powojnia aż po
lata 70-te. Do
Edmonton przybyły także
kobiety po II wojnie
światowej
wywiezione do Niemiec na przymusowe
roboty jak Wanda Buska, Irena
Kościelak, Jadwiga Pierzchajło albo do obozów koncentracyjnych
jak Zofia Gawlikowska i Stella Walkowska oraz córka tej ostatniej Bożena
Epler. W Edmontonie, w FPwK znalazły
się uczestniczki Powstania Warszawskiego Zofia
Paszkowska i Jadwigo Wojda i wreszcie kobiety, które w różnych latach
uciekały z komunistycznej Polski., a od
lat 80-tych przybywały także
kobiety zmęczone niepewnościa jutra, wśród ciągłych niepokojów
politycznych i społecznych,
albo powiązaniami z Solidarnością zmuszone
przez reżym komunistyczny
do emigracji. Wśród nich były dr W. Pawlak, Teresa Ignasiak, Ewa Miles-Dixon i Maria Carlton. Wszystkie
one prędzej czy później dołączały do FPwK, przyciągane atmosferą życzliwości
i aktywnej pracy społecznej. W miarę jak Federacja
Polek w Edmontonie rozrastała się rosły cele jej działalności. Pod koniec stulecia FPwK zainteresowało
się
planami zbudowania
Kopernik Seniors' Centre dla Polonii edmontońskiej. Udział
w pracach nad kupnem terenu oraz planami domu rozłożony był
na szereg
członkiń, Teresa Szlamp-Fryga i Teresa Ignasiak
są tam stałymi przedstawicielkami,
Oprócz tego aktywnie działają Ewa
Miles-Dixon, Florence
Smith, oraz Jadwiga Pierzchajło, Helena Klajn, Gizella Płachcińska, Irena Kościelak i Jadwiga Kociołek Przybywało także
nowych członkiń, jak Teresa Szlamp-Fryga, późniejsza przewodnicząca FPwk, jak Teresa Chipiuk zajmująca
się w FPwK sprawami gospodarczymi - obie
w
roku 2002 otrzymały Srebrne
Odznaki Honorowe KPK, jak Ewa Bobkiewicz pracująca
nad sprawami administracyjnymi
i dekoracjami na
zjazdach i imprezach, lub jak Stanisława Cyrynowska, Teodozja Machnio,
Zofia Paszkowska i Apolonia
Sliwińska które za
długoletnią pracę społeczną
w
roku 2002 otrzymały Brązową Odznakę Honorową KPK
Do
wysyłania paczek do Polski
doszły następne
cele informowania społeczeństwa kanadyjskiego o polskiej kulturze. W tej dziedzinie
dużo czasu
i wysiłków wymagał patronat nad
zespołami artystycznymi
i nad organizowaniem wystaw
polskiej sztuki ludowej na skalę całej
Alberty. Z racji stulecia
emigracji polskiej do
Alberty FPwK
w Edmontonie wzięła czynny udział
w uroczystościach organizowanych przez Kongres Polonii
Kanadyjskiej- Okręg Alberta, przyjmując odpowiedzialność za pawilon polski. Następnie Ogniwo Edmonton partycypowało
w
organizacji uroczystości
millenijnych związanych z datą chrztu Polski w 966 roku. Wszystkie te działania pochłaniały wiele pieniędzy i
FPwK musiała wynajdywać coraz to nowe
sposoby ich zbierania.
W czasach "solidarnościowych" lat 80-tych doszło nowe
zadanie. Bardzo
dużo Polaków
którzy wówczas opuścili Polskę
znajdowało się w obozach "przejściowych" w Niemczech, Austrii, Włoszech. Nie mając sponsora nie mogli oni
uzyskać wiz do krajów
do których chcieli emigrować. To też trawili miesiące a nawet lata na
oczekiwaniu kogoś gotowego do poręczenia za nich. Jadwiga Pierzchajło, ówczesna prezeska FPwK, mająca duże
doświadczenie
organizacyjne oraz pamięć własnych
przykrych
wspomnień z takich obozów w latach 40-tych
( kiedy oboje z mężem czekali 4 lata na
wizy kanadyjskie)
włączyła
FPwK do akcji sponsorowania
Polaków pozostających w obozach
przejściowych. Ponieważ FPwK miała w kasie za mało pieniędzy na
gwarancję
sponsorstwa, więc oboje pp.
Pierzchajło zobowiązali się do
osobistego zagwarantowania utrzymania
68 osób, które w roku 1981 miały otrzymać wizy kanadyjskie, gdyż miały
krewnych w Albercie. Po negocjacjach
z urzędem imigracyjnym powstało "współsponsorstwo" krewnych i
Federacji i zostało zaakceptowane przez
urzędy imigracyjne pod warunkiem
dodatkowego sponsorstwa
pp. Pierzchajłów. Wśród pierwszej grupy nowo przybyłych
sponsorowani
w
większości rozumieli trudną sytuację
FPwK i starali się szybko usamodzielnić, tym samym
zwalniając Federację ze
złożonej gwarancji. Znalazło
się jednak kilka trudnych
przypadków, poważnie zagrażających
działalności i istnieniu FPwK . Był
także przypadek chorej umysłowo matki małego dziecka, wymagającej koniecznej
opieki lekarskiej i znów
FPwK nie
miała na to pieniędzy. Uzyskanie
w urzędach imigracyjnych zwolnienia z tego
sponsorstwa niemożliwego do kontynuowania i skierowanie
chorej osoby na
leczenie zamknięte zajęło
sporo czasu i moc wysiłków.
Ponieważ FPwK i Jadwiga Pierzchajło nadal chciały
kontynuować akcję sponsorstwa więc trzeba było
znależć nowy sposób zbiórki
pieniędzy. Jadwiga Pierzchajło
wymyśliła wtedy urządzenie
przez FPwK kasyna
gier hazardowych . Pomysł
był równie śmiały jak trudny do wykonania, ponieważ
rząd albertański
pozwolenia na takie imprezy wydawał bardzo
niechętnie. Jadwiga Pierzchajło
jednak tak uparcie starała się o
pozwolenie na krótko okresowe otwarcie kasyna,
że w końcu je dostała i kasyno zostało otwarte.
Dzięki dochodowi z niego
kasa FPwK została
poważnie zasilona i akcję
sponsorowania Federacja
mogła kontynuować.
Wkrótce po
przybyciu pierwszej grupy
sponsorowanych Jadwiga Pierzchajło została przewodniczącą Komitetu
Pomocy Uchodźcom z ramienia Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Dzięki jej
energii na tym stanowisku w ciągu
następnych lat liczba sponsorowanych znacznie wzrosła.
Ogólem sekcja
imigracyjna przy
Kongresie Polonii Kandyjskiej w Edmontonie pomogła w znalezieniu
sponsora 190 emigrantom, a Federacja Polek
w
Kanadzie Ogniwo nr. 3-Edmonton
pomogło osiedlić
się w Albercie 87 osobom.
Innym przykładem
wielkiej działalności
społecznej
jest Maria Chrzanowska,
członkini FPwK zasłużona
przede wszystkim w dziedzinie pracy oświatowej. Do Edmonton przybyła
w 1948 roku i przez 31
lat była nauczycielką w sobotniej Szkole Polskiej w Edmonton. Równocześnie przez cały ten czas
prowadziła audycję
polską na falach stacji etnicznej. Obie dziedziny działalności pozyskały Marii Chrzanowskiej tak wielką popularność, że kiedy po przybyciu do Edmonton grupy imigrantów "solidarnościowych" pojawiła
się potrzeba otwarcia drugiej
polskiej szkoły sobotniej
Polonia nadała tej szkole imię Marii Chrzanowskiej.
Dobrze też układały się stosunki Polonii z University
of Edmonton, to
też kiedy nadarzyła się okazja Uniwersytet ten
poparł badania nad polskim osadnictwem w Albercie. Główną inicjatorką tych
badań oraz redaktorką ich
wyników jest Joanna Matejko
imigrantka przybyła do Kanady
w ostatnim etapie naszej emigracji, także członkini FPwK.
Dzięki jej mrówczej pracy
zbierania życiorysów i wspomnień Polaków
osiadłych w Albercie oraz publikacji tego materiału,
Prowincja Alberta
posiada najlepsza w Kanadzie
dokumentację polskiego
osadnictwa, co
też zostało
prędko docenione
przez kanadyjskich specjalistów
badań nad imigracją. Dzisiaj
opracowanie wydane przez
Joannę Matejko
jest uważane za najpoważniejsze
źródło informacji o polskich imigrantach w Albercie, gęsto cytowane przez badaczy kanadyjskich.
Ogniwo
nr. 4 - Vancouver
Do Brytyjskiej
Kolumbii, najbardziej
zachodniej z prowincji Kanady, polscy
imigranci
przybywali już do początku XX wieku. Byli to przede
wszystkim robotnicy którzy
pracowali
w przemyśle
drzewnym, albo w vancouverskiej stoczni przy
budowie statków. Przed
II wojną światową istniało w Vancouverze kilka lokalnych organizacji polonijnych , ale naogól inicjatywa organizowania się Polaków i tworzenia
środowisk polonijnych w
Brytyjskiej Kolumbii nie sprzyjała tworzeniu organizacji przekraczających lokalne potrzeby. Kontakty
przekraczające granice etniczne były
raczej realizowane indywidualnie, a polonijne
organizacje były
zbyt ubogie, aby swoje istnienie manifestować czymś więcej niż skromnym udziałem podczas ważnych kanadyjskich obchodów i świąt. Istniał także
swoisty marazm
organizacyjny. Przyczyny tego stanu były rozmaite, zapewne miała w tym swój udział i prowincjalna polityka
imigracyjna w Brytyjskiej
Kolumbii oraz bardzo brytyjski charakter jej ludności, co
powodowało że atmosfera
społeczna jeszcze długo po II wojnie światowej
przypominała czasy przedwojenne.
Rasizm i dyskryminacja
miały od bardzo
dawna swój pecking order czyli ustalony
porządek etniczny . Jednym
z jego wyrazów w 1907 roku był atak miejskiej tłuszczy w Vancouverze na
dzielnicę
chińską,
ponieważ oskarżano Chinczyków o zabieranie miejsc pracy
innym robotnikom.Tłum około
15
000 ludzi wtargnął wówczas do
vancouverskiego Chinatown bijąc
napotykanych Chinczyków
wybijając okna w
domach i niszcząc co pod rękę
popadło. Po zniszczeniu
chińskiej dzielnicy ten sam tłum ruszył na wieś japońską, ale zastał ją już przygotowaną na atak.
Były
także przyczyny
związane z geografią Prowincji
.
Punktowe
zaludnienie prowincji pełnej trudnych
do przebycia pasm górskich
i gęstych, borów oraz wielkie odległości w trudnym terenie nie sprzyjały wytworzeniu się
imigranckiego centrum promieniowania na grupy polskich imigrantów rozsianych po dolinach górskich i wyspach
delty rzeki Frazer. Nawet na terenach ujścia rzeki Frazer kontakty pomiędzy poszczególnymi osadami,
które dziś tworzą wielką
konurbację Vancouveru, były często za trudne na stałe piesze
kontakty, a publiczna
komunikacja miejska istniała tylko
samym mieście Vancouverze.
Przedwojenne Towarzystwo "Zgoda" założone
w mieście Vancouver koncentrowało
się na ograniczonej pomocy
członkom, na przechowywaniu polskich
tradycji i na partycypowaniu w uroczystościach
kanadyjskich przez co z okazji świąt lub
uroczystości
kanadyjskich manifestowano istnienie polskości swojej grupy. " Zgoda"
długo była bardzo
uboga. W latach 30-tych
Towarzystwo to założyło sobotnią szkołę
dla dzieci swoich
członków, a z chwilą wybuchu wojny,
członkowie "Zgody" założyli Komitet
Obrony Narodowej, który na pomoc Polsce
zebrał 205 dolarów,
w tym 25
dolarów od samego Tow. Zgoda. Już
wielkość tej sumy wskazuje na ówczesne
ubóstwo
Polonii w Bryt. Kolumbii
Wojenny napływ Polaków zaczął się w roku 1940-tym
kiedy zaczęli przybywać weterani i
inwalidzi
wojenni razem z uciekinierami przed Hitlerem.
Sponsorowani przez rząd mieli w
zasadzie do wyboru niewiele
możliwości : kontrakty w
przemyśle drzewnym, przede wszystkim przy
wyrębie drzewa, osadnictwo rolne lub pracę w stoczni, która od początku wojny zaczęła
przeżywać swoje złote dnie. Starsi imigranci lub
inwalidzi , którzy nie mogli pracować w
stoczni wybierali najczęściej osadnictwo rolne na terenach delty rzeki Frazer.
Wielu z nich włączało się w prace "Zgody"
dzięki czemu Towarzystwo
się rozrosło i nabrało więcej energii.
Wzrosła w nim
również wiedza o
Polsce i o II wojnie
światowej,
ponadto utworzono
akcje poradnictwa imigracyjnego
odpowiadającego potrzebom
nowoprzybyłych. "Zgoda" konsekwentnie
działała wśród Polonii
na rzecz spraw polskich.
Wyrazem
jej aktywności oraz wzrostu liczby członków i poprawy sytuacji
ekonomicznej Polaków było zebranie wśród Polonii i przekazanie
Kanadyjskiemu Czerwonemu
Krzyżowi sumy $ 18 000 dla więźniów
polskich w obozach sowieckich.
Po wojnie
liczba nowych imigrantów polskich nadal rosła, z jednej strony
bowiem rząd federalny wyraźnie dążył do
zwiększenia liczebności
ludności Prowincji, a drugiej sława pięknej
Brytyjskiej Kolumbii i
jej łagodnego klimatu w delcie rzeki Fraser przyciągały wyobraźnię znacznej liczby DiPisów i zdemobilizowanych na Zachodzie żołnierzy polskich. Wielu z nich po doświadczeniach wojennych
w Europie widziało Vancouver i doliny
południowej części Prowincji w barwach
swoich marzeń o spokoju i pięknie
natury. Dopiero na miejscu dostrzegano
swoiste "pionierstwo" dominujące życie
miast i ich
względnie słaby rozwój gospodarczy. W między czasie zamówienia w stoczni vancouverskiej
(a
co za tym idzie i zatrudnienie) poważnie zmalały
szczególnie od kiedy koniec wojny zamknął
okres wielkiego ożywienia w budownie
statków
dalekomorskich.
W samym Vancouverze osiedliła się raczej niewielka liczba Polaków, chętniej wybierano pobliska wyspę
Lulu, jedną z wysp delty
rzeki Fraser. Lulu ma
bardzo dobre czarnoziemy, na których
nawet niewielkie paro-akrowe
farmy dawały zyski z uprawy
truskawek, malin, czarnych jagód, lub innych owoców
i wielu
jarzyn. Były tam także farmy hodowli norek
lub soboli,
ale wymagały większego funduszu na zakup żywności dla zwierząt i niekończącej się
nigdy pracy przy ich obsłudze .
W miarę
upływu czasu i
wzrostu liczby
ludności podmiejska wyspa
Lulu urbanizowała się. Tereny rolne były coraz bardziej wykupowane
przez developerów. Zmniejszała się także liczba
zamieszkujących ją polskich emigrantów.
Natomiast dzięki polskiemu kościołowi św. Kazimierza, wybudowanemu
krótko po wojnie przez
ks Franciszka Kozakiewicza niedaleko arterii
handlowej jaką już
wtedy była ulica Fraser rozrosło się wokól niego
skupisko Polaków mieszkających w samym
Vancouverze. Ks. Kozakiewicz
był bardzo
aktywny wśród weteranów
przybywających w
czasie wojny . Jego pomoc
obejmowała wszystkich Polaków przybywających do Vancouveru. Starał się im o pracę, o mieszkania, pomagał załatwiać sprawy urzędowe, rozumiał potrzeby wywołane nostalgią i pomagał
okaleczonym fizycznie i
mentalnie odzyskać równowagę psychiczną. Do dziś wśród
starszych członków polskiej
diaspory
w Vancouverze
jest sedrecznie wspominany. W
okolicy kościoła św Kazimierza znalazły
się też pierwsze
polskie
organizacje takie jak Credit
Union, "Zgoda" we własnym budynku i
pierwsze polskie sklepy spożywcze.
W czasach późniejszych,
kiedy dawno już skończyła się fala
powojennej imigracji a
zaczynała się
fala "solidarnościowa" nowe ośrodki
polonijne powstawać zaczęły na przedmieściach Vancouveru. Bogatsi imigranci urządzali się w Północnym Vancouverze
a skromniej sytuowani osiadali na przedmieściach; w
Burnaby, w Port Moody, Port Coquitlam i Coquitlam, zwanych popularnie Tri-City i wreszcie w
południowo
wschodnim Surrey.
Jeszcze długo po wojnie w Brytyjskiej Kolumbii
życie
toczyło
się znacznie wolniej niż na wschodzie Kanady i dla Polaków było skoncentrowane przede wszystkim na konkretach imigranckich. : bieżącej
pracy, zapewnieniu dzieciom wykształcenia, i odkładaniu
na
jaką taką emeryturę. Niektórzy próbowali szczęścia
w handlu, powstało wiele polskich
sklepów żywnościowych
, inni
handlowali nieruchomościami w
miastach lub na terenach przymiejskich,
ale niewielu potrafiło
zamienić swoje dochody
lub prowizje od sprzedaży na jakiś
znaczniejszy majątek.
Następowało także
rozpraszanie się Polonii po Prowincji. Piękno krajobrazów, polowania
na
dziczyznę i ptactwo wodne
zwodziły co starszych imigrantów
wspomnieniami przedwojennego
życia na polskich kresach wschodnich.
W powoli
rozwijającym się życiu
organizacyjnym Polonii
podstawą były kontakty
w małych
grupkach. Kiedy z dalekiego Toronto zaczęły nadchodzić
wieści
o konsolidacji Polonii kanadyjskiej i powstaniu Kongresu
Polonii Kanadyjskiej także i w Vancouverze zaczęto
omawiać możliwość utworzenia
jego oddziału. Wreszcie
Oddział vancouverski KPK rozpoczął swoją
działalność w
roku 1952. Podobnie
jak i w innych
oddziałach KPK wiele Polek znalazło w
nim ujście dla swojej
energii organizacyjnej.
Nowo osiedleni Polacy wchodzili
w Brytyjskiej
Kolumbii od razu
w brytyjski ład społeczny w którym początkowo nie wiele było
miejsca i zachęty do organizowania i
rozwoju etnicznych środowisk.
Polscy
imigranci chętnie powtarzali
zasłyszaną wśród Anglo-Sasów
opinię, że Polacy się łatwo asymilują i dlatego nie
są skorzy do tworzenia wspólnot polonijnych. To też przedwojenna
formuła ludowo-katolickich
organizacji
jako wyrazu
aspiracji etnicznych,
podtrzymywana przez parafię
św. Kazimierza była przez długi czas główną formą zorganizowanej działalności
polonijnej. Doszły do niej
następnie
stacje radiowe o polskich programach, przeważnie emitujące zbiory pieśni i muzyki polskiej. Jednak oparte zazwyczaj na działalności bardzo
niewielkiej grupki ludzi były zależne od losów jednostek.
Zmiana
nastąpiła wiele lat później, bo dopiero około lat siemdziesiątych, kiedy
do Brytyjskiej Kolumbii zaczęli napływać nowi emigranci z PRL-u, a parę lat
później polscy marynarze
zaczęli masowo
schodzić ze statków na ląd i prosić o azyl. Ludzie ci przeważnie
słabo, a czasem wcale
nie mówiący po
angielsku potrzebowali najróżniejszych
form pomocy od zapewnienia im
dachu nad głową przez pomoc w załatwianiu formalności imigracyjnych, aż
do
poszukiwania pierwszej pracy.
Ta fala uciekinierów obudziła w vancouverskiej Polonii nową energię.
Wzrosła liczba
różnych organizacji polonijnych, mniej lub bardziej
lokalnych. Rozrosły się także sposoby
manifestowania polskości.
Do pomocy włączyło się dużo
kobiet, chętnie służąc jako
tłumaczki, pomagając przy załatwianiu różnych formalności, wynajmie
pokoi
lub
mieszkań, a nawet przy
organizowaniu obiadów dla nowo
przybywających itp.
Szczególnie wówczas ożywiła
się
działalność Federacji
Polek w Kanadzie, Ogniwo nr. 4 -
Vancouver, założonej jeszcze w
roku 1958. Już
od dawna vancouverskie
Polki
odczuwały potrzebę organizacji, która by mogła
zająć się nowymi ważnymi
sprawami, takimi
jak pomoc Polakom potrzebującym pomocy prawnej, chorym w
szpitalach,
szczególnie cierpiącym umysłowo, przyciąganiu młodzieży
imigranckiej do kółek i klubów tańca i śpiewu oraz udziału w festiwalach etnicznych
odbywających się na terenie
Vancouveru. Zawsze jednak rozszerzaniu
działalności FPwK przeszkadzał ogólny niski stan
zainteresowania pracą polonijną.
Powstanie Ogniwa nr. 4 FPwK było zasługą 6 kobiet : Wandy Bułhak, Janiny Kurzyńskiej
- Cavanagh, Henryki
Filipowicz, Marii Pławskiej, Ireny Sasinowskiej i Zofii
Wawryniuk. .
Ta grupa określiła także zadania nowo powstałej organizacji, dzieląc ją na 3 sekcje : szpitalną
zajmującą się Polakami
umysłowo chorymi w szpitalu
psychiatrycznym w Port Coquitlam. Sekcja
ta istniała do roku 1974. Druga sekcja opieki społecznej zajęła się rodzinami
mającymi
problemy wychowawcze, a także pomocą finansową dla dzieci
na
koloniach letnich. Ponadto członkinie jej ... były
tłumaczkami w sądach rodzinnych ... brały
czynny udział w rozładowywaniu
obozów dla DiPisów Trzecia sekcja kulturalna zajmowała się
organizacją obchodów, wystaw, koncertów
itp, które podkreślały dorobek kulturalny
Polski i cieszyły
się powodzeniem także wśród ludności Vancouveru, od kiedy życie kulturalne
miasta zaczęło nabierać
rozpędu. Oprócz
istnienia
trzech sekcji o sprecyzowanych
zadaniach na rzecz
lokalnej Polonii, Ogniwo nr. 4 zajmowało się także pomocą
dla
polskiego społeczeństwa
organizując takie akcje, jak zbiórka na Chleb
dla
Polski wysyłając paczki z
odzieżą i pieniądze zebrane
podczas rummage sales,
kiermaszy lub sprzedaży polskich wypieków. Wreszcie
sekcja kulturalna nie opuściła żadnej okazji,
aby pokazać społeczeństwu
kanadyjskiemu dorobek
artystyczny Polaków. Imprezy
organizowane przez
FPwK w ramach
Vancouver
Folk Society,
w Queen Elizabeth Theatre lub w Vancouver Art Gallery przynosiły wielokrotnie
nagrody i pochwały. Organizowano obchody jubileuszowe, a stoisko Ogniwa nr. 4 Vancouver podczas Pacific National Exhibition zyskało
duże zainteresowanie i pochwały.
Zaczynał się rozmach organizacyjny FPwK Ogniwa nr 4 i grupka
społecznie
zaangażowanych Polek stawała
się coraz bardziej znana
wśród
Polonii
a nawet wśród społeczeństwa kanadyjskiego. W 1981 roku Janina Cavanagh została
członkiną Rady Narodowej Rządu RP na
uchodźctwie na Brytyjską Kolumbię.
Za pracę społeczną Maria Pławska i Henryka Filipowicz otrzymaly Srebrne Odznaki Stow.
Polskich Kombatantów, ponadto Henryka Filipowicz otrzymała odznakę Folk Society. W roku 2002 Jadwiga Runcewicz,
jedna z nielicznych już seniorek FPwK otrzymała wraz z Jadwigą Keats, Honorowe Odznaki FPwK Zarząd Główny na całą Kanadę.
Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami i
uzdolnieniami i wykształceniem Jadwiga Keats przygotowywała
dekoracje i
kierowała szeregiem imprez teatralnych,
od poważnych jak np wystawienie Dziadów i Wesela,
przez spektakle o charakterze religijnym jak jasełka, aż do rozrywkowych dla
dzieci,
jak teatr kukiełek. Współpracowała z nią przy tych okazjach Nina Bołaszewska, polska
malarka, ceniona
na terenie Vancouveru. Jakby tego nie było dosyć,
Jadwiga Keats zajmowała
się ponadto
zakładaniem
Ogniw FPwK w mniejszych miastach w okolicy Vancouver.
To jej zasługą było założenie FPwK w Abbotsford - Ogniwo nr 12, które działa już 15 lat. Była także założycielką harcerstwa polskiego w Bryt. Kolumbii. Posypały się odznaczenia
i innych członkiń FPwK. W większości były to odznaczenia Kongresu
Polonii Kanadyjskiej otrzymywane za długoletnią pracę
społeczną. I tak
Jadwiga Bok- Keats, Wanda Bułhak, Janina Cavanagh, Henryka Filipwicz,
Ludwika Kaliska, Zofia Łukaszewicz i
Jadwiga Runcewicz otrzymały
Złote Odznaki Kongresu Polonii Kanadyjskiej za prace w ramach
KPK i Federecji Polek w Kanadzie.
Odznaki te świadczyły
o zaangażowaniu ich
w
sprawy dotyczące Polonii
vancouverskiej od pomagania napływającej fali emigracji solidarnościowej aż po pomoc
dla Polski. Jednak wiele
z nich swoją
działalnością zmierzało nie tylko do
służby społecznej Polonii, ale także do
włączenia Polonii w sprawy ogólno
kanadyjskie . Dyskusje na ten temat
prowadzone były we wszystkich
organizacjach i ich
wynikiem był udział FPwK w wielu ogólno kanadyjskich
imprezach takich jak festiwale
etniczne, pokazy sztuki ludowej i imprezy teatralne
lub artystyczne
organizowane dla wszystkich mieszkańców Vancouveru.
Członkinie FPwK chciały w ten sposób zademonstrować bogactwo
kulturalne Polski, słabo
jeszcze znane Vancouverczykom.
Zasługą grupy członkiń FPwK- ogniwo nr 4 Vancouver, a głównie Anny Freyman, Henryki Filipowicz i była inicjatywa zbudowania Copernik Lodge, domu spokojnej starości. W roku 1970 pomysł zbudowaniem takiego domu został poparty wiecem
całej
Polonii vancouverskiej zorganizowanej i
niezorganizowanej, która wyraziła zgodę na wybudowanie tego domu i pokrycie jego kosztów.
Pierwszy 1000 dolarów na budową dało Ogniwo FPwK - Vancouver. Pomimo kosztorysu projektu przekraczającego 1.3 miliona dolarów budowę tego domu na zakupionej w tym celu parceli rozpoczęto już 2 lata
później i na wiosnę 1973 roku
nastąpiło otwarcie tej
tak bardzo potrzebnej
placówki. Przedstawiciele
zarządu Fundacji im Mikołaja Kopernika, rządu federalnego i prowincjalnego oraz licznie
zgromadzona Polonia
uświetniła uroczystość.
Do
zarządu Copernik
Lodge weszło wiele przedstawicielek FPwK,
w
tym Anna Freyman i Henryka Filipowicz jako prezeski Fundacji. Nie żyjąca już dzić Barbara Sobolewska założyła
w Copernik Lodge sklepik dla jego mieszkańców i przez lata była jego koordynatorką. Po niej sklepik objęła także nieżyjąca
już Antonina (Tosia)
Marcjan,
która Copernik Lodge poświęciła wiele lat swego
zycia Dziś
pracują w
nim Maria
Karuli, Róża Granek i Maria Koscic, także członkinie FPwK. Portret Mikołaja Kopernika, zdobiący Lodge jest pędzla Janiny Bołaszewskiej. . Dom
jest zarządzany przez
Fundację im.
M.
Kopernika, jednak z uwagi
na wzrost kosztów utrzymania po kilku
latach został otwarty dla wszystkich potrzebujących,
bez względu na pochodzenie etniczne.
Dla Polaków
zostalo zarezerwowanych
około 25 %
miejsc. Nadal jednak Zarząd
Domu dba o zachowanie
polskiego charakteru Domu
i o kontynuowanie tradycji świąt takich jak polskie wigilie i święcone
wielkanocne.
Po wielu
latach istnienia
Copernik Lodge, więź pomiędzy jego założycielkami i dniem dzisiejszym nie
tylko opiera się na
bieżących członkiniach
FPwK ale także
na dzieciach pierwszych założycielek, bowiem wśród dzisiejszych działaczy są Hanna McGee- córka Henryki Filipowicz, Stanisław Freyman, syn Anny Freyman oraz Stefan Sobolewski-
syn Barbary Sobolewskiej.
Do prac FPwK
wychodących poza ramy
polonijne należy też inicjatywa utworzenia stypenium
im. Williama Rose,
wielkiego przyjaciela
Polaków. Stypendium to
przeznaczone zostało
na pomoc w
rozwoju nauczania języka polskiego
na University
of British Columbia. Powstałą w ten
sposób katedrę Slavic Studies przez długie lata zajmował
profesor Bogdan
Czaykowski, zasłużony
członek komitetu redakcyjnego pierwszej polonijnej publikacji omawiającej Polonię
w Brytyjskiej Kolumbii
. Po jego przejściu na emeryturę kierowniczką Slavic Studies została dr Bożena Karwowska, która prowadzi je do dziś.
Ogniwo 4
- Vancouver jest
też silnie włączone
w środowisko kanadyjskie.
W 45-tym
roku swego istnienia Ogniwo to jest nadal członkiem Vancouver Council of Women, Vancouver Citizenship and Immigration Council oraz Vancouver Multicultural Society
of British Columbia. Trzy z
jego założycielek -seniorki Zofia Wawryniuk, Jadwiga Runcewicz i Jadwiga Bok-Keats nadal biorą udział w jego działaniach,
i cieszą się nowymi członkiniami. FPwK przyciąga bowiem do siebie przeważnie matki i teściowe czwartej fali
imigracyjnej - solidarnościowej,
które przybywają do Kanady w
ramach łączenia rodzin.
W roku 1997 katastrofalna powódź nawiedziła Polskę. Na wołanie o pomoc dla powodzian
odpowiedzialo wiele kanadyjskich organizacji polonijnych. W Vancouverze, ówczesna prezes KPK, Okręg Brytyjskiej Kolumbii,
Grażyna Smuszkiewicz
- Pawlikowska, wraz z
Bożeną Łukomską- Khan,
prezesem organizacji Polonez Tri
City (Port
Coquitlam, Coquitlam i Port Moody) zorganizowały i przeprowadziły
zbiórkę pieniędzy na pomoc powodzianom
polskim. Hojność Brytyjskich Kolumbijczyków, niezależnie od ich etnicznego pochodzenia pozwoliła wtedy
przekazać na ręce przedstawicieli Polski
sumę ponad
60 000 dolarów. W roku 1999 obie zasłużone
prezeski za tę pracę zostały odznaczone
przez Rząd III Rzeczpospolitej Złotymi
Krzyżami Zasługi.
W
ostatnich latach
XX-go wieku FPwK
kierowana do dziś przez G. Pawlikowską podjęła nową inicjtywę przyznawania
corocznego stypendium Jana
Pawła II w wysokości
500 dolarów studentce lub studentowi Corpus
Chirsti Catholic College znajdującego
się na
terenach Uniwersytetu BC,
ale niezależnego on niego. Odbiorczyni lub odbiorca ( ten ostatni tylko wtedy gdy nie ma dziewczyny, która
by spełniała wymogi stypendialne) obowiązana/y
jest nie tylko do wysokich stopni w nauce,
ale
także do zaangażowania
społecznego i propagowania
katolickich wartości wśród młodzieży i społeczności at
large.
Prace
społeczne zmierzające do większego nawiązywania
kontaktów pomiędy Polonią a społeczeństwem
vancouverskim wcześnie
zostały docenione przez wiele
instytucji vancouverskich. Wanda Bułhak otrzymała odznaczenia : Honorary
Life Membership of the Women
Auxiliary to the Vancouver General Hospital oraz Mental Health Assn. in Canada, podobnie jak Henryka Filipowicz i Irena Sasinowska Wielkie
zasługi w
dziedzinie otwierania się Polonii na
społeczeństwo vancouverskie ma wspomniana
już Jadwiga Bok- Keats, obecnie wice prezes KPK na całą Zachodnią Kanadę i założycielka polskiego harcerstwa
w Bryt. Kolumbii.
Powiązania kanadyjsko-polonijne pozwalały wielokrotnie Federacji na
znaczne poszerzenie swoich
projektów, tak
jak w przypadku zbiórki na polskich
powodzian.
Ostatnia fala
emigracyjna ,która dotarła do Bryt. Kolumbii
na początku lat 80tych
miała opinię szybkiego
i
łatwego włączania się w
społeczeństwo i uczenia sie jezyka angielskiego. Jednak inne grupy etniczne przybywające wówczas do Kanady
nie wykazywały takiej tendencji i dlatego rząd kanadyjski wprowadził w
życie specjalny program
pomocy imigrantom skoncentrowany w
instytucji Multilingual
Orientation and
Service Association for Immigrant Communities, w skrócie zwany M.O.S.A.I.C. W
ramach
tego programu pracowały także i Polki.
Pierwszymi były
Maria Młodzik- Roche i Małgorzata Mazur, po nich przyszła
Grażyna Smuszkiewicz-
Pawlikowska, członek FPwK, doktór psychologii z Polski. Wkrótce po rozpoczęciu tam
pracy G. Pawlikowska zauważyła, że
wśród przybylych Polek
były
kobiety, które miały
trudności z zaadaptowaniem się do
Kanady. Były to
przeważnie kobiety samotne, lub z dziećmi
poszukujące swoich mężów, którzy
wyemigrowali do
Kanady lata wcześniej
i z
których wielu pozakładało już nowe rodziny. Opuszczone
żony czasami bez zawodu , albo z
zawodem nieodpowiadającym potrzebom kanadyjskiego rynku
pracy , a więc bezrobotne
, często żyły w ciagłym
stresie, czasami
przechodzącym nawet w różne
formy depresji. W tej grupie znajdowały
się także samotne
kobiety, które w Polsce
właśnie się rozwiodły i
uwierzyły, że nowe życie warto rozpocząć
w Kanadzie, i
wreszcie kobiety, które mialy nierealne oczekiwania od życia na emigracji i nie rozumiały panujących w Bryt. Kolumbii warunków ekonomicznych i społecznych.
To też bardzo
prędko Grażyna
Pawlikowska obok
swojej pracy jako bilingual councilor i family
terapist oraz koordynator grupy w M.O.S.A.I.C wprowadziła program Women in distress przeznaczony dla konkretnej grupy Polek.
Grupa ta później
znana była jako Polish
Women Group. Działała ona w powiązaniu z YWCA i Single Mother Network i korzystała z siedziby
Neibourghood Houses. Celem
jej była pomoc przy przezwyciężaniu samotności
i poczucia depresji. Ponieważ kobiety przeważnie przychodziły z dziećmi, bo nie miały ich gdzie pozostawić, więc jednocześnie
z grupowymi
sesjami terapeutycznymi
dla matek,
G. Pawlikowska
wprowadziła programy adaptacyjne dla
ich dzieci. Zajecia
byly organizowane przez profesionalnie przygotowane nauczycielki.
Chodziło o złagodzenie
szoku kulturowego
wywołanego przez szkoły w nowym, często nieznanym jeszcze
języku. Czasami bywało
też odwrotnie, że dzieci już troszkę zaawansowane w
angielskim
odmawiały rozmawiania z rodzicami lub z
matką po polsku. Podczas zorganizowanych przez G. Pawlikowską sesji
w M.O.S.A.I.C. te
dzieci
miały możliwość oswajania się
z dwujęzycznością imigrancką.
Kolejny program Nobody is
Perfect początkowo przeznaczony dla samotnych matek szybko przekształcił sie
w program dla
rodzicow. Zainteresowali się nim bowiem mężczyźni, mężowie powracający do swych rodzin,
a
czasami nowi partnerzy i ojcowie nowych dzieci. Ten bardzo potrzebny program rządowy
ułatwiał polskim
rodzinom z
imigracji solidarnościowej przestawianie się
na nowe
kanadyjskie zwyczaje,
a przede
wszystkim likwidował u kobiet poczucie
samotności i kompletnego opuszczenia.
Praca
G. Pawlikowskiej została
wkrótkim czasie doceniona przez społeczeństwo kanadyjskie, jak tego dowiódł artykuł z
roku 1993 w Vancouver Sun. Autorzy tego artykułu podkreślili ważność oddawanej przez nią usługi dla rodzin trudno się
adaptujących .
W 1997
roku, kiedy napływ Polaków
do Bryt.
Kolumbii zmalał,
program dla rodzin polskich w jezyku polskim w mieście Vancouverze nie otrzymał dalszych funduszy i został zaniechany.
Istnieje natomiast
podobny program w mieście Surrey, które stanowi jedno z przedmieść Wielkiego Vancouveru, ponieważ to tam najczęściej osiedlają się obecnie nowi imigranci. Program rodzinny M.O.S.A.I.C,
został
ostatnio zmodyfikowany, gdyż
dziś najbardziej
widocznym
problemem
jest przemoc w rodzinie i wynikająca stąd potrzeba obrony kobiet .
Podobne programy
znalazły sią także i w agencjach imigracyjnych
w przedmieściach
Burnaby i Richmond. W każdej z nich pracuje polska imigrantka. Danuta Szmigielska odpowiada za Surrey, Małgorzata Florczyk
pracuje w Burnaby a Małgorzata Mazur w Richmond .
Szybki wzrost
liczebności Polaków we
wschodnich przedmieściach vancouverskich zwanych Tri
- City ( Port Moody,
Port Coquitlam i
Coquitlam)
, a oddalonych
od miasta Vancouveru o od
30 do 50
km., wywołał tam w latach 80
-tych
poczucie potrzeby lokalnej organizacji polonijnej reprezentującej
ich.
Organizacje polonijne Vancouveru były poprostu fizycznie zbyt oddalone od Tri - City i dlatego nie zaspakajały potrzeb
lokalnej polskiej grupy
. Zrozumiała to Bożena Łukomska- Khan, mieszkająca w
Tri -City i spróbowała temu zaradzić dając w
początkach
lat 80-tych ogłoszenie
do lokalnej gazety o zamiarze utworzenia nowej polonijnej organizacji obejmującej trzy bratnie miasta
. Na jej anons odpowiedziały
tylko 2 polskie rodziny. To jednak wystarczyło przedsiębiorczej Bożenie
Łukomskiej - Khan do założenia nowej organizacji polonijnej
pod
nazwą Polonez Tri - City. Ona też została prezesem
i do dziś pelnio te funkcje. Dziesięć lat
później , liczba rodzin polskich
zamieszkałych w Tri
- City oraz sąsiadującego z nimi miasta Burnaby była już wystarczająco duża, aby pozwolić sobie na otwarcie sobotniej polskiej szkoły, trzeciej w Wielkim Vancouverze
(Czwarta i
ostatnia polska szkoła
sobotnia została otwarta w 2002 roku w North Vancouver - północnym
przedmieściu Wielkiego Vancouveru i jest prowadzona
przez Urszulę
Sulińską, prezesa stowarzyszenia North Shore
Polish Association - Belweder).
W
kilka lat później, w 1997 r., Polonez Tri - City był już dobrze znany we wszystkich trzech miastach , dzięki czemu
po katastrofalnej powodzi w Polsce organizacja
ta z
wielkim sukcesem kwestowała na rzecz powodzian. W zrozumieniu ważności
takiej pracy społecznej Bożena
Łukomska - Khan otrzymała szereg odznaczeń kanadyjskich oraz Złoty Krzyż Zasługi nadany jej przez Prezydenta A.
Kwaśniewskiego.
ZAMIAST ZAKONCZENIA
Nie byłoby niczym
oryginalnym stwierdzenie, że ewolucja wizerunku
emigrantki polskiej w ubiegłym stuleciu
była dokładnym
odbiciem rozwoju Kanady, gdyby nie
fakt, obecności i działalności uciekinierek wojennych, które na własną
rękę, bez wielkiej zachęty
i pomocy nagle i na zawsze
przyczyniły się do zmiany wyobrażenia
Kanadyjczyków o Polakach i o Polsce. Idee zorganizowania
P.I.N.K. i Biblioteki Polskiej im. W.
Stachiewiczowej były wprawdzie
wspaniałe i na miarę budowy
poczucia narodowego imigrantów wojennych, ale nie zyskałyby swoich wymiarów,
gdyby nie setki tysięcy godzin dobrowolnej
i bezpłatnej pracy wolontariuszek ( i mniej licznych wolontariuszy),
które/rzy przez ponad pół wieku
codziennie
szły/szli
na 1479 Peel Street w
Montrealu, aby tam budować polską placówkę
kulturalną, nie
znając jeszcze, a nawet nie
wyobrażając sobie jej późniejszego znaczenia
dla Polonii. Pracę, którą imigrantki tak chętnie
ofiarowywały społeczności imigranckiej
traktowały jako rzecz naturalną, albo
jako swój patriotyczny obowiązek. Honory za Bibliotekę Polską im W. Stachiewicz
należą się
więc
po równo inicjatorkom/inicjatorom jak
i wykonawczyniom.
Obowiązek pracy
społecznej służącej
współrodakom imigrantom podczas wojny i
po niej stał się więc prerogatywą życia imigrantów tych czasów.Jeszcze w czasie
wojny został on rozszerzony
o pomoc dla Polaków tułających się po obozach niemieckich i w
Związku Radzieckim, a
w parę lat później objął także niesienie pomocy społeczeństwu polskiemu pod reżymem komunistycznym. W ten sposób wolontariat stał
się pierwszym z trzech czynników
kształtujących wizerunki
polskiej emigrantki w
Kanadzie.
Drugim czynnikiem jest ewolucja
pochodzenia społecznego imigrantek także bardzo ważna dla zrozumienia
Polki
mieszkającej w Kanadzie.
Zatoczyła ono pełne koło. Od
chłopek i robotnic, opuszczających ziemie polskie
jeszcze pod zaborami, przez wszystkie
warstwy społeczne : elity wojska i arystokracji, inteligencję pracującą
, zamożne mieszczaństwo,
zdemilitaryzowanych żołnierzy
z poboru, młodych obu płci przez 5 lat wywożonych
do Niemiec na przymusowe
roboty albo do obozów koncentracyjnych, aż po wszystkich uchodzących z Europy w
czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu.
Wszyscy ci
Polacy i
Polki zaczynali od imigranckiej biedy, tego
społecznego walca, który w
Kanadzie równał
klasy społeczne przedwojennej
Polski. Bieda utraciła
wówczas element wstydu, a pomysłowość i energia zyskały podziw i szacunek. Było wiadomo, że
los każdej rodziny zależał od jej członków
i waga aktywnego udziału kobiet w nadawaniu nowego kształtu
rodzinie na obczyźnie wyprzedziła
kanadyjską formułę rodzinną. Ta nowa formuła wśród społeczności
imigranckiej oparta
została na wspólnym budowaniu przyszłości przez imigranckie pary i były częstsza niż tradycyjny model polskiego małżeństwa. Dla
następnych fal imigrantek i uciekinierek z PRL-u wzbogacony w ten sposób
wzorzec imigrantki polskiej
był synomimem
postępu i
zachodniej wolności.
Wreszcie
nowa emigracja z ostatnich
dwóch dekad XX-go
wieku, w dużej mierze złożona
znowu z córek i wnuczek
chłopek i robotnic, ale tym razem stanowiących
pierwsze lub drugie pokolenie
powojennej polskiej inteligencji, która opuściła Polskę już w czasie rozpadu
komunizmu i
pierwszych lat III Rzeczpospolitej, przyniosła ze sobą znowu nowe wzorce kobiet, wolnych
od
klasowości, samodzielnych zawodowo i
często decydujących za
siebie i męża.
Powstałe stąd wymieszanie
kulturalne społeczności
polonijnej w
Kanadzie dało w rezultacie tyle wzorców
społeczno - kulturowych,
że dzisiejsza imigrantka lub jej córka
nie mają już problemów
ani ze swoją identyfikacją
narodową, ani z
wyszukiwaniem dla siebie indywidualnych
wzorców - role models.
Trzecim czynnikiem kształtującym
zmieniające się oblicza emigrantki polskiej jest ewolucja jej
pozycji społecznej w Kanadzie, wynikająca ze
zmian
w polityce imigracyjnej i w postawie
społeczeństwa kanadyjskiego, które, w
drugiej połowie ub. wieku stało się programowo tolerancyjne i postępowe. To dzięki temu wykształcone
emigrantki z PRL-u rozpoczynały swoje nowe
życie nie od sprzątania cudzych domów, lecz od otwierania gabinetów lekarskich, dentystycznych,
od nostryfikacji swoich
dyplomów na
uniwersytetach kanadyjskich i od
otrzymywania pozycji akademickich, od zakładania własnych
przedsiębiorstw albo firm zawodowych i pracy
na własny rachunek. Zyczliwość
kanadyjskich urzędów i
banków chętnym okiem patrzących
na rozwijane przez te
kobiety inicjatywy i talenty nie tylko
obejmowała sfery ich pracy zawodowej,
ale wspierała nie mniej
chętnie ich
działalność artystyczną i
społeczną, rozumiejąc, że w ten sposób wzbogacają one kulturę Kanady
i
ułatwiają asymilację później
przybyłym lub potrzebującym
pomocy.
Dziś
imigrantki polskie rozproszone po całej
Kanadzie, po jej miastach i
miasteczkach, a także po terenach
wiejskich od Atlantyku po Pacyfik wybierają
sobie zawody według upodobań,
wykształcenia,
choć najcześciej swoje wykształcenie dopasowują do konieczności zyciowej. Można je znaleźć we wszystkich zawodach, od
żony farmera, do samodzielnej pani
profesor na
uniwersytecie, od prospektora geologicznego, która swoją
fortunę zebrała własną pracą,
aż po specjalistkę od grafiki
komputerowej,
po artystkę produkującą
wytworne tkaniny, aktorkę ze scen kanadyjskich i
amerykańskich po urzędniczkę biur rządu federalnego lub agentkę handlu
nieruchomościami po lekarkę lub dentystkę z własnym gabinetem i w
jeszcze wielu wielu innych
zawodach. Samodzielne, fachowe,
dobrze zaadaptowane i łatwo się
asymilujące niczym już nie przypominają pionierek
z pierwszej połowy XX wieku.
Jest znane, że Polacy łatwo się asymilują
i
jak tylko nauczą się Canadian way of life już czują się wrośniętymi
w ziemię Kanadyjczykami. Ale tylko
naiwny może sądzić, że taka
asymilacja, nawet najlepsza, wystarczy, aby
się czuć już zupełnie u siebie. Przecież gdzieś, kiedyś, nawet może bardzo prędko ktoś zapyta where
are you from, bo go uderzył
nietutejszy akcent, albo
nazwisko trudne do wymówienia. I to
niewinne pytanie skierowane do "paroletniej" imigrantki
otworzy nagle przepaść pomiędzy nią i
społeczeństwem w którym żyje.
Za pierwszym razem odpowie
grzecznie, że z Polski...że wojna i reżym
komunistyczny... ale kiedy to samo pytanie padnie po
raz setny,
wtedy niekiedy gdzieś
w wnętrznościach może może
się czasem podnieść złość . " że co, że nie
rodziłam się tutaj, czy
dlatego mam być obca" Czy ta złość
jest usprawiedliwiona, czy
nie kryje ona istniejącego
jeszcze uczucia wyobcowania,
braku własnego miejsca w społeczeństwie ? A może jest to
poczucie
niższości wywołane faktem, że ta imigrantka nie jest
jeszcze pewna swojego
miejsca w nowej kulturze ?
Jest odwiecznym prawem społeczeństwa sprawdzić kim
jest obcy. W ten sposób przed wiekami sprawdzano, czy obcy nie są
wysłannikami
nieprzyjaciela, później chciano wiedzieć
co obcy przynosili,
a w
epoce imigracji politycznych XX wieku przed czym uciekają i czego chcą. Dziś
polityka rządowa i postawy społeczeństwa
mówią, że dopomnienie się o korzenie Kanadyjczyka ma
być jak
podanie
ręki. "To jest moja kultura, a jaka jest twoja ", ale, aby tę rękę przyjąć
trzeba mieć świadomość własnej kultury i tradycji,
trzeba wiedzieć skąd się czerpie normy własnego
postępowania i jakie są tradycje
pozostawione nam w spadku przez przodków i bogów do
których oni się modlili. W chwili
takiej konfrontacji
niektórzy nowi Kanadyjczycy
zaczynają nagle szukać swego
bagażu kulturalnego, który
przywieśli ze
sobą a potem, ukryli
go gdzieś po kątach pamięci, bo wydawał się zbędny, a który
stanowi przecież, że
nie jesteśmy
jak sieroty z sierocińca bez przeszłości i bez przodków. To w takim
momencie
okazuje się, że ten bagaż jest legitymacją i właściwym
kluczem do zajęcia naszego miejsca w nowym
społeczeństwie. Pierwsi imigranci
polscy z początków XX wieku nie mieli
takiego klucza. Dobierani przez
Kanadyjczyków według siły fizycznej i wytrzymałości, borykali się
ze
swoją polskością na
poziomie tradycji świątecznych, śpiewów kościelnych, tańców
ludowych i zawsze tego
samego rytuału obchodów
świąt narodowych . Te
wyrazy polskości
były i tak
wielkim osiągnięciem ubogich imigrantów polskich,
ale jako obrazy przeszłości
nie
dawały im własnego
wzorca kulturowego mającego
cechy przydatne dla ich
przyszłości w życiu w Nowej Ojczyźnie.
A jak potrzebowali takich
wzorców widać było przy
okazji uroczystości stulecia ( w 2002
roku) Towarzystwa Białego
Orła, polonijnej organizacji
montrealskiej, która w chwili założenia w
1902 roku liczyła, aż 8 czlonków i miała pomagać im
zachowywać dumę narodową
oraz bronić
uciśnionych emigrantów
polskich. Potwierdziły to także,
w 1995 roku, w Edmonton, obchody stulecia przybycia
do Kanady Zachodniej pierwszego polskiego osadnika, Stanisława Banacha. Dowodem tej potrzeby była też gotowość do pieniężnych
ofiar
zbieranych wśród Polonii
w latach
1939 -45 na potrzeby Starego Kraju
uwikłanego w przegrywaną,
a wyniszczającą wojnę. Tysiące dolarów przekazane wówczas na
pomoc
Polsce lub polskiemu społeczeństwu, świadczą do dziś
do
jakiego stopnia ówczesna uboga Polonia kanadyjska gotowa
była ponosić ofiary na rzecz Kraju, którego
od lat nie widziała i którego prawdopodobnie nigdy nie miała
zamiaru nawet odwiedzić
Wyrazem potrzeby
własnego wzorca kulturowego
były polskie parafie, w których księża Oblaci budowali
poczucie ciągłości narodowej wśród polskich
osadników na zachodzie
Kraju na malutką skalę
indywidualnych parafii oraz w miastach Kanady wschodniej. Liczne lokalne towarzystwa,
lub
związki, koła, stowarzyczenia Polaków powstające zazwyczaj wokół parafii w preriach lub w poszczególnych
miastach Kanady zazwyczaj
miały dwa główne cele
zachowywanie dumy narodowej i udzielanie
pomocy w bieżących kłopotach imigranckiego życia.
Nic więc dziwnego, że kiedy w
początkach drugiej wojny światowej przybyli do Kanady inteligenccy
uchodźcy z Europy , to
po intensywności życia
społecznego i kulturalnego w Polsce
przedwojennej, wydało im
się, że życie
imigrantów
polskich w Kanadzie toczy się w kategoriach kultury
ludowej, chóralnych śpiewów
i skansenu, by pożyczyć
określenie Krzysztofa
Zanussiego, z jednego z jego felietonów w czasopiśmie Polityka. To było życie tradycją jako przeszłością bez odnośników polskich do bieżącego życia w Kanadzie nawet jeśli polonijna prasa podawała bieżące, choć ogólne informacje
dotyczące Starego Kraju.
Nie wiadomo jakby
się potoczyły losy polskiej
diaspory w Kanadzie, gdyby nie
działalność uchodźców wojennych i nie
warto tracić czasu na dociekanie tego.
Można jednak powiedzieć, że przez utworzenie kilku
poważnych placówek kulturalnych w Montrealu i Toronto, których działalność publiczna wtedy zbiegła się i wsparła rosnące w Kanadzie zainteresowanie Polakami wyrażane także studiami polskiej historii
i literatury, uchodźcy
wojenni, ta elita polskiej
przedwojennej arystokracji i inteligencji spełniła jedno wielkie zadanie : najbiedniejszym ludziom swego przedwojennego społeczeństwa, którzy z braku pracy opuścili Polskę
w początkach XX wieku , pokazała tu
w Kanadzie, jeszcze
w czasach II wojny światowej,
drogę do żywej kultury
polskiej. W ten
sposób spłaciła
częściowo dług, stary, bo sięgający czasów
przed-rozbiorowych. oraz
wprowadziła całą polską imigrację w Kanadzie do grupy
rozwijających się etnicznych kultur
kanadyjskich. Po wojnie,
przybycie tysięcy zdemilitaryzowanych żołnierzy i DiPisów wzmocniło gorączkę organizacyjną Polonii, a jej organizacje kobiece
jako pierwszy
punkt swoich statutów przyjmowały upublicznianie żywej polskiej kultury. Zrodziło
się
poczucie
wspólnoty polskich
kulturowych korzeni, dzięki czemu
osiągnięcia jednostek
stawały sią
własnością grup lokalnych, regionalnych
lub nawet krajowych
Dzisiaj w Kanadzie jest wiele
wizerunków polskiej imigrantki. Nie sposób wzmienić wszystki zawodów i nie dodać najczęstszego
- matki. I nie ma chyba
zawodu w Kanadzie, w którym nie
byłoby choć jednej
polskiej imigrantki lub jej córki. Niektóre pozmieniały
nazwiska, powychodziły zamąż, inne
rozwiodły się, albo ponownie wyszły zamąż,
owdowiały, miały dzieci, albo już mają wnuki,
jeszcze inne ukończyły
studia, już od dawna uczą na
uniwersytetach, przeszły różne kursy zawodowe, są artystycznie
uzdolnione i już
znane ze swojej produkcji . Wszystkie "uczyły się Kanady" nabywały
doświadczeń
i w kolejności czasu - siwych włosów. śUczciwie oddawały Kanadzie w miarę sił i
umiejętności swoich" jak
powiedział polski ksiądz na kazaniu
- i przez tę swoją pracę wrastały w
kanadyjską glebę.
Czy stały się bi-cultural? W ogromnej większości tak, nawet jeśli same nie są tego
świadome.
Poszerzyły horyzonty myślowe,
pojęły zasady organizacji innego
społeczeństwa, zetknęły się z
wielokulturowością i uczestniczyły w niej. Brały udział w życiu zawodowym, kulturalnym
działały społecznie i powoli obok poczucia
polskości spontanicznie rosła w nich przynależność
do Kanady, w której miały
swoje domy, rodziły dzieci,
grzebały rodziców i do której wniosły swój wkład kultury bieżącego zycia.
Niektóre czując się już dwu-kulturowymi
Kanadyjkami przemyśliwują jeszcze jakby tę
daleką Polskę zbliżyć rodzinie i
dzieciom, wyrosłym w Nowym Kraju, a nawet samej Kanadzie, jakby lepiej połączyć
swoją kanadyjskość z polskością. Inne mają już dwa
języki
macierzyste, łatwiej piszą
i mówią po angielsku niż po polsku, a zajęte codziennymi
sprawami nie zaprzątają
sobie głowy, do której kultury im bliżej.
Dołączają do nich kobiety z ostatniego etapu emigracji z lat
1979-2000. Mniej sentymentalne, mniej zapatrzone w symbole patriotyczne, trzeźwe i świadome
rzeczywistości Nowego
Kraju. Nie spieszą się z okazaniem swojej imigranckiej tożsamości,
powoli włączają
się do udziału w organizacjach polonijnych.
Aktywne w swoich zawodach głębiej i szybciej wchodzą w
społeczeństwo kanadyjskie, łatwiej startują
do nowego życia. Są lepiej przygotowane do przechodzenia
na " kanadyjskość" i przyjmowania
dwu-kulturowości. Mimo
to wiele
z nich tęskni za Starym Krajem i jego kulturą dnia codziennego, chociaż
automatycznie
integrują się
z Nowym Krajem.
Powoli dołączają do poprzedniczek, chcą nadal być dumne
ze swoich polskich korzeni,
zgodnie z językiem swoich dzieci zwanych roots. Wszystkie dzień
po dniu budują swoją kanadyjskość
zaliczając do niej kolejno początkowe przygody, kłopoty,
osiągnięcia, przyjaźnie,
przemyślenia.
Nie zawsze przy
tym wiedzą, że
razem z tymi przeżyciami ich
tożsamość
się poszerza i
obok myśli, życia i oceny świata po kanadyjsku, istnieje
w
nich przywiązanie
do Polski,
jej kultury, tradycji i
spontanicznej polskiej
emocjonalności.
Po roku 1989 z emigracji z Polski zniknęła
jej poprzednia dziwaczność wymuszona podziałem na świat
wolny i komunistyczny.
Nie ma już
potrzeby uciekania z wycieczek, przechodzenia przez zieloną granicę, kłamania i
fałszowania danych.
Można także
łatwo odwiedzić
Polskę i zastanowić się nad
własnym wyborem emigracji.
Zniknęła obawa przed
utrudnianiem przez władze
reżymowe powrotu do domu w Kanadzie i
przed traktowaniem Polonii jako
wroga narodowego. Wizyty w Polsce
zależą teraz od własnych chęci i pieniędzy potrzebnych na podróże i
prezenty.
Wynormalniała dzięki
temu i polska imigracja, znikło poczucie katastrofalnego zniszczenia swego życia w Starym Kraju, związane z nielegalnym opuszczeniem go,
świadomość że decyzja wyjazdu musi być ostateczna i
nieodwołalna. Nie
ma przymusu rozpoczynania nowego życia od
jego rudymentarnych
początków. Na emigrację
wyjeżdżają kobiety i mężczyźni
dobrze osadzenie w rzeczywistości obu
krajów, nie
zastępując jej swoją imaginacją.
ANEKS
Lista kobiet zasłużonych
Lista kobiet zasłużonych przedstawiona poniżej nie wyczerpuje
nazwisk wszystkich kobiet,
którym z racji
ich zasług
miejsce to by
przysługiwało. Jako główne
kryterium wyboru przyjęłam odznaczenia nadawane przez rządy polski - londyński i III Rzeczpospolitej, kanadyjski, brytyjski oraz rządy prowincjalne kanadyjskie,
ważniejsze organizacje lub instytuty kanadyjskie
i polonijne. Włączyłam także nazwiska kilku kobiet, które wprawdzie nie otrzymały odznaczeń, ale ich
rola w
środowisku polonijnym
była tak duża,
ze nie mogłam ich
pominąć.
Nazwiska tych kobiet znalazłam w
słownikach biograficznych,
przewodnikach, biuletynach, księgach jubileuszowych oraz w publikacjach wymienionych w załączonej bibliografii.
Napewno brak niejednego
nazwiska
bardzo zasłużonej kobiety.
Z osobistego doświedczenia
wiem, że
niektóre kobiety nie chcą
mówić o swoich odznaczeniach i zasługach, pomijając milczeniem zadawane
im pytania. Może czytając tę Listę zrozumieją,
że ich odznaczenia są również powodem do dumy społeczności
w której żyją i że dla
tej jednej przyczyny zasługują na
historyczny zapis, nawet
tak niepełny jak nasze
opracowanie.
Maria Bieniasz , łączniczka AK
wyjechała nielegalnie z Polski. Do Kanady przybyła
w 1948 r.Była przewodniczącą Komisji
Oświatowo- Młodzieżowej w Zarządzie Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiej,
założyła Związek
Nauczycielstwa Polskiego w Kanadzie.
Była członkiem Federacji Polek w Kanadzie, Ogniwo nr. 1 (Toronto), Fundacji
im.
A. Mickiewicza, Koła Przyjaciół Harcerstwa, Instytutu "Kaszuby", Polskiego Komitetu Wydawniczego,
Polsko-Kanadyjskiego Tow. Muzycznego.
W 1987 r., utworzyła fundusz sponsorowania
uchodźców z Polski
im. Marka Bieniasza. Nagrodzona w 1968 r., Złotą Odznaką KPK, Srebrną w
1981, Złotym Krzyżem
Zasługi Prezydenta na
Obczyźnie, nagrodą
literacką na
Konkursie Polskiej Fundacji Kulturalnej
w Londynie i Odznaką Volunteer
Service Award - Toronto.
Aleksandra Bozic ( 1906 -
1977) "Po utracie pierwszego męża Leopolda Krajewskiego...który
został zgładzony w Katyniu...w
r. 1940 została wywieziona z córką na Syberię... Po amnestii
dołączyła do Misji Polskiej w
Kujbyszewie. Przedostawszy
się przez Morze Kaspijskie
do Teheranu, a stamtąd do Włoch, wstąpiła wraz z córką do II Korpusu gen Andersa i pracowała w polskiej
YMCA
w pobliżu frontu...We
Włoszech
wyszła drugi raz zamąż za porucznika
jugosłowiańskiej królewskiej marynarki wojennej Stanisława
Bozica . Do Kanady przybyła z rodziną w 1957 r. Zamieszkała
w Montrealu. Była
aktywnym członkiemn SPK w
Montrealu oraz
należała do
Federation nationale des Amis Combattants
Volontaires z
siedzibą we Francji. Odznaczona m. in.
Srebrnym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Wojennym królestwa Jugosławii i Królewskim Orderem
Jugosłowiańskim św. Jana
Jerozolimskiego"
Iwona Bogorya-Buczkowska do
Kanady przybyła w
1968 r. W Toronto ukończyła studia i
zrobiła doktorat z jęz.
angielskiego.Następnie ukończyła program w
Business Management Institute,
w Stanford University w Kalifornii i zrobiła doktorat na Wydziale
Planowania Strategicznego w The
Union Graduate School
w Cincinnati. Wykładowca York
University i Canadian
School of Management Od
1981 prezydent firmy Bogorya
Consulting Co.,
członek Kongresu Polonii Kanadyjskiej i
dyrektor Canada- Poland Business
Council. Założyła program "Education and Training for
Poland" sponsorowany przez KPK
i
przez kanadyjski rząd federalny. Jest
dziekanem i wice -prezydentem Canadian School of Management
w Toronto, Fellow
of Royal Society
w W. Brytanii,
konsultantem przy rządzie
federalnym dla CIDA ( Afryka i Azja) i
przy rządzie prowincjalnym w Ontario. Odznaczona przez miasto
Września w Polsce
za pomoc edukacyjną. Członkini Polskiego Instytutu
Naukowego w Kanadzie,
prezeska Federacji Polek w
Kanadzie W roku 2002
odznaczona Medalem 50-lecia Koronacji
Królowej Elżbiety II a
w 2003 orderem Polonia Restituta przez prezydenta A. Kwaśniewskiego
Zofia Bożeniec-Jełowicka (
1895 - 1986) działała w
podziemiu polskim we Francji,
dokąd uciekła w 1940 r. We Francji
wstąpiła do polskiej organizacji podziemnej
i razem z
córką Jadwigą Bożeniec
-
Jełowicką zajmowały się
przerzucaniem polskich żołnierzy
i zestrzelonych lotników
z
Francji do Hiszpanii i dalej do Anglii. Pracując jako
zarządzająca schroniskiem w Perpignan
na granicy francusko-hiszpańskiej przyczyniła
się do ucieczki ponad 300
Polaków. Aresztowana razem z córką Jadwigą
w Lourdes przez hitlerowców ; przez 9 miesięcy siedziały obie w obozie
koncentracyjnym w Gaillac nad rzeką Tarn, z którego
wyszły
dzięki staraniom młodszej córki Janiny. Zofia Bożeniec- Jełowicka doczekała końca wojny ukrywając się w
Virieu-sur- Bourbe koło Lyonu korzystając z pomocy tamtejszych
polskich Urszulanek. W
Kanadzie Zofia
Bożeniec-Jełowicka
brała udział w organizowaniu kiermaszy, bali dobroczynnych, w nauczaniu w polskich szkołach sobotnich.
Bardzo dużo energii włożyła w zbieranie
funduszy na budowę domu opieki dla osób starszych im.
Marii Curie Skłodowskiej w Montrealu. Działała w Kole Przyjaciół Harcerstwa
i była członkiem Alliance francaise, gdzie
jej udział w ruchu oporu był oficjalnie uznany
Zofia Brodzka komendantka łączniczek
i sanitariuszek w Powstaniu Warszawskim
ranna i odznaczona Krzyżem Walecznych,
jeniec wojenny w 3ch obozach niemieckich. Zweryfikowana w
W. Brytanii w Stow. AK w
Londynie w stopniu porucznika
wstąpiła do Polskiej Lotniczej Służby Kobiet. W Kanadzie
od 1952r. Wieloletnia działaczka harcerstwa i redaktorka Biuletynu KPK, sekretarz i
kurator Fundacji im. A.Mickiewicza,
członkini Związku Narodowego Polskiego,
Rady Dyrektorów
Copernicus Lodge w Toronto, sekretarz Konferencji Polonia 75 w Washingtonie
i Zjazdu Polonia 78 w Toronto. Od 1981
członkini Zarządu Koła Stowarzyszenia
Lotników
Polskich- Skrzydło 430 Warszawa. Za swoją działalność społeczną
uhonorowana
wieloma odznaczeniami
Petronela Buckiewiczowa (1920
-1975) którą wojna
zastała w Grenoble na studiach hotelarstwa. Ewakuowana z
wojskiem polskim do W. Brytanii została pielęgniarką przy szpitalu
wojskowym. Następnie rozpoczęła studia medyczne w Edynburgu
i nie przerwała ich po
przyjściu córki na świat.
Dzięki temu w r 1948
uzyskała dyplom lekarski i w tym samym
roku razem z mężem i córką wyjechała do Kanady na farmę koło Renfrew w Ontario.Tam
oboje z mężem ciężko pracowali. Po 3 latach
zaraza bydła
zmusiła ich do pozbycia się farmy i wtedy z pomocą rodziców, którzy w międzyczasie także
przybyli Kanady, i po przeniesieniu się do Montrealu mogła
się nostryfikować oraz dopełnić stażu i
rezydencji szpitalnych. W roku 1952 otrzymała prawo praktyki
lekarskiej i otworzyła prywatny gabinet.
Była jedną z pierwszych polskich lekarek w
Montrealu, bardzo zasłużoną w leczeniu imigrantów
różnych grup etnicznych.
Wanda Buska (1901 -1983) W czasie wojny
działała w AK, wywieziona wraz z mężem,
lekarzem do
Niemiec znałazła się w Kanadzie w roku 1948. Początkowo pracowała
fizycznie
imając się każdego zajęcia, które jej
się nadarzyło. Raz była
szwaczką, a raz kucharką, potem
organistką. Już wtedy rozpoczęła
działalność społeczną jako organizatorka 50-cio osobowego Zespołu
Polskich
Pieśni i Tańca. W 1954 r pp. Buska przenieśli się do Edmontonu. Tam
Wanda zaczęła uczyć w
polskiej szkole sobotniej a także
organizować koncerty uczniów swojej szkoły Universal Music School. W roku 1958 zainicjowała
założenie w Edmontonie Federacji Polek w
Kanadzie -
Ogniwo nr. 3- Edmonton i pracowała w niej długie
lata. Poza tym była korespondentką kilku
polsko-języcznych pism oraz spikerką
polskich audycji radiowych. Za
intensywną pracę
społeczną rząd polski w Londynie
odznaczył ją w 1978 r. Krzyżem Zasługi, następnie otrzymała
Achievment Award od rządu Alberty oraz dyplomy KPK
Maria Carlton przybyła z
wizytą do Kanady w latach 70-tych i po
wyjściu zamąż za Kanadyjczyka została w Edmontonie.
W Kanadzie przez wiele lat
pracowała w drukarstwie. Była współautorką i redaktorką ponad
500-stronnicowej
historii edmontońskiego harcerstwa polonijnego. Ponadto napisała i
wydała zbiór esejów pt. Towarzystwo
Polsko-Kanadyjskie oraz jest
redaktorką 40 lat Federacji Polek w
Kanadzie- Ogniwo nr. 3 Edmonton. Jest aktywną działaczką
w FPwK. Otrzymała Złotą Odznakę KPK i Srebrną Odznakę KUL-u
Maria Chrzanowska przybyła
do Kanady w 1948 r. i osiedliła się w
Edmontonie, w prowincji Alberta. Przez 23 lata była nauczycielką w
sobotniej polskiej szkole im. H. Sienkiewicza, którą prowadziła z takim
oddaniem, że kiedy w 1991 roku otwierano drugą
polską szkołę w Edmontonie, to nadano jej
imię Marii Chrzanowskiej. Przez 31 lat pracowała
równolegle w polskiej stacji CKUA (Access) w Edmonton.
Była niestrudzoną działaczką
Federacji Polek w Kanadzie- Ogniwo nr. 3- Edmonton. Odznaczona
Złotą
Odznaką KPK, Achievement
Award Rządu Prowincji Alberty w
roku 1974 , Heritage Language Development Award
Ministra Kultury Prowincji Alberta, Special Recognition
of
North
Alberta Heritage Language Assn .
Lilka (Helena Anna)
Croydon-Trzcińska czynny członek Szarych Szeregów AK. Aresztowana przez Gestapo przebywała na
Pawiaku przez 6 tygodni poczym przewieziona do Oświęcimia,
następnie do Ravensbruck i Bergen-Belsen. Do
Kanady przybyła w 1948 r.
Po ukończeniu studiów pracowała w Toronto
Board of Education. Z jej
inicjatywy powstało Studium
Psychoanalitycznej Psychoterapii dziecka w Clarke
Institute of Psychiatry.
Zofia Czengery ( 1917
-1994) należała do organizacji
poziemnej Odwet, która później połączyła
się z AK. Aresztowana w 1942 r była przesłuchiwana
w Alei Szucha a następnie skazana
na karę śmierci. Po zamianie kary
wywieziona do Oświęcimia
przebywała tam do stycznia 1945 r. Ewakuowana do Bergen-
Belsen tam
doczekała końca wojny. Wstąpiła do 2 batalionu ( przy dywizji gen Maczka) Polskiej
Wojskowej Służby Kobiet. Do Kanady przybyła w 1954 r. i
osiedliła się w Montrealu. Brała czynny
udział w życiu Polonii montrealskiej,
była prezeską Komitetu Pomocy Dzieciom
Polskim, członkiem Związku
Weteranów Polskich i Samodzielnego Oddziału
Byłych Zołnierzy AK
w Montrealu.
Małgorzata Czuba urodzona w
polskim obozie "Lech" w
Niemczech, do Kanady przybyła
w
1948 r. razam z matką.
Pracuje naukowo na Wydziale Botaniki University of Toronto. W swojej pracy
doktorskiej opublikowała własne odkrycie
interakcji kadmu z ozonem w roślinach. Pracowała
na
uniwersytetach w Toronto i w
Guelph, następnie w Ottawie w National research Council. Otrzymała nagrody :
Ontario Graduate Scholarship, zapomogę
naukową z Agricultute Canada oraz została
członkiem National
Research Council.
Maria Teresa Dobija-Domaradzka
(
1922 - 1997) została deportowana w 1940
roku do Kazachstanu. Po amnestii w 1941 r.
dołączyła do tworzącej się armii polskiej w Buzułuku i tam pracowała w
sztabie
gen. Andersa. Ewakułowana do Iranu, a
następnie do Libanu. W
1944 r. na francuskim uniwersytecie św.
Józefa w Bejrucie otrzymała
dyplom doktora medycyny. W tym samym roku
wyjechała do Kanady i podjęła specjalistyczne studia w
Instytucie Mikrobiologii i Higieny na
Uniwersytecie Montrealskim . Jako
profesor Universite de
Montreal była członkinią wielu
stowarzyszeń zawodowych . Jest autorką
licznych artykulów naukowych,
uczestniczyła w wielu międzynarodowych
kongresach i konferencjach z dziedziny medycyny. Była członkinią Kanadyjskiego trybunału ds. Praw Człowieka oraz Kanadyjskiej
Rady ds.
Stosunków Chrześcijańsko-Zydowskich. Przez 5 lat
przewodniczyła Polskiej
Radzie Szkolnej. Były
członkiem Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie, członkinią Rady Administracyjnej Polskiego
Instytutu
Dobroczynności im.
Marii Curie-Skłodowskiej, współzałożycielką
Komitetu Pomocy Solidarności w Polsce.
Ponadto znacznie przyczyniła się do
powstania Ośrodka
Rehabilitacyjnego dla
Dzieci Niepełnosprawnych w
Borowej Wsi na Sląsku. Za
zasługi wojenne w latach 1939-1945
odznaczona została
w 1995 r. Krzyżem Czynu Bojowego PZS na Zachodzie
Jadwiga Domańska za swoją pracę społeczną w Kanadzie została
odznaczona przez III
Rzeczpospolitą Polonia Restituta, Orderem Odrodzenia Polski, a
ponadto otrzymała Złoty Krzyż SPK i Złotą Odznaką KPK
Irena Domecka podczas
okupacji pracowała jako
łączniczka Z. Stypułkowskiego,
członka
Delegatury Rządu RP. W 1944 . razem z
mężem uciekła z Warszawy i przez Czechosłowację
dostała się w 1945 na tereny zajmowane
przez gen.
Pattona. W 1948 r. wyjechali oboje z mężem i córeczką do Winnipegu w Manitobie, a po 4-rech
latach do Edmontonu w Albercie. Tam Irena Domecka
rozpocząła działalność społeczną . Była
wiceprezeską Citizen Council
-Rady Obywatelskiej która zajmowała
się przekazywaniem rządowi prowincjalnemu skarg
grup etnicznych na
dyskryminację i i postulatów
zmierzających do poprawy stosunków międzyetnicznych.
I.
Domecka należy do założycielek Federacji Polek w Kanadzie- Ogniwo nr. 3
- Edmonton i przez lata była jej prezeską Po kilku latach zaaranżowała przystąpienie FPwK
do Local Council of Women. Ponadto była
inicjatorką wprowadzenia na Uniwersytet
albertański programu polskiego.
W roku, w którym było
za mało studentów, aby ten
program został uruchomiony
przyłączyła
się do grupy studjującej literaturę polską (w roku
1997/98 na tym programie studiowało ponad 100 studentów).
Założyła
także Klub Akademicki, który następnie
połączył się Z Klubem
Profesjonalistów. Została odznaczona
przez rząd polski w Londynie
Krzyżem Zasługi, a przez KPK Złotą Odznaką. Ponadto otrzymała Alberta
Achievement Award od rządu Alberty
i Award of Merit od
Federacji Polek w Kanadzie.
Irena Federowicz-Vogelsinger od 1941 r. była w konspiracji
w NSZ. Uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, po
upadku
którego została wywieziona do
Niemiec. Odznaczona Złotą Odznaką
KPK, Srebrnym Krzyżem
Zasługi przez Rząd Polski w
Londynie, Brązowym Medalem
Skarbu
Narodowego RP, nagrodą
Volunteer Service Award prowincji Ontario.
Mirosława Gawalewicz za wieloletnią pracę
społeczną w roku 1991 otrzymała Order Kanady.
Janina Gładuń - Sułkowska łączniczka
w ZWZ na Wołyniu,
aresztowana przez NKWD została skazana na 8 lat więzienia i łagrów. Po amnestii wyjechała razem z
wojskiem gen. Andersa do Persji. W Bombaju, w Indii
była sekretarzem Delegatury Ministerstwa Oświaty Rządu RP. Do Kanady
przybyła w r. 1951. Przez
17 lat była nauczycielką polskiej szkoły w St. Catherines
a do roku 1969 współpracowała przy opracowywaniu podręczników dla szkół polskich w Kanadzie.
Odznaczona Srebrną i Złotą
Odznaką Honorową KPK
i Srebrnym
Krzyżem Zasługi przyznanym
przez rząd RP w Londynie.
Krystyna Idziak (1910 -
1990) przybyła do Kanady
w latach
dwudziestych ub. wieku.
Przez 30
lat służyła pracą społeczną
Polonii torontońskiej i montrealskiej. W 1927 r. założyła i prowadziła
amatorskie koło przy Stow. Weteranów
Polskich ( założonym
przez jej męża Stefana). Od 1931
r. zamieszkała razem z mężem w Montrealu gdzie jako
prezeska i reżyserka prowadziła kółko
amatorskie Zorza dla
starszych osób. Ponadto pionierowała Polską Szkołę Tańców Ludowych
powstałą przy Tow. Wzajemnej
Pomocy. Przez 2 lata kierowała 100 osobowym zespołem tanecznym
(zdobył pierwszą nagrodę na Festiwalu
grup Etnicznych w Montrealu w 1940
r.) Razem z mężem
opiekowała się aż do śmierci Heleną Gajewską, która w
czasie wojny utraciła całą swoją rodzinę i
po przybyciu do Kanady
zamieszkała u pp. Idziaków. Była
członkinią
polskiej sekcji Kanadyjskiego Czerwonego Krzyża oraz działała
w Komitecie Pomocy Dzieciom Polskim. Została
wyróżniona honorowym członkowstwem Zarządu tego Komitetu.
Jadwiga Jurkszus - Tomaszewska podczas wojny pracowała w
Radzie
Głównej AK. Jako jeniec wojenny przeszła przez 4
obozy na terenie Rzeszy. Do Kanady
przyjechała w 1949 r.
Była długoletnią członkinią Zarządu
Polskiego Funduszu Wydawniczego w Kanadzie oraz
współpracowała z Federacją
Polek w Kanadzie, "Smoczą Jamą", Fundacją im A.
Mickiewicza, Fundacją
W. Reymonta. Została odznaczona przez rząd
prowincji Ontario za 15-letnią pracę społeczną. W 1995
r., opublikowała Kronikę
Pięćdziesięciu Lat. Zycie kulturalne Polskiej Emigracji w
Kanadzie
1940 - 1990
Wacława Karaszewicz (1899 -
1971) " w ...1941
r. wstąpiła
do AK, przybierając pseudonim Miet. Była patrolową a
następnie
drużynową w Wojskowej Służbie Kobiet,
wchodzącej w skład Wojskowej Ochrony Powstania... pełniła funkcje
referentki
administracyjnej, a następnie komendantki WSK lewego obszaru powiatu warszawskiego...
awansowana do stopnia
podporucznika.
Za udział w walce podziemnej z okupantem otrzymała
Odznakę Pamiątkową AK... w roku 1947 wyemigrowała
do Kanady. Należała do Stow.
Polskich Kombatantów biorąc czynny udział w wielu akcjach społecznych tej organizacji.
Antonina Karaszewicz -
Tokarzewska ( 1899 - 1976) " w
latach 1916
- 1920 pracowała w szeregach Polskiej
Organizacji Wojskowej. W odrodzonej Polsce...poświęciła się... pracy
społecznej w kołach wojskowych, a
zwłaszcza 5-go pułku
piechoty Legionów Polskich.
Pełniła rolę opiekunki nad
bezrobotnymi i
chorymi legionistami i ich rodzinami.
Opieką otaczała również weteranów powstania
styczniowego...Za całokształt swojej
pracy społecznej została wzróżniona w
1935 r., Złotym Krzyżem Zasługi, a
w 1937 r, orderem Polonia
Restituta. Do Montrealu przybyła razem
z córką Ireną w roku 1940...Była
założycielką Stow. Polskich
uchodźców Wojennych już we wrześniu 1940 roku. Przez wiele lat przewodniczyła sekcji opieki nad żołnierzami
polskimi śląc paczki dla jeńców przebywających w Rosji. Od chwili założenia Komitetu Pomocy
Dzieciom Polskim była jego członkonią a potem wiceprzewodniczącą
, zajmując się propagandą
imprez. Ogromną jej zasługą było wlączenie do
Komitetu przedstawicieli emigracji przedwojennej, wśród
której cieszyła się poważaniem i sympatią."
Magdalena Kiełczewska ( 1928 -
1988) "Podczas okupacji
niemieckiej w wieku 12
lat wstąpiła do Zw. Harcerstwa Polskiego, gdzie
pełniła funkcje zastępowej. W
ramach Szarych
Szeregów brała czynny udział
w
wielu akcjach sabotażowych, a także
kolportowała prasę podziemną, ukrywała i przenosiła
broń. Po wybuchu Powstania Warszawskiego wstąpiła do
AK
i pełniła funkcje sanitariuszki i
łączniczki. Jej zadaniem
było utrzymywanie stałego kontaktu
między szpitalem polowym AK...a
poszczególnymi kwaterami
wojskowymi AK. Zajmowała się również
opatrywaniem rannych żołnierzy, roznoszeniem posiłków dla nich
oraz przenoszeniem meldunków. Była
trzykrotnie ranna. Po
upadku Powstania... udało jej się
uciec. Za zasługi w walce podziemnej
otrzymała Odznakę Pamiątkową AK oraz
Srebrny Krzyż Zasługi
z mieczami. Polskę opuściła w
1947 r... do Kanady przybyła
w 1951 r.
...W latach 1960 - 1988 aktywnie uczestniczyła w pracach Koła Byłych Zołnierzy AK w Montrealu oraz udzielała się w polskich
szkołach
sobotnich."
Olga Krzyczkowska (dr) była jedną z pierwszych wolontariuszek
Biblioteki Polskiej im
W. Stachiewicz..."Pracowała niestrudzenie od początku wraz
z gronem
pierwszych ochotniczek. Nie miała ustalonej pozycji. Poprostu
pracowała tam i robiła to
co w danym momencie
było ważne i potrzebne...
Zorganizowała wśród
przyjaciół w
Kraju sieć osób skupujących
co
ciekawsze książki. Trzeba
tutaj przypomnieć dwie rzeczy : po
pierwsze- t.zw. dobre książki wychodziły
w małych nakładach
i znikały prawie natychmiast
z półek księgarskich;
po drugie -
przesyłając pieniądze do kraju i
płacąc złotówkami, zamiast dolarami via
oficjalne źródła
dystrybucji książek,... można było
nabywać książki
w cenie między 50 centów, a jednym
dolarem. Ze swych częstych podróży
przywoziła paczki książek .
Nie tylko polskich...Robiła to z myślą o studentach Uniwersytetu
McGill... Dr. O. Krzyczkowska pracowała w Bibliotece Polskiej 35 lat... Przed opuszczeniem Montrealu pani
Olga przekazała
kwotę 10,000 dolarów na
Fundusz Biblioteki Polskiej... W uznaniu
zasług dr Olgi Krzyczkowskiej w
1977 r ówczesny prezydent RP w Londynie nadał jej Złoty Krzyż Zasługi za
jej wkład do rozwoju Biblioteki Polskiej w
Montrealu.
Bożena Łukomska -Khan przybyła do Kanady w
roku 1983 do męża
Kanadyjczyka i zamieszkała
w Port Coquitlam, w mieście
należącym do
konurbacji Vancouveru. W
chwili jej
przybycia mieszkało tam
tylko kilka rodzin polskiego
pochodzenia. Niezrażona trudnościami spróbowała powołać do życia organizację
polonijną o nazwie Polonez
Tri -City, obejmującą trzy miasta : Coquitlam, Port Coquitlam i Port Moody. Za
promowanie kultury
polskiej wśród imigrantów tego regionu oraz
za założenie polskiej szkoły sobotniej i
pracę charytatywną zbierania i wysyłania do Polski paczek
i
pieniędzy, a także za
zbiórkę wśród całego społeczeństwa Tri-City pieniędzy
na pomoc
polskim powodzianom w roku 1977 Bożena Łukomska-Khan została
odznaczona w 1999 r., przez prezydenta Kwaśniewskiego Złotym Krzyżem Zasługi. Od Kongresu Polonii
Kanadyjskiej otrzymała
Złotą Odznakę KPK , Port Coquitlam nadał
jej Odznakę Wolontariuszki
roku 2002, a Tri - City - Cultural Harmony Award.
Joanna Matejko deportowana w 1940 roku wraz z rodzicami do Związku Radzieckiego w
roku 1942 znalazła
się w
ówczesnej Rodezji, dziś Zimbabwe, gdzie ukończyła gimnazjum
i liceum. Stamtąd wróciła
do Kraju. W Polsce ukończyła studia historyczne W 1968 r. wyjechała
do Zambii a stamtąd
do Kanady i tu studiowała historię
Kanady na University
of Alberta in Edmonton. "Wkrótce
po przybyciu do
Edmonton rozpoczęła badania
nad dziejami Polaków w Kanadzie, a
szczególnie w Albercie
oraz nawiązała współpracę z Kanadyjsko - Polskim Instytutem
Badawczym w Toronto. Jest
także działaczką w Federacji Polek w Kanadzie, Ogniwo Edmonton, przygotowuje
komentarze do cotygodniowych
polskich programów radiowych.
W 1989 otrzymała Złotą Odznakę Honorową KPK a
trzy lata później Achievement Award od premiera Alberty.
W roku 2002 prezydent A.
Kwaśniewski przyznał J.
Matejko Złoty Krzyż
Zasługi za krzewienie
kultury polskiej w Kanadzie.
Anna Norton-Nowakowska przybyła do Kanady
w 1947 roku. Trzy lata później zaczęła
pracować społecznie w Komitecie Opieki Społecznej KPK. Przez 15 lat była przewodniczącą
FPwK Ogniwo
Toronto, oraz członkinią Zarządu Głównego FPwK. Za
wieloletnią pracę społeczną została
odznaczona Złotą Odznaką Honorową KPK oraz Złotym Krzyżem Zasługi przez Rząd Polski na
Obczyźnie .
Krystyna Joanna Orłowska mając 14 lat zaczęła
pracować w RGO
organizując paczki dla więźniów Pawiaka
i niemieckich obozów koncentracyjnych. Po dwóch latach przeszła do patrolu sanitarnego w Tajnej Armii Polskiej, a
następnie w AK/WSOP. Przeszła do
kolportażu Biuletynu
Informacyjnego i
do pracy w Biurze Informacji i Propagandy.
W czasie Powstania Warszawskiego była
łączniczką w dowództwie AK/WSOP ok. Warszawa. Po kapitulacji była więziona
w niemieckich obozach skąd została
uwolniona w roku 1945. Do
Kanady przybyła w 1952 r., Udzielała
się w harcerstwie, awansując do harcmistrzyni; była
członkinią Komitetu Spraw
Ludzi Starszych w Toronto, inicjatorką
Fundacji Pokoju w szpitalu Women's College Hospital,
członkinią
pierwszej Rady Pastoralnej
w Archidiecezji Toronto i
członkinią Canadian Institute
of Divine Mercy,
oraz wieloletnią członkinią
Koła AK w Toronto
. Otrzymała Brązowy Krzyż
Zasługi z Mieczami, Krzyż AK, Medal
Lotnictwa, War Medal oraz polskie
i kanadyjskie wyróżnienia za pracę społeczną.
Hanna Maria Pappius, córka pioniera polskiego lotnictwa wojskowego i cywilnego Józefa Bogdana Kwiecińskiego. Neurochemik, studia ukończyła na McGill University (doktorat 1952), członek Wydziału Neurologii i Neurochemii tego uniwesytetu, od r. 1979 - profesor. Członek szeregu kanadyjskich, amerykańskich i międzynarodowych towarzystw naukowych z dziedziny neurochemii. Przewodnicząca komitetów organizacyjnych (3rd International Workshop on Cerebral Edema, Montreal 1976 oraz Annual Meeting of the Society for Neurochemistry, Montreal 1986). Autorka ponad 100 prac naukowych z dziedziny przemiany materii mózgu oraz konsekwencji uszkodzenia mózgu. Od wielu lat pracuje społecznie dla Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie (od 1985 r. wice-prezes PINKu, a od 1988 r., także Dyrektor Biblioteki Polskiej w Montrealu, wice-przewodnicząca obchodów 50cio- lecia PINK). Była także przewodniczącą Komitetu Wydawniczego pięknego trójjęzycznego albumu Grafika Polska - Estampes polonaises - Polish Prints 1918 - 1939 i członkiem Komitetu Wydawniczego publikacji Polskie groby na cmentarzu w Saint-Sauveur-des-Monts (Polish Graves in St. Sauveur-des-Monts) 2000 - 2002. Ponadto była członkiem zespołu opracowującego potrzeby bibliotek miejskich miasta Montreal przygotowujacego Sommet de Montreal 2002. W dowód uznania za swą pracę społeczną otrzymała w 1991 r Złoty Krzyż Zasługi RP, a w następnym roku Dyplom Uznania Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP oraz Medal 125-lecia Konfederacji Kanadyjskiej za specjalne zasługi wobec Kanady i Polonii kanadyjskiej.
Grażyna Pawlikowska z d. Smuszkiewicz, doktór pschychologii jeszcze z Polski ; przybyła do Kanady z Afryki,
dokąd wyjechała razem z
mężem w ramach pracy organizowanej
przez Polservis. W Polsce
była w "Solidarności".
Po przybyciu do Kanady
zamieszkała razem z
mężem w Vancouverze w
Bryt. Kolumbii, gdzie chętnie włączyła sie
do pracy społecznej w tut. Polonii. po wstąpieniu do FPwK została wkrótce
wybrana do zarządu Federacji
( 4 lata przewodnicząca) i do zarządu KPK, Okręg Brytyjskiej
Kolumbii ( 5
lat wice-przewodnicząca
i 2 lata
przewodnicząca). Wybrana także do Zarządów
Głównych FPwK
i KPK. W 1999 otrzymała od Rządu III Rzeczpospolitej
Złoty Krzyż Zasługi
za pracę przy
zbiórce pieniędzy na
powodzian polskich . Zebrano wówczas w całej Bryt. Kolumbii 60,000 dolarów
przekazanych następnie przedstawiciolom Polski.
Jadwiga Pierzchajło w czasie wojny należała do AK, miała pseudonim Len
i rozprowadzała "bibułę".
Wywieziona do Niemiec pracowała
w gospodarstwie rolnym w
Bawarii. Na wizę do Kanady czekała
wraz z mężem w obozie
przesiedleńczym 4 lata. W tym
czasie oboje studiowali na
uniwersytecie w Erlagen koło Norymbergii.
Do Kanady przybyli sponsorowani przez
dalekiego
krewnego, farmera z południowej Alberty, dzięki czemu mogli sami szukać
pracy. Mąż znalazł
pracę robotnika naprawiającego tory
kolejowe, a Jadwiga została
sprzątaczką szpitalną. Po paru
latach pracy poszła na studia pedegogiczne
na uniwersytecie w Calgary , ale po
przeniesieniu się do Edmonton
ukończyła je w stolicy Alberty. Mąż w międzyczasie
zrobił studia pedagogiczne i
został nauczycielem w katolickiej szkole średniej. Pełna energii od samego
początku pobytu w Edmonton włączyła
się do pracy społecznej Polonii.
Kiedy najmłodsze z dzieci poszło
do szkoły Jadwiga Pierzchajło wstąpiła do FPwK i zaczęła swą działalność
w ramach Federacji.
Jej zasługą jest
organizowanie wielu polskich
imprez kulturalnych, z jej
inicjatywy FPwK zakupiło
swój własny dom, ona też wpadła
na pomysł zorganizowania kasyna gier hazardowych dla wspomożenia
funduszy FPwK w
celu sponsorowania Polaków z obozów przesiedleńczych w Europie. Aby uzyskać
pozwolenie prowincjalne na urządzenie kasyna pp. Pierzchajłowie złożyli kaucję w wysokości
25,000 dolarów.
Za
zasługi na polu pracy społecznej
Jadwiga Pierzchajło otrzymała
od Rządu Polskiego w Londynie
Złoty Krzyż Zasługi, od KPK Złotą Odznakę
Honorową a
od premiera Alberty
Achievement Award
Alicja
Parizeau ( z d. Poznańska) urodzona koło Krakowa, utraciła oboje
rodziców wieku 11
lat (rozstrzelani przez Gestapo w 1941 r.) W czasie wojny
wstąpiła do
AK, w czasie
Powstania Warszawskiego
była łączniczką i za
dzielność została odznaczona Krzyżem
Walecznych. "Wywieziona
jako jeniec wojenny do Oberlagen po
wojnie dostała się do Francji, gdzie
jako stypendystka Polskiej Misji Wojskowej studiowała prawo na Sorbonie.
W 1955 r., przybyła do Kanady i wyszła zamąż za Jacques Parizeau profesora ekonomii
/na
uniwersytecie montrealskim- mój dopisek/. Przez kilkanaście lat
pracowała
dla miasta Montreal
jako specjalistka od
rehabilitacji społecznej, a od 1968
r.
wykładała w Centrum Kryminologii
Porównawczej na Universite
de Montreal. Jej
publikacje z dziedziny kryminologii
zyskały bardzo dobrą opinię w Stanach Zjednoczonych i w Europie"Równolegle
współpracowała z najpoważniejszymi pismami
Quebec'u oraz rozwijała działalność pisarską. "W jej twórczości jest
widoczna
dwutorowość : sprawa Polski głęboko
odczuta i zrozumienie Quebeku, kraju w
którym żyła. Była
bezkompromisową przeciwniczką komunizmu" Na Universite
de Montreal wspierała
podania o stypendia post
doktoranckie dla polskich młodych naukowców, dzięki czemu szereg z nich przybywało do Montrealu. Działała
także w
ramach pomocy
charytatywnej dla Borowej Wsi
w Polsce. Po jej
śmierci Jacques
Parizeau ofiarował Bibliotece Polskiej im W. Stachiewicz 5,000
dolarów a przyjaciele
jej zamiast kwiatów złożyli 14,000
dolarów na rzecz Borowej
Wsi. Jeszcze za
życia, w
roku 1987 otrzymała od
rządu kanadyjskiego Order Kanady.
Zofia Pokusa za
swopją pracę społeczną w Kanadzie otrzymała Złoty Krzyż Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej
Zofia Romer (1897 -
1981), pseudonim "Ziuta"
"...przed swoim zamążpójąciem w
czasie I wojny
światowej była
sanitariuszką przy Pierwszej Brygadzie
Strzelców Polskich i przy
dywizjonie pułku ułanów krechowieckich".
W latach 1915-1917 służyła
na froncie polsko -
niemieckim jako sanitariuszka, odznaczając
się ofiarnością i brawurą w
ratowaniu polskich żołnierzy.
Wraz z koleżankami/
sanitariuszkami/ była dwa
razy zatruta gazami bojowymi, ponieważ oddała
swoją maskę przeciwgazową walczącym w okopach Polakom.
Na przełomie lat 1917/18 pełniła funkcją kurierki
przewożąc tajne
dokumenty od por.
Dziewanowskiego do gen.
Dowbór - Muśnickiego, dowódcy
Pierwszego
Korpusu polskiego w Rosji. Później w 1918 roku
pracowała jako siostra
Czerwonego Krzyża w polskim szpitalu
w Cichiniczach pod Rohaczewem, (co opisała
w swoich
pamiętnikach opracowanych później przez jej
brata Melchiora Wańkowicza.)
Wraz z
3 innymi siostrami Czerwonego Krzyża, wykazała tam bardzo
wiele bohaterstwa (niosąc pomoc
ciężko chorym żołnierzom oraz chroniąc
ciała 11 osób personelu medycznego zamordowanych
przez bolszewików).
Za wykazane męstwo i odwagę została wzróżniona
"pierwszą amarantową wstążeczką", a po uzyskaniu niepodległości
przez Polskę
otrzymała Krzyż Walecznych.
W latach 1919-1920 jako siostra Czerwonego Krzyża brała
udział w wojnie polsko-bolszewickiej
organizując punkty opatrunkowo-żywnościowe
w okolicach Lwowa .Podczas II
wojny światowej jako reprezentantka polskiego Czerwonego Krzyża
organizowała w Afryce Południowej pomoc dla ofiar wojny i dla
rannych oficerów polskich.
Zofia Rozwadowska w czasie II wojny światowej była członkiem
AK. Do Kanady
przybyła w 1969 i osiedliła się w Toronto.
Od początku pobytu aktywnie
działała w Kongresie Polonii
Kanadyjskiej Okręg Toronto, w SPK, PCAG i w
Stow. Lotników Polskich Za pracę
społeczną otrzymała Odznakę Honorową
SPK- Federacja Swiatowa Srebrny Krzyż Kombatancki, Odznakę
Honorową Rady Swiatowego Stow. Lotników, Złotą Odznakę
Skrzydła Nr. 430 oraz Odznakę
Prowincji Ontario za pietnastoletnią
służbę społeczną.
Ludwika Sas-
Korczyńska w czasie II wojny
światowej była kurierką Związku Walki Zbrojnej
przechodząc przez trasy
od Czarnohory do Lwowa
przez Słowację na Podczerwone. Pod
koniec wojny wywieziona na roboty do
Niemiec do Polski nie wróciła. Do Kanady przybyła w
1951 r.Najpierw pracowała
w fabryce konfekcji damskiej w Montrealu,
następnie była analitykiem statystycznym
w Min. Opieki Społecznej. Była
przewodniczącą Federacji Polek w Kanadzie, redagowała wydawnictwa Federacji. Zorganizowała program charytatywny Operation Lifeline, który
w latach 90-tych ub. wieku przekazał do Polski ponad 72,000 dolarów przeznaczonych na rozbudowę
urządzeń
sanitarnych w
zakonach katolickich pomagających
biednym. Jest współwydawcą książki p.t. Podstawy kultury polskiej. Otrzymała Krzyz
Walecznych, Złoty Krzyż
Zasługi za pracą społeczną i
Medal Wojska Polskiego.
Halina Sienko-Kwiatkowska była
łączniczką W.S.K - AK,
Okręg Warszawa w czasie Powstania Warszawskiego. Była jeńcem niemieckich obozów Fallingbostell i Bergen Belsen. Uwolniona kontynuowała służbę
w łączności w
dowództwie 2-go Korpusu we
Włoszech. W Kanadzie
od 1951 r..Tu swoją działalność
społeczną skoncentrowała na harcerstwie
Jest członkinią Byłych
Zołnierzy AK i SPK. Została
odznacznona Brązowym Krzyżem
Zasługi z Mieczami, Krzyżem Walecznych, Medalem Wojska
1,2,3,4, Złotą Odznaką ZHP.
Dwukrotnie otrzymała Srebrny Krzyż Kombatancki oraz Złoty Krzyż Kombatancki. Za
pracę społeczną w Ontario
otrzymała nagrodę ontaryjskiego Ministerstwa
Emigracji i Kultury.
Helena Słotwińska ( 1898 - 1993) Uczestniczyła
w
obronie
Lwowa w 1918 r za co otrzymała Medal Obrońców Lwowa.
Podczas wojny była w AK
i walczyła pod pseudonimem Matylda. Jako
sanitariuszka brała udział w Powstaniu Warszawskim. W
1953 r.
została
sprowadzona przez rodzinę do Montrealu. Przez
wiele lat pracowała jako
ochotniczka w polskiej sekcji
Kanadyjskiego Czerwonego Krzyża...uczestniczyła w wielu
akcjach dobroczynnych organizowanych przez
Komitet Pomocy Dzieciom Polskim
Wanda Stachiewicz ( 1895 -
1995) Żona ostatniego szefa
sztabu Wojsk Polskich w roku 1939. Do Kanady przybyła w 1940 r. z trójką dzieci. Z jej
inicjatywy
powstał
w 1943 roku Polski Instytut
Naukowy w Montrealu (P.I.N.), afiliowany przy
McGill University. Początkowo był to
oddział Polskiego Instytutu
Naukowego w St. Zjednoczonych
opierający się na naukowcach
polskich z Nowego Yorku, ale w 1976 roku usamodzielnił
się i przyjął nazwę Polskiego
Instytutu Naukowego w Kanadzie (P.I.N.K.) Niemal zaraz po uruchomieniu P.I.N. Wanda
Stachiewiczowa podjęła ideę utworzenia biblioteki
polskiej przy P.I.N.. Doprowadziła
do jej otwarcia jeszcze w
1943 r. Do emerytury W.
Stachiewicz była dyrektorką Biblioteki
Polskiej, a po przejściu na emerytutę
zatrzymała tytuł
kustosza Biblioteki Polskiej.
W roku 1984 Biblioteka Polska oficjalnie zmieniła nazwę na Biblioteka Polska im. W.
Stachiewicz. Oprócz
pracy w Bibliotece
W. Stachiewiczowa napisała kilka
monografii historycznych na temat Mikołaja Kopernika oraz szereg artykułów
publikowanych w polskiej prasie emigracyjnej. Pod
koniec życia wydała
własne
wspomnienia Journey
through History. Memoirs. Byla
współzałożycielką Komitetu Kobiet
Wojennych uchodźców. Otrzymując Kawalerski Krzyż
Polonia Restituta który poprzedził przyznaną jej
następnie
Komandorię powiedziała :"Cokolwiek robiłam na emigracji było
naturalnie samorzutne i każdy by robił
to samo. Wynikało to z mego głębokiego przeświadczenia,
że winna jestem mojej Ojczyźnie ofiarować
część mej pracy i serca, a nie zająć się
wyłącznie
własną karierą na emigracji".
Genowefa (Genny) "Nuta" Staroń wywieziona z rodzicami do Zw. Radzieckiego przeszła
razem z Wojskiej
Polskim do Persji. W Teheranie wstąpiła do Pomocniczej
Wojskowej Służby Kobiet i
doszła
do stopnia kaprala. Zdemobilizowana rozpoczęła studia
artystyczne w Polskiej Szkole
Malarstwa i Rysunku w Bejrucie. W Kanadzie od 1949 roku
w Toronto, gdzie kontynuuje malarstwo i rzeźbę. W 1960 otrzymała dyplom mistrzowski
rzeźbiarski oraz Medal Uznania. Utalentowana
artystka malarka,
rzeźbiarka, i
gobeliniarka. Bardzo aktywna działaczka
społeczna. Pracuje w Zarządzie
Głównym KPK, w FPwK jest
członkiem Towarzystwa
Przyjaciół Harcerstwa i Polskiego Klubu Artystów. W latach 1985 -
88 była
wolontariuszką w zakresie opieki społecznej w
Centrum Zdrowia Sw. Józefa i w
bibliotece Domu
Kopernika. W 1988 - 90 była wiceprezeską
Polsko-Kanadyjskiego Towarzystwa
Muzycznego Dwukrotnie została
odznaczona za pracę społeczną przez Ministerstwo
Spraw Obywatelskich i Kultury w prowincji
Ontario.
Józefa Stefankiewicz ( 1910 -
1968) wywieziona do
Kazachstanu
w 1940 r., urodziła tam i straciła dwie
córeczki. Po powrocie do Polski w 1946 r. nielegalnie przedostała się
do męża w brytyjskiej strefie okupacyjnej
w
Niemczech Po demobilizacji oboje
wyemigrowali do Kanady, gdzie Józefa
Stefankiewicz stała się jedną z
najbardziej czynnych członkiń
sekcji Pań przy kole SPK Nr.
7, za co
otrzymała Srebrną
Odznakę
Swiatowej Federacji SPK ( Londyn)
Karolina Stockerowa (1888 -
1965) Podczas II wojny światowej, dzięki biegłej znajomości
języka niemieckiego znalazła zatrudnienie w niemieckim sklepie skupu
srebra... "Sklep ów służył jako skrzynka
kontaktowa dla działalności lwowskiego ruchu oporu, w którym brała udział, roznosząc pocztę
podziemną. Po przeniesieniu do
Warszaswy pracowała w niemieckim zakładzie naprawczym przyrządów
wojskowych, takich
jak zegary i chronometry,
zatrudniającym 15 żydowskich
zegarmistrzów. Przez cały czas okupacji
opiekowała sią ich rodzinami, ukrywającymi się w piwnicach tego budynku, dostarczając im żywność, odzież, lekarstwa
oraz inne artykuły pierwszej potrzeby". W 1946 roku
została sprowadzona
przez córkę do USA. Zmarła w Montrealu podczas odwiedzin u syna.
Wanda Szczawińska (1921 -1967) swoją
działalność
społeczną w Polsce zaczęła od harcerstwa, ale " we wrześnie 1939 r.
została
zmobilizowana jako harcerka i siostra
Polskiego Czerwonego Krzyża i
włączyła się w nurt pracy konspiracyjnej
w szergach ZWZ, pełniąc funkcję łączniczki. Za
działalność w ruchu oporu została odznaczona Medalem
Wojska,
Złotym Krzyżem AK oraz honorową Odznaką
Zołnierza AK Korpusu Jodła...
Podczas wojny ..."aresztowana z mężem przez
hitlerowców..po śledztwie została
skazana na 5 lat obozu koncentracyjnego
dla kobiet i wywieziona do Ravensbruck. Wolność odzyskała w1945 r. Przeżycia
obozowe zawarła w niedokończonym
cyklu opowiadań Spojrzenie z drugiej strony. Poza pracą zawodową wiele czasu poświęciła
działalności społecznej. Należała
do zarządu Stowarzyszrenia
Polskiego, uczyła młodzież tańców ludowych. Po wprowadzeniu w Polsce stanu
wojennego w 1982 r. założyła Komitet Pomocy
Solidarności, późniejszy Komitet Pomocy Polsce...Mobilizując Polonię
montrealską i społeczeństwo kanadyjskie
do ostatnich chwil życia prowadziła zbiórki funduszy
oraz organizowała transporty żywności, leków i odzieży,
które wysyłano do kraju
na ręce episkopatu polskiego. Za swą pracę społeczną i
ogromny
wkład w działalność na rzecz
Polski została wyróżniona
Złotą odznaką Kongresu i Medalem Komisji
Charytatywnej Episkopatu Polskiego
Jadwiga Sztrumf uczestniczka
manifetacji przeciwko ustrojowi
komunistycznemu w Polsce,
harcerka, pozostawała na
"czarnej liście" aż do wyjazdu z Polski. W Kanadzie od 1969 roku, aktywna w działalności
społecznej, przewodnicząca Ogniwa 11(
w Ontario) Federacji Polek w Kanadzie, uczestniczka zjazdów
KPK,
organizatorka ogólnokanadyjskiego Sympozium Kobiet Związku Polaków,
Odznaczona Złotą Odznaką ZWwK, dyplomem
Uznania za wolontaryzm, dyplomem
Uznania za 15-letnią pracę społeczną Ministerstwa Kultury w Polsce oraz Złotą odznaką Honorową KPK
Maria Róża
Szylling ( 1895 - 1986) jeszcze w młodości zbierała
informacje do historii polskich rodzin szlacheckich osiadłych na Rusi, dzięki czemu w Montrealu mogła opublikować
Monografię
Klucza Tulińskiego na tle genealogii
właścicieli. W Polsce przedwojennej,
jako żona
Stefana
Frankowskiego zajmowała
się pracą
społeczną w Gdyni, gdzie mieszkała, a
także gdzie pełniła funkcje
radnej. Za
swą przedwojenną
pracę społeczną
została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Do Kanady przybyła z
dziećmi z
pierwszym transportem uchodźców wojennych w 1940 roku.
Zatrudniona w RCA Victor, dzięki
swym umiejętnościom
organizacyjnym zaawansowała
na stanowisko dyrektora personelu kobiet. Korzystając
z tej pozycji pomogła wielu
nowo przybyłym Polakom i Polkom
znaleźć zatrudnienie w tej
instytucji. Była
współzałożycielką Stow. Polskich uchodźców
Wojennych, aktywną członkinią Federacji Polek, Ogniwo w Montrealu, pracowała w Komitecie
Pomocy Dzieciom Polskim
oraz przewodniczyła sekcji
Opieki nad Grobami Polskimi w Saint-Sauveur-des-Monts. Dzięki jej inicjatywie utworzono w Archiwum
Publicznym w Ottawie dział
etniczny, w którym została
wydzielona sekcja poświęcona jej drugiemu mężowi
generałowi Antoniemu Szyllingowi i Armii Polskiej.
Nelli Turzańska członkini organizacji podziemnej
i uczestniczka Powstania warszawskiego, więzień polityczny 1952-1955. W Kanadzie od
1958r., pracuje w Laboratorium Zoologii w University of Toronto, a następnie w Laboratorium Cytologii
TGH w Toronto. W 1988 r. organizuje
wraz mężem
Fundację Kulturalną im
W.N. Turzańskich. Jest
członkinią zarządu Koła AK i SPK.
Jadwiga Wojda podczas Powstania
Warszawskiego uczennica czteroletniej Szkoły
Kupieckiej w Warszawie.
W czasie
wyganiania
z mieszkań podczas Powstania
rodzice jej na jej oczach
zostali zabici przez żołnierzy prowadzących konwój, a ona
sama została wywieziona do obozu koncentracyjnego. Po wojnie w staraniach
o emigrację do Kanady podanie jej zostało odrzucone, ponieważ była
"overeducated" . Przy ponownym
składaniu podania zataiła fakt ukończenia warszawskiej
handlówki , podając tylko szkołę podstawową, dzięki czemu otrzymała kontrakt służącej
w
domu profesora
prawa na Uniwersytecie w
Edmonton. Miała bardzo życzliwych pracodawców,
którzy byli zachwyceni jej gotowaniem i
prowadzeniem domu. Jej
narzeczony, tymczasem po dłuższym czasie
wyczekiwania podpisał kontrakt na pracę w kopalni złota w Ontario.
Po ślubie młodzi zamieszkali
w Edmonton, gdzie Jadwiga
natychmiast
włączyła się do pracy społecznej Polonii. Jako członkini FPwK zaangażowała się przede
wszystkim w prezentowanie polskiej kultury ludowej za co otrzymała
kilka
wyróżnień : dyplom uznania od rządu
w Albercie, Dyplom
125-lecia Kanady od rządu federalnego
Odznakę Honorową
z
dyplomem od Zarządu głównego
FPwK. Uzdolniona artystycznie
pracowała z zespołem tanecznym a w latach
1957 - 67 występowała jako
sopran w Albertańskiej Operze.
Zofia Wójcicka jako
mała dziewczynka razem z rodzicami wyemigrowała przed
wojną do Francji. Tam zastała ją wojna.
Podczas wojny ukończyła szkołę
pielęgniarską, a po wojnie uzupełniła ją studiami po
polsku. Po wyzwoleniu Francji
Zofia razem z siostrą wstąpiły do Wojska Polskiego i
zostały w Korpusie Służby Zdrowia, gdzie
przeszły przeszkolenie
wojskowe w Szkocji. Do
Kanady Zofia przybyła jako żona
psychiatry- Polaka, który otrzymał pracę w
szpitalu psychiatrycznym
w North Battleford
w prowincji Saskatchewan. Po przybyciu na
miejsce Zofia Wójcicka zorganizowała
polsko-kanadyjskie
stowarzyszenie "Ognisko" zmierzające do utrzymania polskości starych
i
nowych imigrantów. Następnie pracowała
w harcerstwie polskim,
Katolickiej Lidze Kobiet i w Kanadyjskim Czerwonym Krzyżu. Po 8
latach pp. Wójciccy
przenieśli się do Edmonton,
gdzie Zofia została członkinią Koła Kombatantów, a nieco
później FPwK. Za
zasługi w pracy społecznej otrzymała Medal Pamiątkowy
125- lecia
Kanady.
Jadwiga Zamoyska ( 1908 - 1998) wraz
z mężem i dziećmi przybyła do Kanady w
1948 roku. "..od młodości była
niestrudzoną działaczką
społeczną..."przewodniczyła
sekcji żeńskiej Towarzystwa
Gimnastycznego Sokół, wielkiej
ogólnopolskiej organizacji młodzieżowej
propagującej wychowanie
przez sport... Dzięki jej ogromnemu
patriotyzmowi i odwadze pałac
kozłowiecki / siedziba ordynacji
kozłowieckiej - mój dopisek/
stał się w okresie okupacji
hitlerowskiej magazynem broni dla
miejscowej AK oraz miejscem schronienia
dla uciekinierów. Między innymi przebywał
tam późniejszy prymas Polski ks. Stefan
Wyszyński. Wielokrotnie z narażeniem życia
broniła przez hitlerowcami chłopów z
wiosek należących do ordynacji, a
współpracujących z partyzantami" Warunkiem przyznania
wizy kanadyjskiej rodzinie
Zamoyskich w roku 1948 było ich osadzenie na
opuszczonej i zaniedbanej farmie w Abercorn. W prymitywnych warunkach przepracowali na
niej kilka lat, zanim udało się im przenieść do Montrealu, gdzie
Jadwiga Zamoyska zaraz włączyła się w nurt
działalności społecznej. Zajęła się przede wszystkim organizacją polskiego
szkolnictwa sobotniego.
Popierana przez Stow. Polskich
Uchodźców Wojennych w 1951 r.
założyła szkołę polską im Emilii Plater w montrealskiej dzielnicy
Notre Dame de Grace.
W 1953 roku na
propozycje jej i jej grupy powstała
Rada Szkolna, której
celem było rozwijanie u
młodzieży emigracyjnej
świadomości polskiego
pochodzenia, kultywowania
języka polskiego
i polskiej kultury. Zapisała się i ukończyła kursy wychowania fizycznego na Universite de Montreal i aż
do emerytury była nauczycielką
wychowania fizycznego w wielu żeńskich
szkołach okręgu montrealskiego. Z ramienia Stow.
Polskiego przewodniczyła sekcji opieki nad grobami polskimi na cmentaruu w Saint-Sauveur-des-Monts. Za zasługi w pracy społecznej
wśród imigracji polskiej w Montrealu otrzymała od Rządu Polskiego w Londynie Srebrny
Krzyż Zasługi.
Maria Zaścińska jako młoda
dziewczyna wywieziona
z rodzicami w głąb Kazachstanu
przeszła przez Teheran i po wojnie
przyjechała do W. Brytanii. Do Kanady
przybyła w 1957 r. jako pierwsza z
rodziny, za nią przybyło jej rodzeństwo i matka. Po początkowych poszukiwaniach zaczęła
pracować
jako agent ubezpieczeniowy,
jednocześnie podejmując prace społeczne. Została przewodniczącą
Komitetu Pomocy Dzieciom
Polskim i
odtąd
jej działalność społeczna skupiła się przede
wszystkim na organizowaniu corocznych kiermaszy oraz
innych form zbiórki
pieniędzy, które
przekazywane były instytucjom w Polsce zajmującym się
sierotami, niepełnosprawnymi i opuszczonymi dziećmi. W 1995 roku za tę
działalność została odznaczona przez prezydenta III Rzeczpospolitej Kawalerskim
Krzyżem Zasługi.
Zofia Zawidzka za pracę na niwie misyjnej
otrzymała
Krzyż Papieski
" Pro Ecclesiam et Pontifice"
Maria F. Zielińska bibliotekarka, działaczka społeczna,
w Kanadzie od 1957 roku. Organizatorka
w Bibliotece Narodowej w
Ottawie programu Multilingual Biblioservice,
który przez sieć
bibliotek publicznych
w Kanadzie służy
wszystkim grupom etnicznym. Opracowała
i wydała Multicultural Librarianship :
An International
Handbook. Jest
czynną członkinią Canadian Library Assn., International Federation of
Library Associations, Canadian Library Assn., American Library Assn.
Jest związana
działalnością społeczną
ze Szkołą
Polską w Montrealu i w Ottawie, z Kołem Przyjaciół KUL-u, Polskim Instytutem Naukowym
w Kanadzie, Kongresem
Polonii Polskiej, Stow. Techników Polskich
w Kanadzie i Kołem Pań przy STP. Odznaczona dwukrotnie przez Ministerstwo
Obywatelstwa i
Kultury w prowincji Ontario,
Srebrną Odznaką
KPK i nagrodą Leonard
Wertheimer Multilingual Public Library
Award.
Ponadto w
związku z pracą
społeczną wykonywaną w
ramach FPwK i KPK w Prowincji Quebec Danuta Wróblewska
Padowicz
i Maria Kaszuba otrzymały Honorowe
Odznaki Srebrne i Złote
KPK.
W
Ontario Ewa
Zadarnowska otrzymała Srebrną Odznakę Honorową KPK a Elżbieta Sawczyńska-Ganczarczyk i Janina Pawlik otrzymały
odznaczenia prowincjonalne.
W
Albercie Srebrne
Odznaki Honorowe KPK otrzymały Teresa Szlamp-Fryga oraz Teresa Chipiuk, natomiast Stanisława Cyrynowska,
Teodozja Machnio Zofia
Paszkowska i
Apolonia Sliwińska otrzymały Brązowe Odznaki Honorowe KPK.
Wreszcie
w Brytyjskiej Kolumbii
Złote odznaki
KPK otrzymały
Wanda Bułhak, Janina Cavanagh, Henryka Filipowicz, Ludwika Kaliska,
Jadwiga Keats, Zofia
Łukaszewicz i Jadwiga
Runcewicz. Ponadto Odznaki prowincjonalne otrzymały Wanda Bułhak,
Henryka Filipowicz i Janina
Sasinowska, oraz Maria Pławska i Henryka Filipowicz otrzymały Srebrne Odznaki Stow. Kombatantów Polskich.
PODZIEKOWANIE
Opracowanie
"Wizerunków emigrantki
Polskiej..." byłoby niemożliwe
bez bardzo
znacznej
pomocy wielu osób życzliwie zainteresowanych tematem.
Pomoc okazywana mi
wyrażała się w
rozmaity sposób. Od
rozsyłania i zbierania wypełnionych ankiet przez pomoc w poszukiwaniach źródeł, przez podawanie mi nowych i ważnych
informacji, spontaniczne nadsyłanie nowych
dokumentów aż do gorącego zachęcanie do kontynuowania pracy i
podkreślania jej ważności.
Bez pomocy dr.
Marii Wolskiej i Danuty Wróblewskiej
-Padowicz akcja ankietowania nie byłaby możliwa. Dziękuję wszystkim
anonimowym respondentkom ankiety za wypełnienie
jej oraz (nierzadko) opatrzenie jej
dodatkowymi komentarzami.
Dały mi one wglądy w życie niejednej emigrantki i w złożone
procesy życia emigracyjnego.
Bardzo dziękuję Panu Stefanowi Władysiukowi za liczne i częste
słowa zachęty oraz obfite informacje dotyczące nowych źródeł. Jego pomoc w gromadzeniu nazwisk wolontariuszek Biblioteki Polskiej im. W. Stachiewicz jest ogromna. Mam ogromny dług wdzięczności
wobec zmarłej w 2003
roku Wandy Maciejewskiej, która nie
szczędziła czasu na rozmowy ze mną na tematy historii polskch emigrantek powojennych. Podobnie zobowiązana
jestem Jadzi Urbańskiej i dr Wiesławowi
Urbańskiemu, moim wieloletnim przyjaciołom, za twórczą krytykę i pomoc w kontaktach z emigrantkami.Dziękuję dr Kazimierzowi Patalasowi z Winnipegu za dyskusje na tematy emigracyjne, bardzo
wzbogacające tematykę
emigracji. Dr. Iwonie Bogorya-Buczkowskiej zawdzięczam zwrócenie
mi
uwagi na trudny udział emigrantek w budowaniu
wielokulturowego społeczeństwa Kanady Zachodniej. Zyczliwości i cierpliwości pań Danuty Wróblewskiej -Padowicz z
Montrealu, Anny
Zurakowskiej z
Barry's Bay, Zofii de Witt z Winnipegu, Joannie Matejko z Edmonton, Grażynie Pawlikowskiej z Vancouveru, Bożenie
Łukomskiej-Khan z Port Coquitlam zawdzięczam wiele
cennych materiałów źródłowych. Wielką wdzięczność jestem także winna bardzo wielu moim anonimowym (w
niniejszym opracowaniu) przyjaciołom i znajomym, których uwagi trafnie
charakteryzowały procesy asymilacji lub wyobcowania w Nowym Kraju.
Bibliografia według autorów publikacji
Kenneth
Bagnell : " The Little Immigrants.
The Orphans Who Came To Canada."
New ed. The Dundurn Group. Toronto 2001
Jean
Barman : "The West Beyond the
West. A History Of British Columbia". Revised Edition. University of Toronto Press. Toronto 1996
Morton Beiser : " Strangers At
The Gate. The Boat People"s
First Ten Years in Canada."
University of
Toronto Press. Toronto 1999
Pierre Berton : " Canada"s Turninig Point. A Chronicle
Of Canada"s Centennial Year". Seal Books.
McClelland-Bantam Inc. Toronto 1967
Pierre Berton : " The Great Depression
1929-1939". Anchor Canada.
1999
Pierre Berton : " The Promised Land. Settling
The West 1886- 1914."
New ed. Anchor Canada 2002
Pierre Berton : " The Last Spike. The Great Railway 1881-1885" Anchor Canada.1971
J.Burgon
Bickersteth :" The Land Of Open Doors.
Being Letters From Western Canada 1911
- 13." University of Toronto
Press. Toronto 1976
Georgina
Binnie-Clark : " Wheat And Woman." 1st ed. Toronto 1914
Biuletyn - Bulletin
2000. Vol XVII Polski
Instytut Naukowy w Kanadzie i
Biblioteka Polska im W. Stachiewicz.
Montreal 2000
Biuletyn - Bulletin 2001.
Vol XVIII. Polski Instytut Naukowy i Biblioteka
Polska im. W. Stachiewicz. Montreal 2001
Biuletyn - Bulletin 2002.
Vol. XIX. Polski Instytut Naukowy i Biblioteka
Polska im. W. Stachiewicz. Montreal 2002
Robert Bothwell and J.L. Granatstein ." Our Century.
The Canadian
Journey in the Twentieth Century." McArthur &
Co. Toronto 2000
Barry Broadfoot. "The Immigrant Years.
From Europe and Britain to Canada
1945 - 1967. " Douglas & McIntyre.
Vancouver 1986
Barry Broadfoot . " Ten Lost Years 1929 - 1939."
Memories Of Canadians Who
Survived The Depression. A Douglas Gibson Book.
Toronto 1973
Olgierd Budrewicz : "
Rodacy spod klonowego li"cia". Wyd.
Interpress.
W-wa 1980
Maria Carlton (red) :"
40 ( czterdzie"ci) lat Federacji Polek w Kanadzie.
Ogniwo nr. 3 (Edmonton) 1958
-1998. Polsko"ć niejedno ma imię. Artykuły,
biografie, wspomnienia, wywiady." Federacja
Polek w Kanadzie - Ogniwo nr. 3 Edmonton
2000
Robert Collins : " You Had
To Be There.
An Intimate Portrait Of The Generation That Survived Depression,
Won The War
And Re-invented Canada." McClelland & Stewart The
Canadian Publishers Toronto 1997
Bogdan Czaykowski,,
Małgorzata Tworzecka, Elżbieta Fedyczkowska(
red) : "Polacy w Brytyjskiej Kolumbii. Zbiór
szkiców i materiałów." Towarzystwo "Watra" Vancouver
1988
Federacja Polek w Kanadzie.
Informator Grudzień 2002 nr. 174 oraz Czerwiec 2003 nr.175
Charlotte Gray : " Flint
& Feather. The Life And Times Of E. Pauline
Johnson, Tekahionwake. Harper
Flamingo Canada. Toronto 2002
Phyllis
Harrison (red) . " The Home Children:
Their Personal Stories." Watson & Dwyer
Publ. Ltd. Winnipeg
1979
Benedykt Heydenkorn
(red) :"Ale i słaby
nie zginie. Różne oblicza Kanady. Pamiętniki imigrantów polskich 1981 -
1989." Prace nr.21 Canadian
Polish Research Institute
Toronto 1990
Benedykt Heydenkorn
(red) . " Pamiętniki imigrantów polskich w Kanadzie." T. II. Prace nr. 12 Kanadyjsko Polski Instytut Badawczy. Toronto 1977
Benedykt Heydenkorn
(red) :" Zawiedzeni, rozczarowani, zadowoleni. Pamiętniki imigrantów
polskich
okresu 1958 -1981" Kandyjsko
Polski Instytut
Badawczy. Toronto 1984
Edward Hoagland : Notes From Century
Before. A Journal From British Columbia"
The Modern Library. New York
2002
Dirk Hoerder : "Creating Societies.
Immigrant Lives In Canada".
McGill-Queen"s University Press. Montreal
1999
Stephen Hume : Frontier
Women in B.C. -
Portait of a Nation"s
soul. The
Vancouver Sun. Special Report. December 2002
Informator
FPwK rok 2002 i 2003
Jadwiga Jurkszus -Tomaszewska : Kronika
pięćdziesięciu lat. Zycie kulturalne
Polskiej emigracji w Kanadzie. 1940 - 1990"
Kanadyjsko Polski Instytut
Badawczy. Toronto 1995
"Kto jest Kim w Polonii Kanadyjskiej
1993 Słownik Biograficzny."
Edycja II: ogolnokanadyjska. KTO Toronto
1993
Beth LaDow : Medecine Line. Life And Death On
A North American Borderland.
Rutledge. New York 2002
John Lukacs : "Five Days
in London. May 1940."
Yale Univ. Press. New
Haven 1999
Joanna
Matejko (red) "Polacy w Albercie.Wspomnienia i życiorysy".
Polish Alliance Press
Ltd. Toronto 1979
Susan
E. Merritt : Her Story II. Women From Canada"s
Past. Vanwell Publ.
Ltd. St. Catherines
1995
Danuta Mostwin : " Trzecia warto"ć.
Formowanie się nowej tożsamo"ci
polskiego emigranta w
Ameryce." Katolicki Uniwersytet
Lubelski. Instytut Badań nad Polonią i
Duszpasterstwem Polonijnym.K.U.L. Lublin 1985
Rosemary Neering : Wild
West Women. Travellers, Adventurers, and Rebels. Whitecap
Books. Vancouver 2000
Hanna Pappius : wydruk internetowy dotyczący Wandy Stachiewicz
Kazimierz Patalas (red): Przez Boje, przez Znoje, przez Trud. Kombatanckie
losy. Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w Kanadzie.
Koło Nr.
13 w Winnipegu. 1996
"Polskie groby na
cmentarzu w Saint-Sauveur-des-Monts. Quebec.
Przewodnik." Dokumentację
zebrała i opracowała Ewa Iłowska. Polski Instytut Naukowy w Kanadzie.
Montreal 2002
"Alicja Poznanńska - Parizeau par
elle meme" nota biograficzna
Henryk Radecki with Benedykt
Heydenkorn : A Member Od A
Distinguished Family. The
Polish Group in Canada.
McClelland & Stewart in assoc. with
the Multiculturalism Program, Dept. of
the Secretary of State of Canada and
the Publ. Centre,
Supply and Services. Canada 1976
Barbara Ratyńska (red)
: "Pamiętniki emigrantów. Kanada. Nr 1 -
16" Instytut Gospodarstwa Społecznego. Książka
i Wiedza. Warszawa 1971
Anna Reczyńska : "Piętno
wojny. Polonia kanadyjska wobec polskich problemów lat
1939 - 1945" Prace Instytutu
Polonijnego Uniwersytetu Jagiellońskiego .
Kraków 1997
Wanda Stachiewicz : Journey Through History.
Memoirs. The Canadian Polish Research Institute. Toronto
William
I. Thomas & Florian Znaniecki : "The
Polish
Peasant
in Europe and America. Dover Publ. Inc. New York
Andrzej Wołodkowicz : " The
Polish Contribution To Arts
And Sciences in
Canada." Montreal 1969
Wydruk internetowy dot. Danuty Wróblewskiej Padowicz i jej
rodziny
Tomasz
Wyd"ga . "Na "cieżkach Kanady". Wydawnictwo
Literackie . Kraków 1961
Krzysztof Zanussi : "Człowiek wykorzeniony" Polityka
nr 28 z dn. 12 lipca 2003
Aleksandra Ziółkowska
: " Kanada, Kanada... Wyd Polonia. Warszawa
1986
Anna Zurakowska (red) ." The Proud
Inheritance. Ontario"s Kaszuby. " The Polish Heritage Institute-
Kaszuby. Ottawa 199
PRZYPISY